12 krzeseł/14

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XIII 12 krzeseł • Rozdział XIV • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XV
Rozdział XIII 12 krzeseł
Rozdział XIV
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XV
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ CZTERNASTY.
Obywatele, miejcie respekt przed tapczanami.

Liza — silnie wzburzona — biegła ulicą. Uprzykrzyły się już jej i obrzydły do cna mdłe kluski, patrzeć poprostu nie mogła na jarskie „kotlety”. Posprzeczała się z mężem.

Była to owa niedzielna godzina, w której wybrańcy losu wracają ze Smoleńskiego rynku objuczeni tapczanami i wszelakiemi gratami.

Nowożeńcy i sowieccy średnio - zamożni obywatele — to główni nabywcy sprężynowych tapczanów. Stojąc na wozie, obejmują je obiema rękami. Czyż mogliby nie obejmować czule niebieskiej, o połyskliwych kwiatkach, podstawy swego szczęścia?

Obywatele! Miejcie respekt przed sprężynowym w niebieskie kwiatki tapczanem ! To — ognisko rodzinne, alfa i omega umeblowania, gwarancja przytulności, miłosna baza, ojciec prymusa! Jakaż to rozkosz spać przy demokratycznych dźwiękach jego sprężyn! Jakie sny miewa człowiek, zasypiający na jego niebieskiem płótnie! Jakim szacunkiem cieszy się każdy właściciel tapczana!

Człowiek nie mający tapczana jest pożałowania godzien. Nie egzystuje poprostu. Nie płaci podatków, nie ma żony, znajomi nie pożyczają mu pieniędzy „do jutra”, szoferzy taksówek osypują go gradem obelg, dziewczęta wyśmiewają go — nie lubią idealistów. Człowiek, nie mający tapczana, pisuje przeważnie wiersze: „W fotela miękkie poduszki wtulony o szarej zmierzchu godzinie mażę. Starego zegara pieściwe tony do wtóru myślom moim gwarzą". Pisuje te strofy na poczcie przy wysokim pulpicie, zabierając miejsce zaaferowanym właścicielom tapczanów, pragnącym jaknajszybciej nadać swe depesze.

Tapczan zmienia radykalnie życie człowieka. W obiciu jego i sprężynach kryje się jakaś przyciągająca i dotąd jeszcze nie zbadana siła. Na apel jego sprężyn gromadzą się ludzie i rzeczy. Przychodzi fin-agent i dziewczątka. Chcą żyć w zgodzie z właścicielami tapczanów. Fin-agent robi to w celach fiskalnych — dla dobra państwa, a dziewczątka — bezinteresownie, ulegając dziwacznym prawom natury. Zaczyna się rozkwit młodości. Fin-agent, ściągnąwszy podatek z radosnym brzęczeniem ulatuje do swego zajmowanego ula. A odpływającą falę dziewczątek zastępuje żona i prymus „Ursus Nr. 1”.

Tapczan jest nienasycony. Żąda ofiar, w nocy wydaje dźwięki przypominające szczęk spadającego miecza. Potrzeba mu etażerki. Potrzeba mu stołu na głupich nogach. Szczękając sprężynami, żąda stor, portjer i naczyń kuchennych. Trąca człowieka i mówi mu:

— Idź i kup fotel na biegunach!

— Człowieku, rumienię się za ciebie! Nie masz jeszcze dywanu!

— Pracuj! Obdarzę cię dziećmi! Musisz zdobyć pieniądze na pieluszki i kołyskę!

Nawet poeta nie może uniknąć ogólnego losu. Patrzcie, wiezie z Tucharjewskiego rynku tapczan i z przerażeniem tuli się do jego miękkiego łona.

— Pokonam twój upór, poeto! — mówi tapczan. — Nie będziesz już musiał biegać na pocztę po to, by pisać wiersze, a zresztą, czy opłaca się je wogóle pisać? Weź posadę w biurze! Zawsze wtedy saldo wypadnie na twoją korzyść. Pomyśl o żonie i dzieciach.

— Nie mam żony! — krzyczy poeta, odsuwając się gwałtownie od sprężynowego nauczyciela.

— Będziesz miał. I nie mogę nawet zapewnić ciebie, że będzie to najpiękniejsza z dziewcząt na kuli ziemskiej. Nie wiem nawet, czy będzie dobra. Bądź przygotowany na wszystko. Przyjdą na świat dzieci.

— Nie lubię dzieci!

— Polubisz je!

— Obywatelu tapczanie, jestem przerażony!

— Milcz głupcze! Nie wiesz jeszcze wszystkiego! W Mos-drzewie będziesz brał na kredyt meble

— Tapczanie, zabiję ciebie!

— Szczeniaku! Jeśli ośmielisz się to zrobić, sąsiedzi zadenuncjują ciebie przed rządcą domu.

I tak w każdą niedzielę przy radosnych dźwiękach tapczanów, kursują po Moskwie wybrańcy losu.

Lecz nie tylko to, oczywista, cechuje moskiewską niedzielę. Niedziela — to dzień poświęcony muzeom.

Istnieje w Moskwie szczególna kategorja ludzi. Nie rozumie się ona nic a nic na malarstwie, nie interesuje się architekturą i zachowuje olimpijską obojętność wobec pomników przeszłości. Ta kategorja ludzi zwiedza muzea wyłącznie dlatego, że znajdują się one w pięknych gmachach. Wałęsają się ci ludzie po olśniewających salach, zazdrosnem okiem oglądają malowane sufity, ruszają rękoma to, czego ruszać nie wolno, i bezustannie pomrukują:

— Ho-ho! Jak to dawniej mieszkano!

Nie obchodzi ich to, że ściany są pokryte przecudnemi freskami. Obchodzi ich natomiast, ile też mogło to kosztować poprzedniego właściciela willi. Na kominku stoi porcelana, lecz oni, nie zwracają na nią ani krzty uwagi, orzekają, że kominek to rzecz arcyniepraktyczna — pochłania zbyt wiele drzewa. W ozdobionym dębową boazerją stołowym nie dostrzegają wspaniałej rzeźby. Absorbuje ich jedna jedyna myśl: tutaj jadał poprzedni gospodarz-kupiec — ile też to mogłoby kosztować przy obecnej drożyźnie.

Dławiąc się łzami, biegła Liza wzdłuż ulicy. Popędzały ją własne myśli. Rozmyślała nadal nad swem szczęsnem, skromnem życiem:

„Gdybyśmy mieli jeszcze choćby tylko stół i dwa krzesła, byłoby już całkiem dobrze. I prymus trzebaby też koniec końców nabyć. Trzeba się jakoś urządzić".

Wracać do domu było nijako. Nie miała do kogo pójść. W kieszonce leżało dwadzieścia kopiejek. I Liza postanowiła rozpocząć samodzielny żywot od zwiedzenia „Muzeum mebli”. Po sprawdzeniu posiadanej gotówki weszła do westybulu.

W westybulu natknęła się Liza na człowieka o postrzępionej brodzie, który, przyglądając się uporczywie malachitowym kolumnom, cedził przez zęby:

— Z komfortem jednakże dawniej mieszkano!

Liza spojrzała z należnym respektem na kolumny i poszła na górę.

W maleńkich kwadratowych pokoikach, o tak niskich sufitach, że każdy wchodzący tam człowiek wydawał się niemal gigantem, — wałęsała się Liza dobre dziesięć minut.

Były to pokoje, umeblowane w stylu empire z czasów Pawła.

Stały tu poważne, przepiękne rycerskie meble z cesarskiego czerwonego drzewa i brzozy karelskiej. Dwie kwadratowe szafy, poprzez szklane drzwi których widać było skrzyżowane dziryty, stały naprzeciw biurka. Biurko było bezbrzeżne. Jak Plac Teatralny. Teatr Wielki z kolumnad i czwórką bronzowych rumaków, niosących Apollina na premjerę „Czerwonego Maku” — wyglądałby na biurku, jak przybór do pisania. Tak przynajmniej wydawało się Lizie, która nigdy nosa na świat szeroki nie wychylała. Słońce igrało na brzoskwiniowem obiciu foteli.

Liza zestawiła w myśli bezcenny fotel empire z tapczanem swym w czerwone pasy. Wcale nieźleby to jednak wyglądało... Przeczytała wiszącą na ścianie tabliczkę z naukowem i ideologicznem uzasadnieniem stylu cara Pawła, poczem srodze strapiona tem. że oboje z Kolą nie mają ani jednego pokoju w tym pałacu, poszła dalej i niespodzianie znalazła się w jakimś korytarzu.

Po lewej stronie tuż nad podłogą ciągnęły się niziutkie półokrągłe okna. Pod stopami ujrzała Liza olbrzymią białą salę kolumnową. Po sali tam i sam błądzili zwiedzający. Liza przystanęła. Nigdy dotąd nie widziała jeszcze sali pod swemi stopami. Zdumiona, z szeroko otwartemi ustami, patrzyła długo w dół. Nagle dostrzegła, że od krzeseł w kierunku biurka idą szybko jej nowi znajomi — Bender i jego towarzysz, reprezentatywny starzec.

— Doskonale — ucieszyła się Liza — nie będzie mi tak nudno.

Radośnie pobiegła na dół i od razu zabłądziła. Trafiła do czerwonego salonu, w którym stało ze czterdzieści sztuk krzeseł. Były to meble z orzecha o giętych nóżkach. Z salonu nie było innego wyjścia. Trzeba było wracać przez okrągłą komnatę.

Pędziła obok adamaszkowych foteli w stylu włoskiego renesansu, obok holenderskich szaf, obok szerokiego gotyckiego łoża z baldachimem na czarnych kolumnach. W łożu tem człowiek wydawałby się nie większy od orzecha. Sala była wciąż gdzieś pod stopami, może po prawej stronie, lecz trafić do niej było niepodobieństwem.

Wreszcie dostrzegła wycieczkowiczów, słuchających nieuważnie przewodnika, który demaskował imperialistyczne plany Katarzyny II w związku z upodobaniem zmarłej carycy do mebli i stylu rococo. Była to właśnie olbrzymia sala kolumnowa. Liza udała się do przeciwległego krańca, gdzie znany już jej towarzysz Bender konferował namiętnie ze swym wygolonym towarzyszem.

Podchodząc, usłyszała Liza dźwięczny głos:

— Meble w stylu chic-moderne. Lecz wydaje mi się jednak, że to nie to. Musimy wszystko systematycznie obejrzeć.

— Dzień dobry — rzekła Liza.

Odwrócili się obaj i skrzywili się niechętnie.

— Dzień dobry, towarzyszu Bender. Jak to dobrze, że was tu znalazłam. Będziemy razem zwiedzać.

Wspólnicy porozumieli się wzrokiem . Hipolit Matwiejewicz, powodowany próżnością, wyprostował się, choć niezbyt było mu miło, że przez Lizę może być na szwank narażona ważna sprawa poszukiwania brylantowych mebli.

— My jesteśmy typowymi prowincjałami — rzekł niecierpliwie Bender — lecz w jaki sposób pani, rdzenna moskiewka, znalazła się tutaj?

— Zupełnie przypadkowo. Posprzeczałam się z Kolą.

— No, może opuścimy tę salę — rzekł Ostap.

— A ja jej jeszcze nie zdążyłam obejrzeć. Bardzo ładniutka.

— Niema tu zupełnie co oglądać — oświadczył Ostap. Dekadentyzm, Epoka Kierenskiego.

— Mówili mi, że są tu gdzieś meble roboty mistrza Gambsa — oznajmił Hipolit Matwiejewicz — może tam pójdziemy.

Obecność Lizy bardzo krępowała wspólników. Podczas gdy oni jednym rzutem oka konstatowali, że w danym pokoju nie ma poszukiwanych mebli i bezwiednie podążali do następnego pokoju, Liza grzęzła w każdym oddziale. Bezwiednie i nie dostrzegając tego zupełnie, dopasowywała w myśli stojące tu meble do swego pokoju i do swych potrzeb. Gotyckie łoże nie przypadło jej do gustu. Zbyt wielkie było, jak na wąziutkie mieszkanko Lizy.

Sale ciągnęły się bez końca. Meble z epoki Aleksandra były bardzo licznie reprezentowane. Stosunkowo niewielkie ich rozmiary wprawiły Lizę w zachwyt.

— Popatrz pan, popatrz — krzyknęła z całem zaufaniem, ciągnąc Worobjaninowa za rękaw. — Widzi pan to biurko. Świetnie pasowałoby do naszego pokoju. Prawda?

— Prześliczne meble! — rzekł gniewnie Ostap . — Szkoda tylko, że dekadenckie.

Masy kanap, sekretarzyków, szaf, wszystkie style, wszystkie okresy, wszystkie epoki — oglądali kolejno nasi wspólnicy.

— A ja tu już byłam — rzekła Liza, wchodząc do czerwonego salonu — wydaje mi się, że nie warto tu zatrzymywać się.

Ku jej niebywałemu zdumieniu, obojętni dotąd towarzysze nietylko nie spieszyli dalej, ale zastygli, jak gdyby na warcie, koło drzwi.

— Zaraz — rzekł Hipolit Matwiejewicz, uwalniając się od jej ręki — momencik...

Olbrzymi pokój był dosłownie zawalony meblami. Pod ścianą i dokoła stołu stały krzesła roboty mistrza Gambsa. W kącie koło kanapy również stały krzesła. Gięte ich nóżki i wygodne oparcia były aż nadto dobrze znane Hipolitowi Matwiejewiczowi. Ostap przyglądał mu się badawczo. Hipolit Matwiejewicz zaczerwienił się, jak burak.

— Zapewne już się pani zmęczyła — rzekł do Lizy — proszę tu usiąść i odpocząć, a my sobie trochę pospacerujemy. Wydaje mi się, że to bardzo ciekawa sala.

Liza usiadła. Wspólnicy stanęli pod oknem.

— Te? — spytał Ostap.

— Jakgdyby te. Tylko inne obicie.

— Doskonale. Obicie mogli zmienić.

— Musimy dokładniej obejrzeć.

— Czy wszystkie krzesła są tutaj?

— Zaraz policzę. Momencik, momencik...

Worobjaninow zaczął przenosić wzrok z jednego krzesła na drugie.

— Za pozwoleniem — rzekł w reszcie — dwadzieścia cztery krzesła. To niemożliwe. Miało ich wszakże być raptem dziesięć.

— Niech się pan tylko dobrze przyjrzy. Może to inny garnitur.

— Oparcie jakgdyby inne, niż przy moich.

— A więc to nie te?

— Nie te.

Hipolit Matwiejewicz kompletnie zdruzgotany był.

— Trudno — rzekł Ostap — posiedzenie trwa nadal. Krzesło — to nie szpilka. Znajdzie się. Proszę o nakazy. Wypadnie nam nawiązać niezbyt miły kontakt z administracją muzeum. Siadaj pan obok tej dziewuszki i siedź. Zaraz wrócę.

[Hipolit Matwiejewicz, w towarzystwie][1] Bendera zatracał swą fizjognomję i nader szybko ginął w cieniu potężnego intelektu syna tureckiego obywatela. Teraz, gdy na chwilę został sam na sam z uroczą obywatelką Kałaczewą, zapragnął opowiedzieć jej o wszystkich swych troskach i nadziejach, lecz nie ważył się na to.

— Tak — rzekł, patrząc czule na swą towarzyszkę. — Takie to sprawy.

„Miłości legenda złota” — pomyślał ni stąd ni zowąd Hipolit Matwiejewicz, wpatrując się w miłą twarzyczkę Lizy. I stary marszałek szlachty tak gwałtownie zapragnął kobiecych pieszczot, których brak nader dotkliwie daje się we znaki, że, nie tracąc czasu, ujął łapkę Lizy w swe pomarszczone dłonie i zaczął jej z ferworem opowiadać o Paryżu. Zapragnął być bogaty, rozrzutny i zdobywczy.

— Pan zapewne jest robotnikiem nauki? — spytała Liza.

— Tak... do pewnego stopnia — odrzekł Hipolit Matwiejewicz, czując, że od chwili zawarcia znajomości z Benderem zachowuje się — wbrew naturze swej — coraz bezczelniej.

— A ile też — przepraszam za ciekawość — liczy pan sobie lat?

— Z nauką, którą w tej chwili reprezentuje, niema to żadnego związku.

— Kiedy znów będę miał szczęście oglądać panią? — spytał Hipolit Matwiejewicz.

— Czyż rozmowa ze mną sprawia panu tak wielką przyjemność?

— W więc kiedy? — pytał zniecierpliwiony. — Kiedy i gdzie spotkamy się? Dziś?

— A więc — dobrze. Proszę wstąpić do nas.

— Nie, spotkajmy się lepiej gdzieś na ulicy. Takie teraz prześliczne pogody.

„To jest wiosna, o której nam szepcą drzewa...“ A więc gdzie się spotkamy?

— Taki pan dziwny! Gdziekolwiek. Może obok kasy ogniotrwałej. Zauważył ją pan?

— Zauważyłem. W korytarzu. O której godzinie?

— Nie mamy zegara. Gdy się ściemni.

Hipolit Matwiejewicz zdążył zaledwie z całem namaszczeniem pocałować Lizę w rączkę, gdy wrócił Ostap. Ostap był bardzo zaaferowany.

— Pani wybaczy, — rzekł śpiesznie, — ani ja, ani przyjaciel mój nie możemy jej, niestety, odprowadzić. Musimy załatwić pewną drobną, lecz nader ważną sprawę. Musimy i to natychmiast udać się w pewne miejsce.

Hipolitowi Matwiejewiczowi aż zaparło dech w piersiach.

— Do widzenia, Elżbieto Piotrówna, — rzekł śpiesznie, — przepraszam , przepraszam i jeszcze raz przepraszam, mamy sprawę, nie cierpiącą zwłoki.

Poczem obaj wspólnicy znikli, zostawiając zdumioną Lizę w pokoju, zastawionym obficie dziełami mistrza Gambsa.

— Gdyby nie ja, — rzekł Ostap, gdy schodzili ze schodów, — byłaby z tego wszystkiego figa. Powinien pan codziennie pacierz za mnie mówić. Módl się pan, módl, głowa panu z karku nie spadnie!

— Znalazły się? — pisnął Worobjaninow.

— Wyobraź pan sobie, wyobraź, że w tym chaosie ocalały. Nie mają wartości muzealnej. To też wpakowano je do magazynu i dopiero wczoraj, akurat wczoraj wystawiono je — po siedmiu latach — na licytację. Hala licytacyjna Gław-nauki. I jeśli nie kupiono ich jeszcze wczoraj lub dziś rano — będą nasze! Zadowolony pan?

— Prędzej! — krzyknął Hipolit Matwiejewicz. — Fiakier!

Wsiedli, nie targując się o cenę.

— Paciorek na moją intencję niech pan zmówi, paciorek! Śmiało, marszałku! Wino, kobiety i karty — murowane. Wtedy też wyrównamy już rachunek za niebieską kamizelkę.

Do pasażu na Pietrowce, gdzie znajduje się hala licytacyjna, wbiegli nasi spólnicy żwawo, jak źrebaki.

W pierwszym zaraz pokoju znaleźli to, czego tak długo poszukiwali. Dziesięć krzeseł Hipolita Matwiejewicza stało wzdłuż przepierzenia. Nawet obicie na nich nie wyblakło, nie zbrukało się, ani też nie zepsuło. Krzesła były świeże i czyste, jakgdyby przed chwilą dopiero wyszły z pod starannej opieki schludnej Klaudji Iwanówny.

— Te? — spytał Ostap.

— Boże, Boże, — powtarzał w kółko Hipolit Matwiejewicz, — te, te. Te same. Tym razem nie mam najmniejszych wątpliwości.

— Dla pewności sprawdzimy, — rzekł Ostap, usiłując zachować pozorny spokój.

Podszedł do sprzedawcy.

— Jeśli się nie mylę, krzesła te pochodzą z muzeum mebli?

— Te? Tak.

— A czy są one na sprzedaż?

— Na sprzedaż.

— Cena?

— Ceny jeszcze nie wyznaczono. Pójdą z licytacji.

— Aha! Dziś?

— Nie. Dziś już handel skończony. Jutro od piątej.

— A teraz nie możnaby ich kupić?

— Nie, jutro od piątej.

Trudno było odejść tak odrazu od krzeseł.

— Czy pozwoli pan, — wybełkotał Hipolit Matwiejewicz, — obejrzeć je? Można?

Aferzyści długo oglądali krzesła, siadali nawet na nich, a dla niepoznaki oglądali też inne rzeczy. Worobjaninow sapał i ustawicznie trącał Ostapa łokciem.

— Paciorek zmów pan, — szeptał Ostap. — Paciorek, marszałku.

Hipolit Matwiejewicz gotów był nie tylko zmówić pacierz na intencję Ostapa, lecz nawet całować podeszwy jego malinowych trzewików.

— Jutro, — powtarzał — jutro, jutro, jutro.

Chciało mu się śpiewać.




Przypisy

  1. Korekta błędu w druku: brak tekstu oryginalnego.