12 krzeseł/17

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XVI 12 krzeseł • Rozdział XVII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XVIII
Rozdział XVI 12 krzeseł
Rozdział XVII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XVIII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY.
Egzekucja.

Licytacja rozpoczynała się o piątej. Obywateli, pragnących obejrzeć rzeczy, znajdujące się na licytacji, wpuszczano od czwartej. Przyjaciele przyszli o trzeciej i calutką godzinę oglądali znajdującą się w tym samym gmachu wystawę z zakresu budowy maszyn.

— Widzi mi się, — rzekł Ostap, — że już jutro, jeśli zechcemy, będziemy mogli kupić sobie tę maszynę. Szkoda, że niema na niej ceny. Bądź co bądź, przyjemnie jest mieć własną maszynę.

Hipolit Matwiejewicz był zgnębiony. Jedynie tylko krzesła mogłyby go pocieszyć. Oddalił się od nich dopiero wtedy, gdy na katedrę wlazł brodaty jegomość w kraciastych spodniach „Stulecie” i kurtce z rosyjskiego kowerkotu.

Aferzyści nasi usiedli w czwartym rzędzie po prawej stronie. Hipolit Matwiejewicz zaczął się okropnie denerwować. Myślał, że licytację zaczną od krzeseł. Lecz w długim spisie stały one dopiero na czterdziestem trzeciem miejscu, i na pierwszy ogień — jak to zwykle na licytacji — poszła wszelaka starzyzna i rupiecie: pojedyńcze sztuki herbowych serwisów, sosjerka, srebrny kubek, pejzaż pędzla Pietunina, wyszywana koralikami torebka damska, zupełnie nowy palnik od prymusa, popiersie Napoleona, płócienne biustonosze, gobelin „Myśliwy, strzelający do dzikich kaczek” i temu podobna zbieranina.

Trzeba było cierpieć i czekać. Czekać było straszliwie ciężko. Wszystkie krzesła stały na widoku. Cel był bliski — osiągalny. Wystarczyło wyciągnąć tylko rękę.

„Zakotłowałoby się tutaj nieludzko” — pomyślał Ostap, oglądając zgromadzona publiczność, — „gdyby te ananasy dowiedziały się, jaka gratka przypadnie nabywcy tych krzeseł”.

— Rzeźba, wyobrażająca sprawiedliwość! — oznajmił celebrujący tę uroczystość licytator. — Bronz. W całkiem dobrym stanie. Pięć rubli. Kto da więcej? Sześć i pół po prawej, tam w końcu — siedem. Osiem rubli w pierwszym rzędzie nawprost. Po raz drugi osiem rubli nawprost. Po raz trzeci. W pierwszym rzędzie nawprost.

Do obywatela w pierwszym rzędzie pomknęła chyżo jakaś dziewoja, by za pokwitowaniem zainkasować należną od niego kwotę.

Stukał młotek. Sprzedano już popielniczki z pałacu, szkło baccarat, porcelanową puderniczkę. Czas dłużył się niemiłosiernie.

— Bronzowa figurka Aleksandra Trzeciego. Może służyć jako przycisk. Do niczego więcej chyba nie nadaje się. Kto kupi popiersie Aleksandra Trzeciego?

Wśród publiczności rozległ się śmiech.

— Kup sobie, marszałku, — zadrwił Ostap. — Pan przecież na to, jak na lato!

Hipolit Matwiejewicz nie odrywał oczu od krzeseł i milczał.

— Niema amatorów? Wycofujemy z licytacji bronzowe popiersie Aleksandra Trzeciego. Rzeźba, wyobrażająca sprawiedliwość. Najprawdopodobniej pendant do kupionej przed chwilą. Wasylu, pokażcie publiczności sprawiedliwość. Pięć rubli. Kto da więcej?

W pierwszym rzędzie nawprost rozległo się sapanie. Najwidoczniej obywatel z pierwszego rzędu pragnął mieć sprawiedliwość w komplecie.

— Pięć rubli sprawiedliwość z bronzu!

— Sześć! — powiedział obywatel.

— Sześć rubli nawprost. Siedem. Dziewięć rubli w końcu po prawej stronie.

— Dziewięć i pół — rzekł cicho amator sprawiedliwości, podnosząc rękę do góry.

— I pół nawprost. Po raz drugi — i pół nawprost. Po raz trzeci dziewięć i pół.

Młotek stuknął. Obywatela w pierwszym rzędzie znów zaatakowała dziewica z kwitkiem.

Zapłacił należność i udał się do sąsiedniego pokoju, aby odebrać swe bronzy.

— Dziesięć krzeseł z pałacu! — rzekł nagle urzędnik.

— Dlaczego z pałacu? — zdziwił się szeptem Hipolit Matwiejewicz.

Ostap rozgniewał się na dobre.

— Do stu djabłów! Siedź pan i nie ciskaj się!

— Dziesięć krzeseł z pałacu. Orzech. Epoka Aleksandra Drugiego. W doskonałym stanie. Z fabryki mebli Gambsa. Wasylu, proszę pokazać jedno krzesło.

Wasyl tak bezceremonialnie chwycił krzesło, że Hipolit Matwiejewicz aż podskoczył.

— A to ciężki idjota! Skaranie boskie! Siadaj pan! — syknął Ostap. — Siadaj, powiadam!

Hipolit Matwiejewicz wyciągnął szyję. Ostap zamienił się cały w słuch. Twarz mu się rozjaśniła.

— Dziesięć krzeseł. Orzech. Osiemdziesiąt rubli.

Sala ożywiła się. Sprzedawano rzecz, przydatną w gospodarstwie. Ręce podnosiły się jedna za drugą. Ostap nie tracił zimnej krwi.

— Czemu pan nie przystępuje do licytacji? — zaatakował go Worobjaninow.

— Precz! — odrzekł Ostap, zaciskając zęby.

— Sto dwadzieścia rubli w tylnych rzędach. Sto trzydzieści pięć także tam. Sto czterdzieści.

Ostap z całym spokojem odwrócił się plecami do katedry i z uśmiechem na ustach zaczął oglądać swych konkurentów.

Licytacja osiągnęła punkt kulminacyjny. Było tłoczno. Dama jakaś, stojąca akurat za Ostapem, zapłonęła chęcią zdobycia krzeseł i, naradziwszy się z mężem, (Prześliczna robota! Popatrz, złotko! Pałacowe meble!) podniosła rękę do góry.

— Sto czterdzieści pięć w piątym rzędzie naprawo. Po raz pierwszy.

Zainteresowanie zgasło. Zbyt drogie były te krzesła.

— Sto czterdzieści pięć. Po raz drugi.

Ostap obojętnie oglądał gzyms. Hipolit Matwiejewicz siedział z głową pochyloną i za każdym razem podskakiwał.

— Sto czterdzieści pięć. Po raz trzeci.

Lecz nim czarny lakierowany młoteczek stuknął o politurowaną katedrę, Ostap odwrócił się, podniósł rękę do góry i niezbyt głośno rzucił:

— Dwieście!

Wszystkie głowy odwróciły się, jak na komendę, w stronę naszych aferzystów. Zakołysały się czapki, kaszkiety i kapelusze. Licytator podniósł znudzone oblicze i spojrzał na Ostapa.

— Dwieście, po raz pierwszy, — rzekł — dwieście w czwartym rzędzie na prawo, po raz drugi. Czy nikt więcej nie staje do licytacji? Dwieście rubli pałacowy garnitur orzechowy, złożony z dziesięciu sztuk. Dwieście rubli po raz trzeci w czwartym rzędzie na prawo.

Ręka z młoteczkiem zawisła nad katedrą.

— Mało! — rzekł głośno Hipolit Matwiejewicz.

Ostap, zaróżowiony i spokojny, uśmiechał się. Młoteczek stuknął, wydając niebiański dźwięk.

— Sprzedane, — oznajmił licytator. — Pani się pofatyguje — w czwartym rzędzie na prawo.

— I cóż, marszałku, efektownie wypadło? — spytał Ostap. — Ciekaw jestem, jakby pan sobie dal radę bez technicznego doradcy?

Hipolit Matwiejewicz westchnął głęboko z nadmiaru szczęścia.

Galopem podbiegła do nich funkcjonariuszka.

— Panowie nabyli krzesła?

— My! — wrzasnął powstrzymujący się dotąd gwałtem Hipolit Matwiejewicz. — My, my. Kiedy można je będzie zabrać?

— To już od pana zależy. Choćby zaraz!

Refren — „Bo taka łazęga, to istna mordęga” — kołatał się uporczywie po głowie Hipolita Matwiejewicza. Krzesła są nasze, nasze, nasze! Krzyczał o tem cały jego organizm. Nasze! — krzyczała wątroba. Nasze! — potakiwała nerka.

Tak się ucieszył, że w najbardziej nieoczekiwanych miejscach zaczęły mu tłuc tętnice. Wszystko wibrowało, przewalało się i trzeszczało pod naporem niesłychanego szczęścia. Oczom jego ukazał się pociąg, zbliżający się do Sant-Gotardu. Na platformie ostatniego wagonu stał w białych spodniach Hipolit Matwiejewicz Worobjaninow i ćmił cygaro. Blask słońca padał na jego głowę, połyskując znów aluminjową siwizną. Hipolit Matwiejewicz jechał do Edem.

— A dlaczego dwieście trzydzieści, a nie dwieście? — usłyszał nagle Hipolit Matwiejewicz.

Mówił to Ostap, oglądając uważnie pokwitowanie.

— Dolicza się piętnaście procent komisowego — odrzekła panna.

— Trudna rada! Proszę!

Ostap wyciągnął portfel, odliczył dwieście rubli i zwrócił się do głównego dyrektora imprezy.

— Kochany panie, proszę wybulić trzydzieści rubelków, tylko raz dwa, widzi pan przecież, że niewiasta czeka. No!

Hipolit Matwiejewicz nie próbował nawet wyjąć pieniędzy.

— No? Czego pan na mnie tak gapi się, jak ciele na malowane wrota? Osłupiał pan ze szczęścia, czy co?

— Nie mam pieniędzy — wybełkotał wreszcie Hipolit Matwiejewicz.

— Kto niema? — spytał Ostap bardzo cicho.

— Ja nie mam.

— A dwieście rubli?

— Ja... hm... z-zgubiłem je.

Ostap spojrzał na Worobjaninowa, jednym rzutem oka ocenił jego zmięte oblicze, zieloną cerę i nabrzmiałe worki pod oczami.

— Daj pan pieniądze! — szepnął z nienawiścią — Stare bydlę.

— Czy pan ma zamiar zapłacić — spytała niewiasta.

— Momencik, — rzekł Ostap, uśmiechając się rozkosznie — maleńka zwłoka.

Była jeszcze odrobina nadziei. Można było nakłonić ich, by zaczekali na zapłatę.

Akurat Hipolit Matwiejewicz ocknął się z zadumy i, plując na wszystkie strony, wmieszał się gwałtem do rozmowy.

— Za pozwoleniem! — ryknął. — Za co komisowe? Nic nie wiemy o komisowem! Trzeba uprzedzać o takich rzeczach. Odmawiam zapłacenia tych trzydziestu rubli!

— Dobrze — rzekła grzecznie niewiasta — zaraz to załatwię.

Wziąwszy kwitek, pofrunęła w kierunku licytatora i mruknęła doń kilka słów. Licytator niezwłocznie wyprostował się. Broda jego połyskiwała w świetle jaskrawych lamp elektrycznych.

— Zgodnie z regulaminem licytacyj — oznajmił dobitnie — osoba, wzdragająca się przed zapłaceniem całkowitej kwoty za nabyty przedmiot, winna opuścić halę licytacyjną! Sprzedaż krzeseł niniejszym unieważniam.

Zdumieni przyjaciele siedzieli bez ruchu.

— Proszę państwa — rzekł licytator.

Efekt był piorunujący. Publiczność zaczęła się złośliwie śmiać. Ostap jednakże nie ruszał się z miejsca. Takich emocyj oddawna już nie doświadczał.

— Pro-o-szę państwa!

Licytator piszczał głosem, nieznoszącym sprzeciwu.

Śmiech na sali stał się głośniejszy.

I poszli oni. Niewielu ludzi wychodziło z hali licytacyjnej z tak gorzkiem uczuciem . Pierwszy szedł Worobjaninow. Zgiąwszy w pałąk kościste ramiona, szedł, jak żóraw w kusej marynarczynie i głupich buciorach; czuł na sobie ciepłe spojrzenie wielkiego kombinatora.

Aferzyści zatrzymali się w pokoju, sąsiadującym z halą licytacyjną. Teraz mogli obserwować przetarg jedynie poprzez szklane drzwi. Droga tam była już zamknięta. Ostap solidarnie milczał.

— Oburzające porządki — bełkotał tchórzliwie Hipolit Matwiejewicz — kompletny skandal! Do milicji trzeba pójść na skargę!

Ostap milczał.

— Nie, to doprawdy przechodzi już wszelkie pojęcie! — denerwował się w dalszym ciągu Worobjaninow — skórę zdzierają z ludu pracującego. Dalibóg!... Za jakieś tam używane dziesięć krzeseł dwieście trzydzieści rubli. Oszaleć można...

— Tak — bezdźwięcznie rzekł Ostap.

— Prawda? — upewnił się Worobjaninow. — O szaleć można!...

— Można.

Ostap podszedł do Worobjaninowa i, rozejrzawszy się dokoła, dał marszałkowi szlachty krótkie, silne i niedostrzegalne dla obcego oka uderzenie w bok.

— To za milicję! To za drożyznę krzeseł dla ludu pracującego wszystkich krajów! To za nocne włóczenie się po dziewczynkach! Świeczki w oczach ci staną! Ruski miesiąc popamiętasz!

Podczas całej tej egzekucji Hipolit Matwiejewicz ani pisnął.

Komuś obcemu mogłoby się wydać, że to syn rozmawia ze swym czcigodnym ojcem i dziwnieby jedynie mogło wydawać się, że ten ojciec z nadmiernem ożywieniem trzęsie głową.

— A teraz idź do stu djabłów!

Ostap odwrócił się tyłem do dyrektora imprezy i zaczął patrzeć na halę licytacyjną. Po chwili obejrzał się. Hipolit Matwiejewicz wyprężony na baczność stał wciąż jeszcze na tem samem miejscu.

— Duszo towarzystwa, jeszcze pan tu sterczy? Precz! No?

— Towa-a-rzyszu Bender — zaczął błagać Worobjaninow. — Towa-arzyszu Bender!

Ostap odwrócił się tyłem do dyrektora imprezy i zaczął patrzeć; tak mocno zainteresowało Bendera, że uchylił nieznacznie drzwi i zaczął przysłuchiwać się.

— Wszystko przepadło! — bąknął.

— Co przepadło? — spytał pojednawczo Worobjaninow.

— Krzesła sprzedają pojedynczo, psia krew! Może pragnie pan nabyć? Bardzo proszę. Nie zatrzymuję pana. Wątpię tylko, czy go puszczą. I o ile wiem, pieniądze się u pana nie przelewają.

W tym czasie w hali licytacyjnej działy się ciekawe rzeczy, licytator zorjentował się, że nie uda mu się wydębić od zebranych jednym zamachem dwustu rubli (zbyt wielka to była suma dla płotek pozostałych na sali), i postanowił wyrwać te dwieście rubli kawałkami.

— Cztery krzesła z pałacu. Orzech. Wyściełane. Robota Gambsa. Trzydzieści rubli. Kto da więcej?

Ostap odzyskał niezwłocznie zimną krew i panowanie nad sobą.

— Te, pupilku kobiet, stój tutaj i nigdzie się stąd nie ruszaj. Za pięć minut wrócę. A pan niech tu dopilnuje, kto i co. Żeby mi ani jedno krzesło nie wsiąkło.

W głowie Bendera zrodził się plan jedynie tylko możliwy w tak ciężkiej sytuacji.

Wybiegł na ulicę i skierował swe kroki do najbliższej budy, w której siedziała banda bezdomnych uliczników. Ostap wszczął z nimi fachową rozmowę.

Stosownie do obietnicy, wrócił do Hipolita Matwiejewicza po pięciu minutach. Ulicznicy stanęli w pogotowia przy wejściu do hali licytacyjnej.

— Sprzedają, sprzedają — wyszeptał Hipolit Matwiejewicz — cztery i dwa już sprzedali.

— To pana zasługa — rzekł Ostap — niech się pan cieszy, w rękach naszych prawie, uważa pan, mieliśmy, w rękach. Czy pan to rozumie?

W sali rozległ się skrzeczący głos, którym matka-natura obdarzyła tylko licytatorów, krupierów i szklarzy.

— I pół rubelka, po lewej stronie. Trzy. Jeszcze jedno krzesło z pałacu. Orzech. Całkiem niezniszczone... I pół nawprost. Po raz pierwszy — i pół napowrót.

Trzy krzesła sprzedano pojedyńczo. Licytator zapowiedział sprzedaż ostatniego krzesła. Wściekłość opanowała Ostapa. Znów zaatakował Worobjaninowa. Obelżywe jego uwagi były pełne goryczy. Kto wie, do czego doszedłby Ostap w swych sarkastycznych wycieczkach, gdyby nie przerwał mu nagle jakiś jegomość w branżowym garniturze z łódzkiego sukna. Wymachiwał pulchnemi rękami, pochylał się, skakał i cofał się, jakgdyby grał w tenisa.

— Powiedz mi pan — zagadnął śpiesznie Ostapa — doprawdy odbywa się tu licytacja? Tak? Licytacja? I doprawdy są tu rzeczy na sprzedaż? Ciekawe!

Nieznajomy odskoczył i przez twarz jego przewinęła się cała gama uśmiechów.

— Doprawdy — sprzedają tu rzeczy? I istotnie można tu tanio kupić? Pierwsza klasa! Ho, ho! Ach!...

Nieznajomy grubasek, kołysząc się w biodrach, przemknął tuż obok oszołomionych aferzystów i tak błyskawicznie kupił ostatnie krzesło, że Worobjaninow zdążył zaledwie chrząknąć.

Nieznajomy z kwitkiem w ręce pobiegł do paczkami.

— Czy krzesło to mogę odrazu zabrać? Ciekawe!... Ach!... Ach!...

Wykrzykując wciąż i żywo gestykulując, wpakował krzesło do dorożki i odjechał. Jeden z uliczników biegł za nim.

Powoli rozeszli się i rozjechali wszyscy nowonabywcy krzeseł. Za nimi biegli niepełnoletni agenci Ostapa. On sam też wreszcie poszedł. Hipolit Matwiejewicz lękliwie podążył za nim. Dzień dzisiejszy wydawał mu się snem. Wszystko odbyło się błyskawicznie i nie tak, jak tego oczekiwano.

Na Siwcewym Wrażku pianina, mandoliny i harmonje święciły nadejście wiosny. Okna były na oścież otwarte. Zdobiły je kwiaty w glinianych doniczkach. Opasły jegomość z koszulą rozchełstaną na owłosionej piersi, w szelkach stał w oknie i namiętnie śpiewał. Wzdłuż ściany przemykał wolno kot. W celkach migotały naftowe lampki.

Koło różowego domku przechadzał się Kola. Ujrzawszy idącego na przedzie Ostapa uprzejmie go pozdrowił i podszedł do Worobjaninowa. Hipolit Matwiejewicz serdecznie go powitał. Kola jednakże nie tracił napróżno czasu.

— Dobry wieczór — powiedział twardo i uderzył Hipolita Matwiejewicza w głowę.

Jednocześnie Kola wygłosił słowa całkiem banalne, według obserwującego tę scenę Ostapa.

— Taki los czeka każdego — rzekł Kola dziecinnym głosem — kto ośmieli się...

Na co właściwie ośmieli się, tego Kola nie dokończył. Stanął na palcach i, przymknąwszy oczy, trzasnął Worobjaninowa w gębę.

Hipolit Matwiejewicz podniósł zlekka rękę, lecz nie ważył się nawet pisnąć.

— Słusznie — rzekł Ostap — a teraz lu go w kark. Dwa razy. Tak. Trudna rada. Czasem jajko musi dać lekcję poglądową kurze... Jeszcze raz... Tak. Niech się pan nie krępuje. Po głowie proszę więcej nie bić. To jego najsłabsze miejsce.

Przypuszczać należy, że gdyby starogradzcy spiskowcy mogli ujrzeć tytana myśli i ojca rosyjskiej demokracji w owym tak krytycznym dlań momencie, to tajny związek „miecza i lemiesza” zakończyłby swój żywot.

— Starczy chyba — rzekł Kola, pakując rękę do kieszeni.

— Jeszcze tylko jeden jedyny raz — błagał go Ostap.

— Pal go licho! Popamięta teraz!

Kola odszedł. Ostap wszedł do Iwanopulo i spojrzał stamtąd na dół.

Hipolit Matwiejewicz stał naprzeciw, oparty o żelazne sztachety.

— Obywatelu! — krzyknął Ostap. — Wejdźcie do lokalu! Pozwalam łaskawie!

Gdy Hipolit Matwiejewicz wchodził do pokoju, był już zlekka ożywiony.

— Niesłychana bezczelność! — rzekł gniewnie. — Z trudem zapanowałem nad sobą!

— Aaj-aj-aj! — współczuł mu Ostap — jaka teraz młodzież! Okropna młodzież! Napastuje cudze żony! Sprzeniewierza cudze pieniądze... Kompletny upadek obyczajów!

I przypomniawszy sobie hałaśliwego nieznajomego, spytał:

— A proszę ja was, gdy tłuką po głowie — to naprawdę boli?

— Ja go wyzwę na pojedynek!

— Pycha! Mogę panu polecić mego dobrego znajomego. Zna kodeks honorowy na wyrywki i posiada dwie miotły nadające się akurat do walki nie na życie, lecz na śmierć. Na sekundantów można wziąć Iwanopulo i jego sąsiada z prawej strony. Jest to dawny honorowy obywatel miasta Krzywe Kąty i dotąd jeszcze pyszni się tą godnością. Można również zaimprowizować pojedynek na tasaki do mięsa — szykownie będzie. Każda rana śmiertelna — gwarantuję. Pokonany przeciwnik mechanicznie zmienia się w kotlet. Czy dogadza to panu, panie marszałku?

Akurat na ulicy rozległ się gwizd, wobec czego Ostap udał się, by zebrać informacje od swych przygodnych agentów.

Andrusy wyśmienicie wywiązali się z włożonych na nich zadań. Cztery krzesła powędrowały do teatru Kolumba. Ulicznik szczegółowo opowiedział, jak krzesła te wieziono w dorożce, potem wyładowano i wniesiono do gmachu przez boczne wejście. Miejsce, gdzie znajdował się teatr było Ostapowi dobrze znane.

Dwa krzesła zabrała na dorożce „szykowna lafirynda”, jak oznajmił drugi młodociany detektyw. Chłopak, jak widać, nie odznaczał się zbyt wielkiemi zdolnościami. Uliczkę, na którą przywieziono krzesła — ulicę Warsonofjewską — zapamiętał, zapamiętał również numer pokoju — siedemnasty, lecz numeru domu nie mógł sobie ani rusz przypomnieć.

— Bardzo prędko biegłem — oświadczył ulicznik — ulotniło mi się z pamięci.

— Nie dostaniesz pieniędzy — oznajmił impresarjo.

— Stry-yjku!... Toż wskażę ci jutro ten dom.

— Dobrze. Pal sęk. Pójdziemy razem.

Hałaśliwy jegomość mieszkał, jak się okazało, na Sadowo-Spasskiej ulicy. Dokładny jego adres zapisał sobie Ostap w notesie.

Ósme krzesło powędrowało do Domu Ludowego. Chłopak, pilnujący tego krzesła, okazał się nielada wygą.

Przezwyciężywszy wszelkie przeszkody w postaci komendantury i nader licznych kurjerów, dotarł do środka i przekonał się, że krzesło zostało nabyte przez administratora czasopisma „Warsztat”.

Brakowało jeszcze dwóch chłopców. Przybiegli zasapani niemal jednocześnie, padając kompletnie ze znużenia.

— Ulica Koszarowa, przy Czystych Stawach.

— Numer domu?

— Dziewiąty. I numer mieszkania również dziewiąty. W sąsiedztwie mieszkają tatarzy w podwórzu. Odniosłem tam to krzesło. Na piechotkę szliśmy.

Ostatni goniec przyniósł smutne wiadomości. Najpierw było wszystko dobrze, a potem zmieniło się wszystko na złe. Nabywca poszedł z krzesłem do składu towarowego na Październikowym dworcu i było zupełnem niepodobieństwem iść za nim dalej — na warcie stali strzelcy O. W. O. N. K. P. S.

— Napewno wyjechał — zakończył andrus swój raport.

Ostatnia wiadomość bardzo zaniepokoiła Ostapa. Techniczny dyrektor wynagrodził andrusów iście po królewsku — rubel na twarz, prócz oczywista gońca z Warsonofjewskiej ulicy, który zapomniał numeru (kazano mu stawić się nazajutrz wczesnym rankiem); następnie wrócił Ostap do domu i, nie odpowiadając na indagacje skompromitowanego sromotnie prezesa zarządu, zaczął kombinować, co dalej czynić należy.

Nic straconego jeszcze. Są adresy, a na to, by wydostać krzesła, istnieje wszakże mnóstwo starych, wypróbowanych sposobów: 1) zwykła znajomość, 2) miłosna intryga, 3) znajomość z włamaniem, 4) zamiana, 5) pieniądze. Ostatnie — najpewniejsze, lecz pieniędzy jest djablo mało.

Ostap spojrzał ironicznie na Hipolita Matwiejewicza. Wielki kombinator odzyskał już właściwą sobie rzeźkość umysłu i duchową równowagę. Pieniądze, rozumie się, można będzie wydostać. W zanadrzu miał jeszcze obraz pod tytułem „Bolszewicy piszą list do Chamberlaina”, sitko do herbaty i możność kontynuowania karjery wielożeńca.

Niepokoiło go tylko dziesiąte krzesło. Ślad, oczywista, był, lecz ślad mglisty, nieuchwytny!

— Ha! — rzekł głośno Ostap. — Przy takich szansach można ryzykować. Dziewięć kontra jeden. Posiedzenie trwa nadal! Słyszy pan? Hej, panie przysięgły.