12 krzeseł/03

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział II 12 krzeseł • Rozdział III • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział IV
Rozdział II 12 krzeseł
Rozdział III
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział IV
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ TRZECI.
Podróż w nieznane dale.

Na godzinę przed odejściem wieczornego pociągu, proboszcz cerkwi Froła i Ławra, ojciec Fiodor Wostrików, ostrzyżony i przebrany w cywilne ubranie, stał w ogonku przed kasą biletową i lękliwie spozierał na drzwi wchodowe. Obawiał się, że popadja wbrew wszelkim perswazjom przybiegnie na stację, a wtedy Prusis, fundujący właśnie w bufecie piwo fin-agentowi, momentalnie go pozna. Zdziwionem i zawstydzonem spojrzeniem obrzucał Ojciec Fiodor raz po raz pasiaste swe spodnie.

Agent O. D. T. G. P. U. przeszedł się statecznie po sali, uśmierzył jakąś kłótnię o miejsce w ogonku i zajął się wyłapywaniem łobuziaków, które ośmieliły się wejść do poczekalni I i II klasy i na drewnianych łyżkach brzdąkały „Była ongiś Rosja — potęga niezmierzona!”

Kasjer, nieprzystępny wielce obywatel, marudząc, wybijał na bilecie ażurowe cyfry i ku niepomiernemu zdziwienia całego „ogonka”, wydawał resztę drobnemi, a nie znaczkami „na biedne opuszczone dzieci”.

Wejście do wagonu, w którym nie było numerowanych miejsc miało, jak zwykle charakter bratobójczej walki. Podróżni, uginając się pod ciężarem olbrzymich tobołów, biegali od lokomotywy do końca pociągu, i od końca pociągu do lokomotywy. Ojciec Fiodor biegł zawzięcie wraz z innymi. Tak samo, jak wszyscy przemawiał błagalnym głosem do konduktorów, tak, jak wszyscy — drżał ze strachu, czy czasem kasjer nie dał mu biletu w niewłaściwym kierunku. Dopiero z chwilą zdobycia miejsca w wagonie wrócił do zwykłej normy a nawet nabrał humoru.

Lokomotywa przeraźliwie świsnęła i pociąg ruszył, unosząc Ojca Fiodora w nieznane dale, w tajemniczym, lecz snąć wielkie nadzieje rokującym celu.

Dziwna to rzecz — strefa obcości. Najzwyklejszy obywatel, wkraczając w nią, odczuwa w sobie niezwykłą energję i przedzierzga się bądź w podróżnego, bądź w tragarza, bądź też poprostu we włóczęgę, który podróżuje „na gapę” i jest zmorą ciążącą nad życiem i służbowemi obowiązkami konduktorów i urzędujących na peronie kontrolerów.

Od chwili, w której obywatel wkracza w strefę obcości, którą w nieświadomości swej, zwie dworcem, lub stacją — życie jego gwałtownie sit zmienia. Natychmiast osaczają go numerowi w niebieskich bluzach z niklowanemi na piersiach blachami i nim się człek spostrzeże chwytają bagaże. Od tej chwili obywatel nie jest już panem swej osoby. Jest — podróżnym i zaczyna sumiennie wypełniać połączone z tą godnością obowiązki. Obowiązki te są skomplikowane, lecz bardzo miłe. Podróżny bardzo wiele je. Zwykli śmiertelnicy nie jadają w nocy, lecz on je. Zajada smażonego kurczaka, którego w zwykłych warunkach uważa za zbyt drogiego, jaja na twardo, które mu szkodzą i ogórki. Gdy pociąg przecina zwrotnicę, rozlega się na półkach brzęk licznych czajników i podskakują zawinięte w gazetę kurczaki gwałtownie okaleczone już przez podróżnych. Podróżni jednak nie zwracają na nic uwagi. Opowiadają sobie dowcipy. Co trzy minuty z dokładnością zegarka następują salwy śmiechu. Potem przerwa i znów miękki jakiś głos opowiada kolejny dowcip.

Podróżni pokładają się ze śmiechu, ciemna noc okrywa całunem szyny, pola, lokomotywa sypie snopy iskier a smukłe semafory w lśniących zielonych binoklach, niesamowicie przelatują tuż obok wagonów, dumnie z wysoka spoglądając na nie.

Dziwna to rzecz, strefa obcości! We wszystkie świata strony pędzą długie węże ciężkich dalekobieżnych pociągów. Wszędzie droga naoścież otwarta. Wszędzie płonie zielone światełko — droga wolna. Ekspres północny zmierza do Murmańska. Zginając się i kurcząc na zwrotnicy wyskakuje z kurskiego dworca „Pierwszy—K” znacząc drogę do Tyflisu. Wschodni kurjer okrążając Bajkał, zbliża się cała parą do Oceanu Spokojnego.

Nieznane dale kuszą człowieka. Wyrwały już ojca Fiodora z cichego powiatowego zakątka i rzuciły licho wie gdzie. Teraz znów Hipolit Matwiejewicz kierownik Z. A. G. S-a poruszony do głębi ostatniemi przeżyciami także Bóg wie co planuje.

Gna coś ludzi po świecie. Jeden o dziesięć tysięcy kilometrów od miejsca zamieszkania wynajduje rozkoszną narzeczoną. Inny w pogoni za złotem, porzuca swoje biuro pocztowe i, jak sztubak, pędzi na Ałdan. Innny znów sterczy wciąż w domu, i z lubością gładząc się po dojrzałej ostatecznie przepuklinie, czyta dzieła hrabiego Saljasa, kupione dosłownie za bezcen: pięć kopiejek, zamiast rubla.

Nazajutrz po pogrzebie, którego urządzania podjął się mistrz karawaniarski Bezenczuk, Hipolit Matwiejewicz udał się do biura i spełniając obowiązek służby, zarejestrował osobiście zgon Klaudji Iwanowny Pietuchowej, lat 59, wdowy, bezpartyjnej, miejsce zamieszkania mającej w mieście N. i pochodzącej ze szlacheckiego rodu w Starogrodzkiej gubernji. Następnie Hipolit Matwiejewicz poprosił o dwutygodniowy urlop, otrzymał 41 rubli na drogę i, pożegnawszy współpracowników, udał się do domu. Po drodze wstąpił do apteki.

Magister farmacji Leopold Grigorjewicz, którego rodzina i przyjaciele nazywali Lipą stał przy czerwonej, lakierowanej ladzie, obstawionej białemi słoikami z trucizną. Z właściwą sobie nerwowością podawał właśnie powinowatej ogniomistrza

KREM ANGO

przeciwko opaleniźnie i piegom, nadaje skórze

wyjątkową białość.

Powinowata ogniomistrza używała jednak tylko

PUDER RACHEL

w złocistym odcieniu; nadaje ciału piękną opaleniznę

trudną do osiągnięcia naturalną drogą.

Lecz w aptece znajdował się tylko „Krem Ango przeciw opaleniźnie” i walka tak wrogich sobie kosmetyków trwała dobre pół godziny. Zwyciężył ostatecznie Lipa, sprzedając klijentce pomadę do warg i „pluskwowar“, instrument skonstruowany na wzór samowaru, lecz mający wygląd lejka.

— Co pan powie o Szanghaju? — zagadnął Lipa, Hipolit Matwiejewicz — nie chciałbym teraz być w tamtych stronach.

— Anglicy to jednak dranie, dobrze im tak, — odrzekł Hipolit Matwiejewicz. — zawsze kiwali Rosję.

Leopold Grigorjewicz wzruszył z politowaniem ramionami jakgdyby chciał powiedzieć — „A któż Rosji nie kiwał!” i odrazu przystąpił do rzeczy.

— Czem mogę służyć?

— Proszę o środek na włosy.

— Na porost, zanik włosów czy może farbę?

— Jaki tam porost — odrzekł Hipolit Matwiejewicz, — o farbę proszę.

— Mam znakomitą farbę „Tytanik”. Zagraniczny towar, szmuglowany. Nie zmywa się ani zimną, ani gorącą wodą, ani pianą mydlaną, ani naftą. Radykalny, czarny kolor. Butelka wystarczająca na pół roku kosztuje 3 ruble 12 kopiejek. Polecam po znajomości.

Hipolit Matwiejewicz pokręcił w rękach kwadratowy flakonik „Tytanika” spojrzał z westchnieniem na etykietę i położył pieniądze na ladę.

— Ale też ci kantończycy doskonale spisują się — Kuo-mintang, wiadomo...

Wróciwszy do domu Hipolit Matwiejewicz zaczął z uczuciem wstrętu polewać „Tytanikiem” głowę i wąsy. Obrzydliwy zapach rozszedł się po całem mieszkaniu.

Po obiedzie zapach ulotnił się, wąsy wyschły i tak pozlepiały się, że rozczesać je można było tylko przy dużym wysiłku. Po przez „radykalną” czerń przeświecał zielonkawy kolor, lecz na powtórny zabieg nie było już czasu: Hipolit Matwiejewicz wyjął ze szkatułki teściowej, znaleziony poprzedniego dnia spis kosztowności, przeliczył gotówkę, zamknął mieszkanie, schował klacze do bocznej kieszeni spodni, wsiadł do ekspressu Nr. 7 i wyjechał do Starogrodu.