12 krzeseł/05

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział IV 12 krzeseł • Rozdział V • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział VI
Rozdział IV 12 krzeseł
Rozdział V
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział VI
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ PIĄTY.
Brylantowe opary.

Hipolit Matwiejewicz zdjął z głowy zaplamiony kapelusz, rozczesał wąsy, z których za dotknięciem grzebienia sypał się snop elektrycznych iskierek, i chrząknąwszy kilkakrotnie dla nabrania animuszu, wyśpiewał Ostapowi Benderowi, pierwszemu napotkanemu przechodniowi wszystko, czego dowiedział się o brylantach od umierającej teściowej.

W czasie opowiadania, Ostap kilkakrotnie zrywał się i, zwracając się do żelaznego piecyka, wykrzykiwał z zachwytem:

— Lody ruszyły, panowie przysięgli! Lody ruszyły!

A po godzinie siedzieli już obaj przy kiwającym się stoliku i objąwszy się w pół, wertowali długi spis kosztowności, zdobiący ongiś palce, szyję, uszy, piersi i włosy teściowej.

Hipolit Matwiejewicz, poprawiając co chwilę niesforne binokle, recytował z naciskiem:

— Trzy sznury pereł. Doskonale pamiętam... dwa, po czterdzieści pereł, a jeden olbrzymi ze stu dziesięciu... Brylantowy medaljon... Klaudja Iwanowna mówiła, że kosztował 4000 rubli, antyk...

Następnie wyliczone były pierścienie — bynajmniej nie grube, banalne i tanie, lecz cienkie, subtelne pierścienie z wprawionemi w nie najczystszą wody brylantami; ciężkie, olśniewające kolczyki, rzucające stubarwne ognie na maleńką konchę ucha; bransolety nakształt żmiji ze szmaragdową klamrą; naszyjnik, który pochłonął urodzaj z 500 dziesięcin pszenicy; kolję z pereł, na którą mogłaby sobie pozwolić chyba tylko słynna gwiazda operetkowa. Koroną jednak wszystkiego był djadem, wartości czterdziestu tysięcy rubli.

Hipolit Matwiejewicz obejrzał się. W ciemnych kątach zadymioną stróżówki migotało wiosenne szmaragdowe światło. Brylantowe opary unosiły się pod sufitem. Perły toczyły się po stole i skakały po podłodze. Złocista złuda płaszczem swym otuliła izbę.

Hipolit Matwiejewicz ocknął się dopiero na skutek słów Ostapa:

— Niezła kolekcyjka. Dobry gust, jak widzę, miała wasza teściowa. Ile też kosztowała cała ta symfonja?

— Siedemdziesiąt — siedemdziesiąt pięć tysięcy.

— Hm... a więc teraz warta jest stopięćdziesiąt tysięcy.

— Doprawdy, aż tyle? —ucieszył się Worobjaninow.

— Ani o grosz mniej, tylko wy, drogi towarzyszu z Paryża, gwizdnijcie na to wszystko.

— Jakto gwizdnąć?

— Poprostu: wpakować dwa palce w gębę i gwizdnąć — odrzekł Ostap — tak, jak się to robiło przed okresem materjalizmu dziejowego. Klapa.

— Dlaczego?

— Dlatego. Ile było krzeseł?

— Tuzin. Garnitur z mego salonu.

— Napewno już wasz garnitur dawno w piecu spłonął.

Worobjaninow zerwał się na równe nogi.

— Spokojnie, spokojnie. Ja biorę się do rzeczy. Obrady trwają nadal. A propos musimy zawrzeć nudy kontrakcik.

Hipolit Matwiejewicz, sapiąc z wysiłkiem skinął głową na znak zgody. Wtedy Ostap Bender począł precyzować warunki umowy.

— W razie zrealizowania brylantowej imprezy, ja, jako bezpośredni wspólnik i techniczny kierownik całego tego interesu otrzymam siedemdziesiąt procent, przyczem rezygnuję z ubezpieczenia mnie w zakładzie ubezpieczeń społecznych. Przy tym punkcie nie upieram się.

Twarz Hipolita Matwiejewicza poszarzała.

— Jest to rozbój na równej drodze!

— A ile zamierzaliście mi zaproponować?

— N-n-no, pięć procent, w ostateczności dziesięć. Zrozumcież, ze to jest jednak piętnaście tysięcy rubli!

— Więcej nic pan nie życzy sobie?

— N-n-nie.

— A może pan życzy sobie, bym pracował darmo i dał jeszcze panu klucz od mieszkania, w którem leżą pieniądze i powiedział jeszcze gdzie niema policjanta?

— W takim razie, przepraszam — mruknął Worobjaninow — mam wszelkie dane po temu, że sam sobie poradzę ze swoją sprawą.

— Tak? W takim razie, przepraszam — odparował Ostap — mam nie mniej danych po temu, by przypuszczać, że sam sobie poradzę z pańską sprawą.

— Łotr! — wrzasnął Hipolit Matwiejewicz, dygocąc z pasji.

Ostap nie tracił zimnej krwi.

— A czy wie pan, panie z Paryża, że brylanty pańskie mam już niemal w kieszeni! A pan interesuje mnie tylko z tego względu, że pragnąłbym zabezpieczyć pańską starość.

W tej chwili dopiero poczuł Hipolit Matwiejewicz siłę żelazną łap, które zdusiły go za gardło.

— Dwadzieścia procent — rzekł ponuro.

— I mój wikt? — spytał ironicznie Ostap.

— Dwadzieścia pięć.

— I klucz od mieszkania?

— Przecież to stanowi trzydzieści siedem i pół tysiąca!

— Poco taka pedanterja? No, niech już będzie — pięćdziesiąt procent. Pół na pół — zgoda?

Targ trwał. Ostap ustąpił trochę. Ze względu na respekt należny osobie Worobjaninowa, zgodził się współpracować za czterdzieści procent.

— Sześćdziesiąt tysięcy! — szalał Worobjaninow.

— Jest pan drobiazgowym człowiekiem — odpowiedział Bender. — Ponad miarę lubi pan pieniądze.

— A pan nie lubi pieniędzy? — zawył cieniutko Hipolit Matwiejewicz.

— Nie lubię.

— Pocóż więc panu sześćdziesiąt tysięcy?

— Dla zasady!

— No, ruszyły już wody? — rzucił po chwili Ostap.

Worobjaninow zasapał i odrzekł z pokorą:

— Ruszyły.

— A wiec dobijamy targu, powiatowy herszcie szlachty! Lody ruszyły, panowie przysięgli!

Hipolit Matwiejewicz obrażony za przezwanie go „hersztem szlachty” zażądał satysfakcji wobec czego Ostap, przepraszając, nazwał g« uroczyście feldmarszałkiem. Po tym incydencie przystąpiono do opracowania planu działania.

O północy stróż Tichon, opierając się o przydrożne sztachety i obejmując napotkane słupy, wracał do swej nory. Na jego nieszczęście noc była bezksiężycowa.

— Witam proletariusza umysłowej pracy! Pracownika miotły! — wykrzyknął Ostap, spostrzegając skurczonego we dwoje stróża.

Stróż zawył niskim, namiętnym głosem.

— To jest poprostu kapitalne — skonstatował Ostap. — Pański stróż to solidny łotrzyk. Czyż można upić się tak za rubla?

— M-mm-ożna — powiedział nieoczekiwanie stróż.

— Słuchaj, Tichonie — zaczął Hipolit Matwiejewicz — wiesz ty czasem, przyjacielu, co się dzieje z mojemi meblami?

Ostap podtrzymywał ostrożnie Tichona, by słowa mogły swobodnie płynąć z jego szeroko rozwartych ust. Hipolit Matwiejewicz czekał w naprężeniu. Ale ze stróżowskich ust, w których zęby rosły nie jeden obok drugiego, ale z szerokim odstępem wyrwał się tylko ogłuszający ryk:

— Bybybybywały dni wessołe...

Stróż pilnie i starannie wykonywał swój hymn, nie opuszczając ani jednego słowa. Ryczał, przewalając się po pokoju, to znów bezprzytomnie rzucając się pod stół; uderzał czapką o miedziane ciężarki zegara, to znów przyklękał na jedno kolano. Ogarnęła go niepohamowana wesołość.

Hipolit Matwiejewicz stracił całkiem głowę.

— Przesłuchanie świadków trzeba będzie odłożyć do jutra — rzekł Ostap. Tymczasem prześpimy się.

Stróża, który we śnie ciężki był, jak kłoda, przenieśli na ławę. Worobjaninow i Ostap zajęli do spółki stróżowskie łóżko. Ostap miał pod marynarką koszulę w czerwoną i czarną kratkę. Pod koszulą nic więcej nie było. Za to Hipolit Matwiejewicz, pod znaną już czytelnikom gwiaździstą kamizelką, miał jeszcze jedną, jaskrawoniebieską.

— Kamizelka — jak na zamówienie — rzekł z zazdrością Bender — bodzie na mnie w sam raz. Niech mi ją pan odstąpi.

Nie wypadało jakoś odmawiać swemu nowemu wspólnikowi i bezpośredniemu współpracownikowi, to też Hipolit Matwiejewicz rad nie rad, zgodził się sprzedać kamizelko po cenie kosztu — za osiem rubli.

— Pieniądze — po zrealizowaniu naszego skarbu — oznajmił Bender, biorąc z rąk Worobjaninowa ciepłą jeszcze kamizelką.

— Nie, na to się nie zgadzam — zaprotestował, rumieniąc się, Hipolit Matwiejewicz. — Proszę o zwrot kamizelki.

Subtelna natura Ostapa wzburzyła się.

— Toż to kompletne kramikarstwo — krzyknął. — Bierzemy się do krociowych interesów, a ten kłóci się o osiem rubli! Niech się pan uczy szerokich gestów!

Hipolit Matwiejewicz zaczerwienił się jeszcze bardziej, wyjął maleńki notesik i wykaligrafował:

„25.IV.27 r. wypłacano tow. Benderowi 8 rubli”.

Ostap zerknął do książeczki.

— Ho, ho! Jeśli jut otwiera pan mój osobisty rachunek, proszę przynajmniej prawidłowo go prowadzić. Tu winno być „debet”, a tam „credit”. W rubryce „debet” niech pan nie zapomni zakontować 60.000 rubli, które mi się od pana należą, a w rubryce „credit” — niech pan wstawi kamizelkę, saldo na moją korzyść wynosi 59.992 ruble. Można wytrzymać.

Poczem Ostap zasnął cichym dziecięcym snem. A Hipolit Matwiejewicz zdjął wełniane nakolanniki, jaśniepańskie buty i w pocerowanej Jaegerowskiej bieliźnie, ciężko wlazł pod kołdrę. Było mu bardzo niewygodnie. Z jednej strony było mu zimno, z drugiej zaś paliło go młode, pełne szalonych myśli, ciało wielkiego kombinatora.