12 krzeseł/16

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XV 12 krzeseł • Rozdział XVI • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XVII
Rozdział XV 12 krzeseł
Rozdział XVI
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XVII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ SZESNASTY.
Od Sewilli do Grenady.

Za pozwoleniem, a gdzież jest ojciec Fiodor? Gdzie się podział ogolony proboszcz parafji Froła i Ławra? Wybierał się bodaj do domu Nr. 34 przy ul. Winnej do obywatela Brunsa? Gdzież jest ten poszukiwacz skarbów w masce anioła i śmiertelny wróg Hipolita Matwiejewicza, czatującego właśnie z biciem serca w ciemnym korytarzu koło kasy ogniotrwałej?

Przepadł ojciec Fiodor, jak kamień w wodę. Licho go gdzieś poniosło. Powiadają, że widziano go na stacji Popasnaja w okręgu donieckim. Biegł po peronie z czajnikiem pełnym wrzątku.

Opętało coś ojca Fiodora. Zachciało mu się bogactwa. Ugania się po Rosji, szukając krzeseł generałowej Popowej, w których wyznać to trzeba bez ogródek, niema ani złamanego szeląga.

Jeździ ojcaszek po Rosji. I pisze, listy do żony.


LIST
ojca Fiodora, pisany na dworcu w Charkowie, do żony, przebywającej w powiatowem mieście N.

Kochanie moje, Katarzyno Aleksandrowna! Zawiniłem bardzo wobec ciebie. Porzuciłem ciebie, niebogo, w tych okropnych, niepewnych czasach.
Muszę ci wszystko dokumentnie opowiedzieć. Zrozumiesz mnie i bezwątpienia rozgrzeszysz.
A teraz czytaj uważnie. Wkrótce już zmieni się nasze życie na lepsze. Pamiętasz, mówiłem ci kiedyś o fabryce świec. Będzie jak amen w pacierzu i może jeszcze coś nie coś będzie.
A ty nie będziesz już musiała gotować sama obiady i trzymać jeszcze na dobitkę stołownika.
Do Samary pojedziemy. Służącą sobie przyjmiemy.
Sprawa, uważasz, jest taka..., lecz zachowaj to w wielkim sekrecie: nikomu, nawet Marji Iwanównie nie piśnij ani słówka.
Szukam skarbu. Przypominasz sobie nieboszczkę Klaudję Iwanównę Pietuchową, teściową Worobjaninowa?
Klaudia Iwanówna wyznała przed śmiercią, że w domu jej w Starogrodzie w jednem z krzeseł (jest ich raptem dwanaście) ukryła swe brylanty.
Nie pomyśl, uchowaj Boże, Katieńko, że jestem jakimś złodziejem. Brylanty te przekazała mi nieboszczka na łożu śmiertelnem i nakazała strzec je przed dręczycielem jej, Hipolitem Matwiejewiczem.
O to powody, dla których ciebie, niebożę, porzuciłem tak niespodzianie.
Już ty mi daruj me winy.
Przyjechałem do Starogrodu. Wyobraź sobie, ten stary rozpustnik też tam się znalazł. Dowiedział się jakimś cudem. Najwidoczniej torturował nieboszczkę przed śmiercią. Okropny człowiek! Jeździ z nim jakiś kryminalista z pod ciemnej gwiazdy, wynajął sobie, uważasz, bandytę. Poprostu napadli na mnie, chcieli mnie sprzątnąć. Lecz ze mną nie tak łatwo, lepiej nie zadzierać, nie dałem się.
Najpierw wpadłem na fałszywe ślady. W willi Worobjaninowa (znajduje się tam teraz zakład miłosierdzia) znalazłem jedno krzesło. Niosę ten mebel do siebie do hotelu „Sorbonna” aż tu naraz zza węgła rzuca się na mnie jakieś indywiduum, rycząc dziko, jak lew. Złapał za krzesło. Omal nie doszło do bójki. Chciano mnie, uważasz, skompromitować. Przyjrzałem mu się — wielkie nieba — Worobjaninow! Ostrzygł się, wyobraź sobie, łeb sobie zgolił. Aferzysta, kompromituje się na stare lata.
Połamaliśmy krzesło doszczętnie, lecz nic tam nie było. Dopiero potem zrozumiałem, że byłem na fałszywym tropie. A wtedy bardzo martwiłem się.
Dotknęło mnie to do żywego, to też wyłożyłem temu rozpustnikowi całą prawdę na talerz.
— A to, — powiadam, — hańba na stare lata. A to, powiadam, dzikie jakieś zwyczaje zapanowały teraz w Rosji. Marszałek szlachty, jako ów lew srogi, rzuca się na osobę duchowną i wymawia jej bezpartyjność? Pan, — powiadam, — jest podłym człowiekiem, dręczycielem Klaudii Iwanówny i amatorem cudzego mienia, które teraz jest już dobrem państwowem.
Wstyd mu się zrobiło i poszedł sobie — przysiągłbym, że do domu publicznego.
A ja wróciłem do siebie, do hotelu „Sorbonna” i zacząłem obmyślać plan działania na przyszłość. I w padłem na genjalny pomysł, na który ten golony dureń nigdyby nie wpadł. Postanowiłem odnaleźć człowieka, który z urzędu przydzielał zarekwirowane meble. Widzisz, Katieńko, nie napróżno kształciłem się na wydziale prawnym — przydało mi się to teraz. Odnalazłem tego człowieka. Nazajutrz już go odnalazłem. Bartłomiejewicz — bardzo godny staruszek. Żyje sobie — ciężką pracą na chleb powszedni zarabia. Dał mi wszystkie dokumenty. Musiałem go, oczywista, za tę przysługę odpowiednio wynagrodzić. Zostałem bez pieniędzy (ale o tem potem). Okazało się, że wszystkie dwanaście krzeseł z salonu Worobjaninowa nabył inżynier Bruns, zamieszkały przy ul. Winnej 1. 34. Zauważ, wszystkie krzesła są w posiadaniu jednego człowieka. A tego w żadnym wypadku nie spodziewałem się (obawiałem się, że krzesła będą w rozmaitych miejscach). To też bardzo się z tego powodu ucieszyłem. I znów, akurat w Sorbonnie, spotkałem się z tym łotrem Worobjaninowem. Zbeształem go, jak się patrzy, a i jego kamrata, tego bandyty, nie szczędziłem. Okropnie bałem się, by nie przeniknęli czasem mojej tajemnicy. To też przyczaiłem się w hotelu aż do chwili ich odjazdu.
Bruns, jak się okazało, w 1923 roku przeniósł się ze Starogrodu do Charkowa, gdzie otrzymał posadę. Od dozorcy domu dowiedziałem się, że zabrał z sobą wszystkie meble i że bardzo o nie dba. Powiadają, że to człowiek ogromnie solidny.
Siedzę teraz w Charkowie na dworcu i piszę z tej oto racji.
Po pierwsze, bardzo ciebie kocham i często wspominam, a po drugie Brunsa już tu niema.
Lecz nie martw się. Bruns, jak mnie poinformowano pracuje teraz w Rostowie, w Noworoscemencie. Pieniędzy starczy mi od biedy ledwo na drogę.
Wyjeżdżam za godzinę. A ty, moja kochana, wstąp, proszę cię, do zięcia, weź od niego pięćdziesiąt rubli (winien mi tę kwotę i przyrzekł oddać) i wyszlij do Rostowa — na poste restante dla Fiedora Joanowicza Wostrikowa. Przekaz — ze względów oszczędnościowych — wyszlij pocztą. Będzie cię to kosztować trzydzieści kopiejek.
Co słychać w mieście? Czy są jakie nowiny?
Czy była u ciebie Kondratjewna? Ojcu Cyrylowi powiedz, że lada dzień wrócę, że pojechałem, uważasz, do konającej ciotki do Woroneża.
Żyj oszczędnie. Czy Jewstigniewicz stołuje się nadal? Pozdrów go ode mnie. Powiedz, że pojechałem do ciotki.
Czy pogoda wam dopisuje? Tu, w Charkowie, mamy kompletne lato. Miasto wspaniałe. Stolica ukraińskiej republiki. Po naszej dziurze prowincjonalnej wydaje się człowiekowi, że znalazł się cudem za granicą.
Pamiętaj: 1) Letnią sutannę oddać do pralni (lepiej zapłacić 3 ruble za wypranie, niż rujnować się na nową), 2) szanuj zdrowie, 3) jeśli będziesz pisała do Gulenki, zaznacz od niechcenia, że pojechałem do ciotki do Woroneża.

Czule całuję ciebie, obejmuję i błogosławię.
Pozdrów wszystkich. Powiedz, że wkrótce wrócę.

Twój mąż Fiedia.

P. S. Gdzie też teraz myszkuje ten Worobjaninow?


Miłość zjada człowieka. Byk ryczy z namiętności. Kogut nie może znaleźć sobie miejsca. Marszałek szlachty traci apetyt.

Hipolit Matwiejewicz, zostawiwszy Ostapa w knajpie, udał się do różowego domku i stanął na czatach obok kasy ogniotrwałej. Słyszał turkot odchodzących do Kastylji pociągów i plusk odbijających od brzegu parostatków.

Nikną w oddali Alpuhary złote wieżyce...

Serce tłukło, jak dzwon na trwogę. W uszach dzwoniło...

Wyjdź, me kochanie, na zew gitary, ukój tęsknicę...

Niepokój unosił się w powietrzu. Bezlitosny był chłód kasy ogniotrwałej.

Od Sewilli do Grenady, poprzez cichej nocy lęk...

W „piórnikach” jęczały gramofony. Rozlegało się brzęczenie prymusów.

Słychać dźwięki serenady, słychać groźny mieczy szczęk...

Jednem słowem, Hipolit Matwiejewicz zakochał się po uszy w Lizie Kałaczewej.

Wielu ludzi mijało czatującego w korytarzu Hipolita Matwiejewicza, lecz zalatywał od nich zapach tytoniu, wódki, apteki albo też zapach kwaszonego barszczu.

Wskutek panujących w korytarzach ciemności można było rozróżniać ludzi jedynie według zapachu lub po krokach.

Liza nie przechodziła dotąd.

Co do tego Hipolit Matwiejewicz nie miał żadnych wątpliwości. Nie ćmiła przecież papierosów, nie piła wódki i nie nosiła butów, podkutych żelaznemi gwoździami.

Nie mogła pachnieć ani jodyną, ani wędzonką. Mógł od niej zalatywać jedynie najsubtelniejszy zapach ryżowej kaszy lub smacznie przyrządzonego siana, którem pani Nordman - Sjewierowa tak długo żywiła znakomitego malarza Ilję Rjepina.

Lecz oto rozległy się lekkie niepewne kroki. Ktoś, rozkosznie pomrukując, szedł przez korytarz, potykając się o jego elastyczne ściany.

— Czy to pani, Jelizaweto Pietrowna? — spytał Hipolit Matwiejewicz głosikiem, przypominającym podmuch zefiru.

W odpowiedzi rozległ się potężny bas:

— Przepraszam, gdzie tu mieszkają Pfefferkornowie? Ciemno tu, choć oko wykol.

Przerażony Hipolit Matwiejewicz zamilkł. Poszukiwacz Pfefferkornów, nie doczekawszy się odpowiedzi, poszedł po omacku dalej.

Liza nadeszła dopiero około dziewiątej. Wyszli na ulicę. Niebo powlekło się karmelkową zielenią.

— Dokąd pójdziemy? — spytała Liza.

Hipolit Matwiejewicz spojrzał na jej białą roziskrzoną twarzyczkę i zamiast powiedzieć poprostu — „tu, Inezyljo, pod oknem twem stoję”, — zaczął rozwlekle i nudno opowiadać o tem, że dawno już nie był w Moskwie i że Paryż stokrotnie przewyższa Moskwę, która, niech sobie ludzie mówią, co chcą, jest jeno dużą, lecz planowo rozrzuconą wsią.

— Pamiętam, Jelizawieto Pietrowna, owe czasy, gdy Moskwa nie była taka, jak teraz. Teraz na każdym kroku odczuwa się sknerstwo. A my w owych czasach nie liczyliśmy się z groszem. Hej, użyjmy żywota, wszak żyjem tylko raz. Piękna piosnka...

Po przez Preczystienski bulwar doszli do kościoła Zbawiciela. Tramwaje toczyły się poprzez mosty. Rzekę kryły łódki. Smętnie brzęczała samotna harmonijka.

Liza, ścisnąwszy dłoń Hipolita Matwiejewicza, opowiedziała mu o wszystkich swych strapieniach. O sprzeczce z mężem, o ciężkiej doli wśród podsłuchujących ustawicznie sąsiadów — dawnych chemików — i o monotonji jarskiej kuchni.

Hipolit Matwiejewicz słuchał i kombinował. Budziły się w nim demony. Marzył o niezwykłej jakiejś kolacji.

Doszedł do wniosku, że takie dziewczę trzeba koniecznie czemś olśnić.

W kieszeni miał Hipolit Matwiejewicz połowę kwoty, zarobionej przez aferzystów na starogrodzkim spisku. Dla odwykłego od komfortu Worobjaninowa była to zawrotna suma.

Podniecony nadzieją romansu, pragnął olśnić Lizę szerokim gestem. Uważał, iż ma po temu wspaniałe warunki.

Z dumą pomyślał o tem, jak łatwo ongi zdobył serce pięknej Heleny Bour.

Posiadał zdolność łatwego i nonszalanckiego wydawania pieniędzy. W całym Starogrodzie słynął z ogłady towarzyskiej i umiejętności prowadzenia rozmów z salonowemi lwicami. Śmieszną rzeczą wydawało mu się roztaczanie bogactwa swych walorów towarzyskich w celu zdobycia tego sowieckiego maleństwa, które prawdę mówiąc, niczego jeszcze, jak się patrzy, nie znało ani nie widziało.

Po krótkiej perswazji Hipolit Matwiejewicz zawiózł Lizę do wzorowej restauracji M. S. P. O. p. f. „Praga”. Był to, według słów Bendera, najlepszy lokal w Moskwie.

„Praga” olśniła Lizę mnóstwem luster, żyrandoli i kwiatów. Lizie można to było darować, albowiem nigdy dotąd w życiu nie bywała w dużych luksusowych restauracjach.

Lecz całkiem nieoczekiwanie sala lustrzana zdziwiła również Hipolita Matwiejewicza. Zacofaniec zapomniał z kretesem o zwyczajach światowych. Teraz wstydził się kompletnie swych buciorów o sfatygowanych mocno obcasach, wstydził się przedwojennych jeszcze spodni i księżycowej kamizelki, upstrzonej gęsto gwiazdami.

Oboje zmieszali się i stanęli, jak wryci, na progu. Towarzystwo — dość mieszane zresztą — bacznie im się przyglądało.

— Może siądziemy w tamtym kącie? — zaproponował Worobjaninow, mimo iż tuż koło estrady, na której orkiestra znęcała się nad „Bajaderą”, były wolne stoliki.

Liza, czując, że wszyscy na nią patrzą, szybko zgodziła się. Za nią, bardzo zmieszany, kroczył lew salonowy i zdobywca kobiet — Worobjaninow.

Wytarte spodnie salonowego lwa zwisały nakształt worka. Zdobywca kobiet zgarbił się i, pragnąc opanować zmieszanie, zaczął przecierać szkła.

Nikt nie podchodził do stołu. Tego Hipolit Matwiejewicz nie spodziewał się. I zamiast uprzejmą rozmową bawić swą damę, milczał, męczył się, nieśmiało stukał popielniczką i nieustannie chrząkał.

Liza ciekawie rozglądała się po sali, milczenie stawało się nieznośne, lecz Hipolit Matwiejewicz nie mógł wyksztusić ani słowa. Zapomniał z kretesem, co w takich okolicznościach zwykł był mówić.

Usta kneblowało mu to, że nikt ze służby nie podchodził do stolika.

— Proszę pana, — przywoływał przebiegających koło stolika robotników „nar - pita”[1].

— Momencik, — krzyczeli kelnerzy, mijając stolik.

W końcu przyniesiono kartę. Hipolit Matwiejewicz z widoczną ulgą pogrążył się w kontemplacjach nad nią.

— Patrzajcie, — bąknął, — sznycle cielęce dwa dwadzieścia pięć, filè — dwa dwadzieścia pięć, wódka — pięć rubli.

— Pięć rubli duża karafka, — zakomunikował kelner, niecierpliwiąc się najwidoczniej.

„Co się ze miną dzieje?” — przeraził się Hipolit Matwiejewicz. — „Staję się śmieszny”.

— Bardzo proszę, — zwrócił się do Lizy ze spóźnioną mocno uprzejmością, — może pani będzie łaskawa wybrać? Co pani rozkaże?

Lizie było przykro. Widziała, że kelner lekceważąco spogląda na jej towarzysza i rozumiała, że robi on coś nie tak, jak należy.

— Nie chcę mi się zupełnie jeść, — głos jej się załamywał, — albo — już wiem... Powiedźcie mi, towarzyszu, czy mogłabym dostać u was coś z jarskich potraw?

Kelner zaczął przestępować z nogi na nogę, jak koń.

— Nic jarskiego nie mamy. Możeby tak omlecik z szynką?

— Już wiem, — rzekł, powziąwszy nagle decyzję, Hipolit Matwiejewicz. — Proszę nam dać parówek. Jelizawieto Pietrówna, będzie pani przecież jadła parówki?

— Będę.

— Tak. Parówki. Te, po rubel dwadzieścia pięć. I butelkę wódki.

— Karafeczką tylko mogę służyć.

— A więc proszę o dużą karafkę.

Robotnik nar - pita rzucił okiem na bezbronną Lizę.

— Jakie zakąski każą państwo podać? Kawioru świeżego? Coś z ryb? A może paszteciki?

W Hipolicie Matwiejewiczu żachnął się urzędnik Z. A. G. S.-a.

— Nie trzeba, — burknął opryskliwie. — Po ile są u was kwaszone ogórki? Dobrze, poproszę o dwa.

Kelner zniknął i przy stoliku zapanowało znów milczenie. Ciszę Liza przerwała.

— Nigdy tu jeszcze nie byłam. Bardzo tu przyjemnie.

— Ta-a-k, — przytaknął Hipolit Matwiejewicz, obliczając w myśli cenę zamówionych potraw.

„Gdy tylko, — pomyślał sobie, — napiję się wódki — zaraz nabiorę animuszu. Bo to, doprawdy, tak jakoś nijako”.

Lecz, gdy napił się wódki i przegryzł ogórkiem to nie nabrał wcale animuszu, lecz jeszcze bardziej zasępił się. Liza nie tknęła wódki. Naprężenie nie znikło. Na dobitkę podszedł do stolika sprzedawca kwiatów i patrząc przymilnie na Lizę, zachęcał Worobjaninowa do kupna kwiatów.

Hipolit Matwiejewicz udał, że nie dostrzega wąsatego sprzedawcy, lecz ten nie dawał za wygraną. Zalecać się przy nim było absolutną niemożliwością.

Na pewien czas uratował sytuację rozpoczęły właśnie program. Na estradę wyszedł rozlazły mężczyzna w smokingu i lakierach.

— A więc znów mamy przyjemność widzieć się, — zwrócił się z nonszalancją do publiczności. — Jako kolejny numer naszego programu ukaże się światowej sławy śpiewaczka, wykonawczyni rosyjskich pieśni ludowych, powszechnie znana w Marjinej Roszczy Barbara Iwanowna Godlewska. Barbaro Iwanówno! Prosimy!

Hipolit Matwiejewicz pił wódkę i milczał. Ponieważ Liza nie piła i ciągle wyrywała się do domu, trzeba było śpieszyć się, żeby wypić całą karafkę.

Gdy na scenę wyszedł kuplecista w prążkowanej kurtce, który zajął z kolei miejsce śpiewaczki, znanej w Marjinej Roszczy, i zaśpiewał:


Wciąż w kółko chodzicie
I wszędzie łazicie.
A taka łazęga
To istna mordęga.
I kiszce waszej ślepej
Nie będzie ni krzty lepiej.


Hipolit Matwiejewicz porządnie już był podchmielony i razem ze wszystkimi gośćmi luksusowej restauracji, których tak niedawno jeszcze uważał za ordynarnych sowieckich bandytów i obrzydliwe sknery, — zaczął bić do taktu w dłonie i nucić do wtóru:


— Bo taka łazęga...
To istna mordęga...


Bardzo często zrywał się z miejsca i nie przepraszając swej towarzyszki, pędził do garderoby. Sąsiednie stoliki nazywały go już poufale stryjkiem i zapraszały na kufel piwa. Lecz Worobjaninow był nieczuły na te uprzejmości. Stał się naraz dumny i podejrzliwy. Liza stanowczo wstała od stołu:

— Ja idę. A pan niech sobie zostanie. Sama trafię.

— Nie, skądże znowu? Jako szlachcic, nie mogę na to pozwolić! Senior! Rachunek! Dra-nie!

Hipolit Matwiejewicz, kołysząc się na krześle, oglądał długo rachunek.

— Dziewięć rubli dwadzieścia kopiejek? — mamrotał. — A może dać wam jeszcze klucz od mieszkania, w którem leżą pieniądze?

Koniec był taki, że wyprowadzono Hipolita Matwiejewicza z sali, trzymając go troskliwie pod ręce. Liza nie mogła uciec, ponieważ kwit z garderoby był w posiadaniu salonowego lwa.

Na ulicy Hipolit Matwiejewicz, nie tracąc czasu, przyparł Lizę do muru i zaczął ją obłapiać. Liza, milcząc, broniła się.

— Panie! — mówiła. — Panie! Panie!

— Jedźmy do hotelu! — namawiał ją Worobjaninow.

Liza wydarła się wreszcie z objęć Worobjaninowa i małą piąstką trzepnęła zdobywcę kobiet prosto w nos. Momentalnie spadły mu z nosa złote binokle i szkła pod potężnym butem stłukły się na miazgę.

Chłodził tam skronie powiew zefiru...

Liza, dławiąc się łzami, pobiegła pędem do swego domu.

Szemrały wody Gwadalkiwiru...

Hipolit Matwiejewicz, pozbawiony szkieł, podreptał w przeciwnym kierunku, wrzeszcząc na całe gardło:

— Łapaj złodzieja!

Potem długo płakał i, wciąż płacząc, kupił od przekupki wszystkie obwarzanki razem z koszem. Wyszedł na Smoleński rynek, opustoszały i ciemny, i długo przechadzał się po nim, rozrzucając obwarzanki tak, jak siewca rzuca ziarna. Przy tem fałszywie nucił:


— Bo taka łazęga
To istna mordęga...


Następnie Hipolit Matwiejewicz zaprzyjaźnił się z dorożkarzem, duszę przed nim otworzył naoścież i mętnie opowiadał mu o brylantach.

— Wesoły gość! — krzyknął z uznaniem dorożkarz.

Hipolit Matwiejewicz istotnie rozweselił się. Najwidoczniej jednak wesołość jego miała nieco niewłaściwy charakter, albowiem o godzinie jedenastej rano obudził się w lokalu milicji. Z dwustu rubli, które miał w zanadrzu, zaczynając tak haniebnie szaloną noc uciech, pozostało mu zaledwie dwanaście.

Wydawało mu się, że umiera. Bolał go krzyż, dokuczała wątroba i głowa ciążyła jak ołów. Lecz najokropniejsze było to, że absolutnie nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i w jaki sposób wydał tak zawrotną sumę. Po drodze do domu musiał jeszcze wstąpić do optyka, by wstawił mu nowe szkła do binokli.

Ostap w najwyższym zdumieniu oglądał długo stłamszoną figurę Hipolita Matwiejewicza. Nic jednak nie powiedział. Był spokojny i gotów do walki.




Przypisy

  1. Kelner.