12 krzeseł/06

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział V 12 krzeseł • Rozdział VI • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział VII
Rozdział V 12 krzeseł
Rozdział VI
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział VII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ SZÓSTY.
Ślady „Tytanika”.

Hipolit Matwiejewicz obudził się z przyzwyczajenia o wpół do ósmej, bąknął „guten morgen” i skierował się do zlewu, znajdującego się tuż w stróżówce. Mył się z rozkoszą, pluł i gwałtownemi ruchami głowy strząsał z siebie wodę której miał pełne uszy. Przyjemnie było wytrzeć się, lecz nagle Hipolit Matwiejewicz spostrzegł, że ręcznik jest zasmarowany tym radykalnie czarnym kolorem, którym od dwóch dni wysmarowane były jego wąsy. Hipolita Matwiejewicza ogarnęło przygnębienie. Chwycił ze stołu swe kieszonkowe lusterko. W lusterku ujrzał wielki nos i zielony niby młoda trawka, lewy wąs. Hipolit Matwiejewicz gwałtownie przesunął lusterko na prawo. Prawy wąs był tego samego obrzydliwego koloru. Nachyliwszy głowę, jakgdyby pragnąc przebić lusterko, ujrzał nieszczęśnik, że radykalny czarny kolor panuje jeszcze wszechwładnie tylko pośrodku czupryny, po bokach zaś ustąpił miejsca młodej zieleni. Hipolit Matwiejewicz tak głośno z głębi duszy jęknął, że Ostap Bender otworzył swe czyste, błękitne oczy.

— Oszalał pan! — krzyknął Bender i natychmiast zamknął senne powieki.

— Towarzyszu Bender — błagalnie szepnęła ofiara „Tytanica”.

Po wielu szturchaniach i perswazjach Ostap ocknął się. Spojrzał uważnie na Hipolita Matwiejewicza i wybuchnął serdecznym śmiechem. Odwróciwszy się od dyrektora, inicjatora brylantowej afery, główny kierownik i dyrektor techniczny trząsł się ze śmiechu, chwytał za krawędź łóżka, krzyczał „nie mogę” i dalej zaśmiewał się.

— To bardzo nieładnie z waszej strony, towarzyszu Bender — rzekł Worobjaninow, ruszając zielonemi wąsami.

Uwaga ta wlała jakgdyby nowe siły w Ostapa. Serdeczny jego śmiech trwał jeszcze dobre dziesięć minut. Wysapawszy się, odrazu spoważniał.

— Czego patrzycie na mnie tak, jak żołnierz na wszy? Popatrzcie lepiej na siebie.

— Zapewniał mnie aptekarz, że to jest radykalny czarny kolor. Nie zmywa się ani zimną, ani gorącą wodą, ani pianą mydlaną, ani naftą. Zagraniczny towar.

Hipolit Matwiejewicz był ostatecznie zgnębiony. Wszedł Tichon. Ujrzawszy zielone wąsy swego pana, przeżegnał się i poprosił o datek „na poprawiny”.

— Dajcie rubla temu bohaterowi pracy — poparł Tichona Ostap, — tylko proszę nie zapisywać tego na mój rachunek. Jest to wasza osobista sprawa z dawnym współpracownikiem. Poczekaj, ojcze, nie odchodź. Mam do ciebie interesik.

Ostap nawiązał ze stróżem rozmowę na temat mebli i po pięciu minutach obaj wspólnicy wiedzieli jut wszystko. Meble Worobjaninowa w 1919 roku zostały zabrane przez wydział mieszkaniowy, za wyjątkiem jednego krzesła, które początkowo znajdowało się w posiadaniu Tichona, a następnie zostało mu odebrane przez administratora II-go przytułku.

— A więc jest ono tu — w tym domu?

— Tu właśnie stoi.

— A powiedz mi teraz, przyjacielu, — zamierając ze strachu, pytał Worobjaninow. — Gdy krzesło to stało u ciebie.... nie naprawiałeś go czasem?

— Nie trzeba go było naprawiać. Za dawnych czasów robota była solidna. Trzydzieści lat może sobie jeszcze śmiało postać takie krzesło.

— Możesz już iść, przyjacielu, masz tu jeszcze rubla, tylko nie mów nikomu o moim przyjeździe.

— Kamień w wodę, obywatelu Worobjaninow.

Spławiwszy w ten sposób stróża i krzyknąwszy „lody ruszyły!”, Ostap Bender zajął się znów wąsami Hipolita Matwiejewicza.

— Trzeba będzie jeszcze raz pofarbować. Dajcie trochę forsy — pójdę do apteki. Wasz „Tytanik” djabła wart, nadaje się chyba tylko do farbowania psów... Ho, ho, za dawnych czasów bywała farba!... Jeden z dżokejów opowiadał mi kiedyś frapującą historję. Interesowaliście się kiedykolwiek wyścigami? Nie? Szkoda. Kolosalna emocja. A więc... Grasował kiedyś znany powszechnie łotrzyk, hrabia Drucki. Przegrał na wyścigach pięćset tysięcy. Pechowy rekordzista... Gdy nie pozostało mu już nic innego prócz długów, zaczął hrabia myśleć o samobójstwie. Aż tu niespodziewanie jakiś gagatek dał mu za 50 rubli wspaniałą radę. Hrabia wyjechał i po roku wrócił z orłowskim wyścigowcem — trzylatkiem. Nietylko odbił sobie przegraną, ale wygrał jeszcze 300 tysięcy. Orłowiec jego „Makler” miał świetne świadectwo i zawsze pierwszy przychodził do mety. Na derbach wyprzedził o całą długość „Mac-Mahona”. Była to dla wszystkich niespodzianka!... Aż tu Kuroczkin (słyszeliście może o nim?) zauważył, że wszystkim orłowcom zaczyna się zmieniać maść — jeden tylko „Makler” nie zmienia koloru. Skandal był niesłychany. Hrabiego skazano na trzy lata. Wyszło bowiem na jaw, że „Makler” nie był wcale orłowcem, lecz farbowanym mieszańcem, a mieszańce są bardziej rączy, niż orłowcy i zawsze ich wyprzedzają. No i cóż? To była farbka, jak się patrzy! A jak wyglądają teraz wasze wąsy?

— A miał przecież świetne świadectwo?

— Takie akurat, jak etykietka na waszym „Tytaniku”. Sfałszowane! Dajcie no forsy na nową farbę.

Ostap wrócił z nowym specyfikiem.

— „Najada”. Możliwe, że lepsze to będzie od waszego „Tytanika”. Zrzućcie marynarkę!

Rozpoczęła się ceremonja farbowania. Niestety, zadziwiający kasztanowaty kolor, nadający włosom puszystość i miękkość, w połączeniu z zielenią „Tytanika” dał zgoła nieoczekiwany efekt: głowa i wąsy Hipolita Matwiejewicza mieniły się wszystkiemi kolorami tęczy.

— Takich wąsów nie ma chyba nawet Arystydes Briand — zauważył Ostap — nie radziłbym jednak z takiemi ultrafjoletowemi włosami mieszkać w sowieckiej Rosji. Trzeba je będzie zgolić.

— Nie mogę — odrzekł żałośnie Hipolit Matwiejewicz. — To jest niemożliwe.

— Czy wąsy te są dla was drogą pamiątką?

— Nie mogę — bronił się zgnębiony ostatecznie Worobjaninow.

— W takim razie, posiedźcie sobie całe życie w tej dziurze, a ja pójdę po krzesła. A propos, pierwsze krzesło znajduje się tuż, tuż nad waszą głową...

— Zgólcie.

Znalazłszy nożyczki, Bender w jednej chwili chwycił niemi wąsy, pielęgnowane starannie przez Hipolita Matwiejewicza dziesiątki lat, spadały teraz bezszelestnie na podłogę. Były tam włosy radykalnie czarnego koloru, zielone i ultra fjoletowe. Uporawszy się ze strzyżeniem, techniczny dyrektor wyjął z kieszeni starą brzytwę „Gilette”, a z portfelu zapasowe ostrze i począł golić, płaczącego niemal Hipolita Matwiejewicza.

— Ostatni nożyk zużywam dla pana. Proszę zapisać na moje konto dwa ruble za golenie i strzyżenie.

Hipolit Matwiejewicz, mimo ciężkiego strapienia, zapytał:

— Dlaczego tak drogo? Wszędzie kosztuje tylko czterdzieści kopiejek.

— Za zachowanie konspiracji, towarzyszu feldmarszałku — odrzekł szybko Bender.

Okropne męki przeżywa człowiek, któremu golą głowę tępą brzytwą. Hipolit Matwiejewicz zrozumiał to od początku operacji.

Wszystko ma swój koniec, to też wreszcie nastąpił kres lej męki.

— Gotowe! Obrady trwają nadal! Ludzi nerwowych uprasza się o niepatrzenie! Jest pan teraz podobny do znanego kuplecisty Boborykina.

Hipolit Matwiejewicz strząsnął z siebie miękkie kłaki, tak piękną jeszcze niedawne siwiznę, umył się i, odczuwając na całej głowie silne swędzenie, przejrzał się po raz setny chyba tego dnia w lustrze. Obraz, który tam zobaczył, wbrew wszelkim oczekiwaniom, spodobał mu się. Z tafli lustrzanej spojrzała na niego wykrzywiona cierpieniem, lecz dość młoda jeszcze twarz aktora.

— Marsz naprzód, obowiązek nas wzywa! — krzyknął Ostap. — Ja pójdę po śladach do wydziału mieszkaniowego, a raczej do tego domu, w którym niegdyś mieścił się wydział mieszkaniowy, a wy idźcie do staruszek.

— Nie mogę — powiedział Hipolit Matwiejewicz — zbyt ciężko by mi było wejść do własnego domu.

— Ach, tak!... Wzruszająca historja! Hrabia-wygnaniec. Dobrze. A więc wy pójdziecie do wydziału mieszkaniowego, a ja tymczasem popracuję tutaj. Punkt zborny — w stróżówce. Naprzód!