12 krzeseł/13

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XII 12 krzeseł • Rozdział XIII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XIV
Rozdział XII 12 krzeseł
Rozdział XIII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XIV
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ TRZYNASTY.
Bursa im. mnicha Bertolda Szwarca.

Statystyka wie wszystko.

Obliczono już dokładnie ilość ornej ziemi w S. S. S. R. z podziałem na czarnoziem i less. Wiadomo, czem się żywi i ile rocznie spożywa przeciętny obywatel republiki. Wiadomo, ile ten przeciętny obywatel wypija przeciętnie wódki z przykładowem wymienieniem konsumowanych przez niego zakąsek. Wiadomo, ile jest w kraju myśliwych, baletnic, warsztatów amunicyjnych, psów wszelakich gatunków, rowerów, pomników, dziewcząt, latarń morskich i maszyn do szycia.

Jakiż ogrom życia, ileż porywów, namiętności i myśli spogląda na nas ze statystycznych tablic!

Któż jest ten rumiany inwalida, z serwetką, zatkniętą za gors, siedzący przy stoliku i z apetytem spożywający dary boże? Dokoła niego leżą pokotem stada miniaturowych byków. Opasłe świnie stłoczyły się w kącie tablicy. W specjalnym statystycznym basenie pluskają niezliczone jesiotry, łososie i sandacze. Na ramionach, rękach i głowie tego indywiduum siedzą sobie kury. Z pierzastych chmur wyłaniają się gęsi, kaczki i indyki. Pod stołem przykucnęły dwa króliki. Ku niebu wznoszą się piramidy i wieżyce wszelakiego pieczywa. Niewielkiej twierdzy z konfitur broni mleczna rzeka. Na horyzoncie odcina się wyraźnie ogórek wielki, jak wieża w Pizzie. Za murami fortecznemi z soli i pieprzu maszerują baterje win, wódek i nalewek. Na tyłach mizerną grupkę stanowią napoje bezalkoholowe — wody mineralne, lemoniady i syfony z wodą sodową.

Któż jest fen rumiany inwalida - żarłok, pijaczyna i łasuch?

Gargantua? Lukullus?...

To nie Lukullus. To — Iwan Iwanowicz Sidorow lub Sidor Sidorowicz Iwanow — przeciętny obywatel, spożywający przeciętnie w ciągu całego swego żywota zobrazowane na tablicy dary boże. To — normalny konsument kaloryj i witamin — bogu ducha winien czterdziestoletni kawaler, zatrudniony w galanteryjnym gos - magazynie.

Przed statystyką niepodobna uciec. Ma ona dokładne dane nietylko o liczbie dentystów, wianków kiełbas, dozorców domów, kinooperatorów, prostytutek, strzech słomianych, wdów, dorożkarzy i dzwonów, lecz wie nawet i to, ile w kraju jest — statystyków.

O jednem tylko nie wie. Nie wie, ile jest w SSSR — krzeseł!...

Według ostatniego spisu, ludność republik związkowych wynosi 143 miljony osób. Jeśli odrzucimy 90 miljonów chłopów, którzy zamiast krzeseł, posługują się ławami lub siadają na przyzbach i przypieckach, a na wschodzie na wytartych mocno dywanach — to bądź co bądź, pozostaje jeszcze 53 miljony ludzi, dla których krzesła stanowią przedmiot codziennego użytku. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę omyłki, które mogły wkraść się przy obliczeniach oraz właściwy niektórym obywatelom sowieckim zwyczaj siedzenia na dwuch stołkach, to zmuszeni będziemy uznać powyższą liczbę 53 miljony za nader skromną.

Pośród tego morza krzeseł, zrobionych z orzecha, dębu, jesiona, drzewa palisandrowego, mahoniu i brzozy, pośród krzeseł jodłowych i sosnowych — bohaterzy naszej powieści muszą znaleźć orzechowe krzesło z giętemi nóżkami roboty mistrza Gambsa, krzesło, ukrywające w swem, obitem angielską satyną, łonie — skarby madame Pieluchowej.

Pociąg ostrożnie przebył most na Oce i ze zdwojoną szybkością zaczął zbliżać się ku Moskwie.

Hipolit Matwiejewicz i Ostap sterczeli przy otwarłem oknie nieprzytulnego wagonu i uważnie przyglądali się stadu krów, wolniutko schodzących z nasypu.

Pociąg skakał na zwrotnicach. Semafory, patrząc nań, rozdziawiały gęby. Tory zgęszczały się. Czuć było zbliżanie się olbrzymiego węzła kolejowego. Trawa znikła — zastąpił ją czarny żużel. Manewrujące lokomotywy przeraźliwie gwizdały. Dróżnicy raz po raz sygnalizowali. Nagle turkot wzmógł się. Pociąg wtoczył się w korytarz pomiędzy próżnemi wagonami i dudniąc, mijał je.

Ukazała się kula słoneczna. Niziutko po ziemi niemal rozpełzły się latarki kolejarzy. Buchał dym... Lokomotywa, sapiąc, otuliła się welonem śnieżno - białej pary. Wszczął się tumult.

Wskutek nagłego zahamowania chrzęstnęły wagony. Rozległ się syk tak przeraźliwy, że Hipolitowi Matwiejewiczowi wydało się, że losy zagnały go do krainy bólu zębów. Pociąg wylądował na asfaltowym peronie.

To była Moskwa. Rjazański dworzec.

Wspólnicy, torując sobie drogę pięściami, przecisnęli się do wyjścia i znaleźli się na Kałanczewskim placu. Na prawo pyszniły się herbowe gęsi Jarosławskiego dworca. Nawprost zaś mienił się barwami pomalowany na olejno Dworzec Październikowy. Zegar wskazywał tam pięć minut po dziesiątej. Natomiast na zegarze Jarosławskiego dworca była punktualnie dziesiąta. Gdy zaś podróżni nasi spojrzeli na ciemno - granatowe znaki zajazdu, przyozdobione tarczą Rjazańskiego dworca, to zauważyli, że zegar wskazywał tam godzinę dziewiątą minut pięćdziesiąt pięć.

— Bardzo wygodne przy randkach! — rzekł Ostap, dziesięć minut, jak znalazł.

Ostap podszedł do dorożki, usiadł bez słowa i szerokim gestem zaprosił Hipolita Matwiejewicza.

— Siwcew Wrażek[1]! — rzucił — osiemdziesiąt kopiejek.

Dorożkarz zbaraniał. Wywiązała się nieciekawa sprzeczka, w której często wspominano ceny na owies i klucz od mieszkania, w którem leżą pieniądze.

Wreszcie dorożkarz cmoknął ustami. Dorożka przejechała przez wiadukt. Przed oczyma wędrowców roztoczyła się wspaniała panorama stołecznego miasta.

Przez Wozdwiżenkę dostali się przyjaciele na Arbat, minęli Preczystienski bulwar i skręciwszy naprawo, znaleźli się na Siwcewym Wrażku przed różowym domkiem.

— Co to za dom? — spytał Hipolit Matwiejewicz.

— Bursa studentów - chemików im. mnicha Bertolda Szwarca!

— Czyżby mnicha?

— Zażartowałem sobie, zażartowałem!... Imienia towarzysza Siemaszki.

Jak to się stało zwyczajem w studenckich bursach moskiewskich, bursę studentów-chemików oddawna już zamieszkiwali ludzie, których z chemją łączyły całkiem luźne stosunki. Studenci rozleźli się. Część ukończyła studja i rozjechała się według przydziałów po świecie, część zaś za brak postępów została usunięta z uniwersytetu i ta właśnie część, zwiększająca się z roku na rok, wytworzyła w różowym domku coś pośredniego pomiędzy spółdzielnią lokatorów i feudalną fortecą. Napróżno szeregi nowych studentów usiłowały wedrzeć się do bursy. Dawni chemicy odznaczali się niezwykłą wprost wynalazczością i zwycięsko odpierali wszelkie ataki. Na domku postawiono krzyżyk. Znikł ze wszystkich planów M. U. N. I. Jakgdyby go nie było. A tymczasem był i mieszkali w nim ludzie.

Po krętych schodach weszli wspólnicy na facjatę. Obszerny pokój był cieniutkiemi przegródkami pokrajany na długie skiby, mające dwa arszyny szerokości. Pokoiki wyglądały, jak uczniowskie piórniki z tą jedynie różnicą, że prócz ołówków i obsadek byli tu jeszcze ludzie i prymusy.

— Kola, jesteś w domu? — spytał cicho Ostap, zatrzymując się przed głównemi drzwiami.

Jakgdyby na komendę we wszystkich pięciu piórnikach zawrzało.

— Jestem! — odpowiedziano za drzwiami.

— Znów do tego osła o świcie przychodzą goście! — szepnął kobiecy głos z ostatniego piórnika po lewej stronie.

— Pozwólcież człowiekowi wyspać się! — burknął piórnik Nr. 2.

Z trzeciego piórnika dobiegł radosny szept:

— Do Kolki przyszli z milicji. Za wczorajsze szyby.

Piąty piórnik nie reagował. Syczał tam prymus i całowano się.

Ostap pchnął nogą drzwi. Tekturowe rusztowanie zachybołało się i wspólnicy znaleźli się w wąwoz Kolki. Obraz, który ukazał się oczom Ostapa, pomimo pozorów niewinności, był zaiste okropny. Całkowite umeblowanie pokoju stanowił tapczan w czerwone pasy, wsparty na dwóch cegłach. Lecz nie to zaniepokoiło Ostapa. Umeblowanie Kolki znał już oddawna. Nie zadziwił go nawet sam Kolka. Lecz tuż obok Kolki siedziało na tapczanie takie niebiańskie stworzenie, że Ostap odrazu sposępniał. Stworzenia takie nie bywają nigdy interesantkami. — zbyt niebiańskie mają na to oczy i czystą szyję. Są to kochanki, albo co gorsza — żony i to żony kochane. Istotnie, Kola nazywał to stworzenie Lizą i mówił jej „ty”.

Hipolit Matwiejewicz zdjął swój filcowy kapelusz. Ostap wywołał Kolę na korytarz. Długo tam szeptali.

— Piękną mamy dziś pogodę, łaskawa pani — nawiązał rozmowę Hipolit Matwiejewicz, czując się bardzo nieswojo.

Niebieskooka „łaskawa pani” roześmiała się i bez jakiegokolwiek związku z uwagą Hipolita Matwiejewicza, zaczęła opowiadać o tem, jacy to głupcy mieszkają w sąsiednim piórniku.

— Specjalnie nastawiają prymus, żeby nie było słychać, jak się całują. Lecz, zgodzi się pan chyba, że to jest całkiem głupie. My i tak wszystko słyszymy. A oni za to przez ten swój prymus nic a nic nie słyszą. Chce pan zaraz się przekonamy. Proszę posłuchać.

I stworzenie, które przeniknęło wszelakie tajniki prymusa, powiedziało delikatnie:

— Zwierjewowie to — głupcy.

Za ścianą słychać było syk prymusa i dźwięki pocałunków.

— Widzi pan ? Nic a nic nie słyszą! Zwierjewowie to głupcy, osły i psychopaci! Widzi pan?

— Tak — rzekł Hipolit Matwiejewicz.

— A my nie mamy prymusa. Bo — poco? Stołujemy się w wegetarjańskiej jadłodajni, mimo, iż jestem przeciwniczką jarskiej kuchni. Lecz Kola marzył o tem, że gdy się pobierzemy, będziemy się razem stołować w wegetarjańskiej jadłodajni. No i jadamy tam. Lecz ja bardzo lubię mięso.

Tymczasem wrócił Kola z Ostapem .

— Pójdziemy do Panteleja Iwanopulo — rzekł Ostap.

— Proszę o nas nie zapominać, — zapraszała żona Koli — oboje z mężem będziemy bardzo radzi.

— Znów zapraszają do siebie! — oburzano się w ostatnim piórniku z lewej strony. — jakgdyby mało jeszcze mieli gości.

— A was to, głupcy, osły i psychopaci, nic a nic nie obchodzi — rzekła żona Koli normalnym głosem.

— Słyszysz, Iwanie Andreiczu — zakotłowało się w ostatnim piórniku — żonę twoją znieważają, a ty milczysz!...

Przyłączyli się niewidzialni komentatorzy z innych piórników. U tarczka słowna przybierała coraz większe rozmiary.

Wspólnicy zeszli na dół do Iwanopulo. Studenta nie było w domu.

— Niema nieszczęścia — rzekł Ostap — wiem, gdzie leży klucz.

Pomacał pod stojącą w korytarzu ogniotrwałą kasą, wyciągnął klucz i otworzył drzwi.

Pokój studenta Iwanopulo zajmował akurat taką samą przestrzeń, jak pokój Koli, lecz był narożny. Jedna ściana była kamienna, co napawało studenta niebywałą dumą. Hipolit Matwiejewicz skonstatował z żalem, że student nie miał nawet tapczana.

— Doskonale urządził się — rzekł Ostap — wyśmienity pokój, jak na Moskwę. Jeśli cała trójka położy się na podłodze, to zostanie jeszcze nawet trochę wolnego miejsca.




Przypisy

  1. d. arystokratyczna dzielnica Moskwy.