12 krzeseł/12

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XI 12 krzeseł • Rozdział XII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XIII
Rozdział XI 12 krzeseł
Rozdział XII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XIII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ DWUNASTY.
Związek miecza i lemiesza.

W ciągu nocy znacznie się ociepliło. Wiatr szumiał nad gzymsami. Nad śmietnikami unosił się zapach fjołków i zupy jarzynowej. W ów pogodny ranek natknął się ślusarz na wałęsających się po mieście kombinatorów.

Długo szedł na nimi, aż wreszcie zdobywszy się na odwagę w chwili, gdy nikogo wokół nie było, podszedł do Worobjaninowa.

— Dobry wieczór, panie Hipolicie Matwiejewiczu! — skłonił się z szacunkiem.

Worobjaninowi zrobiło się bardzo niewyraźnie.

— Nie mam przyjemności, — odburknął.

Ostap wysunął się naprzód i zagadnął ślusarza-inteligenta:

— Proszę, pan chciał powiedzieć coś memu przyjacielowi.

— Proszę się niczego nie obawiać, — szepnął Polesow, rozglądając się na wsze strony. — Przysyła mnie Helena Stanisławówna.

— Co? Jest tutaj?

— Jest. I bardzo pragnie pana ujrzeć. Niech pan tylko, Hipolicie Matwiejewiczu, nic takiego nie myśli. Pan mnie nie zna, ale za to ja doskonale pana pamiętam.

— Chciałbym zajść do Heleny Stanisławówny. — wahał się Worobjaninow. — Lecz skąd się mogła dowiedzieć?...

— Spotkałem pana w korytarzu Kom-chozu i głowiłem się nad tem, skąd też ja pańską twarz znam. Aż wreszcie przypomniałem sobie. Nie trzeba się, Hipolicie Matwiejewiczu, denerwować! Wszystko będzie zachowane w najgłębszej tajemnicy.

— Znajoma kobieta? — spytał Ostap rzeczowo.

— N-tak, stara znajoma...

— W takim razie, może wstąpimy na kolację do tej starej znajomej? Ja, naprzykład, zjadłbym wołu. Chodźmy. Prowadź nas, tajemniczy wysłanniku.

Gdy Polesow zastukał do drzwi i Helena Stanisławówna spytała „Kto tam”, Worobjaninow drgnął. Głos jego kochanki brzmiał tak samo jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym roku.

Stara zarzuciła mu ręce na szyję.

— Dziękuję, — rzekła, — wiem, na co się pan naraża, odwiedzając mnie. Zawsze jednakowo szlachetny i rycerski. Nie dopytuję się wcale po co pan tu przyjechał z Paryża. Widzi pan. nie jestem tego zupełnie ciekawa.

— Ależ ja bynajmniej nie przyjeżdżam z Paryża, — oponował Worobjaninow.

— Ja i kolega mój przyjeżdżamy obecnie z Berlina, — sprostował Ostap, trącając łokciem Hipolita Matwiejewicza, — lecz wskazane jest, by nikomu o tem nie mówić.

I, przerywając Hipolitowi Matwiejewiczowi, który zaczął wspominać wiosnę swego żywota, powiedział:

— W Berlinie mają bardzo dziwny zwyczaj: jadają tam tak późno, że trudno się zorjentować, czy to ma być wczesna kolacja, czy też późny obiad!

Helena Stanisławówna otrząsnęła się, oderwała wreszcie pełne oddania oczy od Hipolita Matwiejewicza i poszła do kuchni.

— A teraz działać, działać i jeszcze raz działać! — rzekł Ostap tonem jaknajbardziej konspiracyjnym.

Wziął Polesowa za rękę.

— Stara nie zawiedzie? Pewna niewiasta?

Polesow złożył błagalnie dłonie.

— Rosja nie zapomni o was — rzekł Ostap z namaszczeniem.

Hipolit Matwiejewicz, trzymając ciastko w ręce, ze zdumieniem słuchał słów Ostapa; lecz powstrzymać Ostapa było niepodobieństwem. Ponosiło go. Wielki Kombinator czuł natchnienie — upajający stan przed więcej niż przeciętnym szantażem. Wielkiemi krokami mierzył pokój.

W takiem podnieceniu zastała go Helena Stanisławówna, uginająca się pod ciężarem samowara. Ostap szarmancko podbiegł do niej, odebrał jej niemal gwałtem samowar i postawił go na stole. Samowar syczał. Ostap postanowił działać.

— Pani, — rzekł — mamy to szczęście, iż w osobie jej widzimy...

Nie wiedział, kogo na szczęście widzieć w osobie Heleny Stanisławówny. Trzeba więc było zacząć od początku. Z wszystkich wspaniałych frazesów carskiego regime’u błąkało mu się po głowie tylko to jedno: „miłościwie rozkazać raczył”. Lecz to było ni przypiął, ni przyłatał. Wobec tego zaczął rzeczowo:

— Najściślejsza konspiracja... Tajemnica stanu...

Ostap wskazał ręką Worobjaninowa:

— Kim, przypuszczacie, jest ten krzepki starzec? Nie mówcie nic, wy nie możecie o tem wiedzieć. Jest to — tytan myśli, ojciec rosyjskiej demokracji i człowiek, stojący blisko cara.

Hipolit Matwiejewicz wyprostował swą imponującą postać i zmieszany, rozglądał się dokoła. Wiedząc zaś z doświadczenia, że Ostap Bender nie robi nigdy niczego napróżno — milczał. To, co się działo, wywołało w Polesowie niesamowity dreszcz. Z głową zadartą w górę, stał w pozycji człowieka, szykującego się do defilady. Helena Stanisławówna opadła bezsilna na krzesło, spoglądając ze strachem na Ostapa.

— Czy naszych dużo jest w mieście? — spytał bez ogródek Ostap. — Jaki tu nastrój panuje?...

— Ewentualnie aczkolwiek brak jakichkolwiek... — rzekł Wiktor Michałowicz i zaczął w sposób wielce zawiły opowiadać o swych tarapatach. A więc figurował w tem opowiadaniu i dozorca domu Nr. 5, skończenie zarozumiały cham, i mutry o średnicy pół calowej i wiele innych rzeczy.

— Dobrze! — wykrzyknął Ostap — Heleno Stanisławówno! Przy pani pomocy pragniemy wejść w kontakt z kwiatem i nadzieją tego miasta, z ludźmi, których zły los zapędził do podziemi. Kogo możnaby zaprosić do pani?

Po naradzie, w której ochoczo wziął również udział Wiktor Michałowicz, wyklarowało się, że zaprosić można śmiało Maksyma Pietrowicza Czarusznikowa, dawniej członka rady miejskiej, a obecnie człowieka cudem jakimś zaliczonego do sowieckich pracowników, właściciela „Szybkopaku”, Djadjewa, prezesa odeskiej wytwórni bubliczków p. f. „Moskiewskie obwarzanki”. Kislarskiego, oraz dwuch jeszcze żółtodziobów o nieznanych nazwiskach, lecz zasługujących na zaufanie.

— A więc proszę ich natychmiast w najgłębszym sekrecie zawołać na niewielką naradę.

Polesow znikł. Wróżka popatrzyła z szacunkiem na Hipolita Matwiejewicza i również znikła.

— Co to wszystko znaczy? — wydymając wargi, spytał Hipolit Matwiejewicz.

— To znaczy — odrzekł Ostap — że jest pan zacofańcem.

— Dlaczego?

— Dlatego, że... proszę mi darować trywialne pytanie — ile pań ma gotówki?

— Trzydzieści pięć rubli.

— I pan sobie imaginuje, że taką sumą można opędzić wydatki, związane z naszą imprezą?

Hipolit Matwiejewicz milczał.

— Posłuchaj, drogi patronie. Wydaje mi się, że mnie pan zrozumie. W ciągu godzinki musi pan być tytanem myśli i człowiekiem, stojącym blisko cara.

— Po co?

— Po to, by zdobyć niezbędny kapitał obrotowy. Dziś mój ślub. Nie jestem dziadem z pod kościoła. Chcę w tym doniosłym dniu wyprawić ucztę.

— A co ja mam robić? — jąknął Hipolit Matwiejewicz.

— Pan ma milczeć. Od czasu do czasu tylko, dla nadania sobie większej powagi, niech pan nadyma policzki.

— Ależ to przecież... oszustwo!...

— I któż to mówi? Czy mówi to hrabia Tołstoj lub Darwin? Słyszę to z ust człowieka, który nie dalej, jak wczoraj, zamierzał zakraść się w nocy do mieszkania Grycacujewej i pozbawić biedną wdowę mebli.

— Pana niech o to głowa nie boli. Niech pan milczy. I nie zapomina nadymać policzki.

— Po co wdawać się w tak niebezpieczną aferę? Mogą nas przecież zadenuncjować.

— Niech pan o to będzie spokojny. Tak sprawą pokierujemy, że nikt z tego nic nie zrozumie. A teraz siadajmy do herbaty.

W czasie, gdy nasi aferzyści pili i jedli, a papuga gryzła hałaśliwie ziarnka słonecznika, schodzili się do izby goście.

Nikiesza i Wołodja przyszli jednocześnie z Polesowem. Wiktor Michałowicz nie mógł się zdecydować na to, by przedstawić tych młodzieńców tytanowi myśli. To też młodzieńcy przykucnęli w kąciku i w skupieniu obserwowali, jak ojciec rosyjskiej demokracji wcinał zimną cielęcinę.

Dawny człowiek rady miejskiej Czarusznikow, opasły starzec potrząsał długo dłoń Hipolita Matwiejewicza i zaglądał mu w oczy. Pod baczną kontrolą Ostapa, zaczęły stare, małomiasteczkowe wygi dzielić się wspomnieniami. Ostap pozwolił im rozgadać się, poczem zwrócił się do Czarusznikowa:

— W jakim pułku pan służył?

Czarusznikow zasapał:

— Ja... ja, że tak powiem, w ogóle nie służyłem, dlatego, że zaszczycony zaufaniem gminy, bywałem stale wybierany do rady.

— Jest pan szlachcicem?

— Owszem, byłem.

— Spodziewam się, że i nadal pan nim pozostał? Wytrwałości. Potrzebna nam będzie pańska pomoc. Czy Polesow już co wspominał? — Zagranica nam pomoże. Powoli nawiązuje się kontakt ze społeczeństwem. Ścisła tajemnica organizacyjna. Baczność!

Ostap przepędził Polesowa od Nikieszy i Wołodi i gdy młodzieńcy zostali sami, z nieudaną surowością zapytał ich:

— W jakim pułku służyliście? Trzeba zasłużyć się ojczyźnie. Jesteście panowie szlachcicami? Bardzo pięknie. Europa przyjdzie nam z pomocą. Wytrwałości. Dyskusja narazie konieczna. Baczność!

Ostapa ponosiło. Sprawa wedle wszelkich oznak na niebie i ziemi była na dobrej drodze. Ostap, przedstawiony przez Helenę Stanisławównę właścicielowi „Szybkopaku”, poprosił go na bok, radził mu uzbroić się w cierpliwość, poinformował się, w którym pułku właściciel „Szybkopaku” służył, przyrzekł pomoc zagranicą i zachowanie zupełnej dyskrecji. Pierwszym uczuciem, które owładnęło właściciela „Szybkopaku”, było pragnienie jaknajszybszego opuszczenia spiskowego mieszkania. Uważał swą firmę za zbyt solidną na to, by wdawać się w tak ryzykowne interesy. Lecz obejrzawszy dokładnie zwinną postać Ostapa. zawahał się.

Przyjazna pogawędka przy herbacie ożywiała się z każdą chwilą. Wtajemniczeni święcie dochowywali tajemnicy i rozmawiali o ostatnich miejskich ploteczkach.

Ostatni zjawił się obywatel Kislarski, który ze względu na to, iż nie był szlachcicem i nie służył nigdy w gwardji cesarskiej, szybko po krótkiej tylko rozmowie z Ostapem, zorjentował się w sytuacji.

— Odwagi! — rzekł Ostap znacząco.

Kislarski przyrzekł.

— Pan, jako przedstawiciel prywatnego kapitału, nie może obojętnie przysłuchiwać się jękom ojczyzny.

Kislarski przytakiwał na znak spółczucia.

— A czy wie pan, kto tu siedzi? — spytał Ostap, wskazując Hipolita Matwiejewicza.

— Rozumie się — odrzekł Kislarski, — to jest pan Worobjaninow.

— To jest — rzekł Ostap — tytan myśli, ojciec rosyjskiej demokracji, człowiek, stojący blisko cara.

„W najlepszym wypadku dwa lata z surową izolacją” — pomyślał, dygocąc ze strachu Kislarski, — „i po co ja tu przyszedłem?”

— Tajny związek miecza i lemiesza! — szepnął złowrogo Ostap.

„Dziesięć lat!” — pomyślał błyskawicznie Kislarski.

— A zresztą — może pan odejść, lecz uprzedzam — ramię nasze daleko sięga!...

„Już ja ci, skurczybyku, pokażę — pomyślał Ostap; — „taniej niż za setkę, nie wywiniesz się”.

Kislarski zbladł, jak chusta. Niedalej, jak dziś, z takim spokojem ze smakiem zjadł obiad, delektował się kurczakiem i buljonem i nic nie wiedział o straszliwym związku „Miecza i lemiesza”. Został „daleko sięgające ramię” wywołało zamierzony efekt.

— Obywatele! — zagaił Ostap posiedzenie. — Życie dyktuje nam swe prawa, swe okrutne prawa. Nie będę się rozwodził nad celem naszego zebrania — jest nam znany. Święty cel. Zewsząd dochodzą nas jęki. Ze wszystkich krańców naszej rozległej ojczyzny żądają pomocy. Musimy wyciągnąć pomocną dłoń i wyciągniemy ją. Jedni z was pracują i jedzą chleb z masłem, a inni spekulują i zajadają bułki z kawiorem. I jedni i drudzy sypiają we własnych łóżkach i otulają się w ciepłe kołdry. Tylko małe bezdomne dzieciaki nie mają domu. Te kwiaty ulicy lub, jak powiadają proletarjusze pracy umysłowej, te kwiaty na asfalcie, zasługują na lepszy los. Musimy, panowie przysięgli, pomóc im. I my, panowie przysięgli, pomożemy im.

Właściciel „Szybkopaku” był nadzwyczajnie zadowolony.

„Ładnie skomponowane — orzekł, — pod takim pretekstem można nawet dać pieniądze .W razie powodzenia — honor wielki! Nie uda się — ani mnie to grzeje, ani ziębi. Pomagałem dzieciom i basta”.

Czarusznikow spojrzał porozumiewawczo na Djadjewa i, zachwycony konspiracyjną taktyką, robił w dalszym ciągu gałki z chleba.

Kislarski był z siódmem niebie.

„Ministerjalna głowa” — myślał. Wydawało mu się, że nigdy jeszcze nie pałał taką miłością do bezdomnych dzieci, jak w tej właśnie chwili.

— Towarzysze! — mówił dalej Ostap. — Trzeba niezwłocznie spieszyć z pomocą! Musimy wyrwać dzieci z grzązkiego błota ulicy i wyrwiemy je stamtąd! Pomożemy dzieciom. Pamiętajmy, że dzieci to — kwiaty życia. Wzywam was do niezwłocznego składania ofiar na pomoc dla dzieci. Tylko dla dzieci i dla nikogo więcej. Rozumiecie mnie?

Poczem wyciągnął Ostap z bocznej kieszeni upoważnienie i kwitarjusz.

— Proszę składać ofiary. Nie kładzie się tamy dobroczynności. Hipolit Matwiejewicz może zaświadczyć prawdziwość mych pełnomocnictw.

Hipolit Matwiejewicz odął się i skłonił głową. Teraz nawet słabo orjentujący się Nikiesza i Wołodja, jak również genjalny ślusarz zrozumieli wreszcie ukryty sens przemowy Ostapa.

— Według starszeństwa, panowie, — rzekł Ostap, — zaczynamy od szanownego Maksyma Pietrowicza.

Szanowny Pietrowicz powiercił się i dał trzydzieści rubli.

— Gdy będą lepsze czasy, dam więcej! — oświadczył.

— Lepsze czasy bardzo rychło już będą, — rzekł Ostap, — a zresztą to nie ma żadnego związku z bezdomnemi dziećmi, które w tej chwili reprezentuję.

Osiem rubli dali wspólnie Nikiesza i Wołodja.

— Mało, moi panowie.

Polesow pobiegł do domu i przyniósł pięćdziesiąt.

— Brawo, rycerzu, — rzekł Ostap, — jak na samotnika-rycerza z motorem sumka ta na pierwszy raz wystarczy. A co powie nasze kupiectwo?

Djadjew i Kislarski targowali się przez dłuższą chwilę i narzekali na kiepskie czasy. Ostap był nieubłagany.

— Uważam rozmowy te — w obecności samego Hipolita Matwiejewicza — conajmniej za zbędne!

Hipolit Matwiejewicz skłonił głowę. Kupcy złożyli na rzecz bezdomnej dziatwy po dwieście rubli.

— Zbiórka, — oznajmił Ostap, — przyniosła raptem czterysta osiemdziesiąt osiem rubli. Ech! Dwunastu tylko rubli brak do równego rachunku.

Helena Stanisławówna przemogła się wreszcie, poszła do sypialni i przyniosła stamtąd w starej torebce brakujące dwanaście rubli.

Reszta posiedzenia odbyła się bylejak i miała już mniej uroczysty charakter. Ostap rozdokazywał się na dobre. Helena Stanislawówna całkiem się rozkrochmaliła. Goście rozchodzili się powoli, żegnając z szacunkiem organizatorów zebrania.

— O terminie następnego posiedzenia nastąpią osobne zawiadomienia, — informował Ostap przy pożegnaniu. Tylko cicho-sza. Akcja pomocy dzieciom musi być otoczona najgłębszą tajemnicą. Leży to w waszym własnym interesie.

Kislarski, słyszą te słowa, gotów był dać jeszcze pięćdziesiąt rubli, byle już tylko nie przychodzić więcej na żadne konspiracyjne zebrania. Ledwo zdołał się powstrzymać od wykonania tego zamiaru.

— No, — rzekł Ostap, — czas już na mnie. Sądzę, że pan, Hipolicie Matwiejewiczu, skorzysta z gościnności Heleny Stanisławówny i przenocuje u niej. A zresztą i ze względów konspiracyjnych wskazane jest, byśmy się na pewien czas rozeszli.

Hipolit Matwiejewicz z rozpaczą mrugał na Ostapa, lecz ten udawał, że nic nie widzi i wyszedł na ulicę.

Apartamenty wdowy Grycacujewej przybrały odświętną szatę.

Przy stole weselnym na honorowem miejscu siedział Król z kart — syn tureckiego obywatela. Był elegancki i pijany.

Goście hałasowali.

Pani młoda nie była już młoda. Miała conajmniej 35 lat. Natura obdarzyła ją wielkiemi, jak bochny chleba, piersiami, rumianemi policzkami i grubym karkiem.

Nowego męża ubóstwiała i bardzo go się bała. Dlatego też nie nazywała go po imieniu, lecz mówiła oficjalnie towarzyszu Bender.

Hipolit Matwiejewicz znów siedział na tak bardzo upragnionem krześle. W ciągu weselnej kolacji ustawicznie podskakiwał, by wyczuć coś twardego. Czasem udawało mu się to nawet. Głośnemi wybuchami wesołości akcentował wówczas swą radość.

Ostap przez cały czas wygłaszał mowy i toasty. Wzniesiono m. in. toast na cześć oświaty ludowej i kanalizacji w Uzbekistanie. Następnie zaczęli się goście rozchodzić. Hipolit Matwiejewicz zatrzymał się i zakomunikował szeptem Benderowi:

— Ostrożnie tylko. Są tam!

— Te ostrożnisiu, — odrzekł pijany Ostap — czekaj na mnie w hotelu. I nigdzie nie wychodzić. Mogę się zjawić każdej chwili. Rachunek hotelowy należy wyrównać. Wszystko ma być gotowe. A teraz dobrej nocy.

Hipolit Matwiejewicz poszedł denerwować się do „Sorbonny”.

O piątej zrana zjawił się Ostap z krzesłem. Hipolit Matwiejewicz oniemiał. Ostap postawił krzesło na środka pokoju i siadł na niem.

— Jak wam się to udało? — wyrzekł wreszcie Worobjaninow.

— Całkiem po-prostu, familijnie, że tak powiem. Wdowa śpi i śni. Żal mi ją było budzić. „Ty nie budź jej o świtaniu”... Ha! Musiałem ukochanej swej zostawić karteczkę: „Jadę z raportem do Nowochoperska. Nie czekaj z obiadem. Twój Kiciunio”. A krzesło wziąłem z sobą. A że tramwajów o tak wczesnej godzinie jeszcze niema — odpoczywałem sobie na niem w drodze.

Hipolit Matwiejewicz, głucho pomrukując, rzucił się na krzesło.

— Ciszej! — rzekł Ostap, — trzeba to wszystko zrobić bez hałasu.

Z głębokich czeluści kieszeni wydobył obcęgi i starannie zerwał obicie z krzesła, usiłują nie uszkodzić angielskiej wzorzystej satyny.

— Takiej satyny już się teraz nie spotyka, trzeba ją schować. Głód towarowy, trudna rada.

Wszystko to doprowadziło Hipolita Matwiejewicza do pasji.

— Już — rzekł cicho Ostap i obiema rękami zaczął macać między sprężynami. Na czoło wystąpiły mu sine żyły.

— No? — powtarzał Hipolit Matwiejewicz najrozmaitszemi tonami, — no? no?

— No i no, — odpowiedział z rozdrażnieniem Ostap, — jedna szansa na dwanaście. I ta szansa...

Dokumentnie pogrzebał w krześle i skończył.

— I ta szansa nie jest, jak dotąd, nasza.

Wyprostował się i zaczął otrzepywać spodnie.

— Bagatela! To krzesło przyniosło nam dwa razy więcej, niż zapłaciliśmy za zdobycie nakazu.

Mówiąc to, wyjął Ostap z bocznej kieszeni złotą broszkę, wysadzaną szkiełkami, dętą złotą bransoletkę, pół tuzina pozłacanych łyżeczek i sitko do herbaty.

Hipolit Matwiejewicz był tak srodze zmartwiony, że nie spostrzegł nawet, iż rad nie rad stał się wspólnikiem najzwyklejszej kradzieży.

— Draństwo! — zauważył Ostap, — lecz zgodzi się pan chyba, że nie mogłem porzucić ukochanej kobiety, nie biorąc sobie nic na pamiątkę. Jednak, nie traćmy czasu. To dopiero początek. Koniec w Moskwie. A muzeum mebli — to nie jakaś tam wdowa. Trudniej, znacznie trudniej tam będzie!

Spólnicy wepchnęli szczątki krzesła pod łóżko i, zliczywszy pieniądze (było ich razem ze składką na bezdomne dzieci 610 rubli) — wyjechali na dworzec do moskiewskiego pociągu.

Musieli przejechać całe miasto. Na ulicy Spółdzielczej dostrzegli ze swej dorożki Polesowa, biegnącego po chodniku. Za nim ulicą Zagajnikową pędził dozorca domu Nr. 5. Na zakręcie zdążyli jeszcze spólnicy zauważyć, że dozorca dopadł Wiktora Michałowicza i zaczął go potężnie grzmocić. Polesow wrzeszczał: „Ratunku!” i „Cham!”

Do chwili odejścia moskiewskiego pociągu przesiedzieli nasi bohaterzy w garderobie, obawiając się spotkania z ukochaną kobietą.

Pociąg unosił przyjaciół do stolicy. Przylgnęli obaj do okna. Wagony mijały właśnie przedmieście.

Nagle Ostap syknął i złapał Worobjaninowa za rękę.

— Patrz pan, patrz! — krzyknął. — Prędzej! Alchen! Psubrat!

Hipolit Matwiejewicz spojrzał w dół. Pod nasypem rosły wąsal ciągnął taczkę, obładowaną fisharmonją i pięciu framugami okien. Taczkę popychał zawstydzony widocznie obywatel w szarej bluzie.

Słońce przedarło się przez chmury. Błyszczały krzyże cerkiewne. Ostap wychylił się przez okno i, chichocząc, wrzasnął:

— Paszka! Na targ jedziesz?

Pasza Emiljewicz podniósł głowę, lecz zobaczył już tylko bufory ostatniego wagonu i przyspieszył kroku.

— Widział pan? — spytał radośnie Ostap. — Pycha! Ci ludzie umieją pracować!

Ostap poklepał zafrasowanego Worobjaninowa po plecach.

— Głupstwo. Nie trzeba się poddawać. Posiedzenie trwa nadal! Jutro wieczorem będziemy w Moskwie.