12 krzeseł/01

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

12 krzeseł • Rozdział I • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział II
12 krzeseł
Rozdział I
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział II
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ PIERWSZY.
Zakład pogrzebowy: „Witajcie”.

W powiatowem mieście N. było tak wiele zakładów fryzjerskich i biur pogrzebowych, iż przypuszczać można było, że mieszkańcy miasta rodzą się jedynie po to, by ogolić się, ostrzyc, skropić głowę weżetalem i bezzwłocznie umrzeć.

W istocie jednak w powiatowem mieście N. ludzie rodzili się, golili i umierali dość rzadko. Życie miasta płynęło spokojnym, pogodnym nurtem. Wiosenne noce były upojne, błoto w blaskach księżyca lśniło, jak antracyt, i cała młodzież kochała się na zabój w sekretarce Miestkomu[1], która zaniedbywała wskutek tego zbierania składek członkowskich.

Kwestje miłości i śmierci nie wzruszały bynajmniej Hipolta Matwiejewicza Worobjaninowa, mimo, iż zajmował mą niemi z urzędu, dzień dnia od godziny dziewiątej rano do piątej popołudniu z półgodzinną przerwą na drugie śniadanie.

Zrana wypijał zwykłą porcję gorącego mleka, podanego mu przez Klaudję Iwanownę, poczem z nawpółciemnego domku wychodził na szeroką, zalaną jaskrawem wiosennem światłem ulicę „imienia tow. Biurokracego”. Była to bodaj najweselsza z ulic, jakie spotkać można w powiatowem mieście. Z lewej strony, za zamazanemi, zielonkawemi oknami srebrzyły się trumny zakładu pogrzebowego „Nimfa”, z prawej zaś przez maleńkie, zapadłe szybki widać było dębowe, smętnie zakurzone trumny — ozdobę zakładu pogrzebowego Bezenczuka. Dalej mistrz fryzjerski Pierre i Jean ofiarowywał swym klijentom „manicure” i „ądulacje”. Nieco dalej ulokował się hotel z zakładem fryzjerskim, a za nim, na otwartym placu żółtawy cielak czule lizał przybity do samotnie sterczącej ściany zardzewiały srodze szyldzik:

ZAKŁAD POGRZEBOWY
„WITAJCIE”.

Przedsiębiorstw pogrzebowych było wprawdzie mnóstwo, lecz klijentelę miały niezamożną. Firma „Witajcie” zbankrutowała jeszcze na trzy lata przed przybyciem Hipolita Matwiejewicza do miasta N., a mistrz pogrzebowy Bezenczuk zapijał się ze zmartwienia i kiedyś próbował nawet zastawić w lombardzie swą jedyną trumnę wystawową.

W mieście N. ludziska umierali nader rzadko, o czem Hipolit Matwiejewicz wiedział lepiej od innych, ponieważ pracował w Z. A G. S-ie[2], gdzie kierował rejestracją narodzin, zgonów i ślubów. Stół przy którym pracował Hipolit Matwiejewicz wyglądał, jak stary nagrobek. Lewy brzeg jego, był nadgryziony przez szczury. Niemocne nogi uginały się pod ciężarem teczek wypchanych aktami, z których można było zaczerpnąć dokładnych wiadomości o rodowodzie mieszkańców miasta, tudzież o drzewach genealogicznych, które wyrosły na ubogiej, powiatowej glebie.

W piątek piętnastego kwietnia 1927 roku Hipolit Matwiejewicz obudził się, jak zwykle, o pół do ósmej i odrazu wpakował na nos staroświeckie złote okulary.

— Bonjour! — zanucił wesoło, spuszczając nogi z łóżka.

„Bonjour” oznaczało, że Hipolit Matwiejewicz obudził się w dobrym humorze. Gdy po przebudzeniu mówił „guten Morgen”, było to niechybną oznaką, że dokucza mu wątroba, że pięćdziesiąt dwa lata to nie fraszka, że powietrze jest przesiąknięte wilgocią.

Hipolit Matwiejewicz wsunął pałąkowate nogi w przedwojenne jeszcze czasy pamiętające spodnie, przewiązał tasiemką, i wlazł w krótkie, miękkie buty o ściętych już mocno szpicach.

Po pięciu minutach zdobiła go księżycowa kamizelka upstrzona maleńkiemi, srebrnemi gwiazdeczkami i wytarta, alpagowa marynarczyna. Strzepnąwszy z włosów pozostałe po myciu krople wody, Hipolit Matwiejewicz nastroszył zawadjacko wąsy, potarmosił brodę, przejechał się szczotką po głowie i z uprzejmym uśmiechem ruszył na spotkanie wchodzącej do pokoju teściowej swej Klaudji Iwanówny.

— Mon cher, — huknęła — zły dziś miałam sen.

Wyraz „sen" wymówiła na sposób francuski.

Hipolit Matwiejewicz spojrzał na teściową z góry na dół.

Wzrost jego dosięgał 185 centymetrów i z tej wyżyny bez trudu mógł Hipolit Matwiejewicz traktować teściową swą — Klaudję Iwanównę z pewnem lekceważeniem.

Klaudja Iwanówna ciągnęła dalej:

— Widziałam nieboszczkę Marję z rozwianym włosem i w złotej opasce na biodrach.

Klaudja Iwanówna grzechotała jak karabin maszynowy; od jej tarkotu chybotała się mosiężna lampa w raz z zakurzonym obażurem z paciorków.

— Jestem przerażona. Obawiam się nieszczęścia.

Ostatnie słowa wyrzuciła z siebie z taką siłą, że włosy na głowie Hipolita Matwiejewicza przechyliły się w różne strony. Zmarszczył się i niedbale odrzekł:

— Nic się nie stanie, maman. Czy woda jest zapłacona?

Okazało się, że nie była zapłacona. Kalosze także nie były umyte.

Hipolit Matwiejewicz nie lubił swojej teściowej.

Klaudja Iwanówna była głupia jak but i nie było żadnej nadziei, że na starość zmądrzeje. Skąpa była do obrzydliwości Jedynie ubóstwo Hipolita Matwiejewicza nie pozwalało rozwinąć się należycie temu wszystko - ogarniającemu popędowi.

Obdarzona była głosem tak niezwykle donośnym, że mógłby go jej chyba pozazdrościć Ryszard Lwie Serce.

A nadto — i to było najokropniejsze — Klaudja Iwanówna miewała sny. Miewała je noc w noc. Śniły jej się dziewczęta w opaskach i bez nich, rumaki w żółtych dragońskich czaprakach; stróże grający na harfach, archaniołowie stojący na warcie w stróżowskich kożuchach, wreszcie druty od pończoch, które pobrzękując żałośnie, hasały sobie jakgdyby nigdy nic po pokoju.

Przesądną kobietą była Klaudja Iwanówna. Na dobitkę wyrosły jej pod nosem wąsy, które wyglądały, jak pędzelki do golenia.

Hipolit Matwiejewicz wyszedł z domu zlekka podenerwowany. Przytulony do drzwi swego niefortunnego przedsiębiorstwa, stał ze skrzyżowanemi na piersiach rękami mistrz cechu karawaniarzy Bezenczuk.

Pod wpływem ciągłych plajt swych handlowych imprez i systematycznego zażywania od wewnątrz gorących napojów, oczy naszego mistrza świeciły żółtym jak u kota blaskiem i płonęły nieustannym ogniem.

— Moje uszanowanie! — zarechotał na widok Hipolita Matwiejewicza. — Dzień dobry!

Hipolit Matwiejewicz uprzejmie uchylił kapelusza.

— Jak zdróweczko czcigodnej teściowej?

— M - m... m - m... — burknął niechętnie Hipolit Matwiejewicz i, wzruszywszy ramionami, minął zakład Bezenczuka.

— Niech jej Bóg da zdrowie, — powiedział z goryczą Bezenczuk, same straty, — takie to już czasy.

I znów z rękami skrzyżowanemi na piersiach oparł się o drzwi.

Z kolei nie omieszkano zatrzymać Hipolita Matwiejewicza przed zakładem pogrzebowym „Nimfa".

Trzech było właścicieli „Nimfy". Skłonili się przed Hipolitem Matwiejewiczem i zgodnym chórem spytali o zdrowie teściowej.

— Zdrowa, zdrowa, — odpowiadał Hipolit Matwiejewicz, — czy to jej czego brak? Dziś ukazała się jej we śnie złocista dziewica, z włosem na wiatr rozwianym. Takie to, uważacie miewa sny.

Trzy „Nimfy" zerknęły ku sobie i głośno westchnęły.

Na wszystkie te rozmowy Hipolit Matwiejewicz zmarudził nieco czasu i wbrew swym zwyczajom przyszedł do biura, gdy zegar wiszący nad wezwaniem: „Kończ sprawę i żegnaj!" wskazywał już pięć minut po dziewiątej.

Hipolit Matwiejewicz wyjął z szuflady biurka szarą wojłokową poduszeczkę, położył ją na krześle, nadał wąsom prawidłowy kierunek (równoległy do biurka) i siadł na poduszce, górując nieco nad trzema swemi współpracownikami. Hipolit Matwiejewicz nie obawiał się hemoroidów, lecz drżał o całość swych spodni i dlatego właśnie ożywał starego wojłoku.

Wszystkie te manipulacje sowieckiego dygnitarza obserwowało nieśmiało dwoje młodych ludzi, młodzieniec i dziewica.

Młodzieniec w sukiennej, watowanej marynarce był kompletnie zgnębiony urzędową atmosferą, zapachem atramentu, ochrypłym, miarowym tykaniem zegara, w szczególności zaś surowsza wezwaniem: „Kończ sprawę i żegnaj!" Mimo, iż sprawy swej młodzieniec w marynarce dotąd jeszcze nie zaczął, radby najwidoczniej czemprędzej stąd odejść.

Spawa, która go tu sprowadziła zaczęła mu się wydawać tak blachą, że wstyd mu było poprostu niepokoić nią tego godnego, szpakowatego obywatela, celebrującego tak poważnie za stołem. Hipolit Matwiejewicz doskonale rozumiał, że przybysz ma jakąś drobną sprawę, z którą może poczekać, to też otworzył skoroszyt Nr. 2 i pogrążył się w czytaniu. Dziewica w długim żakiecie, oblamowanym błyszczącą, czarną taśmą porozumiała się szeptem z młodzieńcem i zawstydzona podeszła powoli do Hipolita Matwiejewicza.

— Towarzyszu, — powiedziała, — gdzie tu można...

Młodzian w marynarce odetchnął z ulgą i niespodzianie wypalił:

— Zarejestrować się!

Hipolit Matwiejewicz spojrzał uważnie na barjerę, za którą stała para.

— Narodziny? Zgon?

— Ślub, — wyjaśnił zbity z tropu młodzian i nieporadnie rozejrzał się dokoła.

Dziewica parsknęła śmiechem. Najgorszy bywa początek.

Hipolit Matwiejewicz ze zręcznością żonglera zabrał się do roboty.

Starczym pismem wpisał do grubych foliałów nazwiska nowożeńców, z namaszczeniem przesłuchał świadków, których oblubienica sprowadziła naprędce z ulicy, poczem długo, z przejęciem chuchnął na podłużną pieczątkę i uniósłszy się z krzesła odciskał ją na wystrzępionych paszportach.

Przyjął od młodożeńców dwa ruble i wydawszy im pokwitowanie, powiedział z uśmiechem: „Za dopełnienie „sakramentu” — przyczem wstając ukazał swą imponującą zaprawdę postać (w dawnych czasach zwykł był nosić gorset). Promienie słońca złociły mu się na ramionach jak epolety. Wyglądał nieco śmiesznie, lecz niezwykle przytem uroczyście. Światło załamywało się w podwójnie wklęsłych szkłach. Młodzi stali potulnie, jak jagniątka.

— Młodzi towarzysze — rozpoczął napuszoną przemowę Hipolit Matwiejewicz — pozwólcie złożyć sobie gratulacje z okazji, jak to dawniej mówiono, zawarcia dozgonnych ślubów. Bardzo, ba-a-a-a-rdzo się cieszę, gdy widzę, takich, jak wy młodych ludzi, którzy trzymając się, jak wy za ręce dążą do osiągnięcia nieśmiertelnych ideałów. Baardzo się cieszę!

Wygłosiwszy tę tyradę, Hipolit Matwiejewicz uścisnął nowożeńcom ręce, poczem bardzo z siebie zadowolony usiadł i kontynuował przeglądanie dokumentów zawartych w skoroszycie Nr. 2.

Praca w biurze już się kończyła. Na sąsiedniej, żółtej dzwonnicy, uderzono ze wszystkich sił w dzwony. Zadrżały szyby. Z dzwonnicy wysypały się wrony, porajcowały na rynku i pofrunęły. Zimny zmrok zapadał nad opustoszałym placem.

Wszyscy, którzy mieli się urodzić tego dnia — urodzili się i zostali wniesieni do grubych foljałów. Wszyscy, którzy chcieli pobrać się — pobrali się i również zostali wniesieni do grubych foljałów. I jedynie tylko, jakby na złość żądnym żeru karawaniarzom nie było ani jednego śmiertelnego wypadku. Hipolit Matwiejewicz złożył akta, schował do szuflady wojłokową poduszeczkę, rozczesał grzebykiem wąsy i marząc o rozkosznie gorącej zupie, miał już zamiar wyjść, gdy wtem drzwi biura rozwarły się i na progu stanął mistrz cechu karawaniarskiego, Bezenczuk.

— Witam drogiego gościa, — uśmiechnął się Hipolit Matwiejewicz. — Co dychać nowego?

Zakazana gęba mistrza Bezenczuka promieniała w mroku, lecz trudno mu było cokolwiek wykrztusić.

— Słucham — zniecierpliwionym głosem powiedział Hipolit Matwiejewicz.

— Czyż to, co daje „Nimfa", — niech ją jasny piorun strzeli, można nazwać dobrym towarem — zaczął mętnie nasz mistrz. — Czyż „Nimfa" może zadowolnić klijenta? Gdy pomyśli się tylko ile taka trumna pochłania drzewa.

— O co wam chodzi? — przerwał Hipolit Matwiejewicz.

— „Nimfa" patrzajcie!... Taki kramik musi wyżywić aż trzy rodziny. Toż to i materjał tandetny i wykończenie gorsze i farba wodnista, niech to wszystko jasny piorun strzeli. A moja firma solidna, stara. Egzystuje od 1907 roku. Moje trumienki — dla amatora, paluszki, powiadam wam, lizać...

— Zwarjowałeś, czy co? — dobrotliwie zapytał Hipolit Matwiejewicz i skierował się ku wyjściu. — Bzika jeszcze dostaniesz przy tych trumnach.

Bezenczuk uprzedzająco grzecznie otworzył drzwi, puścił naprzód Hipolita Matwiejewicza, a sam przyczepił się do niego, dygocąc poprostu z niecierpliwości.

— Gdyby firma „Witajcie" egzystowała, no to ostatecznie rozumiałbym. Żadna firma, choćby nawet w samym Twerze nie mogła wytrzymać z nią konkurencji. A teraz, co tu gadać — niema towaru lepszego niż mój. Nie probujcie nawet szukać gdzieindziej.

Hipolit Matwiejewicz odwrócił się z pasją, popatrzył chwilę gniewnie na Bezenczuka i przyspieszył nieco kroku.

Trzej właściciele „Nimfy" stali przed swem przedsiębiorstwem w tych samych pozach, w jakich Hipolit Matwiejewicz zostawił ich z rana. Wydawało się, że od tej chwili nie zamienili z sobą ani słowa, lecz uderzająca zmiana w wyrazie ich twarzy, skryte zadowolenie, malujące się w oczach, wskazywało, że do wiadomości ich doszła rzecz niesłychanie ważna.

Na widok swych konkurentów Bezenczuk machnął rozpaczliwie ręką, przystanął i rzucił szeptem za Worobjaninowem:

— Oddam za trzydzieści dwa rubelki!!

Hipolit Matwiejewicz zmarszczył się i przyspieszył kroku.

— Dam na raty! — dodał Bezenczuk.

Trzej właściciele „Nimfy" nie rzekli ani słowa. Milcząc pobiegli za Worobjaninowem, zginając się nieustannie w uprzejmych ukłonach i zdejmując wciąż kapelusze.

Rozwścieczony głupią natarczywością karawaniarzy, Hipolit Matwiejewicz, szybciej, niż zazwyczaj, wbiegł na ganek, otarł nerwowo buty z błota i, czując wilczy apetyt, wszedł do sieni. Naprzeciw mu wyszedł z pokoju pop z cerkwi Froła i Ławra, Ojciec Fiodor. Uniósłszy prawą ręką poły sutanny i nie dostrzegając obecności Hipolita Matwiejewicza, Ojciec Fiodor niezmiernie podniecony spieszył ku wyjściu.

Wówczas dopiero Hipolit Matwiejewicz zauważył osobliwą czystość, niezwykły, bijący wprost w oczy bezład, powstały wskutek przestawienia nielicznych mebli i poczuł silny zapach lekarstw. W pierwszym pokoju natknął się Hipolit Matwiejewicz na sąsiadkę Madame Kuzniecową. Wymachując gwałtownie rękami syknęła:

— Stan jej pogorszył się, przyjęła sakramenty, przed chwilą odszedł ojciec Fiodor. Niech pan nie stuka obcasami.

— Ja nie stukam — odrzekł z pokorą Hipolit Matwiejewicz. — A cóż się stało?

Madame Kuzniecowa zacisnęła wargi i wskazała drzwi sąsiedniego pokoju.

— Bardzo silny atak sercowy.

I powtarzając cudze słowa, które wywarły na nią najwidoczniej silne wrażenie, dodała:

— Katastrofa nie jest wyłączona. Calutki dzień jestem dziś na nogach. Wpadłam tu rano po maszynkę do mięsa, — patrzę, — drzwi na oścież otwarte, w kuchni niema żywej duszy, w tym pokoju również nikogo niema, pomyślałam więc sobie, że Klaudja Iwanowna poszła chyba po mąkę na placek (wiedziałam, że miała taki zamiar). Bo to nie trzeba wam chyba tłomaczyć, że jeśli się mąki wcześniej nie kupi...

Jęk, który rozległ się w sąsiednim pokoju, boleśnie uderzył Hipolita Matwiejewicza. Przeżegnał się szybko zdrętwiałą nagle ręką i udał się do pokoju teściowej.





Przypisy

  1. Miest - Kom komitet miejscowy.
  2. Urząd stanu cywilnego.