12 krzeseł/19

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XVIII 12 krzeseł • Rozdział XIX • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XX
Rozdział XVIII 12 krzeseł
Rozdział XIX
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XX
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!



ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY.
Awessałom Władimirowicz Iznurenkow.

W życiu naszych aferzystów zaczął się gorączkowy okres. Ostap dowodził, że należy kuć żelazo póki gorące. Hipolitowi Matwiejewiczowi darował Ostap jego przewiny, od czasu do czasu jednakże znęcał się zlekka nad nim:

— Djabli wiedzą, po co się pan mnie uczepił? Prawdę mówiąc, jest mi pan wcale a wcale niepotrzebny. Najlepiej będzie, jeśli pojedzie pan sobie do domu, do Z. A. G. S-u. Umrzyki tam na pan a czekają, noworodki. Miej pan litość. Jedź sobie.

Lecz w głębi duszy przywiązał się wielki kombinator do wykolejonego marszałka. „Bez niego życie jest znacznie mniej zabawne”, — rozmyślał Ostap. I spoglądał wesoło na Worobjaninowa, który bardzo w ostatnich czasach osiwiał.

Inicjatywie Hipolita Matwiejewicza pozostawiono szerokie pole. Gdy tylko cichy Iwanopulo wychodził z pokoju, usiłował Bender wbić w głowę swego spólnika najkrótsze drogi, wiodące do znalezienia skarbów.

— Działać trzeba odważnie. Nigdy o nic nie pytać. Jaknajwięcej cynizmu. Ludzie to lubią. Niczego nie załatwiać przez trzecie osoby. Niema już durniów na świecie. Nikt dla was nie będzie wygarniać gruszek z popiołu. Kryminału należy unikać. Trzeba szanować kodeks.

Mimo wszystko, poszukiwania szły nieświetnie. Przeszkadzał kodeks i mnóstwo burżuazyjnych przeżytków, którym hołdowali mieszkańcy stolicy. Nie znosili, naprzykład, nocnych wizyt przez okno. Z konieczności trzeba było postępować legalnie.

W pokoju studenta Iwanopulo, w dniu wizyty Ostapa u Lalusi Szczukinej, zjawiły się meble. Było to krzesło, uzyskane za cenę sitka do herbaty — trzecia z kolei zdobycz wypraw y. Dawno już minęły te czasy, gdy polowanie na brylanty wywoływało w obu spólnikach emocję, gdy pazurami szarpali krzesła i gryźli sprężyny.

— Jeśli nawet w krzesłach nic niema, — pocieszał się Ostap. — możemy jednak uważać, że zarobiliśmy przynajmniej dziesięć tysiączków. Każde zbadane krzesło zwiększa nasze szanse. Cóż z tego, że w krześle tej damulki nic nie znaleźliśmy? To jeszcze nie racja, by je niszczyć. Niech Iwanopulo umebluje się. Nam również będzie przyjemniej.

Tego samego dnia obaj spólnicy wyfrunęli z różowego domku i rozeszli się w różne strony. Hipolitowi Matwiejewiczowi przydzielono hałaśliwego jegomościa z Sadowo-Spasskiej ulicy, dano mu na wydatki 25 rubli. Kazano nie wstępować do knajp i bez krzesła nie wracać. Męża Lalusi pozostawił wielki kombinator dla siebie.

Trzęsąc się na obitej skórą ławeczce i podskakując aż pod sam lakierowany sufit, myślał Worobjaninow o tem , w jaki sposób możnaby się dowiedzieć nazwiska hałaśliwego jegomościa, pod jakim pretekstem wejść do niego, co powiedzieć na przywitanie i jak się wziąć do rzeczy.

Wysiadłszy przy Krasnych Wrotach, odszukał dom, wskazany mu przez Ostapa, i zaczął krążyć dokoła. Nie mógł się zdecydować, by wejść. Był to stary, brudny moskiewski hotel, przekształcony na dom mieszkalny, zajęty, jak wnioskować można było z obdrapanych ścian, przez uparcie zalegających z komornem lokatorów.

Hipolit Matwiejewicz stał długo naprzeciw bramy, podchodził do niej, nauczył się na pamięć wywieszonego na bramie ogłoszenia z pogróżkami pod adresem niepoprawnych lokatorów, i nic mądrego nie wymyśliwszy, wszedł na drugie piętro. Z korytarza prowadziły drzwi do poszczególnych pokojów. Powoli, jakgdyby podchodził do tablicy, by dowieść niezbyt dobrze wykutego twierdzenia, zbliżył się Hipolit Matwiejewicz do pokoju Nr. 41. Na drzwiach zwisał na jednej już tylko pluskiewce bilet wizytowy koloru brudnawego kołnierzyka:

„Awessałom Władimirowicz Iznurenkow”.

Kompletnie zmieszany, zapomniał Hipolit Matwiejewicz o tem , że należy zapukać, otworzył drzwi, zrobił trzy lunatyczne kroki i znalazł się na środku pokoju.

— Przepraszam, — rzekł zduszonym głosem, — czy mógłbym się zobaczyć z towarzyszem Iznurenkowem?

Awessałom Władimirowicz nie odpowiadał. Worobjaninow podniósł głowę i dopiero teraz spostrzegł, że w pokoju nikogo nie było.

Z zewnętrznego wyglądu nie można było w żaden sposób wnioskować o upodobaniach gospodarza. Jasne było jedynie to, że jest on kawalerem i nie ma służby. Na oknie leżał papierek z ogryzkami kiełbasy. Tapczan pod ścianą zarzucony był gazetami. Na maleńkiej półeczce stało parę zakurzonych książek. N a ścianach pełno było kolorowych fotografij kotów, kotków i koteczek. Na środku pokoju tuż obok wykrzywionych trzewików stało orzechowe krzesło.

Wszystkie meble, nie wyłączając krzesła, pochodzącego ze starogradzkiej willi, opatrzone były czerwonemi pieczęciami.

Lecz Hipolit Matwiejewicz nie zwrócił na to uwagi. Z punktu zapomniał o kodeksie karnym i radach Ostapa i — jednym susem znalazł się obok krzesła.

Gazety na tapczanie poruszyły się. Hipolit Matwiejewicz zląkł się. Gazety zaczęły się posuwać i spadły na podłogę. Jak gdyby nigdy nic. Wylazł z pod nich kotek. Spojrzał obojętnie na Hipolita Matwiejewicza i zaczął łapką trzeć ucho i pyszczek.

— Tfu, — splunął Hipolit Matwiejewicz.

Złapał krzesło i zmierzał z niem ku drzwiom. Drzwi otworzyły same. Na progu stał gospodarz pokoju — hałaśliwy jegomość z hali licytacyjnej. Miał na sobie palto, z pod którego wyłaziły liljowe kalesony. W ręce trzymał spodnie.

O Awessałomie Władimirowiczu Iznurenkowie można było powiedzieć z całą pewnością, że takiego człowieka, jak on, nie ma w całej republice. Przynosił jej ogromny pożytek. I mimo wszystko, pozostał nieznany, chociaż w swoim rodzaju był równie niedościgniony, jak Szalapin w śpiewie, Gorkij — w literaturze, Capablanca — w grze w szachy, Mielnikow — w sporcie łyżwiarskim i najbardziej bronzowy asyryjczyk, urzędujący w najlepszym punkcie przy zbiegu ulic Twerskiej i Kamerherskiej, — w czyszczeniu butów żółtą pastą.

Szalapin śpiewał. Gorkij pisał obszerną powieść. Capablanca przygotowywał się do rozgrywki z Aljochinem. Mielnikow osiągał rekordy. Asyryjczyk doprowadzał do tego, że but lśnił, jak słońce. Awessałom Iznurenkow — robił dowcipy.

Nigdy nie robił dowcipów bezcelowo, ot z łaski na uciechę. Na barkach swych dźwigał nader odpowiedzialne kampanje. Zaopatrywał większość moskiewskich humorystycznych pism w tematy do rysunków i feljetonów.

Wielkim ludziom udaje się zazwyczaj nie więcej niż dwa dowcipy w życiu. Dowcipy te przysparzają im sławy i przechodzą do historji. Iznurenkow robił w ciągu miesiąca nie mniej niż sześćdziesiąt pierwszorzędnych dowcipów, które wszyscy z uśmiechem powtarzali, lecz autor ich pozostawał nieznany. Jeśli pod jakimś rysunkiem figurował dowcip Iznurenkowa, to zaszczyt przypadał w udziale malarzowi. Nazwisko malarza podpisywano pod rysunkiem. Nazwiska Iznurenkowa nie było.

— To okropne! — wrzeszczał. — Niepodobna podpisać się. Pod czem podpisać się? Pod dwoma wierszami?

I dalej nie ustawał w walce z wrogami społeczeństwa: kiepskimi spółdzielcami, defraudantami, Chamberlainem, biurokratami. Gnębił swemi dowcipami nieudolnych administratorów, kupców, kierowników, chuliganów wszelakich, obywateli, nie chcących obniżyć cen, czy też wyłamujących się z ram polityki ekonomicznej.

Po ukazaniu się dzienników powtarzano dowcipy Iznurenkowa na arenie cyrkowej, przedrukowywano je — bez wskazania źródła — w prasie wieczornej i częstowano niemi publiczność po kabaretach.

Iznurenkow po trafił robić dowcipy na takie tematy, o których, zdawałoby się, nic śmiesznego powiedzieć niepodobna było. Z takiego suchotniczego tematu, jak statystyka kosztów utrzymania, potrafił Iznurenkow wycisnąć około setki świetnych dowcipów. Heine załamałby ręce, gdyby mu zaproponowano powiedzieć coś dowcipnego a zarazem pożytecznego dla społeczeństw a z powodu wprowadzenia niewłaściwej taryfy towarowej; Marek Twain zwiał-by przed takim tematem. Lecz Iznurenkow trwał na posterunku.

Biegał po pokojach redakcyjnych, przewracał kosze na śmiecie i swoim zwyczajem pokrzykiwał. W ciągu dziesięciu minut temat był opracowany, rysunek obmyślony i tytuł wynaleziony.

Ujrzawszy w swym pokoju człowieka, zabierającego z sobą opieczętowane krzesło, Awessałom Władimirowicz podrzucił w górę dopiero co odprasowane u krawca spodnie, podskoczył i zatrajkotał:

— Oszalał pan! Zakładam protest! Nie ma pan prawa! Chwalić Boga, mamy jeszcze ustawy! Chociaż nie są one przeznaczone dla cymbałów, lecz może obiło się panu o uszy, że meble mogą stać jeszcze w ciągu dwóch tygodni! Wniosę skargę do prokuratora! Zapłacę, do kroćset!

Hipolit Matwiejewicz stał, jak w ryty, a Iznurenkow zrzucił z siebie palto i, nie odchodząc ode drzwi, włożył spodnie. Nogi miał grube, jak Czyczykow. Iznurenkow był grubawy, lecz twarz miał szczupłą.

Worobjaninow nie wątpił, że złapią go zaraz za kark i zaprowadzą do milicji. To też był niezwykle zdziwiony, gdy gospodarz pokoju, uporawszy się z toaletą, nieoczekiwanie uspokoił się.

— Niech pan zrozumie, — zaczął pojednawczo, — że nie mogę się na to zgodzić.

Hipolit Matwiejewicz, gdyby był na miejscu Iznurenkowa, teżby ostatecznie nie mógł się z tem zgładzić, by w biały dzień kradł mu ktoś krzesło. Lecz nie wiedział, co mówić i dlatego milczał.

— To nie jest moja wina. Winien jest muz-pred. Owszem, przyznaję. W ciągu ośmiu miesięcy nie płaciłem rat za pianino, lecz nie sprzedałem go przecież, choć mogłem to z łatwością zrobić. Ja postąpiłem uczciwie, a oni po łajdacku. Niedość, że zabrali mi instrument, ale zaskarżyli mnie jeszcze do sądu i zajęli meble. Niczego u mnie nie może komornik zająć. Meble moje — to narzędzie produkcji. I krzesło również jest narzędziem produkcji!

Hipolit Matwiejewicz zaczął coś nie coś kombinować.

— Oddaj pan krzesło! — wrzasnął nagle Awessałom Władimirowicz. — Słyszy pan ? Co? Nieznośny biurokrato!

Hipolit Matwiejewicz postawił pokornie krzesło i wybełkotał:

— Przepraszam za nieporozumienie, taka to służba.

Iznurenkow strasznie ucieszył się. Zaczął biegać po pokoju i nucić: „I uśmiech promienny na ustach jej zginął”... Nie wiedział, co począć z rękoma. Były one w ustawicznym ruchu. Zaczął wiązać krawat i nie dokończył. Potem złapał gazetę i, niczego się z niej nie dowiedziawszy, cisnął na podłogę.

— A może nie zabierze mi pan dziś mebli... Doskonale!... Ach! ach!...

Hipolit Matwiejewicz, korzystając z pomyślnego obrotu rzeczy, skierował swe kroki ku drzwiom.

— Momencik! — krzyknął nagle Iznurenkow. — Czy widział pan kiedy takiego kota? Prawda, że jest on niezwykle puszysty?

Kotek znalazł się ni stąd, ni zowąd, w drżących rękach Hipolita Matwiejewicza.

— Pierwsza klasa! — mamrotał Awessałom Władimirowicz, nie wiedząc, co począć z nadmiarem energji. — Ach!... Ach!...

Rzucił się do okna, klasnął w dłonie i zaczął się raz po raz kłaniać dwum pannom , stojącym w oknie przeciwległego domu. Przestępował z nogi na nogę i słał głębokie westchnienia.

— Dziewczęta z przedmieść! Przedmiot marzeń!... Pierwsza klasa!... Ach!... I uśmiech promienny na ustach jej igrał...

— Pójdę już, obywatelu, — rzekł głupio główny dyrektor koncesji.

— Zaraz, zaraz!... — zakrząknął się nagle Iznurenkow. — Momencik tylko!... Ach! — A kotek? Prawda, że jest on niezwykle puszysty?... Zaraz!... Chwileczkę tylko!...

Zaczął z zażenowaniem grzebać we wszystkich kieszeniach, znikł, wrócił, wykrząknął coś, zajrzał przez okno, znów znikł i znów wrócił.

— Pozwolisz, kochasiu, — rzekł do Worobjaninowa, który podczas tych wszystkich manipulacyj stał z rękoma po żołniersku złożonemi.

Mówiąc to, wsunął marszałkowi w garść rubla.

— Nie, nie, bardzo proszę, niech mi pan tylko nie odmawia. Za każdą pracę należy się zapłata.

— Rączki całuję — rzekł Hipolit Matwiejewicz, sam zdziwiony swem zachowaniem.

— Dzięki ci, kochanie, dzięki, mój drogi!...

Idąc przez korytarz, słyszał Hipolit Matwiejewicz rozlegające się w pokoju Iznurenkowa gwizdanie, śpiewy i niesamowite okrzyki. Na ulicy przypomniał sobie Worobjaninow o Ostapie i zadrżał ze strachu.




Ernest Pawłowicz Szczukin chodził po pustem mieszkaniu, odstąpionem mu uprzejmie na lato przez przyjaciela i biedził się nad tem, czy się dziś kąpać, czy też nie.

Trzypokojowe mieszkanie znajdowało się pod samym dachem dziesięciopiętrowego domu. Całe umeblowanie stanowiło: biurko, krzesło Worobjaninowa oraz toaleta. Słońce odbijało się w lustrze i raziło oczy. Inżynier oparł głowę na biurku, lecz zaraz zerwał się. Wszystko było rozżarzone.

— Umyję się chyba — postanowił.

Rozebrał się, ochłonął nieco; przejrzał się w lustrze i poszedł do łazienki. Ogarnął go miły chłód. Wlazł do wanny, nalał wody do niebieskiego emanowanego garnczka, oblał się i obficie namydlił. Pokryty pianą, wyglądał, jak święty Mikołaj.

— Świetnie! — powiedział Ernest Pawłowicz.

W ogóle było świetnie. Upał już nie dokuczał. Żony nie było. W perspektywie — niczem niekrępowana wolność. Inżynier przykucnął i odkręcił kran, aby zmyć mydło. W kranie zabulgotało. Wody nie było. Ernest Pawłowicz wsunął śliski od mydła palec do otworu w kranie. Kapnęło trochę wody i koniec.

Ernest Pawłowicz zasępił się, wyszedł z wanny i poszedł do kuchni. Lecz z kuchennego kranu nie udało się również nic wydoić.

Ernest Pawłowicz poczłapał do pokoju i stanął przed lustrem. Piana gryzła oczy, plecy swędziły, mydło kapało na posadzkę. Ernest Pawłowicz, stwierdziwszy raz jeszcze, że w dy w łazience niema, postanowił zawołać dozorcę domu.

„Każę mu chyba przynieść wody” — postanowił inżynier, przecierając oczy, — „kompletny skandal”.

Wyjrzał przez okno. Na samym dnie podwórza - studni bawiły się dzieci.

— Dozorca! — krzyknął Ernest Pawłowicz. — Dozorca!

Nikt nie odezwał się.

Wtedy Ernest Pawłowicz przypomniał sobie, że dozorca domu mieszka pod schodami frontowemi. Wszedł na zimne stopnie i przytrzymując drzwi ręką, przechylił się przez poręcz. Na dziewiątem piętrze było tylko jedno mieszkanie i Ernest Pawłowicz nie obawiał się tego, że może go kto zobaczyć w dziwnym stroju z piany mydlanej.

— Dozorca! — rzucił w otchłań schodów.

Słowo padło i z hukiem potoczyło się po stopniach.

— Hu-hu! — odpowiedziały schody.

— Dozorca! Dozorca!

— Bum-bum! Bum-bum!

Jak na złość, bosy inżynier, przestępujący niecierpliwie z nogi na nogę, poślizgnął się i, usiłując zachować równowagę, puścił z rąk drzwi. Ściana zadygotała. Rozległ się trzask miedzianego języczka przy amerykańskim zamku i drzwi zamknęły się. Ernest Pawłowicz, nie zdając sobie jeszcze sprawy z grozy sytuacji, pchnął drzwi. Drzwi nie ustąpiły. Inżynier — oszołomiony — pchnął jeszcze parę razy, przyczem wciąż nadsłuchiwał z bijącem coraz głośniej sercem. Była cicha godzina zmierzchu. Poprzez różnobrawne szyby górnego okna sączyło się nikłe światło.

„A to sytuacja” — pomyślał Ernest Pawłowicz.

— Kanalja! — cisnął pod adresem drzwi.

Na dole głosy ludzkie wybuchały, jak petardy. Potem jakiś psiak pokojowy zaszczekał, jak głos w radjo. Po schodach pchano na górę dziecinny wózek.

Ernest Pawłowicz zaczął się tchórzliwie kręcić w kółko:

— Oszaleć można!

Wszystko to wydawało mu się zbyt niesamowite by mogło rzeczywistością. Podszedł znów do drzwi i zaczął nasłuchiwać. Usłyszał jakieś nowe dźwięki. Z początku wydawało mu się, że ktoś chodzi po mieszkaniu.

— A może ktoś wszedł kuchennemi schodami? — pomyślał, chociaż wiedział, drzwi kuchenne są zamknięte i nikt wejść nie może.

Monotonny szmer nie ustawał. Inżynier wstrzymał dech w piersiach. Zorjentował się, że szmer ten — to plusk wody. Najwidoczniej woda lała się strumieniami ze wszystkich kranów. Ernest Pawłowicz miał ochotę wyć. Sytuacja była okropna.

W Moskwie, w centrum miasta, na pomoście dziesiątego piętra stał dorosły wąsaty człowiek z wyższem wykształceniem, kompletnie nagi, pokryty pianą mydlaną; Nie miał dokąd pójść. Zgodziłby się raczej pójść do więzienia, niż w takim stanie pokazać się ludziom. Pozostawało tylko jedno — powiesić się. Piana pękała i piekła plecy. Na rękach i na twarzy zastygła już i ściągała skórę, jak ałun.

Upłynęło tak pół godziny. Inżynier tarł się o mur, jęczał i parę razy bezskutecznie usiłował nadłamać drzwi. Wyglądał niechlujnie, okropnie.

Szczukin postanowił za wszelką cenę zejść na dół do dozorcy.

— Innego wyjścia niema. Trzeba będzie ukryć się u dozorcy.

Sapiąc i zasłaniając się ręką tak, jak to zazwyczaj czynią mężczyźni wchodząc do wody, Ernest Pawłowicz zaczął powoli przekradać się wzdłuż poręczy. Znalazł się na pomoście pomiędzy ósmem i i dziewiątem piętrem.

Padł na niego odblask słońca. Różnokolorowe romby i kwadraty okna sprawiły, iż wyglądał, jak Arlekin, podsłuchujący rozmowę Kolombiny z Pajacem. Miał właśnie zamiar zejść, lecz nagle zamek mieszkania niżej położonego trzasnął i wyszła stamtąd jakaś panna z walizeczką. Nie zdążyła jeszcze zrobić nawet kroku, gdy Ernest Pawłowicz znalazł się już na swym pomoście. Okropne bicie serca kompletnie go ogłuszyło.

Dopiero po upływie pół godziny inżynier opanował się i mógł zaryzykować nowy wypad. Tym razem postanowił nieodwołalnie zbiec błyskawicznie na dół i na nic nie zwracając uwagi, dotrzeć do upragnionej portjerni.

Tak właśnie zrobił. Skacząc cichutko po cztery stopnie i zlekka pojękując, członek sekcji inżynierów i techników zaczął zbiegać ze schodów. Na pomoście szóstego piętra zatrzymał się na chwilę. To go zgubiło. Ktoś się z dołu gramolił.

— Nieznośny brzdąc! — rozległ się kobiecy głos, wielokrotnie wzmożony przez echo. — Setki razy już mu mówiłam...

Ernest Pawłowicz, kierowany już nie przez rozum, lecz przez instynkt, jak kot gnany przez psy, wpadł na dziewiąte piętro.

W tym miejscu brakuje tekstu z początku odcinka nr 61 powieści zamieszczonego w gazecie "Robotnik" z dnia 30 maja 1929 roku.