12 krzeseł/15

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XIV 12 krzeseł • Rozdział XV • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XVI
Rozdział XIV 12 krzeseł
Rozdział XV
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XVI
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY.
Europejski system wyborów.

Pobyt Worobjaninowa i wielkiego kombinatora pozostawił w mieście niezatarte ślady.

Spiskowcy starannie dochowywali tajemnicy.

Polesow odwiedzał regularnie wszystkich członków związku „miecza i lemiesza”. Wizyty te niepokoiły zwłaszcza ostrożnego właściciela odeskiej wytwórni „Moskiewskie obwarzanki”, obywatela Kislarskiego. Na widok Polesowa obywatel Kislarski dosłownie zzieleniał. Słowa o konieczności czynnego wystąpienia doprowadzały lękliwego kupca niemal do szału.

Pod koniec tygodnia zebrali się wszyscy u Heleny Stanisławówny w pokoju z papugą. Polesow gorączkował się.

— Ty, Wiktorze, nie miel jęzorem po próżnicy, — perswadował roztropny Djadjew, — po co całemi dniami wałęsasz się po mieście?

— Trzeba działać! — wrzasnął Polesow.

— Działać trzeba, ale krzyczeć całkiem nie trzeba. Jeśli Hipolit Matwiejewicz powiedział — to jak amen w pacierzu. I należy przypuszczać, że niedługo już wypadnie nam czekać. Nie musimy bynajmniej wiedzieć, jak to wszystko będzie się odbywało. Do tego są powołani wojskowi. A my jesteśmy cywilami — przedstawicielami miejskiej inteligencji i kupiectwa. O co przedewszystkiem dbać musimy? O to, by być w pogotowiu. A czy my co mam y? Mamy jakie władze? Nie. Kto stanie na czele miasta? Niewiadomo. A to, panowie, jest rzecz najważniejsza. Anglicy, jak głoszą ostatnie wieści, nie będą już dłużej patyczkować się z bolszewikami. To jakgdyby pierwsza jaskółka. Wszystko, proszę państwa, zmieni się i to bardzo już prędko. Zapewniam was.

— Cóż więc mamy teraz robić? — przerwał niecierpliwie Wiktor Michałowicz.

— Zaraz, — rzekł Djadjew, — weźcie przykład z towarzysza pana Worobjaninowa. Co za spryt! Jaka przezorność! Zauważyliście jak szybko skierował rozmowę na pomoc dla bezdomnych dzieci? Tak właśnie winniśmy działać. Pomagamy wyłącznie dzieciom . Panowie, proszę stawiać kandydatury.

— Hipolita Matwiejewicza Worobjaninowa proponujemy na marszałka szlachty! — wykrzyknęli młodzi Nikiesza i Wołodja.

Czarusznikow pobłażliwie chrząknął.

— Z księżyca spadliście?! Worobjaninow będzie conajmniej ministrem. A kto wie, może zajedzie jeszcze wyżej — dyktatorem będzie!

— Dajcie pokój, panowie, — mitygował Djadjew, — marszałek — to fraszka! O gubernatorze musimy pomyśleć, a nie o marszałku. Zaczniemy od gubernatora. Sadzę...

— Pana Djadjewa! — wrzasnął z zachwytem Polesow . — Któż jest godniejszy od niego, by sprawować rządy nad całą gubernją?

— Dziękuję panom za zaufanie... — zaczął Djadjew.

Czarusznikow oblał się nagle rumieńcem.

— Kwestję tę, proszę państwa, — rzekł zmienionym głosem — należałoby jeszcze przewentylować...

Starał się przytem nie patrzeć na Djadjewa.

Właściciel „Szybko-paku” oglądał dumnie swe buty, do których przylgnęły trociny.

— Nie oponuję, — rzekł, — przegłosujmy. Zarządzimy tajne czy też jawne głosowanie?

— Nie będziemy się chyba wzorowali na sowieckich zwyczajach, — rzekł urażony Czarusznikow. — Głosujmy uczciwie, po europejsku — tajnie.

Głosowano kartkami. Za kandydaturą Djadjewa padły cztery głosy, za kandydaturą Czarusznikowa — dwa. Ktoś wstrzymał się. Z wyrazu twarzy Kislarskiego widać było, że to on właśnie wstrzymał się od głosowania. Nie chciał zadzierać z przyszłym gubernatorem, ktokolwiek nim będzie.

Gdy drżący z emocji Polesow ogłosił wynik uczciwego europejskiego głosowania, zapanowała w pokoju przygnębiająca cisza. Starano się nie patrzeć na Czarusznikowa. Niefortunny kandydat na gubernatora siedział, jak obity pies.

Helenie Stanisławównie było go żal. To ona właśnie głosowała za nim. Drugi głos oddał na siebie sam — obznajmiony dokładnie z kwestjami wyborczemi — Czarusznikow. Ciszę przerwała zacna Helena Stanisławówna:

— A na burmistrza proponowałabym jednakże monsieur Czarusznikowa.

— Dlaczego „jednakże”? — odezwał się wspaniałomyślny gubernator, — nie „jednakże”, lecz jego właśnie i nikogo innego. Doskonale znamy wszyscy działalność społeczną pana Czarusznikowa.

— Prosimy, prosimy! — krzyknęli wszyscy.

— A więc mogę uważać wybór za dokonany?

Czarusznikow ożywił się i zdobył się nawet na protest:

— Nie przyjmuję, panowie, nie przyjmuję. Proszę przegłosować. Głosowanie nad osobą burmistrza jest nawet konieczniejsze, niż głosowanie na gubernatora. Jeśli chcecie, panowie, dać wyraz swemu zaufaniu do mnie, to — bardzo usilnie was proszę — poddajcie moją kandydaturę pod głosowanie!

Kartki wrzucano do pustej cukiernicy.

— Sześć głosów — za, — oznajmił Polesow, — jedna kartka pusta.

— Gratuluję panu burmistrzowi, — rzekł Kislarski, z wyrazem twarzy, z którego widać było, że i tym razem wstrzymał się od głosowania, — gratuluję!

Czarusznikow promieniał.

— Trzeba to, wasza ekscelencjo, oblać — zwrócił się do Djadjewa; — Polesow, możeby pan skoczył do „Października”. Ma pan forsę?

Polesow zrobił ręką tajemniczy gest i zniknął. Zarządzono przerwę. Dalsza część wyborów odbyła się już podczas kolacji.

Na kuratora okręgu szkolnego upatrzono ongi dyrektora szlacheckiego gimnazjum a obecnie księgarza — Raspopowa. Ogólnie go chwalono.

Kislarskiemu zaproponowano godność prezesa Rady giełdowej. Nie oponował przeciw temu, lecz podczas głosowania wrzucił — na wszelki wypadek — białą kartkę.

Wertując znajomych i krewnych, wybrano policmajstra, zarządcę mennicy, inspektora podatkowego i fabrycznego, wyznaczono prokuratora sądu okręgowego, prezesa, sekretarza i sędziów tegoż sądu, obsadzono stanowisko prezesów samorządu powiatowego, izby przemysłowo-handlowej, komitetu pomocy dzieciom i wreszcie stanowisko prezesa zarządu miejskiego. Helenę Stanisławównę obdarzono godnością kuratorki towarzystw „Kropla mleka” i „Biały kwiatek”. Nikieszę i Wołodję — ze względu na młody ich wiek — mianowano urzędnikami do specjalnych zleceń przy gubernatorze.

— Za pozwoleniem! — krzyknął nagle Czarusznikow. — Gubernatorowi przydzielono aż dwóch urzędników! A mnie?

— Burmistrz, — rzekł z całą delikatnością gubernator, — nigdy nie miewa urzędników do specjalnych zleceń.

— A więc proszę o wyznaczenie mi sekretarza.

Na to Djadjew zgodził się. Ożywiła się również Helena Stanisławówna.

— A może dałoby się... — zaczęła nieśmiało. — Mam na oku pewnego młodzieńca... Bardzo miły i dobrze ułożony chłopak. Syn madame Czerkiesowej... Bardzo, bardzo miły i bardzo zdolny. Jest teraz bezrobotny. Zarejestrowany na giełdzie pracy. Ma nawet książeczkę. Obiecano przyjąć go w tych dniach do związku... Czy mógłby pan dać mu u siebie zajęcie? Matka jego byłaby panu niezmiernie obowiązana.

— Przypuszczam, że da się to zrobić — łaskawie przychylił się do prośby Czarusznikow, — jak się państwo na to zapatrujecie? Tak... Sądzę, że nie powinno to napotkać na żadne trudności.

— A więc, — zauważył Djadjew, — wydaje mi się, że to jest w ogólnych zarysach... wszystko? Chyba wszystko?

— A ja? — rozległ się naraz cienki w zburzony głos.

Wszyscy odwrócili się. W kącie obok papugi stał rozdygotany całkiem Polesow. Na rzęsach Wiktora Michałowicza drżały łzy. Wszystkim zrobiło się nad wyraz przykro. Przypomnieli sobie nagle goście, że piją wódkę Polesowa i że wogóle jest on jednym z głównych organizatorów starogrodzkiej sekcji „Miecza i Lemiesza”.

— Wiktorze Michałowiczu! — jęknęli chórem. — Drogi, miły Wiktorze Michałowiczu! Wstydź się pan! Dlaczego stanął pan tak na uboczu? w kącie? Proszę się tu zaraz zbliżyć!

Polesow zbliżył się. Cierpiał. Nie spodziewał się takiego despektu od współtowarzyszy z pod znaku miecza i lemiesza.

Helena Stanisławówna nie wytrzymała.

— A czy, proszę państwa, nie mógłby Wiktor Michałowicz sprawować godnie obowiązków kuratora okręgu szkolnego lub policmajstra?

— Cóż, Wiktorze Michałowiczu? — spytał gubernator — Chce pan zostać kuratorem?

— Rozumie się, że Polesow będzie świetnym humanitarnym kuratorem! — poparł kandydaturę Polesowa burmistrz.

— A Raspo-opow ? — w trącił dotknięty do żywego Wiktor Michałowicz — Raspopowa przecież mianowaliście kuratorem?

— Racja, co począć z Raspopowem?

— Może zrobimy go komendantem straży ogniowej... Jak myślicie?

— Komendantem straży? — zerwał się nagle Wiktor Michałowicz.

Ukazały mu się naraz w wyobraźni wozy strażackie, łuna pożaru, usłyszał dźwięki pobudki, łomot bębnów... Błysnęły topory, zamigotały pochodnie, rozwarła się ziemia i gniade smoki poniosły go w stronę płonącego miejskiego teatru.

— Komendant straży? Ja chcę być komendantem straży!

— Doskonale! Gratuluję — jest pan komendantem straży!

— Niech żyje straż ogniowa! — wzniósł ironicznie toast przewodniczący Rady giełdowej.

Wszyscy zgodnie zaatakowali Kislarskiego.

— Pan zawsze był lewicowcem! Dobrze o tem wiemy!

— Panowie, czyż ja jestem lewicowcem?!

— Wiemy, wiemy!

— Lewicowiec!

— Wszyscy żydzi są lewicowcami.

— Jak mi Bóg miły, panowie, nie rozumiem tych żartów.

— Lewicowiec, lewicowiec, niech się pan nie zapiera!

— Śpi, a wre śnie śni mu się Milukow.

— Kadet! Kadet!

Kislarski nie mógł znieść tego gradu nieuzasadnionych oskarżeń. Blady, jak chusta, prezes Rady giełdowej oparł się o poręcz krzesła i rozdygotanym głosem, mrugając raz po raz oczkami, oświadczył:

— Byłem zawsze październikowcem i nadal nim pozostanę.

Potoczyła się rozmowa na temat wojny.

— Będzie wojna, będzie.

— Radzę wam, póki czas, zrobić jakie takie zapasiki.

— Czyżby? — zląkł się Kislarski.

— A cóż pan przypuszcza? Wydaje się panu, że w razie wojny można będzie choć cokolwiek zdobyć? Przedewszystkiem znika mąka ze sklepów! Srebrne monetki zapadają się jakgdyby pod ziemię — zaczynają kursować rozmaite świstki marki pocztowe i temu podobne śmiecie.

— Róbcie, jak uważacie, — rzekł Djadjew, — ja tam cały zapas gotówki zużyję na zakupno artykułów codziennej potrzeby.

— A pańska manufaktura?

— Manufaktura manufakturą, a mąka i cukier swoją drogą. I wam również to radzę. Gorąco radzę.

Rozeszli się dopiero po północy. Gubernator odprowadził burmistrza. Obaj dotrzymywali sobie przesadnie kroku.

— Gubernatorze! — mówił Czarusznikow. — Jaki z ciebie gubernator, jeśli nie jesteś generałem?

— Będę cywilnym gubernatorem, a ciebie zazdrość żre? Jeśli zechcę — wpakuję cię do kryminału. Posiedzisz sobie.

— Nie wolno mnie więzić. Jestem zaszczycony zaufaniem mas. Wybrany w tajnem głosowaniu.

— Gdy przymknę ciebie, nie będzie dziury w niebie!

— Wypra-a-szam sobie tego rodzaju żarty! — wrzasnął nagle Czarusznikow na całe gardło.

— Czego się drzesz! — spytał gubernator. — Chcesz nocować w milicji?

— Nie mogę nocować w milicji, — odrzekł burmistrz, — jestem sowieckim urzędnikiem...

Płonęły gwiazdy. Noc była pełna czarów. Na ulicy Sowieckiej toczył się zajadły spór pomiędzy gubernatorem i burmistrzem.