12 krzeseł/04

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział III 12 krzeseł • Rozdział IV • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział V
Rozdział III 12 krzeseł
Rozdział IV
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział V
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ CZWARTY.
Wielki kombinator.

O wpół do dwunastej, od strony północno-zachodniej, ze wsi Czmarowki, wszedł do Starogrodu dwudziestoośmioletni młodzieniec. Za nim biegł jakiś ulicznik, wesoło pokrzykując:

— Łaskawco, daj dziesięć kopiejek.

Młodzieniec wyciągnął z kieszeni jabłko i dał je ulicznikowi, lecz ten ani myślał odczepić się. Wtedy wędrowiec przystanął obrzucił młodzieńca, ironicznem spojrzeniem i cicho zapytał:

— Dać ci może jeszcze klucz od mieszkania, w którem leżą pieniądze?

Ulicznik zrozumiał, że nic nie wskóra, natychmiast odczepił się.

Młody człowiek skłamał: nie miał bowiem ani pieniędzy, ani mieszkania, w którem pieniądze te mogłyby leżeć, ani klucza, którymby mógł to mieszkanie otworzyć. Nie miał nawet palta. Do miasta przybył w zielonym wąskim, wciętym w pasie garniturze. Potężna jego szyja była kilkakrotnie okręcona starym, wełnianym szalem, na nogach miał lakierki wykładane zamszem pomarańczowego koloru. Skarpetek pod lakierkami nie miał. W ręce trzymał astrolabję [1].

— „O, Bajadero, la-la-la-la-la-la! — zanucił, wkraczając na rynek.

Wcisnął się między sprzedawców i, wystawiając naprzód astrolabję, począł z powagą wykrzykiwać:

— Kto kupi astrolabję? Można tanio nabyć astrolabję!! Dla delegacyj i wydziałów kobiecych znaczny rabat!

Propozycja była nieoczekiwana, to też przez czas dłuższy nie widać było amatorów na astrolabję. Delegacje gospodyń interesowały się bardziej wyprzedażnemi towarami i tłoczyły się dokoła kramów z chustkami.

Obok posiadacza astrolabji dwukrotnie już przeszedł tajny agent. Lecz ponieważ astrolabja nie przypominała ani trochę maszyny do pisania, skradzionej wczoraj z kancelarji masłocentru — agent przestał magnetyzować wzrokiem młodzieńca i oddalił się.

W południe pewien inteligentny ślusarz nabył astrolabję za trzy ruble.

— Sama mierzy — zachwalał astrolabję młody człowiek, podając ją kupującemu. — Życzę wam, byście tylko mieli co mierzyć!

Uwolniwszy się od przemyślnej maszyny, wesoły młodzian zjadł obiad w jadłodajni „Kącik wytwornego smaku” i poszedł zwiedzać miasto. Przeszedłszy ulicę Radziecką, znalazł się na ulicy Czerwonej Gwardji (dawniej Wielka Puszkińska), przeciął ulicę Spółdzielczą i znów znalazł się na Radzieckiej. Lecz nie była to już ta Radziecka, na której był poprzednio — miasto mogło się poszczycić aż dwiema Radzieckiemi ulicami.

Pomedytowawszy nad tym faktem, znalazł się nasz młodzieniec na ulicy Leńskich wydarzeń (dawnej Denisowskiej). Przed ładną dwupiętrową willą Nr. 28 opatrzoną szyldem:

S . S . S . R. — R . S . F . S . R.

2-GI DOM UBEZPIECZEŃ SPOŁECZNYCH
STAR - GUB - STRACH-u

młodzieniec zatrzymał się, by poprosić o ogień stróża, siedzącego na kamiennej ławeczce przed bramą.

— I cóż, ojcze — spytał młodzieniec, zaciągając się dymem — są tu w mieście ładne panny?

Stary stróż nie okazał najmniejszego zdumienia.

— Są tacy, co za byle kiecką biegają — odrzekł, wdając się chętnie w pogawędkę.

— O nie. Więcej nie pytam — uciął młodzieniec.

I natychmiast zadał nowe pytanie.

— W takiej pięknej kamienicy są chyba panny?

— Dawno już na tamtym świecie panien naszych ze świecą szukają. Mamy tu państwowy przytułek, mieszkają tu teraz z wiktem ano i opierunkiem staruszki rozmaite.

— Rozumiem, pewnie taksa, które przyszły na świat jeszcze przed okresem materializmu dziejowego?

— Święta racja. Kiedy przyszły na świat, to przyszły.

— A co było w tym domu przed okresem materializmu dziejowego?

— Niby kiedy?....

— Wtedy, wiecie, za carskich czasów.

— Za carskich czasów mieszkał tu mój pan.

— Burżuj?

— Sam jesteś burżuj! On nie był burżujem. Marszałkiem szlachty był.

— A więc, proletarjusz według ciebie?

— Sam jesteś proletarjusz! Mówię ci wyraźnie — marszałek szlachty.

Rozmowa z mądrym stróżem, słabo orjentującym się w klasowej strukturze społeczeństwa trwałaby jeszcze Bóg wie, jak długo, gdyby młodzieniec nie wziął się stanowczo do rzeczy.

— Słuchaj, przyjacielu — zaproponował — nie zawadziłaby chyba szklaneczka wina?

— A no, stawiaj.

Zniknęli obaj na przeciąg godziny, a po powrocie — stróż był już najserdeczniejszym przyjacielem młodzieńca.

— Przenocuję, uważasz, u ciebie — zakomunikował młodzian stróżowi.

— Porządnym jesteś człowiekiem, to też mieszkaj, jak długo ci się podoba.

Osiągnąwszy tak rychło zamierzony ceł, rozlokował się gość w stróżowskiej izbie, zdjął pomarańczowe lakierki i wyciągnął się jak długi na ławie, obmyślając plan działania na dzień następny.

Młodzieniec nazywał się — Ostap Bender. Z biografji swojej podawał zazwyczaj do wiadomości jeden tylko szczegół: „Mój ojciec — opowiadał — był poddanym tureckim”. Syn tureckiego poddanego w niedługiem swem życiu wielokrotnie zmieniał zajęcia. Żywość temperamentu nie pozwalająca ma oddać się całkowicie jednej jakiejś sprawie, przerzucała go bezustannie z jednego krańca kraju na drugi i teraz właśnie przywiodła go bez skarpetek, bez klucza, bez mieszkania i bez pieniędzy do Starogradu.

Leżąc w gorącej aż do zaduchu stróżówce Ostap Bender medytował nad dwoma warjantami zrobienia karjery.

Mógł stać się wielożeńcem i przenosić się spokojnie z miasta do miasta, zabierając z sobą za każdym razem świeży łup — walizę wypchaną dobytkiem kolejnej żony.

Mógł też nazajutrz, bet zwłoki pójść do właściwej komisji i zaproponować zajęcie się kolportażem nienamalowanego jeszcze, lecz genialnie pomyślanego obrazu „Bolszewicy piszą list do Chamberlaina”, według znanego powszechnie obrazu Riepina — „Zaporożcy piszą list do sułtana”. W razie powodzenia warjant ten mógł przynieść do czterystu rubli dochodu.

Warjant Nr. 2 zrodził się w głowie Bendera w chwili oglądania wystawy A. H. R. R.

Oba warjanty miały jednakże swoje ciemne strony. Niepodobna przecież rozpoczynać karjery wielożeńca bez pięknego, szarego garnituru. Nadto wskazane jest posiadanie conajmniej dziesięciu rubli, niezbędnych do należytego zaimponowania i oczarowania kandydatki do stanu małżeńskiego.

Można było, oczywista, zaryzykować konkury w podróżnym zielonym garniturze, ponieważ męskość i piękność Bendera pokonywała każdą prowincjonalną gąskę, ale byłaby to, jak wyrażał się Ostap, — „gorszy gatunek, fuszerska robota”.

Z obrazem także mogło pójść niezbyt gładko. Mogły nasunąć się czysto techniczne trudności. Czy wypada naprzykład namalować towarzysza Kalinina w białej burce i papasze, a towarzysza Cziczerina obnażonego, aż po pas? W razie czego, można oczywista, namalować wszystkie postacie w zwykłych strojach, ale to już nie to....

— Byłby stracony cały efekt! — pomyślał głośno Ostap.

W tej chwili dopiero zauważył, że stróż z zapałem o czemś rozprawia. Zatonął on, jak się okazało, we wspomnieniach o dawnym właścicielu domu.

— O, to był pan całą gębą. Komendant policji pierwszy mu się kłaniał, a jakże... Przychodził do niego człek, na ten przykład w Nowy Rok, życzenia, uważacie składać — a ten trzy ruble jak nic daje... Na Wielkanoc uważacie... znów trzy ruble. A potem imieniny pańskie — znów, uważacie, życzenia. W ten sposób kapnie człekowi w ciągu roku za same tylko gratulacje piętnaście rubelków... taką rękę miał mój pan. Order nawet przyrzekł wykołatać. „Chcę — powiada — by mój stróż miał order”. Tak właśnie, powiada: „Możesz, Tichonie, być całkiem pewny — order murowany”.

— No i co, dali?

— Poczekaj, poczekaj... „Nie potrzeba mi, powiada, stróża bez orderu”. Do Sankt-Petersburga samego po order pojechał. No, za pierwszym razem, żeby nie skłamać, nie udało mu się. Panom urzędnikom nie spodobało się. „Cesarz — powiadają — za granicę wyjechał, narazie jest to niemożliwe”. Kazał mi pan cierpliwie czekać: „Ty — powiada — Tichonie, czekaj sobie, tak czy owak, order ciebie nie ominie”.....

— A pana twego wyleli stąd? — spytał niespodzianie Ostap.

— Nikt go nie wylewał. Sam wyjechał. Coby zaś miał z sołdatami siedzieć. A nie wiecie czasem, czy w dzisiejszych czasach dają jakie ordery za stróżowską służbę?

— Dają, mogę ci się nawet wystarać.

Stróż spojrzał na niego z należnym tak wpływowej osobie szacunkiem.

— Nijak bez orderu nie mogę. Taki już mam charakter.

— Dokądże wyjechał twój pan?

— Kto go tam wie! Ludzie powiadają, że do Paryża pojechał.

— A!... Białej akacji, kwiat emigracji... A więc pas twój jest emigrantem?

— Sam jesteś emigrantem... Ludzie powiadają, że do Paryża pojechał. A dom zarekwirowali na przytułek... Choćbyś im dzień w dzień nawet życzenia składał — grosza nawet nie ujrzysz na swe oczy. E-ech, co tu gadać. Dobry był mój pan!...

W tej właśnie chwili, szarpnął ktoś zardzewiałym dzwonkiem. Sapiąc, powlókł się stróż do drzwi, otworzył je i do głębi wstrząśnięty cofnął się.

Na progu stał Hipolit Matwiejewicz Worobjaninow, czarnowłosy i czarnowąsy, co sprawiało, że oczy jego błyskały z pod szkieł binokli dawnym przedwojennym blaskiem.

— Mój pani — mamrotał wstrząśnięty do głębi Tichon — z Paryża!

Hipolit Matwiejewicz zaskoczony obecnością obcego człowieka, którego bose nogi, fijoletowe stopy, w tej chwili dopiero dostrzegł pod stołem , zmieszał się i chciał nawet w pierwszej chwili wiać, lecz Ostap Bender zerwał się błyskawicznie z ławy i złożył niski pokłon Hipolitowi Matwiejewiczowi.

— Choć izba ta nie umywa się do Paryża, lecz serdecznie prosimy. Czem chata bogata, tem rada.

— Witaj, Tichonie, — rzekł przyparty do muru Hipolit Matwiejewicz. — Nie wracam wcale z Paryża. Skąd ci to strzeliło do głowy?

Lecz Ostap Bender, który wysubtelnionym swym węchem wyczuwał instynktownie w przybyszu grubszego zwierza, nie pozwolił stróżowi nawet pisnąć.

— Rozumiem, — rzekł mrugając porozumiewawczo Pan nie wraca z Paryża. Oczywista, przyjechał pan z Koziej Wólki, by odwiedzić nieboszczkę babkę....

Mówiąc to, objął czule zbitego całkiem z tropu stróża i wypchnął go za drzwi wcześniej, niż tamten zrozumiał o co chodzi. Gdy Tichon wreszcie oprzytomniał, mógł zrozumieć to tylko, te pan jego wrócił, że jego Tichona, wypchnięto za drzwi i że w lewej ręce ściska papierek rublowy. Patrząc na ten papierek, tak się rozczulił, że poszedł do baru i zamówił kufel piwa.

Zamknąwszy starannie drzwi za stróżem, zwrócił się Bender do Worobjaninowa ze słowami:

— W porządeczku. Nazywam się — Bender. Słyszał pan może kiedy?

— Nie słyszałem — odrzekł nerwowo Hipolit Matwiejewicz.

— No, rozumie się, — skąd w Paryżu może być znane nazwisko Ostapa Bendera? A czy ciepło teraz w Paryżu? Piękne miasto. Mam tam zamężną kuzynkę. Niedawno przysłała mi w poleconym liście, jedwabną chustkę.....

— Co za dyrdymałki pan plecie — zniecierpliwił się Hipolit Matwiejewicz — jakie chustki? Nie przyjechałem wcale z Paryża, tytko z.....

— O, rozumie się! Z Morszańska.

Hipolit Matwiejewicz nigdy jeszcze nie spotykał młodzieńca z takim temperamentem, to też poczuł się bardzo nieswojo.

— Wie pan co, pójdę już — powiedział.

— Dokąd pan pójdzie? Nic pilnego. G. P. U. sama do pana przyjdzie.

Hipolit Matwiejewicz nie znalazł żadnej odpowiedzi, rozpiął palto z aksamitnym kołnierzem i usiadł na ławce, obrzucając Bendera wrogiem spojrzeniem.

— Nie rozumiem pana, — wyrzekł zgnębionym głosem.

— Nic strasznego — zaraz pan zrozumie. Momencik

Ostap Bender włożył pomarańczowe kamasze na gołe stopy, przeszedł się po pokoju i rozpoczął indagacje.

— Pan przez jaką granicę? Polską? Francuską? Rumuńską? To chyba droga przyjemność. Jeden z moich znajomych przechodził właśnie niedawno przez granicę; mieszka on uważacie, po naszej stronie, w Sławucie, a rodzice żony w Ledzeniatach po tamtej stronie.

Poróżnił się z żoną o sprawy rodzinne. A ta tak sobie to wzięła do serca, że zwiała do rodziców. Trzy dni przesiedział mój znajomy sam i widzi że źle sprawy stoją: obiadu niema, w izbie — nieład — cóż robić — postanowił pogodzić się z żoną.

Wyszedł nocą i udał się przez granicę do teściów. Lecz straż pograniczna schwytała go; wytoczyli mu sprawę o nieprawne przekroczenie granicy i wsadzili na sześć miesięcy do paki, a na dobitkę wyrzucono go ze związku zawodowego. Powiadają, że ta głupia, żona jego przybiegła z powrotem, a mąż wciąż jeszcze siedzi. Odwiedza go baba, podobno, żywność mu nosi.... A pan również przez polską granicę przeszedł?

— Słowo honoru — tłumaczył się Hipolit Matwiejewicz w poczuciu nieoczekiwanej zależności od rozmownego młodzieńca, który stanął wpoprzek drogi, wiodącej do brylantów. Słowo honoru, jestem obywatelem R. S. F. S. R. W ostateczności mogę panu pokazać paszport.....

— Przy obecnym stanie techniki drukarskiej na zachodzie Europy, wydrukowanie sowieckiego paszportu — to fraszka, o której nie warto nawet mówić....

Jeden z moich znajomych doszedł do tego, że drukował nawet dolary. A czy zdaje pan sobie z tego sprawę, jak trudne jest podrabianie amerykańskich dolarów. — Potrzeba do tego papieru z takiemi, wie pan różnobarwnemi żyłkami. Niezbędna jest również dokładna znajomość techniki. Znajomy mój z powodzeniem spławiał swe dolary na moskiewskiej giełdzie, później jednak okazało się, że dziadek jego, znany powszechnie finansista, nabywał te dolary w Kijowie i kompletnie zrujnował się, ponieważ bądź co bądź dolary te były fałszywe. A więc i pan musi się pilnować, by z paszportem tym grubo nie wpaść.

Hipolit Matwiejewicz wściekły był na siebie za to, że zamiast wykorzystać drogi czas na energiczne poszukiwanie brylantów, sterczy w smrodliwej stróżówce i słucha trajkotania bezczelnego młodziana o niewyraźnych sprawkach jego znajomych. Nie mógł się jednak mimo wszystko zdecydować na wyjście.

Myśl o tem, że młodzieniec roztrąbi po całem mieście wieść o przyjeździe dawnego marszałka szlachty przerażała poprostu Hipolita Matwiejewicza. Pożegnaćby się musiał z różowemi nadziejami, a może na dobitkę przymknęliby go jeszcze — na wszelki wypadek— w G. P. U.

— Niech pan nie opowiada, nikomu, że mnie pan tutaj widział — zdecydował się na prośbę Hipolit Matwiejewicz. — Gotowiby jeszcze naprawdę pomyśleć, że jestem emigrantem.

— To jest kapitalne. Aktywa: emigrant, który powrócił do rodzinnego miasta. Pasywa: obawia się, że zabiorą go do G. P. U.

— Sto razy, a przecież już panu mówiłem, że nie jestem emigrantem! A kim pan jest? Po co pan tu przyjechał?

— Całkiem poprostu. Przyjechałem z miasta N., by załatwić pewne sprawy.

— Jakie sprawy?

— Osobiste.

— I po tem wszystkiem mam sam wierzyć, że nie jest o pan emigrantem?... Jeden z moich znajomych także przyjechał...

Hipolit Matwiejewicz, doprowadzony już do rozpaczy gadkami o znajomych i widząc, że Bender ani myśli zejść z raz obranej drogi, skapitulował.

— Dobrze — powiedział. — Wszystko panu wytłumaczę.

„Ostatecznie trudno obejść się bez sprzymierzeńca” — pomyślał Hipolit Matwiejewicz, — a ten, to według wszelkich oznak — solidny łotrzyk. Taki może się przydać.




Przypisy

  1. Przyrząd do mierzenia kątów używany do pomiarów astronomicznych i geodezyjnych.