12 krzeseł/10

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział IX 12 krzeseł • Rozdział X • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XI
Rozdział IX 12 krzeseł
Rozdział X
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XI
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY.
Alfabet — zwierciadło życia.

Spólnicy przenieśli się do hotelu „Sorbona”, poczem udali się do Starkomchoz’u, gdzie otrzymali wszystkie niezbędne informacje. Okazało się, że wydział mieszkaniowy został w 1921 r. zreorganizowany i że obszerne jego archiwum zostało połączone z archiwum Starkomchoz'u. Sprawę ujął w swe ręce wielki kombinator. Przed nadejściem wieczora znali już spólnicy prywatny adres kierownika archiwum, Bartłomieja Korobiejnikowa, dawniej urzędnika „gradonaczalstwa”, obecnie zaś robotnika pracy biurowej.

Ostap wystroił się w błękitną kamizelkę, wytrzepał marynarkę o poręcz łóżka, wydusił od Hipolita Matwiejewicza rubel dwadzieścia kopiejek — na reprezentację i wybrał się z wizytą do archiwisty.

W ów zimny i mglisty wieczór rozstrzygały się losy całej imprezy. Jeśli uda się zdobyć kopje nakazów , na mocy których przydzielono meble, pochodzące z willi Worobjaninowa — można uważać, że impreza udała się w 50 procentach.

— Byleby tylko mieć te nakazy — szepnął Hipolit Matwiejewicz, rzucając się na łóżko — byleby tylko je mieć!...

Sprężyny zepsutego materaca wpijały się w ciało Worobjaninowa. On jednak nie czuł tego. Ukołysany do snu różowemi nadziejami przewracał się Hipolit Matwiejewicz z boku na bok. Sprężyny piszczały.

Ostap musiał przeciąć całe miasto, Korobiejnikow bowiem mieszkał na krańcu Starogrodu. Czasem wzdłuż nasypu, ogrodzonego betonowym cienkim płotem cofała się, sapiąc, lokomotywa i migotliwym blaskiem oświetlała na chwilę dachy domów; czasem toczyły się po szynach próżne wagony, a czasem znów wybuchały petardy.

Ostap sprawdził zapisany na karteczce adres, zatrzymał się przed domkiem archiwisty i nacisnął dzwonek z wypukłemi literami: „proszę nacisnąć”.

Drzwi odemknięto i Ostap ujrzał przed sobą maleńkiego schludnego staruszka o niezwykle giętkich plecach. Nie było ani cienia wątpliwości, że ten staruszek to obywatel Korobiejnikow we własnej osobie. Ostap, nie czekając aż go poproszą, siadł sobie odrazu na krześle.

Bez cienia strachu patrzał staruszek na intruza i — milczał. Ostap z całą uprzejmością pierwszy wszczął rozmowę:

— Mam do pana interes. Jeśli się nie mylę, pracuje pan w archiwum Starkomchoz'a?

Plecy staruszka wygięły się potwierdzająco.

— A przedtem pracował pan w wydziale mieszkaniowym?

— Wszędzie się pracowało, — rzekł wesoło starzec.

— Nawet w biurze „gradonaczalstwa”?

Ostap, wymawiając te słowa, uśmiechał się z wdziękiem. Plecy staruszka długo wyginały się, aż wreszcie przyjęły pozycję, mającą świadczyć o tem, że praca w biurze „gradonaczalstwa” to sprawa już dawno przebrzmiała i że spamiętać to wszystko — to rzecz absolutnie niemożliwa.

— A może jednak raczy mi pan powiedzieć, czemu zawdzięczam... — spytał gospodarz, przyglądając się ciekawie gościowi.

— Raczę, — odrzekł gość. — Jestem synem Worobjaninowa.

— Którego? Marszałka szlachty?

— Tak.

— A cóż z nim się dzieje, żyje?

— Umarł, obywatelu Korobiejnikow, snem wiecznym zasnął.

— Tak, — nie przejmując się zbytnio skonstatował staruszek — smutne zdarzenie. Lecz, jeśli mnie pamięć nie myli, Worobjaninow nie miał przecie dzieci?

— Nie miał, — zgodził się z całą uprzejmością Ostap.

— A więc?...

— Pochodzę ze związku morganatycznego.

— A, może jest pan synem Heleny Stanisławówny?

— Tak. Właśnie.

— Czy dopisuje jej zdrowie?

— Maman dawno już spoczywa w grobie.

— Tak, tak... To bardzo przykre...

I długo jeszcze ze łzami współczucia spoglądał starzec na Ostapa, mimo, iż nie dalej jak dziś rano widział Helenę Stanisławównę na rynku, przy jatkach z mięsem.

— Wszyscy kiedyś umrzemy, — powiedział. — Radbym jednak wiedzieć, co pana, szanowny panie... przepraszam nie znam imienia...

— Waldemar, — zakomunikował szybko Ostap.

— Włodzimierz Hipolitowicz? Bardzo mi miło.

Staruszek usiadł przy stole, nakrytym wzorzystą ceratą i zajrzał Ostapowi prosto w oczy.

Ostap w wyszukanych słowach wyraził swój żal po stracie rodziców. Bardzo mu przykro, że o tak późnej godzinie wtargnął do mieszkania wielce szanownego archiwisty i wizytą sprawił mu kłopot.

— Pragnąłbym, — demonstrował Ostap swą głęboką synowską miłość, — odnaleźć cokolwiek z ojcowskich mebli i zachować je na wieczną rzeczy pamiątkę. Czy nie wie pan czasem, komu przydzielono meble z domu mego ojca?

— To rzecz wielce skomplikowana, — odrzekł stary no namyśle, — tylko człowiek zamożny mógłby sobie na coś podobnego pozwolić... A pan... przepraszam za ciekawość, czem się pan zajmuje?

— Uprawiam wolny zawód. Mam własne rzeźnie i chłodnie w Samarze.

Stary spojrzał z powątpiewaniem na zielone szatki młodego Worobjaninowa, lecz nic nie odrzekł.

„Sprytny młodzieniaszek” — skonstatował. Ostap zaś, który akurat ukończył swe obserwacje nad Korobiejnikowem, orzekł, że „Stary — to skończony łotr”.

— A więc, — rzekł Ostap.

— A więc, — rzekł archiwista, — jak się da, to się zrobi...

— Nie traćmy czasu, jak powiada Maupassant. Wszelkie informacje będą sowicie opłacone.

— Ha, proszę wyłożyć na stół siedemdziesiąt rubelków. Zaopatrzył się pan w pieniądze?

Ostap poklepał się po kieszeni.

— A więc, mogę panu służyć choćby zaraz, — oznajmił triumfalnie Korobiejnikow.

Zapalił świecę i zaprowadził Ostapa do sąsiedniego pokoju. Stało tam biurko, zawalone buchalteryjnemi księgami, oraz długa szafa biurowa, poprzecinana licznemi półkami. Do półek były przybite drukowane litery, — A, B, C i dalej aż do końcowej litery Z. Na półkach zaś leżały pliki nakazów, przewiązane świeżym sznurkiem.

— Ho, ho! — zachwycał się Ostap, — ma pan tu w domu kompletne archiwum!

— Całkiem kompletne, — odparł skromnie archiwista, — tak, wie pan, na wszelki wypadek... Dla komun-chozu jest ono zbyteczne, a mnie, na schyłku życia, może się przydać... Żyjemy wszakże, jak na wulkanie... Wszystkiego możemy się spodziewać... Rzucą się wtedy ludziska na poszukiwanie swych mebli, a gdzież owe meble są? Tu są! Tu! w szafie! A któż je zachował, kto ustrzegł? — Korobiejnikow. Ano — podziękują państwo staruszkowi, pomogą mu na schyłku żywota... Dużo mi nie potrza — dziesiątkę za każdy nakazik dadzą — i pięknie im za to podziękuję... A jak nie — bardzo proszę — szukajcie sobie wiatru w polu. Beze mnie nie znajdą!...

Ostap spojrzał z zachwytem na starego. Połechtany tem mile archiwista, zaczął wtajemniczać gościa w szczegóły ukochanej swej pracy. Otworzył grube księgi ewidencyjne oraz księgi rozdzielcze.

— Tu jest wszystko, — powiedział, — cały Starogród! Jakie kiedy komu meble zabrano, komu i kiedy wydano je. A to jest książka alfabetyczna — zwierciadło życia! Czyje meble sprawdzić? Kupca pierwszej gildji Angiełowa? Ba-a-rdzo proszę. Oto litera A. Litera A, Ak, Am, An, Angiełow... Liczba?... Jest! 82742. Teraz zajrzyjmy do księgi ewidencyjnej. Stronica 142. Gdzie Angiełow? Jest Angiełow. Zabrano z mieszkania kupca Angiełowa w dniu 18 grudnia 1928 roku — fortepian Beckera Nr. 977012, taborecik wyściełany, dwa biurka, cztery szafy do ubrań, dwie z czerwonego drzewa, jedną serwantkę i tak dalej... A komu to wszystko wydano?... Zaglądamy do książki rozdzielczej. Ta sama liczba 82742... Wydano... serwantkę — Gor-wojen-kom’owi, trzy szafy do ubrań — dziecięcemu internatowi „Skowronek”... Czwartą zaś szafę — do osobistej dyspozycji sekretarza Star-prod-kom-gub’u. A gdzie powędrował fortepian? Fortepian powędrował do Sobies’u, do 2-go domu Sobies’u. Dotychczas tam ten fortepian stoi...

„Nie widziałem tam jakoś żadnego fortepianu” — pomyślał Ostap, przypominając sobie nieśmiałą twarzyczkę „Alchen”.

— Albo, na ten przykład, kierownik kancelarji zarządu miejskiego, Murin... A więc musimy poszukać litery M... Wszystko tu jest. Całe miasto. Są tu fortepiany, kozetki wszelakie, lustra, fotele, kanapki, pufy, żyrandole... Nawet serwisy mam tutaj...

— Doprawdy, — rzekł Ostap, — zasłużył pan sobie solennie na wieczny pomnik. Jednakże — nie mamy czasu. Naprzykład, litera W...

— O, tu jest litera W, — odezwał się z całą gotowością Korobiejnikow.

— Zaraz... Wm, Wn, Worbicki Nr. 48238, Worobjaninow Hipolit Matwiejewicz, ojciec pański, niech mu ziemia lekką będzie, był to pan, jak się patrzy... Fortepian „Beckera” Nr. 5480009, waz — imitujących chińskie — z sewrskiej porcelany cztery, dywanów d’Aubusson różnych wielkości osiem, gobelin „Pasterka”, gobelin „Pastuszek”, tekińskich dywanów dwa, chorosański dywan jeden, niedźwiedź wypchany z tacą jeden, garnitur sypialny — dwanaście sztuk, garnitur stołowy — szesnaście sztuk, garnitur salonowy — czternaście sztuk, — orzech, roboty mistrza Gambsa...

— A komu wydano? — przerwał niecierpliwie Ostap.

— Momencik... Niedźwiedź z tacą — do drugiego obwodu milicji. Gobelin „Pastuszek” — do muzeum. Gobelin „Pasterka” — do klubu wioślarskiego. Dywany d’Aubusson, tekińskie i chorosański — do Narkomwniesztorga. Garnitur z sypialni — do związku myśliwskiego, garnitur stołowy — do starogrodzkiego oddziału Gławczaj’u. Garnitur salonowy, orzech — rozbito na części. Stół okrągły i jedno krzesło — do 2-go domu Sobiesu, kanapa z oparciem — do dyspozycji wydziału mieszkaniowego, dotąd jeszcze stoi w korytarzu, całe obicie, łajdaki, zasmarowali... Jeszcze jedno krzesło wydano towarzyszowi Grycacujewowi, jako inwalidzie imperialistycznej wojny, przychylając się do prośby jego, tudzież do wniosku kierownika wydziału mieszkaniowego towarzysza Burkina. Dziesięć krzeseł — do Moskwy do państwowego muzeum mebli, zgodnie z okólnikiem Narkompress’u... Imitacje waz chińskich...

— Podziwiam, — rzekł Ostap, promieniejąc, — to poprostu kapitalne! Nie zawadziłoby obejrzeć sobie teraz nakazy.

Archiwista podszedł do szafy i, stanąwszy na palcach, wyjął okazały plik papierów.

— Proszę. Oto meble pańskiego ojca. Czy życzy pan sobie otrzymać wszystkie nakazy?

— Na co mi wszystkie... Pragnąłbym tylko... Oto wspomnienie dzieciństwa — salonowy garnitur... Pamiętam, bawiłem się nieraz w salonie, na dywanie chorosańskim, patrząc na gobelin „Pasterka”... Złote to były czasy — dzieciństwo sielskie, anielskie!... A więc, staruszku, poprzestanę na salonowym garniturze.

Korobiejnikow wyjął pięć zielonych nakazów. Jeden nakaz na dziesięć krzeseł, dwa po jednem krześle, jeden na okrągły stół i jeden na gobelin „Pasterka”...

— Proszę tylko popatrzeć, wszystko w porządku. Gdzie co stoi — wiadomo. Na grzbiecie figurują wszystkie adresy i własnoręczny podpis odbiorcy. Nikt nie może się wyprzeć. Może reflektuje pan również na garnitur generałowej Popowej? Bardzo piękny. Również dzieło mistrza Gambsa.

Lecz Ostap, pałający wyłącznie miłością ku rodzicom, złapał nakazy i wsunął je na samo dno bocznej kieszeni, a z generalskiego garnituru zrezygnował.

— Czy mogę napisać pokwitowanie? — spytał archiwista, zręcznie wyginając się.

— Proszę, — powiedział Bender, — piszcie, szermierzu idei.

Przeszli do pierwszego pokoju. Korobiejnikow wykaligrafował pokwitowanie i z uśmiechem wręczył je gościowi.

Główny impresarjo niezwykle dystyngowanie wziął papierek w dwa palce prawej ręki i włożył go do tej samej kieszeni, w której spoczywały już drogocenne nakazy.

— No, żegnam, — powiedział, mrużąc oczy, — przepraszam za sprawiony kłopot. Nie śmiem niepokoić pana dłużej swą obecnością.

Archiwista zmieszany nieco uścisnął podaną rękę.

— Żegnam, — powtórzył Ostap.

I skierował swe kroki ku wyjściu.

Korobiejnikow nic nie zrozumiał. Spojrzał nawet na stół, czy gość nie zostawił tam czasem pieniędzy, lecz pieniędzy na stole nie było. Wówczas archiwista bardzo cicho zapytał:

— A pieniądze?

— Jakie pieniądze? — rzekł Ostap, otwierając drzwi wejściowe, — wydaje mi się, że pytał pan o jakieś pieniądze?

— Jakto! Za meble, za nakazy!

— Kochasiu, — dworował sobie Ostap, — dalibóg, prochy świętej pamięci ojca mego biorę na świadka, że radbym z duszy serca, lecz nie mam, zapomniałem wziąć z banku...

Stary zadygotał i wyciągnął przed siebie wątłą dłoń, pragnąc w ten sposób zatrzymać nocnego gościa.

— Ciszej, durniu, — rzekł groźnie Ostap, — powiadam ci po ludzku jutro — a więc jutro. No, żegnam! Polecam się łaskawej pamięci!...

Drzwi z łoskotem zatrzasnęły się. Korobiejnikow niezwłocznie otworzył je i wybiegł na ulicę, lecz Ostapa już nie było. Szedł on szybko obok mostu.

Przejeżdżająca po wiadukcie lokomotywa oświetliła go swoimi ogniami i otoczyła kłębami dymu.

— Lody ruszyły! — krzyknął Ostap do maszynisty, — lody ruszyły, panowie przysięgli!

Maszynista nie dosłyszał, machnął tylko ręką, koła mocniej zaturkotały i lokomotywa pobiegła w dal.

Korobiejnikow postał jeszcze ze dwie minuty, poczem, kostniejąc z zimna, zaklął brzydko i wrócił do swej chałupy. Ogarnął go niewypowiedziany żal. Stanął na środku pokoju i w bezsilnej pasji zaczął kopać stół. Podskakiwała popielniczka, w kształcie kalosza, z czerwonym napisem „Treugolnik” i szklanka trąciła się z karafką. Nigdy jeszcze Bartłomiej Korobiejnikow nie był tak podle oszukany.

W dzielnicy tej nazywano Korobiejnikowa poprostu Bartłomiejewiczem. Zwracano się do niego jedynie w razie ostatniej biedy. Bartłomiejewicz pożyczał pieniądze pod zastaw i brał zabójcze procenty. Od kilku już lat uprawiał ten proceder i ani razu dotąd nie wpadł w ręce milicji. A teraz tak haniebnie w padł w sidła przy najlepszej swej handlowej imprezie, po której spodziewał się ogromnych zysków, jak również zabezpieczenia na starość.

— Żarciki!? — krzyknął, rozpaczając nad u tratą nakazów. — Teraz zawsze już tylko pieniążki na stół. Jak mogłem zgapić się do tego stopnia? Własnemi rękami oddałem orzechowy garnitur! Jeden tylko taki gobelin „Pasterka” nie ma poprostu ceny! Ręczna robota!...

Dzwonek „proszę nacisnąć” oddawna już naciskała jakaś ręka i głos człowieka, zabłąkanego w labiryncie szaf, odezwał się:

— Którędy tu się wchodzi?

Bartłomiejewicz wyszedł do przedpokoju, przyciągnął do siebie czyjeś palto — ot poomacku — i wprowadził do stołowego pokoju ojca Fiodora Wostrikowa.

Po dziesięciu minutach wzajemnych niedomówień wyjaśniło się, że obywatel Korobiejnikow rzeczywiście posiada pewne wiadomości o meblach Worobjaninowa, a ojciec Fiodor nie uchyla się od wynagrodzenia za te informacje. Nadto, ku niezwykłemu zadowoleniu archiwisty, okazało się, iż gość był rodzonym bratem dawnego marszałka szlachty, i gorąco pragnął zachować o nim pamięć. Kierowany sentymentem rodzinnym, pragnął nabyć salonowy garnitur z orzecha. Z tymi bowiem meblami łączył brat Worobjaninowa najmilsze wspomnienia pacholęctwa.

Bartłomiejewicz zażądał setki. Pamięć brata swego oceniał gość znacznie niżej, ot — na trzydzieści rubli. Stanęło wreszcie na pięćdziesięciu.

— Najpierw prosiłbym o pieniądze, — to moja zasada.

Bartłomiejewicz przeliczył dwukrotnie pieniądze, poczem poprosił gościa o chwilkę cierpliwości i poszedł po nakazy. W sekretnej swej kancelarji, nie tracąc czasu na próżne namysły, otworzył alfabet — zwierciadło życia — na literę P; szybko znalazł tam poszukiwaną liczbę i wziął z półki plik nakazów generałowej Popowej. Zerwawszy sznurek, wyciągnął szybko jeden nakaz, wydany tow. Brunsowi, zamieszkałem przy ul. Winiarnej 34, na 12 krzeseł z drzewa orzechowego, roboty mistrza Gambsa. Archiwista, pełen podziwu dla własnego sprytu i umiejętności lawirowania, uśmiechnął się z zadowoleniem i odniósł nakazy czekającemu na niego klijentowi.

— Wszystkie w jednych rękach? — entuzjazmował się klijent.

— Trafiła się panu gratka. Wszystkie tam stoją. Wyjątkowy garnitur. Paluszki lizać... A zresztą, poco ja to wszystko mówię?! Sam pan najlepiej wie!

Ojciec Fiodor potrząsał długo dłoń archiwisty, poczem , potknąwszy się po drodze niezliczoną ilość razy o szafy, stojące w przedpokoju, przepadł w mrokach nocy.

„Co też im ubrdało się temi meblami Worobjaninowa?” — rozważał Korobiejnikow, — „powarjowali”.

Rozebrał się, zmówił — aby zbyć — pacierz, położył się na wąziutkiem dziewiczem łóżeczku i — mocno zaaferowany — zasnął.