12 krzeseł/07

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział VI 12 krzeseł • Rozdział VII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział VIII
Rozdział VI 12 krzeseł
Rozdział VII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział VIII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ SIÓDMY.
Niebieski ptaszek.

Zaw-choz[1] 2-go domu opieki społecznej był złodziejaszkiem nieśmiałym. Całe jego jestestwo buntowało się przeciw złodziejstwu, lecz nie kraść — było ponad jego siły.

Więc kradł i — wstydził się tego. Kradł ustawicznie i dlatego jego starannie wygolone policzki zawsze płonęły rumieńcem wstydu. Zaw-choz nazywał się Aleksander Jakowlewicz, a żona jego Aleksandra Jakowlewna. On nazywa ją „Saschchen”, ona zaś jego — „Alchen”. Jak świat światem nie bujał jeszcze po nim taki niebieski ptaszek, jak Aleksander Jakowlewicz.

Był on nietylko Zaw-chozem, lecz również administratorem całego domu. Poprzednik jego za brutalne traktowanie powierzonych jego pieczy staruszek został przed siedmiu miesiącami odwołany i mianowany dyrygentem miejscowej orkiestry. Alchen nie był w niczem podobny do swego nieokrzesanego poprzednika. W kołowrocie dnia powszedniego wziął na siebie uciążliwy zarząd domem i pupilki swe traktował z ostentacyjną uprzejmością, co mu bynajmniej nie przeszkadzało w przeprowadzaniu doniosłych reform i inowacyj.

Ostap Bender pchnął ciężkie dębowe drzwi i znalazł się w przedsionku willi Worobjaninowa. Unosił się tu zapach przypalonej kaszy. Z górnych apartamentów dochodził gwar zmieszanych głosów, podobny do dalekiego, zduszonego „hurra”. Nie było tu nikogo i nikt się nie zjawił na spotkanie Bendera. Na górę prowadziły schody z lakierowanemi ongiś stopniami. Teraz sterczały tu tylko metalowe gałki, natomiast z prętów, przytrzymujących niegdyś chodnik, nie pozostało ani śladu.

— „Herszt szlachty niezgorzej jednakże żył” — pomyślał sobie Ostap, wchodząc na górę.

W pierwszym zaraz pokoju, jasnym i obszernym, siedziało z piętnaście chyba siwiuteńkich staruszek w sukniach z tandetnego szarego samodziału. Z natężeniem wyciągały suche szyje i, wpatrując się uważnie w stojącego pośrodku człowieka, śpiewały:


„Słyszał dźwięk dzwonków u sanek w oddali
I tętent trójki tak dobrze mu znany...
A wkoło blaski złotemi się palił
Przestwór całunem śnieżystym zasłany...”


Dyrygent chóru w szarej (z tego samego samodziału) kurtce i w samodziałowych spodniach, wymachiwał do taktu obiema rękami i, obracając się na wszystkie strony, komenderował:

— Dyszkanty ciszej! Kokuszkina wolniej!

Spostrzegł Ostapa, lecz nie mogąc powstrzymać ruchu rąk, spojrzał tylko wrogo na niego i dyrygował w dalszym ciągu. Chór grzmiał z takim wysiłkiem, jakgdyby pokonać musiał opór stosu pierzyn...

— Przepraszam, czy mógłbym zobaczyć się z towarzyszem Zawchozem? — spytał Ostap, korzystając z chwilowej przerwy.

— A o co wam chodzi, towarzyszu?

Ostap uścisnął dyrygentowi dłoń i zagadnął przyjacielskim tonem:

— Pieśni ludowe? Bardzo pięknie. Moje uszanowanie. Jestem inspektorem straży ogniowej.

Zawchoz zmieszał się.

— Tak, tak — bąknął zawstydzony. — Zjawiacie się akurat w samą porę. Miałem właśnie pisać raport.

— Nie przejmujcie się — oznajmił wspaniałomyślnie Ostap. — Sam napiszę raport. No, chodźmy obejrzeć lokal.

Alchen skinieniem ręki dał chórowi znak do odejścia i baby podreptały drobnemi, radosnemi kroczkami.

— Proszę za mną — rzekł Zawchoz.

Ostap utkwił wzrok w meble, stojące w pierwszym pokoju. Stał tam stół, dwie ogrodowe ławeczki na żelaznych nóżkach (na poręczy jednego z nich wyryte było imię „Kola”) i czerwona fisharmonja.

— Czy palą się w tym pokoju prymusy? A może są tu przenośne piecyki lub coś w tym rodzaju?

— Nie, nie. Tu ma siedzibę: chór oraz kółka — dramatyczne, sztuk pięknych, muzyczne...

Przy słowie „muzyczne” Aleksander Jakowlewicz zaczerwienił się. Najpierw zarumienił się podbródek, potem czoło i policzki. Alchen bardzo zawstydził się. Dawno już, bardzo dawno powyprzedawał wszystkie instrumenty dętej orkiestry. Słabe płuca staruszek i tak wydmuchiwały z nich zaledwie szczenięce piski. Śmiech brał na widok tej góry metalu w tak niegodnej sytuacji. Alchen nie mógł nie ukraść instrumentów, i teraz bardzo mu wstyd było.

Na ścianie między jednem oknem a drugiem wisiał ogromny transparent. Białemi literami na kawałku szarego samodziału wykaligrafowane było hasło:

„Poprzez dętą orkiestrę do kollektywnej twórczości”.

— Bardzo dobrze — rzekł Ostap — siedziba kółek rozrywkowych daje gwarancję zupełnego bezpieczeństwa pod względem pożaru. Chodźmy dalej.

Zilustrowawszy w szybkiem tempie frontowe pokoje worobjaninowskiej willi, Ostap nie dostrzegł nigdzie orzechowego krzesła, obitego jasnym angielskim kretonem w kwiatki.

Na gładkim marmurze ścian wisiały regulaminy, obowiązujące w domu Nr. 2 Starsobiesa. Ostap czytał je, od czasu do czasu energicznie wypytując: „Kominy czyścicie regularnie? Piece w porządku?” I, otrzymując wyczerpujące odpowiedzi, ruszał dalej.

Inspektor straży ogniowej szukał gorliwie, pragnąc wyszperać jakikolwiek kącik, grożący niebezpieczeństwem na wypadek pożaru, lecz pod tym względem wszystko było w porządku. Natomiast poszukiwanie skarbów nie dało żadnych rezultatów. Ostap zwiedził między innemi sypialnie staruszek, które na jego widok wstawały i niziutko kłaniały mu się. Stały tu tapczany, zasłane szorstkiemi, jak psia szerść, kołdrami. Z jednej strony tych kołder wydrukowane było słowo „nogi”.

W domu Nr. 2 uderzało wszystko nadmierną skromnością: meble składały się wyłącznie z ogrodowych ławek, przywiezionych z Aleksandrowskiego bulwaru; lampki były tandetne, naftowe; kołdry przerażały napisem „nogi”. Jedna jedyna tylko rzecz w tym domu była solidna i imponująca — to sprężyny u drzwi.

Mechanizmy przy drzwiach były prawdziwą namiętnością Aleksandra Jakolewicza. To też dołożył niezwykłych starań, by wyposażyć wszystkie bez wyjątku drzwi sprężynami najrozmaitszych systemów i kształtów. Były tu całkiem prymitywne sprężyny nakształt żelaznych sztab. Były sprężyny z miedzianemi cylindrycznemi pompami. Były też mechanizmy na blokach z opuszczającemi się woreczkami śrutu. Były jeszcze sprężyny o tak złożonej konstrukcji, że sobjesowski ślusarz w najwyższem zdumieniu kiwał tylko głową. Wszystkie te cylindry, sprężyny i ciężarki miały niezwykłą wprost siłę. Drzwi zatrzaskiwały się tak samo błyskawicznie, jak pułapki na myszy. Mechanizmy te wprawiały w drżenie cały dom. Z przeraźliwym piskiem uciekały babuleńki przed atakującemi je drzwiami, lecz nie zawsze się to udawało. Drzwi dosięgały swych ofiar i szturchały je w plecy, a z góry z ponurym krakaniem spuszczały się ciężarki, przelatując koło skroni, jak pocisk.

Gdy Bender z Zaw-chozem lustrowali dom, drzwi witały ich straszliwemi salwami uderzeń.

Poza iście więzienną wspaniałością nie było nic — krzesła ani śladu. W poszukiwaniu niebezpieczeństwa pożaru, inspektor znalazł się w kuchni. Tam w Wielkim kotle do bielizny gotowała się kasza, której zapach wielki kombinator poczuł odrazu w przedsionku. Ostap pokręcił nosem i powiedział:

— Czy to na oleju maszynowym?

— Jak Boga kocham na czystem, śmietankowem maśle — rzekł Alchen rumieniąc się aż do łez prawie, — ze wsi sprowadzamy.

Wstydził się niesłychanie...

— Ha, to niebezpieczeństwem pożaru nie zagraża, — zauważył Ostap.

W kuchni także nie było krzesła. Był tam tylko zatłuszczony taboret, na którym siedział kucharz w fartuchu i samodziałowym kołpaku.

— Dlaczego u was wszystko takie szare i tandetne? Perkalik ten nadaje się w sam raz do wycierania okien.

Nieśmiały Alchen zmieszał się jaszcze bardziej.

— Udzielają nam zbył małych kredytów...

Czuł wstręt do samego siebie.

Ostap spojrzał na niego podejrzliwie i powiedział:

— Tak, to nie ma absolutnie nic wspólnego ze strażą ogniową, którą w tej chwili reprezentuję.

Alchen przeraził się.

— Na wypadek pożaru — oznajmił — przedsięwzięliśmy wszystkie środki ostrożności. Mamy nawet gaśnicę.

Zaglądając po drodze do rozmaitych zakamarków, zajrzał inspektor, ociągając się niechętnie do kąta, w którym stała gaśnica. Aczkolwiek czerwony, blaszany stożek był w tym domu jedynym przedmiotem, mającym związek ze strażą ogniową, wywołał w inspektorze silne zdenerwowanie.

— Na tandecie chyba kupowaliście tę gaśnicę?!

I nie czekając nawet na odpowiedź przerażonego Aleksandra Jakowlewicza, rozbił niespodzianie plombę i szybko obrócił stożek wylotem do góry. Lecz zamiast oczekiwanego strumienia wody wypuściła gaśnica tylko cieniutki syk, przypominający przedpotopową jakąś melodję.

— Oczywista, na tandecie — potwierdził Ostap swoje pierwotne przypuszczenie i powiesił śpiewający wciąż jeszcze instrument na poprzednie miejsce.

Żegnani smętnym sykiem poszli dalej.

Ostap postanowił nie rozstawać się z samodziałową tą twierdzą, dopóki nie dowie się wszystkiego.

W tym czasie, gdy inspektor i zawchoz łazili po strychu, wnikając w najdrobniejsze szczegóły urządzeń przeciwpożarowych i kominów, 2-gi dom Starsobiesa żył codziennem swem życiem.

Obiad był już gotów. Woń przypalonej kaszy wyraźnie się spotęgowała i wchłonęła wszystkie inne, panujące w tym domu zapachy. Korytarze ożywiły się. Staruszki szły gęsiego trzymając w wyciągniętych rękach blaszane miseczki z kaszą. Siadały do ogólnego stołu, starając się przytem usilne nie patrzeć na rozwieszone tam hasła, ułożone osobiście przez Aleksandra Jakowlewicza i wykonane artystycznie przez Aleksandrę Jakowlewnę. Hasła te były następujące:


POŻYWIENIE —
TO ŹRÓDŁO ZDROWIA!
JEDNO JAJKO
ZAWIERA TYLEŻ TŁUSZCZU
CO ½ FUNTA MIĘSA!
PRZEŻUWAJĄC STARANNIE POKARMY
PRZYNOSI SIĘ POŻYTEK
SPOŁECZEŃSTWU!
MIĘSO — TO WRÓG!


Wszystkie te wzniosłe sentencje budziły w staruszkach rzewne wspomnienia: o straconych jeszcze przed rewolucją zębach; o mięsie zawierającem tyleż tłuszczu, co jajka, których zresztą także dawno już nie jadły; o społeczeństwie, któremu nie mogły przynieść pożytku, przeżuwając starannie pokarmy.

Najgorzej było z Kukuszkiną, siedzącą naprzeciw wielkiej, doskonale oświetlonej akwareli, wyobrażającej krowę. Akwarela ta była poświęcona przez N. N. O. Ż. (Nowa naukowa organizacja życia). Sympatyczna ta krowa, łypająca jednem, ciemnem hiszpańskiem okiem, była po mistrzowsku rozdzielona na części; przypominała plan nowego domu spółdzielczego, z tą tylko, różnicą, że w planie domu były oznaczone numerami: kuchnie, korytarze i kuchenne schody — w naszym zaś numerami były oznaczone poszczególne części krowy: polędwica, krzyżowa, gatunek I-szy, 2-gi, 3-ci i 4-ty.

Kukuszkina zjadała swą porcję, nie podnosząc głowy. Wizerunek krowy wywoływał w niej bowiem pożądliwe bicie serca i napływ ślinki do ust: w 2-gim domu Starsobiesa, mięso było nader rzadkiem zjawiskiem.

Prócz staruszek, siedzieli przy stole: Izydor Jakowlewicz, Oleg Jakowlewicz i Pasza Emiljewicz. Ani wiek, ani płeć tych młodzieńców nie usprawiedliwiały ich obecności w tym zakładzie społecznym, ale — Jakowlewicze byli młodszymi braciszkami Alchena, a Pasza Emiljewicz — ciotecznym bratankiem Aleksandry Jakowlewny. Młodzieńcy, z których najstarszym był 32-letni Pasza Emiljewicz bynajmniej nie uważali za nienormalny pobytu swego w domu sobiesa. Traktowano ich tu tak samo, jak staruszki: a więc mieli takie same koszarowe łóżka i koce z napisem „nogi”, odziani byli tak, jak staruszki w tandentne, szare samodziały, dzięki swej sile jednak i młodości odżywiali się znacznie lepiej, niż pupilki sobiesa. Kradli z domu to wszystko, czego nie zdążył ukraść Alchen. Pasza Emiljewicz potrafił na jednem posiedzeniu wsunąć jak nic 5 funtów jarzyn, co zresztą pewnego dnia zrobił, cały dom w ten sposób pozbawiając obiadu.

Staruszki nie zdążyły jeszcze nawet dokumentnie pokosztować kaszy, a Jakowlewicz wraz z Emiljewiczem, przełknąwszy szybko swe porcje, zerwali się z czkawką od stołu i pobiegli do kuchni w poszukiwaniu czegoś konkretniejszego.

Obiad trwał nadał. Staruszki zaczęły z ferworem trajkotać.

— Nażrą się, a potem zaczną wyć nieprzystojne piosenki...

— A Pasza Emiljewicz sprzedał dziś rano krzesło z tam tej niszy. Kuchennemi schodami wyniósł je chyłkiem handlarzowi. Słyszycie?

Rozmowę staruszek przerwało nagłe chrząkanie głośnika, które zagłuszyło nawet syk gaśnicy; krowi głos rozpoczął:

— .....lazek...

Zgięte we dwoje staruszki odwracały się, jak mogły od stojącego w kącie radja i spożywały w skupieniu strawę, licząc na to, że może jednak ominie je ten kielich goryczy. Lecz głośnik grzmiał w dalszym ciągu:

— ..... cenny wynalazek. Dróżnik Murmańskiej Dyrekcji kolejowej towarzysz Sokucki, Samara, Orzeł, Kleopatra, Uljanow, Caricyn, Klemens, Ifigenja, — So - kuc - ki...

Sapiąc, kontynuował zachrypniętym głosem:

— ..... wynalazł sygnalizację świetlną przy pługach śnieżnych. Wynalazek został zalecony przez Dorizul, Darja, Onega, Rajmund...

Staruszki udały się gęsiego do swych pokojów. Głośnik, zachłystując się wprost z nadmiaru sił grzmiał nadal w pustym już teraz pokoju:

— ... A teraz posłuchajcie nowogrodzkich piosenek ludowych...

Hen, gdzieś daleko, jakgdyby w samym środku ziemi, uderzył ktoś w struny bałałajki i proletarjacki Batistini zaczął popisywać się:


— Pluskwy na murze siedziały
I na słońce się krzywiły,
Fininspektora ujrzały —
Wnet pouciekały...


Piosenki te wywołały burzliwą reakcję. Rozległ się niebywały łoskot. Były to zapewne huraganowe oklaski, a może też tam w głębi ziemi zaczęły pracować podziemne wulkany.

Zasępiony srodze inspektor straży ogniowej zszedł tymczasem ze strychu i znalazłszy się ponownie w kuchni, ujrzał pięciu obywateli, którzy wprost rękami wygarniali z beczki kwaszoną kapustę i smakowicie objadali się nią. Jedli w skupieniu. Jedyny tylko Pasza Emiljewicz kręcił głową z miną smakosza i zdejmując z wąsów kapuściane festony, delektował się:

— Jeść taką kapustę bez wódki, to grzech.

— Czy to nowy transport staruszek? — spytał Ostap.

— To sieroty — odrzekł Alchen, wypychając zlekka inspektora z kuchni i nieznacznie przytem grożąc sierotom pięścią.

— Z okolic nadwołżańskich zapewne?

Alchen zmieszał się.

— Smutna spuścizna carskiego ustroju.

Alchen rozłożył ręce, jakgdyby mówiąc: cóż począć, gdy taką mamy spuściznę...

— Wspólne wychowanie obu płci, jak widzę, koedukacja?

Nieśmiały Aleksander Jakowlewicz, nie zwlekając już dłużej, zaprosił inspektora straży ogniowej na skromny posiłek. Czem chata bogata, tem rada...

W ten dzień właśnie „chata była bogata” w butelkę żubrówki, grzybki domowej roboty, sałatkę śledziową, ukraiński barszcz z mięsem pierwszego gatunku, kurę w potrawce z ryżu i kompot z suszonych jabłek.

— Saszchen, — robił honory domu Aleksander Jakowlewicz — pozwól sobie przedstawić towarzysza z Gubpożaru.

Ostap skłonił się przed gospodynią domu w sposób wielce wyszukany, i wysadził się na tak długi i dwuznaczny komplement, że nie mógł z niego ani rusz wybrnąć. Saszchen — rosła kobieta, której uroda była zniekształcona nikołajewskiemi bokobrodami, cicho roześmiała się i napiła się wódki razem z mężczyznami.

— Za wasze wspólne gospodarstwo! — wzniósł toast Ostap.

Obiad upłynął w wesołym nastroju; dopiero przy kompocie przypomniał sobie Ostap o celu swej wizyty.

— Dlaczego — zagadnął — macie na swem przedsiębiorstwie tak skąpy inwentarz?

— Jakto — oburzył się Alchen, — a fisharmonia?

— Wiem, wiem — vox humanum. Lecz usiąść sobie wygodnie absolutnie niema na czem. Same ogrodowe ławki.

— W niszy stoi krzesło — obraził się Alchen, — angielskie krzesło. Powiadają, że pozostałość dawnego umeblowania.

— A propos, nie widziałem dotąd tej waszej niszy. Radbym skontrolować, czy nie grozi czasem niebezpieczeństwem pożaru.

— Bardzo proszę.

Ostap podziękował gospodyni za obiad i ruszył dalej.

W niszy prymusów nie zapalano, przenośnych pieców nie było, kominy czyszczone regularnie, lecz ku niezmiernemu zdumieniu Alchena, krzesła nie było. Zaczęto go na gwałt szukać. Zaglądano pod łóżka i ławki, odsuwano niewiadomo po co fisharmonię, wypytywano staruszki, które trwożliwie zerkały na Paszę Emiljewicza, — krzesła jednak nie znaleziono. Pasza Emiljewicz wykazał w tych podziwu godną wytrwałość. Wszyscy już dali za wygraną, a Pasza Emiljewicz wciąż jeszcze krzątał się po pokojach, zaglądał pod karafki, przestawiał blaszane kubki do herbaty i pomrukiwał:

— Gdzież mogło się podziać to krzesło? Dziś przecież jeszcze było, widziałem je sam na własne oczy! Komiczne!

— Niewesołe to, moje panny — rzucił oschle Ostap.

— Poprostu komiczne! — powtarzał bezczelnie Pasza Emiljewicz.

Akurat w tej chwili sycząca cały czas gaśnica wzięła górne „fa”, na jakie zdobyć się mogła jedynie chyba artystka republiki, Niedażnowa; następnie gaśnica umilkła, po chwili puściła z hałasem pierwszy strumień wody, który zalał sufit i zdarł z głowy kucharza samodziałowy czepiec. Po pierwszym strumieniu bryznęła gaśnica drugim brudno - szarym strumieniem, który zwalił z nóg niepełnoletniego Izydora Jakowlewicza. Gaśnica niezmordowanie wypluwała z siebie potoki wody.

Na miejsce wypadku zbiegli się w popłochu Pasza Emiljewicz i wszyscy nieposzkodowani Jakowlewicze.

— A to heca! — rzekł Ostap — idjotyczny wynalazek!

Zostawszy z Ostapem sam na sam bez asysty władz, poczęły staruszki na wyścigi wylewać swe żale.

— Familję całą tu poumieszczał! Naszą krzywdą się tuczą!

— Prosiaki karmią mlekiem, a nam każe się opychać kaszą!

— Co tylko się da, wynosi z domu!

— Uspokójcie się, moje panny — rzekł, cofając się, Ostap. — Celem uregulowania tych spraw przyślę tu do was delegata inspekcji pracy. Rozpatrywanie waszych skarg przekracza moje kompetencje.

Staruchy całkiem go nie słuchały.

— A Paszka Mielentjewicz sam dziś własnoręcznie wyniósł to krzesło i sprzedał je. Na własne oczy widziałam.

— Komu? — wrzasnął Ostap.

— Sprzedał i tyle. Mój koc także huncwot chciał sprzedać.

W korytarzu toczyła się zacięta walka z gaśnicą. Zwyciężył ostatecznie genjusz człowieka i gaśnica, zdeptana żelazną stopą Paszy Emiljewicza, wypluła z siebie po raz ostatni wątły strumień wody i uciszyła się na wieki.

Staruszkom polecono wziąć się do mycia podłóg. Inspektor straży ogniowej westchnął głęboko, pochylił głowę i zlekka kołysząc się w biodrach, podszedł do Paszy Emiljewicza.

— Jeden z moich znajomych — rzekł znacząco — także sprzedawał państwowe meble. Teraz pokutuje — siedzi w D. O. P. R.-ze.

— Nie rozumiem waszych bezpodstawnych podejrzeń — zauważył Pasza Emiljewicz.

— Komuś sprzedał krzesło? — syknął szeptem Ostap.

Pasza Emiljewicz, obdarzony nadludzką intuicją, zrozumiał, że Ostap zacznie go zaraz bić, kto wie, może nawet nogami.

— Handlarzowi — odrzekł.

— Adres?

— Widziałem go po raz pierwszy w życiu.

— Po raz pierwszy w życiu?

— Słowo honoru.

— Z przyjemnością stłukłbym cię na kwaśne jabłko — oznajmił Ostap. — No, wynoś się do stu djabłów!

Pasza Emiljewicz uśmiechnął się przymilnie i rozpoczął odwrót.

— Ech, ty, ofermo — rzekł wyniośle Ostap. — Pomaleńku, powiedz mi, bratku, jak ten handlarz wygląda. Blondyn, brunet?

Pasza Emiljewicz zaczął dokładnie objaśniać. Ostap wysłuchał go uważnie i przypieczętował wywiad słowami:

— To już bezwzględnie nie ma żadnego związku ze strażą ogniową.

Do wychodzącego już Bendera podszedł na korytarzu nieśmiały Aleksy i wsunął mu do ręki czerwońca.

— 114 paragraf kodeksu karnego — rzekł Ostap, — wręczenie łapówki osobie urzędowej podczas spełniania czynności służbowych.

Pieniądze jednak wziął i, pożegnawszy Aleksandra Jakowlewicza, skierował się ku wyjściu. Drzwi, wyposażone w potężny aparat, otwarły się z trudem i szturchnęły Ostapa boleśnie w plecy.

— Pierwsze uderzenie — skonstatował Ostap, pocierając obolałe miejsce. — Obrady trwają nadal!




Przypisy

  1. Kierownik działu gospodarczego.