12 krzeseł/18

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XVII 12 krzeseł • Rozdział XVIII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XIX
Rozdział XVII 12 krzeseł
Rozdział XVIII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XIX
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY.
Dzikuska Lalusia.

Słownik Wiljama Szekspira — według obliczeń badaczy — liczy 14.000 słów. Słownik negra z plemienia ludożerców „Mumbo-Jumbo” liczy 300 słów.

Lalusi Szczukinej wystarczało w zupełności słów trzydzieści.

Oto słowa, zdania i wykrzykniki, kapryśnie wybrane przez nią z bogatego i potężnego rosyjskiego języka:

1. Bezczelność!

2. Ho-ho! (Zależnie od okoliczności oznacza — ironję, zdziwienie, zachwyt, nienawiść, radość, pogardę i zadowolenie).

3. Wspaniale.

4. Ponury. (Odnosi się do wszystkiego. Naprzykład: „Przyszedł ponury Pietia”, „Ponura pogoda”, „Ponure zdarzenie”, „Ponury kot” i t. d.).

5. Niesamowity. (Naprzykład o spotkaniu z dobrą znajomą: „Niesamowite spotkanie”).

6. Chłopczyna. (W stosunku do wszystkich znajomych mężczyzn, niezależnie od ich wieku i stanowiska społecznego).

7. Obejdzie się bez morałów.

8. Jak dziecko. (Biję go „jak dziecko” — przy grze w karty lub np. „ścięłam go, jak dziecko”).

9. Pych-cha!

10. Gruby i ładny. (Używa się, jako charakterystyki rzeczy zarówno nieżyjących jak i żyjących).

11. Weźmy dorożkę. (To mówi się do męża).

12. Weźmy taksówkę. (Do znajomych z pośród osób należących do płci brzydkiej).

13. Całe plecy ma pan ubielone. (Dowcip).

14. Patrzajcie!

15. Ula. (pieszczotliwe zakończenie imion (naprzykład: Gienula, Griszula).

17. Oho! (Ironja, zdziwienie, zachwyt, nienawiść, radość, pogarda i zadowolenie).

Reszta słów — nader skromna liczba — służyła do porozumiewania się Lalusi z subjektami magazynów konfekcyjnych.

Na fotografjach Lalusi Szczukinej, wiszących nad łóżkiem jej męża — inżyniera Ernesta Pawłowicza Szczukina — (jedna — en face, druga z profilu), można było dostrzec czoło wysokie i w miarę wypukłe, duże wilgotne oczęta, najrozkoszniejszy w Moskiewskiej gubernji nosek i podbródek z maleńką muszką.

Wzrost Lalusi pochlebiał mężczyznom. Była maleńka, to też najgorszy cherlak, stojąc obok niej, wyglądał na męża rosłego i barczystego.

Znaków szczególnych nie miała. Nie było ich zresztą potrzeba. Lalusia była ładna.

Dwieście rubli, które miesięcznie otrzymywał mąż jej w fabryce „Elektro-żyr” były dla Lalusi zniewagą. W żaden sposób nie mogły wystarczyć na tę nieustępliwą walkę którą Lalusia toczyła już od czterech lat, to znaczy od chwili, gdy w drabinie społecznej zajęła stanowisko żony Szczukina. Walka toczyła się z ogromnem natężeniem sił. Pochłaniała wszystkie oszczędności. Ernest Pawłowicz brał do domu nadprogramową robotę, odprawił służącą, rozpalał sam prymus, wynosił śmiecie, a nawet smarzył kotlety.

Lecz wszystko było daremne. Niebezpieczny wróg podminowywał gospodarstwo z każdym dniem coraz bardziej. Jak już wspomniano, przed czterema laty zauważyła Lalusia, że ma rywalkę za oceanem. Nieszczęście spadło na Lalusię w ów radosny wieczór, gdy przymierzała prześliczną krepdeszynową bluzeczkę. W stroju tym wyglądała niemal, jak bogini.

— Ho-ho — krzyknęła, zawierając w tym murzyńskim okrzyku zadziwiająco skomplikowane uczucia. Przetłumaczone na ludzki język oznaczało to: „Widok mój wytrąca mężczyzn z równowagi. Zadygocą. Pójdą za mną na kraj świata, urywanym głosem o miłości swej mi prawiąc. Lecz ja będę zimna. Czyż są oni warci mnie. Jestem najładniejsza. Takiej szykownej bluzeczki niema nikt na całej kuli ziemskiej”.

Lecz słów było raptem trzydzieści i Lalusia wybrała z nich najbardziej charakterystyczne — „ho-ho”.

W ową pamiętną godzinę przyszła do niej Fima Psiuk. Przyniosła z sobą mroźny powiew zimy i francuski żurnal mód. Lalusia nie mogła oderwać oczu od pierwszej stronicy. Spozierała stamtąd fotografja córki amerykańskiego miljardera Vanderbildta w stroju wieczorowym. Były tam futra i pióra, jedwab i perły, powiewność linij i niezwykła, dech w piersiach wstrzymująca, fryzura.

To zadecydowało o wszystkiem.

— Oho! — powiedziała Lalusia do siebie.

Oznaczało to: albo ja, albo ona.

Ranek następnego dnia zastał Lalusię u fryzjera. Pani Szczukina rozstała się tu ze swym prześlicznym czarnym warkoczem i pomalowała włosy na rudo. Następnie udało się jej podnieść o szczebelek wyżej na tej drabinie, która zbliżała Lalusię do czarującego raju, po którym przechadzają się córeczki miljarderów. Kupiła na raty psią skórkę, imitującą lisa. Użyła jej do przybrania toalety wieczorowej.

Mister Szczukin, marzący oddawna o nabyciu nowego rajsbretu, zlekka zasępił się...

Suknia, oblamowana psem, była pierwszą dotkliwą zniewagą dla zadzierającej nosa amerykanki. Wkrótce na dumną miljarderkę spadły jedna za drugą trzy zniewagi. Lalusia nabyła u kuśnierza Fimoczki Psiuk szenszylową etolę (rosyjski zając, zabity w Tulskiej gubernji), sprawiła sobie popielaty kapelusik z argentyńskiego pilśnia i nową marynarkę męża przerobiła na damską kamizelkę. Miljarderka straciła grunt pod nogami, lecz ocalił ją najwidoczniej czuły jej ojczulek — Vanderbildt.

Kolejny numer żurnalu mód zawierał cztery podobizny przeklętej rywalki: 1) w błękitnym lisie, 2) z brylantową gwiazdą na czole, 3) w stroju pilota — wysokie lakierki, cieniutka zielona kurtka i rękawiczki, których mankieciki były inkrustowane szmaragdami średniej wielkości oraz 4) w sukni balowej — kaskady złota i drogich kamieni oraz troszeczkę jedwabiu.

Lalusia zarządziła mobilizację. Szczukin zaciągnął pożyczkę w kasie wzajemnej pomocy. Nie dano mu więcej, niż trzydzieści rubli. Nowy potężny wysiłek podminował gospodarstwo. Trzeba było walczyć na wszystkich frontach. Niedawno nadeszły fotografje miss w nowym jej zamku na Florydzie. Wobec tego i Lalusia musiała sobie sprawić nowe meble. Kupiła na licytacji dwa wyściełane krzesła. Bez pozwolenia męża wzięła Lalusia pieniądze z sum, przeznaczonych na gospodarstwo. Do piętnastego było jeszcze dziesięć dni i cztery ruble.

Lalusia przywiozła te krzesła z szykiem na Warsonofjewską ulicę. Męża nie było w domu. Zresztą wkrótce nadszedł, niosąc pod pachą portfel-walizkę.

— Przyszedł ponury mąż, — rzekła wyraźnie Lalusia.

Wszystkie słowa wymawiała wyraźnie i bardzo rezolutnie.

— Jak się masz, Helenko, a to co? Skąd się wzięły te krzesła?

— Ho-ho!

— Nie, doprawdy?

— Pych-cha!

— Tak. Krzesła są ładne.

— Wspa-nia-łe!

— Czy je kto podarował?

— Oho!

— Jakto? Kupiłaś je? Za jakie pieniądze? Za gospodarskie? Miljon razy już ci mówiłem...

— Ernestula! To bezczelność!

— Czyż można tak postępować?!! Przecież nie będziemy mieli co do ust włożyć!

— Patrzajcie!..

— Przecież to niesłychane! Żyjesz nad stan!

— Żarty!

— Tak, tak. Żyjesz nad stan...

— Obejdzie się bez morałów!

— Nie, raz wreszcie pomówmy poważnie. Mam dwieście rubli miesięcznie.

— Skandal!

— Łapówek nie biorę. Pieniędzy nie kradnę i podrabiać ich nie potrafię...

— Niesamowite!

Ernest Pawłowicz umilkł.

— Słuchaj, — rzekł wreszcie, — tak dłużej być nie może.

— Ho-ho, — odrzekła Lalusia, siadając na nowem krześle.

— Musimy rozejść się.

— Patrzajcie!

— Mamy odmienne usposobienia. Ja...

— Ty jesteś grubym i ładnym chłopczyną.

— Tyle już razy prosiłem ciebie, byś nie nazywała mnie chłopczyną!

— Żarty!

— Skąd wytrzasnęłaś ten idjotyczny żargon?

— Obejdzie się bez morałów!

— Psiakrew! — zaklął inżynier.

— To bezczelność. Ernestula.

— Wiesz, rozejdźmy się bez scen.

— Oho!

— Nie przekonasz mnie! Ta sprzeczka...

— Pobiję cię, jak dziecko.

— Nie, to staje się nieznośne. Twoje argumenty nie mogą powstrzymać mnie od kroku, który zmuszony jestem zrobić. Zaraz idę po wózek.

— Żarty!

— Meble podzielimy na równe części...

— Niesamowite!

— Będziesz otrzymywała miesięcznie sto rubli. Nawet sto dwadzieścia. Pokój zatrzymasz dla siebie. Ułóż sobie życie, jak ci się podoba, ja już tak dłużej nie wytrzymam...

— Wspaniale, — rzekła pogardliwie Lalusia.

— Przenoszę się do Iwana Aleksejewicza.

— Oho!

— Wyjechał na wieś i całe swe mieszkanie oddał do mojej dyspozycji Dał mi klucz... Brak tam tylko mebli.

— Pych-cha!

Po pięciu minutach wrócił Ernest Pawłowicz w towarzystwie dozorcy domu.

— No, szafy nie zabiorę z sobą. jest tobie bardziej potrzebna, lecz bądź tak łaskawa i biurko... I jedno krzesło zechce pan także zabrać. Wezmę jedno z tych dwóch krzeseł. Sądzę, że mam chyba prawo?...

Ernest Pawłowicz związał swoje manatki w duży tobół, zawinął buty w gazetę i skierował kroki ku drzwiom.

— Całe plecy masz ubielone, — rzekła Lalusia głosem, przypominającym gramofon.

— Do widzenia, Heleno.

Spodziewał się, że żona przynajmniej teraz wstrzyma się od rzucania zwykłych metalicznych słówek. Lalusia również poczuła całą powagę chwili. W skupieniu ducha zaczęła szukać słów odpowiednich w chwili rozstania się. Szybko znalazła je.

— Pojedziesz taksówką? Pych-cha!

Inżynier, jak lawina, stoczył się ze schodów.

Wieczór spędziła Lalusia z Fimą Psiuk. Omawiały niezwykle ważne zdarzenia, mogące zaważyć na szalach gospodarki światowej.

— Zanosi się na to, że będą nosić długie i szerokie, — mówiła Fima, wtulając głowę w ramiona.

— Niesamowite!

I Lalusia spojrzała z szacunkiem na Fimę Psiuk. Mademoiselle Psiuk miała opinję kulturalnej panny — słownik jej liczył około stu osiemdziesięciu słów. Nadto znała jedno takie słówko, które Lalusi nie mogłoby się nawet przyśnić. Nadzwyczajnym tym wyrazem był — homoseksualizm. Fima Psiuk była, bezwątpienia, kulturalną panną.

Ożywiona rozmowa przeciągnęła się długo w noc.




O dziesiątej rano wielki kombinator znalazł się na Warsonofjewskiej ulicy. Przed nim biegł znany już nam andrus. Wskazał Ostapowi dom.

— Nie łżesz?

— Czyżbym śmiał... O tu, z frontu.

Bender wypłacił chłopakowi uczciwie zapracowanego rubla.

— Mało, mało, — targował się chłopak, naśladując dorożkarzy.

— Figę dostaniesz. Zgłoś się po nią u Puszkina. Zmykaj, fąflu.

Ostap zapukał do drzwi, nie zastanawiając się zupełnie nad tem, pod jakim pretekstem wejdzie tam. Przy rozmowach z kobietkami liczył przedewszystkiem na natchnienie.

— Oho? — rozległo się pytanie za drzwiami.

— Za interesem, — odrzekł Ostap.

Otworzono. Ostap wszedł do pokoju, w którym dobrze czuć się mogło jedynie stworzenie o ptasim mózgu. Na ścianie wisiały widokówki, laleczki i tambowskie gobeliny. Na tem pstrem tle, od którego bolały poprostu oczy, trudno było dojrzeć maleńką panią domu. Miała na sobie szlafroczek, przerobiony z bluzy Ernesta Pawłowicza, i oblamowany zagadkowem futrem.

Ostap z punktu zorjentował się, jak należy zachowywać się w wytwornem towarzystwie. Przymknął oczy i z lekka cofnął się.

— Prześliczne futro! — zawołał.

— Żarty! — rzekła łaskawie Lalusia. — To są amerykańskie oposy.

— Niemożliwe. Nabrali panią. Dali znacznie lepsze futro. To są szanghajskie rysie. Tak, tak! Poznaję po odcieniu. Widzi pani, jak to futro mieni się w słońcu!... Szmaragd, prawdziwy szmaragd!

Lalusia sama pofarbowała amerykańskie oposy na zielono i dlatego pochwały wczesnego gościa były tak miłe dla jej ucha.

Nie pozwalając pani domu opamiętać się, wyładował wielki kombinator wszystko, co kiedykolwiek w życiu słyszał o futrach. Następnie potoczyła się rozmowa o jedwabiach i Ostap przyrzekł uroczej Lalusi, że ofiaruje jej kilkaset kokonów jedwabnika, podarowanych mu przez prezesa Cik’a Uzbekistanu.

— Czego sobie chłopczyna życzy? — zapytała Lalusia po paru chwilach znajomości.

— Dziwi panią niewątpliwie tak wczesna wizyta nieznajomego mężczyzny?

— Ho-ho.

— Przyszedłem do pani w pewnej delikatnej materji.

— Żarty!

— Była pani wczoraj na licytacji i zrobiła na mnie kolosalne wrażenie.

— Bezczelność!

— Na miłość boską! Prawić bezczelności tak czarującej kobiecie byłoby rzeczą nieludzką.

— Niesamowite!

Rozmowa toczyła się nadal w taki, dający chwilami bajeczne efekty, sposób. Lecz komplementy Ostapa stawały się coraz krótsze i mniej treściwe. Spostrzegł, że w pokoju brak drugiego krzesła. Trzeba było szukać śladu. Przeplatając pytania kwiecistem wschodniem schlebianiem, dowiedział się Ostap o przebiega poprzedniego wieczora w życiu Lalusi.

„A to heca” — pomyślał, — „krzesła rozłażą się, jak karaluchy”.

— Dziewczę kochane, — rzekł Ostap niespodzianie, — sprzedaj mi to krzesło. Bardzo mi się podoba. Jedynie pani, dzięki właściwej kobietom subtelności, mogła wybrać tak artystyczny sprzęt. Sprzedaj, królowo, dam ci za nie siedem rubli.

— To bezczelność, chłopczyno, — rzekła przebiegle Lalusia.

— Ho-ho, — kombinował Ostap.

„Trzeba z nią spekulować na zamianę”, — postanowił.

— Czy wie pani, że w Europie i w bardziej znakomitych domach Filadelfji przywrócono obecnie dawny zwyczaj — znów rozlewają herbatę przez sitko. Wygląda to nadzwyczaj efektownie i elegancko.

Lalusia zamieniła się cała w słuch.

— Tak się akurat składa, że znajomy dyplomata przyjechał z Wiednia i przywiózł mi w prezencie. Ładne cacko.

— To musi być wspaniałe, — zainteresowała się Lalusia.

— Oho! Ho-ho! Może się zamienimy. Pani da mi krzesło, a ja dam pani sitko. Zgoda?

Mówiąc to, wyjął Ostap z kieszeni maleńkie pozłacane sitko.

W sitku odbijało się słońce. Po suficie skakały jasne plamy. Nieoczekiwanie rozświetlił się ciemny kąt pokoju. Przedmiot ten wywarł na Lalusię niezapomniane wrażenie. Tak samo działa stara puszka od konserw na ludożercę z plemienia Mumbo-Jumbo. W takich razach ludożerca wrzeszczy ze wszystkich sił, Lalusia natomiast cichutko jęknęła:

— Ho-ho!

Ostap, nie pozwalając Lalusi opamiętać się, położył sitko na stole, zabrał krzesło i, dowiedziawszy się od uroczej kobiety, gdzie zamieszkał jej mąż, pożegnał ją z szykiem.