12 krzeseł/11

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział X 12 krzeseł • Rozdział XI • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XII
Rozdział X 12 krzeseł
Rozdział XI
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ JEDENASTY.
Upalna kobieta — marzenie poety.

W pokoju hotelowym „Sorbony”, urządzonym z nader prymitywnym komfortem (dwa łóżka i nocny stolik) — rozległo się końskie rżenie i parskanie. To Hipolit Matwiejewicz, upojony radością, mył się i wycierał nos. Wielki Kombinator zaś leżał w łóżku i oglądał uważnie defekty swych kanarkowych butów.

— Racja, — rzekł, — poproszę o uregulowanie długu.

Hipolit Matwiejewicz wypuścił z rąk ręcznik i w najwyższem zdumieniu wybałuszył na swego spólnika nieuzbrojone w binokle oczy.

— Pana to dziwi? Zapomniałem zakomunikować panu wczoraj o tem, że za nakazy musiałem wybulić na stół siedemdziesiąt rubelków. Proszę — służę pokwitowaniem. Wobec tego proszę o trzydzieści pięć rubli. Spodziewam się, że spólnicy ponoszą koszta imprezy do połowy?

Hipolit Matwiejewicz włożył binokle na nos, przeczytał pokwitowanie i z widoczną niechęcią w ręczył Ostapowi pieniądze. Lecz i to nawet nie zdołało zamącić jego radości. Miał przecież w rękach bogactwo. Trzydziestorublowy pyłek zginął w blaskach brylantowej góry. Hipolit Matwiejewicz z promiennym uśmiechem na twarzy wyszedł do korytarza i zaczął przechadzać się. Radowała go perspektywa nowego, zbudowanego na drogocennym fundamencie, życia. „A ojciec duchowny?” — pomyślał złośliwie, — „został z kwitkiem”.

Pożegnać się musi z nadzieją zdobycia tych krzeseł, tak jak pożegnać się już musiał z własną brodą.

Worobjaninow, doszedłszy do końca korytarza, obrócił się. Białe popękane drzwi Nr. 13 otworzyły się i wprost naprzeciw Worobjaninowa wyszedł ojciec Fiodor. Odziany był w granatową bluzę, przetartym sznurem z wspaniałym chwatem. Dobroduszne jego oblicze promieniało radością. I on również wyszedł, na przechadzkę. Rywale spotykali się kilkakrotnie, poczem zwycięsko spoglądając na siebie, szli każdy w swoją drogę. Doszedłszy do przeciwległych końców korytarza, obaj jednocześnie zawracali i znów zbliżali się do siebie. Piersi Hipolita Matwiejewicza rozpierał entuzjazm. To samo uczucie ogarniało również ojca Fiodora. Uczucie politowania nad pokonanym przeciwnikiem ogarniało ich obu. Wreszcie, podczas piątej tury, Hipolit Matwiejewicz nie wstrzymał:

— Witam księdza proboszcza, — rzekł z uśmiechem słodkim, jak lukrecja.

Ojciec Fiodor z całym sarkazmem, którym go Bóg obdarzył, odrzekł:

— Dzień dobry. Hipolicie Matwiejewiczu.

Wrogowie rozeszli się. Gdy drogi ich zaszły się ponownie, spytał Worobjaninow od niechcenia:

— Czy nie wyrządziłem czasem jakiej krzywdy podczas ostatniego spotkania?

— Nie, skądże znowu, bardzo miło mi było spotkać się, — odrzekł triumfujący ojciec Fiodor.

Znów rozeszli się. Fizjonomja cyca Fiodora zaczynała już działać Hipolitowi Matwiejewiczowi na nerwy.

— Mszy świętej, jak widzę, nie odprawia już proboszcz?

— Czyż mogę odprawiać?! Wszak parafjanie moi po świecie uganiają się — skarbów szukają.

— Zakarbujcie to sobie, własne skarby! Własne!

— Ja tam nie wiem, czyje, ale wiem, te szukają...

Hipolit Matwiejewicz chciał palnąć coś i otworzył nawet w tym celu usta, lecz nic nie zdołał wymyśleń i z pasją wrócił do swego numeru. Po chwili wyszedł stamtąd syn tureckiego obywatela — Ostap Bender, w niebieskiej swej kamizelce, i skierował swe kroki w stronę Wostrikowa. Róże na obliczu ojca Fiodora zwiędły i zamieniły się na popiół.

— Stare graty skupujesz? — spytał groźnie Ostap. — Krzesła? Bebechy? Próżne pudełka?

— Czego pan chce odemnie? — wyszeptał ojciec Fiodor.

— Chcę ci sprzedać stare spodnie. Czegóż tak milczysz, jakbyś wody w gębę nabrał?

Ojciec Fiodor wolnym krokiem udał się do swego numeru.

— Stare rzeczy skupujesz, a nowe kradniesz?! — krzyknął za nim Ostap. — Więc jakże będzie z temi spodniami, czcigodny handlarzu? Reflektujesz na nie? Mogę ci jeszcze sprzedać rękawy od kamizelki, dziurkę z ciastka i uszy zdechłego osła. Jeśli kupisz hurtem cały ten kram, to dam ci odpowiedni rabat. Nic z tego w krzesłach nie leży, szperanie tam na nic się nie zda! Rozumiesz?!

Ulżywszy sobie w ten sposób, wykręcił się Ostap na pięcie i wolnym krokiem wracał do siebie. Gdy masywna postać Ostapa znalazła się już w przyzwoitej odległości, ojciec Fiodor wychylił szybko głowę przez drzwi i, dając wyraz tajonemu długo oburzeniu, zapiszczał:

— To ty właśnie jesteś durniem!

— Co? — krzyknął Ostap, rzucając się na wroga, lecz drzwi zatrzasnęły się błyskawicznie i klucz zgrzytnął w zamku.

Ostap zajrzał przez dziurkę od klucza, zwinął dłoń w trąbkę i dobitnie powiedział:

— Ojcaszku, jesteś skończonym łotrem!

W tej samej chwili w dziurce od klucza ukazał się ołówek „Fabera”; wiercąc nim, usiłował ojciec Fiodor ugodzić wroga zatemperowanym końcem. Aferzysta nasz jednak odskoczył w samą porę i złapał koniec ołówka. Wrogowie, przedzieleni drzwiami, zaczęli w milczeniu walczyć o ołówek. Zwyciężyła młodość i ołówek opornie, jak drzazga, wylazł wreszcie z dziurki od klucza.

Z tym łupem wojennym wrócił Ostap do swego numeru. Wyciął na ołówku scyzorykiem obelżywe słowo, wybiegł na korytarz i, wsunąwszy ołówek przez dziurkę od klucza, natychmiast zwiał.

Przyjaciele wyciągnęli z ukrycia zielone grzbiety nakazów i zaczęli je starannie studjować.

— Pal djabli pasterkę! — krzyknął Ostap, drąc odnośny nakaz na drobne strzępy. — Proszę również o ten drugi nakaz. A niechże i ten stolik wezmą wszyscy djabli!!

Pozostały ostatecznie dwa nakazy: jeden opiewał na 10 krzeseł, przekazanych muzeum dawnych mebli w Moskwie, a drugi na jedno krzesło, wydane tow. Grycacujewowi w Starogradzie, ulica Plechanowa 15.

Przyjaciele wrócili dopiero pod wieczór. Hipolit Matwiejewicz był strapiony. Ostap natomiast promieniał. Miał nowe malinowe trzewiki, do obcasów których były przytwierdzone okrągłe gumki, skarpetki jego wyglądały, jak szachownica o zielonych i czarnych polach; na szyi miał bułgarski, półjedwabny szalik.

— Nie przeczę, jest tam — odezwał się Hipolit Matwiejewicz, nawiązując do odwiedzin u wdowy Grycacujewej, — lecz jak go stamtąd wydobyć? Kupić go, czy co? Co robić? Co robić?

Ostap z lubością przyjrzał się raz jeszcze cholewkom swych nowych trzewików.

— Szyk francuski, — skonstatował — co robić? Nie trzeba się, szlachecki marszałku, denerwować, ja podejmuję się operacji.. Takim trzewiczkom ani jedno krzesełko nie zdoła się oprzeć.

— Posłuchaj pan, — ożywił się Hipolit Matwiejewicz, — podczas gdy pan zabawiał panią Grycacujewą rozmową o powodzi, siadłem sobie na naszem krześle i, słowo honoru daję, wyczułem pod sobą coś twardego. Tam są, dalibóg, tam... już je, dalibóg, czuję.

— Tylko bez histerji, dziewico.

— Musimy je w nocy wykraść! Jak mi Bóg miły, wykraść!

— Muszę z bólem stwierdzić, że te poziome zamiary nie licują bynajmniej z godnością marszałka szlachty. Porzuć pan te niewczesne pomysły. Wszak okradzenie biednej wdowy, to najpodlejszego gatunku łajdactwo!

Hipolit Matwiejewicz opamiętał się.

— Chciałbym przecież jaknajprędzej, — powiedział błagalnie.

— Prędko rodzą się tylko kocięta — mentorował Ostap. — Ożenię się z nią.

— Z kim?

— Z madame Grycacujew.

— Po co?

— Po to, by spokojnie, bez hałasu pogmerać w tem krześle.

— Ależ w ten sposób zwiąże się pan na całe życie!

— Ha, czegóż się nie robi dla dobra sprawy?!

Dniało już, gdy Ostap Bender wpakował się do pokoju hotelowego, zdjął z nóg malinowe trzewiki, postawił je na nocnej szafce i zaczął z lubością gładzić połyskującą skórę, czule przytem w kółko powtarzając:

— Moi mali przyjaciele.

— Gdzie pan był? — spytał sennie Hipolit Matwiejewicz.

— U wdowy, — bąknął Ostap.

Hipolit Matwiejewicz wsparł się na łokciu.

— Ożeni się pan z nią?

Oczy Ostapa roziskrzyły się.

— Teraz, jako człowiek honoru, muszę się z nią ożenić.

Zażenowany Hipolit Matwiejewicz chrząknął raz i drugi:

— Upalna kobieta, — dzielił się wrażeniami Ostap, — marzenie poety, prowincjonalna bezpośredniość. W stolicach na świecie trzebaby szukać takiego podzwrotnikowego żaru. Takie niewiasty spotyka się chyba jeszcze tylko w jakichś zapadłych, zabitych deskami, dziurach.

— Kiedy ślub?

— Jutro.

— A cóż się stanie z naszą imprezą? Pan się żeni, a może wypadnie nam pojechać do Moskwy?

— I o co się pan denerwuje? Posiedzenie trwa nadal.

— A żona?

— Żona? Brylantowa wdówka? Z tym to już najmniej ambarasu. Nagły wyjazd. Wezwanie ze stolicy. Maleńki raport w małym Sow-nar-komie. Scena pożegnalna i — kurczak na drogę. Nie należy rezygnować z komfortu. Dobrej nocy.