12 krzeseł/09

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział VIII 12 krzeseł • Rozdział IX • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział X
Rozdział VIII 12 krzeseł
Rozdział IX
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział X
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY.
Papuga, ślusarz i wróżka.

Dom, oznaczony liczbą 7 przy ulicy Zagajnikowej miał tylko dwie ozdoby, obie o wybitnie handlowym charakterze. Na tle błękitnego szyldu „Odeska wytwórnia moskiewskich obwarzanków” wdzięczył się młodzieniec w krawacie i krótkich francuskich spodenkach.

W ręce trzymał legendarny róg obfitości, z którego sypały się moskiewskie obwarzanki, mogące od biedy uchodzić za słynne odeskie „bubliczki”. Młodzian obleśnie uśmiechał się. Po drugiej stronie bramy — pakarnia „Szybko – pak” o istnieniu swem zawiadamiała p. t. klijentelę czarnym szyldem z okrągłemi złotemi literami.

Mimo tak, zdawałoby się, namacalnego kontrastu szyldów, oba tak różne na pozór przedsiębiorstwa zajmowały się temi samemi interesami — spekulowały na wszelakiego rodzaju manufakturze: a więc wełnach, bawełnach, a jeśli trafiały się okazyjnie jedwabie w pięknych kolorach i deseniach, to handlowały również jedwabiami.

Za bramą, tonącą w egipskich ciemnościach i wodzie, widać było dwoje drzwi, bez ganków, wychodzące wprost na podwórze. Miedziany szyldzik z wyrytem na niem nazwiskiem:

W. M. POLESOW.

znajdował się na drzwiach z prawej strony, lewe zaś drzwi były opatrzone białą blaszką:

MAGAZYN MÓD.

I to również były tylko pozory. W magazynie mód nie było bowiem ani bezgłowych manekinów z wysuniętą naprzód piersią, ani też lalek porcelanowych, służących do przymierzania wytwornych damskich kapelusików. Zamiast tego wszystkiego mieszkała sobie w trzypokojowem mieszkanku nieposzlakowanie biała papuga. Papugę zamęczały pchły; nie mogła się jednak biedaczka przed nikim użalić, ponieważ nie potrafiła mówić ludzkim językiem. Po całych dniach gryzła ziarno i wypluwała łupiny, śmiecąc wokół klatki. Brak jej było tylko harmonijki i nowych skrzypiących kaloszy, by udatnie naśladować podochoconego galanta-rzemieślnika. Okna były zasłonięte ciemno - bronzowemi storami. Nad pianinem wisiała oszklona reprodukcja Boecklinowskiej „Wyspy umarłych” w fantazyjnej ciemno-zielonej dębowej ramie, szkło z jednego kąta dawno już wypadło, wskutek czego część obrazu tak była upstrzona przez muchy, że stanowiła z ramą jedną całość. Co się działo w tej części wyspy umarłych — było zagadką.

W sypialni, na łóżku siedziała pani domu we własnej osobie. Oparłszy łokcie na ośmiokątnym stoliku, nakrytym brudnawą serwetką „richelieu”, stawiała kabałę. Przed nią siedziała wdowa Grycacujewa w włóczkowym szalu.

— Muszę panią uprzedzić, że za seans nie biorę mniej, niż pięćdziesiąt kopiejek — powiedziała gospodyni.

— Prosiłabym bardzo o przepowiednie na przyszłość — smętnie przymilała się wdowa.

Gospodyni zaczęła rozkładać karty. Parę minut wystarczyło na określenie wdowiego losu. Wdowę czekały duże i drobne przykrości, na sercu miała króla kier, który skłaniał się w stronę damy dzwonkowej. Potem wróżono z ręki. Linje były wyraziste, silne, bez zarzutu. Linja życia sięgała tak daleko, że koniec jej najechał w puls i jeśli linja ta nie kłamała — winna była wdowa dożyć aż do chwili zwołania Konstytuanty. Linje mądrości i piękna dawały nadzieję, że wdowa porzuci handel towarami kolonialnemi i obdarzy ludzkość bezcennemi tworami w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki, nauki, czy też socjologji. Wzgórze Wenery zdradzało niewyczerpane zasoby miłości i czułości. Wszystko to wróżka zakomunikowała wdowie, posługując się wyrazami i terminologją, używanemi przez grafologów, chiromantów i handlarzy koni.

— Pięknie paniusi dziękuję, — kłaniała się wdowa — teraz to już wiem, kto jest królem kier. I damę dzwonkową także dokumentnie znam. A czy ten król nie oznacza czasem bliskiego ślubu?

— Król? A jakże, moja panno.

Uszczęśliwiona wdowa wróciła do siebie. A wróżka cisnęła karty do szuflady, potężnie ziewnęła demonstrując szczękę pięćdziesięcioletniej kobiety i poszła po wodę. Obfity, sfatygowany już mocno biust, leniwie trząsł się pod farbowaną bluzką. Na głowie ukazywały się kosmyki siwych włosów. Była to kompletnie stara kobieta i gdyby ją Hipolit Matwiejewicz nagle ujrzał, to w żaden żywy sposób nie poznałby w niej Heleny Bour, pięknej prokuratorowej, ubóstwianej przezeń Heleny, o której sekretarz sądu wyraził się ongiś wierszem, że „tak jest powiewna ta nasza cud-królewna”.

Madame Bour spotkała przy studni sąsiada swego, Wiktora Michałowicza Polesowa, ślusarza-inteligenta, który bańką od benzyny czerpał właśnie wodę. Polesow wyglądał, jak operowy Mefisto, którego przed wypuszczeniem na scenę smarują starannie sadzą.

— Piękne czasy — rzekł ironicznie Polesow — obszedłem wczoraj calutkie miasto i znikąd nie udało mi się wytrzasnąć mutry o średnicy trzy ósme cala. Niema i basta.

Helena Stanisławówna współczuła serdecznie z Polesowem, mimo, iż miała o mutrach akurat takie wyobrażenie, jakie ma słuchaczka kursów choreograficznych imienia Leonarda da Vinci o — gospodarstwie wiejskiem.

— Czyż wogóle można teraz mówić o sklepach? Mamy przecież teraz właściwie tylko kolejki, a sklepów żadnych dawno już, niema i wszystkie te sklepy tak się jakoś cudacznie teraz nazywają. Stargiko!...

Czarna twarz ślusarza połyskiwała w blaskach słońca. Białka oczu były zlekka żółtawe.Z pośród chałupników, których w Starogradzie było bez liku, Wiktorowi Michałowiczowi wiodło się bodaj najgorzej. Największym szkodnikiem Wiktora Michałowicza był jego nieokiełznany temperament. Nigdy, naprzykład, nie można go było zastać w warsztacie, który mieścił się w drugiem podwórzu domu Nr. 7, przy ulicy Zagajnikowej. Wygasły przenośny tygiel sterczał samotnie na środku kamiennej szopy, po której kątach poniewierały się stosy przekłutych pudełek i podartych ochraniaczy „Treugolnik”; zardzewiałe zamki, tak olbrzymie, że możnaby chyba było zamykać na nie miejskie wrota, pogięte srodze kotły, wózki dziecinne, zamilkłe na wieki dynamo, przegniłe rzemienie, nasycone oliwą pakuły, zużyty doszczętnie glass-papier, austrjacki bagnet i mnóstwo podartych i powyginanych rupieci.

Klijentom nigdy nie udawało się zastać Wiktora Michałowicza w pracowni. Wiktor Michałowicz bowiem wiecznie gdzieś kimś komenderował i nie miał głowy do roboty. Nie mógł naprzykład patrzeć spokojnie na wjeżdżające w podwórze wozy z towarami. Wychodził zaraz z pracowni i, splótłszy ręce na plecach, pogardliwie obserwował woźnicę.

— Któż tak zajeżdża? — obruszał się. — Zawracaj.

Przestraszony woźnica zawracał.

— Jak ty, ofermo, zawracasz?! — biadał Wiktor Michałowicz, chwytając konia za uzdę. — Za dawnych czasów oberwałbyś po gębie raz i drugi, to nauczyłbyś się już zawracać, jak należy!

Takie komenderowanie trwało dobre pół godziny, poczem Polesow skłonny już był wrócić do pracowni, gdzie czekała na niego jakaś nienaprawiona opona, lecz wtedy zazwyczaj znów jakieś nieoczekiwane zdarzenie zakłócało spokojne życie miasteczka. Albo wozy zaczepiały się na ulicy osiami i Wiktor Michałowicz pouczał, w jaki sposób najszybciej i najlepiej można je rozłączyć; albo stawiano nowy słup telegraficzny i Polesow sprawdzał jego prostopadłość własnym specjalnie z warsztatu przyniesionym pionem; bądź wreszcie przejeżdżała straż ogniowa i Polesow, podniesiony dźwiękami pobudki strażackiej i trawiony niepokojem, biegł za wozami strażackiemi.

Od czasu do czasu jednakże ogarniał Wiktora Michałowicza szał realnej pracy, wówczas na parę dni znikał w swej pracowni i w milczeniu pracował. Wozy ciężarowe zajeżdżały sobie w podwórze, opisując najrozmaitsze krzywe linje, pojazdy na ulicy wogóle przestały zderzać się, wozy strażackie samotnie pędziły na miejsce pożaru, Wiktor Michałowicz bez wytchnienia pracował. Kiedyś po takim napadzie pilności wyciągnął z pracowni, niby barana, motocykl, sporządzony przezeń z cząstek automobilów, gaśnic, rowerów i maszyn do pisania. Motor o sile 1½ HP. miał markę Wanderera, koła miały markę Dawidsona, a inne części składowe dawno już utraciły jakąkolwiek markę. Z siodła zwisała na sznurku tekturka z napisem: „Próba”. Zrobiło się zbiegowisko. Nie patrząc na nikogo, zaczął Wiktor Michałowicz obracać ręką pedał. Iskra nie ukazywała się przez jakie dziesięć minut. Nagle rozległ się szczęk żelaza, maszyna drgnęła i otuliła się kłębami brudnego dymu. Wiktor Michałowicz wskoczył na siodło. Motocykl z szaloną szybkością poniósł go poprzez bramę na środek jezdni i natychmiast stanął, jakgdyby ugodzony kulą. Wiktor Michałowicz chciał właśnie zejść i poddać swą tajemniczą maszynę gruntownym oględzinom, gdy ta zaczęła się ni stąd ni zowąd cofać i, pomknąwszy wraz ze swym twórcą przez tę samą bramę, zatrzymała się akurat na tem samem miejscu, z którego wyruszyła — w środku podwórza, poczem gderliwie mruknęła i eksplodowała. Wiktor Michałowicz cudem ocalał i z odłamków motocyklu zbudował podczas następnego ataku pilności silnik kolejowy, który był całkiem podobny do prawdziwego silnika, lecz — nie funkcjonował.

Koroną jednakże pracy ślusarza - inteligenta była epopeja z bramą domu Nr. 5. Zrzeszenie lokatorów tego domu zawarło z Wiktorem Michałowiczem umowę, mocą której Polesow zobowiązał się doprowadzić do zupełnego porządku żelazną bramę tego domu, a nadto pomalować ją, według własnego uznania, na jakiś praktyczny kolor. Z drugiej strony zrzeszenie zobowiązało się — po przyjęciu roboty przez specjalną komisję — wypłacić W. M. Polesowowi 21 rb. 75 kop. Koszt marek stemplowych winien był ponieść wykonawca roboty.

Wiktor Michałowicz wziął bramę na plecy, jak Samson. W pracowni swej zabrał się z zapałem do pracy. Dwa dni strawił na rozwalaniu bramy. Rozłożył ją na części składowe. Żelazne kółka leżały w dziecinnym wózeczku sztaby zaś i pręty ułożone były pod warsztatem. Jeszcze parę dni zeszło na badaniu uszkodzeń. A potem wydarzyła się w mieście nader nieprzyjemna historja — przy Drewnowskiej pękły rury wodociągowe i Wiktor Michałowicz spędził resztę tygodnia na miejscu katastrofy, uśmiechając się ironicznie, krzycząc na robotników i raz po raz zaglądając do kanału.

Gdy szał organizatorski osłabł nieco, przypomniał sobie Wiktor Michałowicz o naprawie bramy, lecz było już zapóźno: dzieciaki z całego podwórza bawiły się w jaknajlepsze żelaznemi kółkami i prętami. Ujrzawszy Wiktora Michałowicza, przestraszona dziatwa zaczęła na gwałt ciskać żelastwo i zmiatać, gdzie oczy poniosą. Brak było połowy kółek i niepodobna było znaleźć je. Po tym epizodzie Wiktor Michałowicz zobojętniał do reszty w stosunku do bramy. A w otwartym na oścież domu Nr. 5 działy się okropne rzeczy: kradli tam na zabój i ściągali ze strychu mokrą bieliznę, a kiedyś wieczorem ukradli nawet z podwórza kipiący samowar. Wiktor Michałowicz brał osobiście udział w pościgu za złodziejem. Złodziej trzymał w wyciągniętych dłoniach kipiący samowar, z którego rury buchał płomień, lecz uciekał bardzo szybko i, odwracając się klął niemiłosiernie biegnącego na samym przedzie Wiktora Michałowicza. Najbardziej jednakże poszkodowanym był dozorca domu Nr. 5. Tracił nocny zarobek — bramy nie było, a więc nie miał co otwierać i zapóźnieni lokatorzy zwolnieni byli od obowiązku płacenia „szpery”. Z początku dozorca domu Nr. 5 przychodził informować się, czy prędko brama będzie doprowadzona do ładu, potem błagał rzewnemi słowy, aż wreszcie zaczął miotać mgliste pogróżki. Sytuacja stawała się z dnia na dzień poważniejsza.

— Prawda! Proszę zgadnąć — kogo dziś widziałem? Worobjaninowa! — krzyknął ślusarz.

Helena Stanisławówna oparła się o studnię, w najwyższem zdumieniu trzymając wciąż w powietrzu napełnione wodą wiadro.

— Wstąpiłem do Komun-chozu, by przedłużyć kontrakt najmu, idę sobie po korytarzu, naraz podchodzi do mnie dwóch jakichś jegomościów. Przyglądam się im bacznie. Twarz jednego wydała mi się jakgdyby znajoma. Worobjaninow czy kie licho? Zagadnął mnie: „Czy mógłbym się dowiedzieć jaka instytucja mieściła się przedtem w tym gmachu?” Powiadam mu, że przedtem było tu żeńskie gimnazjum, a potem wydział mieszkaniowy. „A na co panu te informacje?” — pytam . A ten tylko: „dziękuję” i poszedł sobie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że to był sam Worobjaninow. Skąd mógł się tu tak nagle wziąć? A ten drugi to był bardzo piękny mężczyzna. Założyłbym się, że to dawny oficer. Pomyślałem sobie wtedy...

Nagle Wiktor Michałowicz dostrzegł coś przykrego. Nie kończąc zaczętego zdania, złapał bańkę i śpiesznie schował się za śmietnikiem. Na podwórze wszedł powoli dozorca domu Nr. 5, przystanął koło studni i zaczął rozglądać się po podwórzu. Nie dostrzegł nigdzie Wiktora Michałowicza, zmartwił się srodze.

— Wicka-ślusarza znów niema? — spytał Heleny Stanisławówny.

— Ach, nic a nic nie wiem — rzekła wróżka — nic nie wiem.

I niezwykle podniecona, wylewając po drodze wodę z wiadra, poszła śpiesznie do domu.

Dozorca domu Nr. 5 pobębnił chwilę palcami po ocembrowaniu studni i udał się do pracowni Polesowa. O dwa kroki od szyldu „Do pracowni ślusarskiej” sterczał szyld „Pracownia ślusarska i reperacja prymusów”, pod którym wisiała ciężka kłódka. Dozorca domu Nr. 5 kopnął nogą drzwi i z nienawiścią burknął:

— A to gangrena!

Dozorca domu Nr. 5 stał tak pod pracownią jeszcze ze trzy minuty, podsycając w sobie wrogie uczucia, poczem zerwał z muru szyld, zaniósł go na środek podwórza pod studnię i, depcąc go obydwoma nogami, zaczął hałasować.

— Zbóje w domu Nr. 7 mieszkają! — wył dozorca domu Nr. 5. — Najgorsza hołota! Hycel zatracony! Patrzajcie — i to ma być gość ze średniem wykształceniem!... Gwiżdżę na takie średnie wykształcenie!... Przeklęta gangrena!...

Podczas tej przemowy zatracony hycel ze średniem wykształceniem przycupnął za śmietnikiem na swej bańce i nudził się śmiertelnie.

Rozbawieni lokatorzy otwierali z hałasem okna i przyglądali się tej scenie. Z ulicy bez zbytniego pośpiechu — przychodzili gapie. Dozorca domu Nr. 5 widząc tak liczne audytorjum, zaczął się coraz bardziej unosić.

— Patrzajcie go, ślusarz-mechanik! — wykrzykiwał — świński arystokrata!

Gdy skandal dosięgnął punktu kulminacyjnego, zjawił się milicjant i, milcząc zaczął ciągnąć dozorcę domu Nr. 5 do komisarjatu. Milicjantowi pomagały gorliwi zuchy z „Szybko-paku”.

Skruszony dozorca objął milicjanta za szyję i rzewnie zaszlochał.

Niebezpieczeństwo minęło. To też znudzony już setnie Wiktor Michałowicz wyskoczył z za śmietnika. Audytorjum zaczęło hałasować.

— Cham! — rzucił Wiktor Michałowicz w stronę pochodu. — Skończony cham! Popamiętasz ty mnie jeszcze! Łajdak!

Płaczący żałośnie dozorca nic z tego nie usłyszał. Niesiono go na rękach do komisarjatu, dokąd jako dowód rzeczowy, zabrano również szyld „Pracownia ślusarska i reperacja prymusów”.

[— Wiktorze Michałowiczu, — wychyliła się][1] przez kuchenne okno Helena Stanisławówna — wstąpcie do mnie na chwilę.

Postawiła przed Wiktorem Michałowiczem talerzyk z kompotem i, chodząc po pokoju, zaczęła wypytywać.

— Powiadam pani, że to był on: bez wąsów wprawdzie, lecz on, — grzmiał wedle zwyczaju Wiktor Michałowicz, — znam go przecież doskonale. Worobjaninow we własnej osobie!

— Ciszej... na miłość boską!... Jak pan myśli, co mogło go tu sprowadzić?

Na smagłem obliczu Wiktora Michałowicza wykwitł ironiczny uśmieszek.

— No, a cóż pani myśli?

Uśmiechnął się z jeszcze większą ironją.

— W każdym bądź razie ręczę za to, że nie na to tu przyjechał, by skapitulować przed bolszewikami.

— Przypuszcza pan, że jest on narażony na jakieś niebezpieczeństwo?

Zasoby ironji, skrzętnie gromadzone przez Wiktora Michałowicza w ciągu dziesięciu lat rewolucji, były niewyczerpane. Na obliczu jego ukazała się cała gama uśmieszków.

— A któż w sowieckiej Rosji nie jest narażony na niebezpieczeństwo, zwłaszcza zaś człowiek, będący w takiej sytuacji, jak Worobjaninow?! Wąsów swych, Heleno Stanisławówno, nikt się dla kaprysu nie pozbywa.

— Czy jest on wysłannikiem emigracji? — odważyła się spytać Helena Stanisławówna.

— Oczywista — odrzekł genjalny ślusarz.

— W jakim celu przyjechał tutaj?

— Niechże pani nie będzie dzieckiem.

— Wszystko mi jedno. Muszę go zobaczyć.

— A czy wie pani czem to pachnie?

— Wszystko mi jedno! Po dziesięciu latach rozłąki nie mogę nie zobaczyć się z Hipolitem Matwiejewiczem. Błagam o to, by go pan znalazł, dowiedział się, gdzie przebywa! Pan wszędzie wciśnie się! To dla pana taka błahostka! Proszę mu powiedzieć, że muszę go widzieć. Słyszy pan?

Papuga w czerwonych porteczkach drzemiąca dotąd na deseczce, zlękła się hałaśliwej rozmowy, przechyliła się głową na dół i w tej pozycji zastygła.

— Heleno Stanisławówna — rzekł ślusarz - mechanik, wstając i kładąc rękę na sercu — znajdę go i wejdę z nim w kontakt.

Wiktor Michałowicz zjadł kompot, wygłosił gniewne kazanie o niewłaściwej budowie papuziej klatki i pożegnał Helenę Stanisławównę, nakazując jej zachowanie wszystkiego w jak najgłębszej tajemnicy.




Przypisy

  1. Korekta błędu w druku: brak tekstu oryginalnego.