12 krzeseł/08

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział VII 12 krzeseł • Rozdział VIII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział IX
Rozdział VII 12 krzeseł
Rozdział VIII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział IX
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ ÓSMY.
Gdzie są wasze bujne kędziory?

W owym czasie, gdy Ostap oglądał 2-gi dom Starsobiesu, Hipolit Matwiejewicz kroczył po mieście, odczuwając nieznośne zimno w ogolonej doszczętnie głowie. Przebrnął przez kałużę, ciągnącą się od sklepu Stargiko, aż do gmachu Gubplanu, którego wejście ozdobione było gipsowemi tygrysami i wężami, oraz płaskorzeźbami, wyobrażającemi zwycięstwa.

Nagle na Hipolita Matwiejewicza uderzyły siódme poty. Wprost na niego szedł jakiś nieznajomy obywatel, o dobrotliwym wyrazie twarzy i w garści trzymał krzesło. Hipolit Matwiejewicz, który dostał nagle gwałtownej czkawki, przyjrzał się i odrazu poznał swoje krzesło.

Tak! To było krzesło, pochodzące ze słynnej wytwórni Gambsa, obite, pociemniałym w ogniu rewolucji angielskim kretonem w kwiatki, to było orzechowe krzesło o giętych nóżkach. Hipolit Matwiejewicz był tak oszołomiony, jakgdyby mu kto wypalił prosto w ucho.

— Noże, nożyczki, ostrzę, brzytwy naprawiam! — krzyknął w pobliżu barytonowy bas.

I zaraz rozległo się cieniutkie echo:

— Lutuję, poprawiam!...

— Gazeta moskiewska „Izwiestja”, „Smiechacz", 30 dni, Czerwona N-i-i-wa!!

Gdzieś wysoko stłukł ktoś z hałasem szybę. Potężnie dudniąc, przejechała platforma ciężarowa „Miel-stroju”. Gwizdnął przeraźliwie milicjant. Życie wrzało i przelewało się aż po brzegi. Nie można było tracić ani chwili.

Hipolit Matwiejewicz lamparcim skokiem zbliżył się do bezczelnej figury i bez słowa, jednem szarpnięciem usiłował wyrwać krzesło.

Nieznajomy szarpnął je z powrotem. Wtedy Hipolit Matwiejewicz uczepił się lewej nóżki i starał się przemocą oderwać grube palce nieznajomego od krzesła.

— Rozbój — szepnął nieznajomy, jeszcze mocniej trzymając się krzesła.

— Za pozwoleniem, za pozwoleniem — bełkotał Hipolit Matwiejewicz, wciąż usiłując odkleić palce nieznajomego od krzesła.

Zaczął się zbierać tłum. Już trzech ludzi przystanęło opodal, z wielką ciekawością śledząc rozwój wypadków.

Wtedy obaj zapaśnicy lękliwie obejrzeli się wokół, i, nie patrząc na siebie, lecz niewypuszczając krzesła z drapieżnych rąk, poszli, jakgdyby nigdy nic, wprost przed siebie.

„Co to znaczy?” — myślał Hipolit Matwiejewicz z rozpaczą.

Trudno wprawdzie było odgadnąć, o czem myślał nieznajomy, ale chód miał w owej chwili, jaknajbardziej zdecydowany.

Szli coraz prędzej. Spostrzegłszy wreszcie jakiś opuszczony placyk, zasypany gruzem i budulcem, zwrócili się tam, jak na komendę. Siły Hipolita Matwiejewicza potroiły się.

— Za pozwoleniem! — ryknął, nie krępując się już wcale.

— Ra-tun-ku! — niedosłyszalnie prawie krzyknął nieznajomy.

Ponieważ obaj mieli ręce zajęte, zaczęli się nawzajem kopać nogami. Nieznajomy miał buty podkute, to też los Hipolita Matwiejewicza nie był początkowo do pozazdroszczenia; szybko jednakie Hipolit Matwiejewicz przystosował się i skacząc bądź naprawo, bądź nalewo, jakgdyby tańcząc krakowiaka, unikał razów przeciwnika, starając się jednocześnie położyć go ciosem w brzuch.

W brzuch wprawdzie nie udało mu się trafić, ponieważ zawadzało krzesło, ale zato grzmotnął wroga w staw kolanowy, poczem ten mógł wierzgać już tylko lewą nogą.

— O Boże! — szepnął nieznajomy.

Dopiero teraz Hipolit Matwiejewicz spostrzegł, że tym nieznajomym, który w tak bezczelny sposób porwał jego krzesło, był ni mniej, ni więcej, tylko proboszcz cerkwi Froła i Ławra — ojciec Fiodor Wostrikow we własnej duchownej osobie.

Hipolit Matwiejewicz zdębiał.

— Batiuszka! — zdumiał się, odejmując ręce od krzesła.

Ojciec Wostrikow zsiniał i rozgiął palce. Krzesło, przez nikogo niepodtrzymane, upadło na cegły.

— Gdzież są wasze wąsy, szanowny Hipolicie Matwiejewiczu? — z wyrafinowaną zjadliwością spytała duchowna osoba.

— A gdzie się podziały wasze bujne kędziory? Mieliście wszakże kędziory?

Słowa Hipolita Matwiejewicza pełne były nie wysłowionej pogardy. Pałając szlachetnem oburzeniem, spojrzał na ojca Fiodora z niezwykłą godnością, i wziąwszy krzesło pod pachę, zamierzał odejść. Lecz ojciec Fiodor, który już opanował zmieszanie nie pozwolił Worobjaninowi na tak łatwy triumf. Z krzykiem „hola, za pozwoleniem” schwycił znów krzesło. Był to powrót do pierwotnej sytuacji. Trzymając się kurczowo nóżek krzesła, stali obaj wrogowie naprzeciw siebie i z pasją spoglądali jeden na drugiego

Przerwa, zapierająca dech w piersiach trwała dobrą minutę.

— A więc to wy, ojcze duchowny, — zgrzytnął Hipolit Matwiejewicz — polujecie na mój majątek?

Po tych sławach Hipolit Matwiejewicz kopnął ojca duchownego w bok.

Ojciec Fiodor uniknął zręcznie ciosu i z wściekłością dał marszałkowi szlachty takiego kuksańca, że ten zgiął się w pół, poczem syknął:

— To nie jest wasz majątek.

— A czyj?

— Nie wasz.

— A czyj?

— Nie wasz, nie wasz!

— A czyj, czyj?

— Nie wasz.

Sycząc tak, kopali się niemiłosiernie.

— A niby czyj jest majątek? — ryczał marszałek szlachty waląc, jak w bęben w brzuch ojca duchownego.

Ojciec duchowny, przezwyciężając ból, rzekł dobitnie:

— To jest upaństwowiona własność.

— Upaństwowiona?

— Ta-a-k, ta-a-k, u-państwowiona!

Mówili tak szybko, że trudno było odróżnić poszczególne wyrazy.

— Przez kogo upaństwowiona?

— Przez władzę sowiecką! Przez władzę sowiecką!

— Jaką władzę?

— Władzę ludu roboczego.

— A-a-a!... — rzekł, blednąc, Hipolit Matwiejewicz — przez władzę robotników i włościan?

— T-a-a-a-a-k!...

— Hm-m-m!... Może i do partji, ojcze duchowny, należycie?

— M-m-może!

To już było ponad siły Hipolita Matwiejewicza: wrzeszcząc „może?” plunął z satysfakcją w dobrotliwą twarz ojca Fiodora. Ojciec Fiodor bez namysłu zrewanżował się Hipolitowi Matwiejewiczowi i także trafił. Zetrzeć śliny nie mogli, — w rękach wszakże wciąż kurczowo ściskali nóżki krzesła.

Z chrapliwem rzężeniem pchnął Hipolit Matwiejewicz swego wroga. Wróg upadł, pociągając za sobą sapiącego z trudem Worobjaninowa. Walka toczyła się nadal.

Nagle rozległ się trzask — i jednocześnie odłamały się dwie nóżki krzesła. W zgodnym wysiłku obaj wrogowie zaczęli znęcać się nad orzechowym skarbcem. Podarli na strzępy angielski kreton w kwiatki. Potężnym rzutem odrzucili precz bezwartościową dla nich poręcz. Poszukiwacze skarbów zerwali pokrycie wraz z miedzianemu gazikami i kalecząc się o sprężyny, zanurzyli palce w wojłokowym włosiu. Po pięciu minutach zostało zaledwie wspomnienie krzesła. Na placu walki poniewierały się bezużyteczne sprężyny, w powietrzu zaś unosiło się zgniłe włosie. Gięte nóżki leżały w rynsztoku. Brylantów nie było.

— Znaleźliście może? — spytał Hipolit Matwiejewicz, sapiąc, jak mech kowalski.

Pokryty kłaczkami włosia ojciec Fiodor zachowywał dostojne milczenie.

— Jesteście aferzystą! — krzyknął Hipolit Matwiejewicz. — Tak wam gębę nabiję, ojcze Fiodorze, że popamiętacie ruski miesiąc.

— Hola, nie tak ostro! — odrzekł pop.

— Dokąd pójdziecie teraz w takim stanie?

— A wam co do tego?

— Wstyd, ojcze. Jesteście poprostu złodziejem!

— Nic wam nie ukradłem!

— A jak dowiedzieliście się o skarbach? Dla osobistych celów wykorzystaliście tajemnicę spowiedzi? Niema co mówić — pięknie! Bardzo pięknie!

Hipolit Matwiejewicz z pełnym oburzenia „a fe!” opuścił plac boju i, otrzepując po drodze palto, skierował swe kroki w stronę domu.

Przy zbiegu ulic Leńskich wydarzeń i Erofiejewskiej ujrzał Worobjaninow swego towarzysza. Techniczny dyrektor i główny kierownik przedsiębiorstwa stał z wysuniętą naprzód lewą nogą — czyszczono mu właśnie buciki pięknym, kanarkowym kremem. Hipolit Matwiejewicz podbiegł ku niemu. Dyrektor nucił niefrasobliwie „shimmy”:


— Dawniej to tańczyły
Dzikie słonie,
Teraz tańczą taniec ten
w salonie... —
Shimmy, shimmy słynie
dziś na cały świ-a-a-t...


— Nic mi teraz nie opowiadajcie — rzekł szybko. — Jesteście silnie podnieceni, musicie wpierw uspokoić się.

Zapłaciwszy „pocybutowi” za fatygę siedem kopiejek, ujął Ostap Worobjaninowa pod ramię i zaczął się z nim przechadzać po mieście.

— No, a teraz motecie już wszystko z siebie wyładować.

Wszystkiego, co wyładowywał z siebie Hipolit Matwiejewicz, wysłuchał Ostap z wielkiem zainteresowaniem.

— Aha! Niewielka, czarna bródka? Zgadza się! Palto z barankowym kołnierzem? W porządku. To było krzesło z przytułku. Kupiono je dziś rano za trzy ruble.

— To jeszcze nie wszystko...

I Hipolit Matwiejewicz opowiedział głównemu aranżerowi o całej podłości ojca Fiodora. Ostap spochmurniał.

— Nieprzyjemna historja — skonstatował. — Tajemniczy rywal. Musimy go za wszelką cenę wyprzedzić, a gębę zawsze jeszcze zdążymy mu pomacać.

Podczas gdy przyjaciele posilali się skromnie w barze „Stieńka Razin” i Ostap informował się, gdzie poprzednio znajdował się wydział mieszkaniowy i jaką tam teraz alokowano instytucję, zapadał zwolna zmrok wieczorny.

Tygrysy, zwycięstwa i węże Gubplanu tajemniczo wyglądały w blaskach wschodzącego nad miastem księżyca.

Idąc do domu, z zamilkłym nagle Ostapem, spojrzał Hipolit Matwiejewicz na owe tygrysy i węże. Za jego czasów mieściło się tu starostwo powiatowe i obywatele bardzo dumni byli z tych ozdób, uważając je za starogrodzką osobliwość.

— „Odnajdę” — pomyślał Hipolit Matwiejewicz, wpatrując się w gipsowe zwycięstwo.

Tygrysy łagodnie merdały ogonami, węże radośnie wyginały się i duszę Hipolita Matwiejewicza ogarnęła radosna pewność.