12 krzeseł/20

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XIX 12 krzeseł • Rozdział XX • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXI
Rozdział XIX 12 krzeseł
Rozdział XX
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXI
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY.
Klub automobilistów.

W tym miejscu brakuje tekstu z końca odcinka nr 61 powieści zamieszczonego w gazecie "Robotnik" z dnia 30 maja 1929 roku.

Rysownik pobiegł do swego działu. Chwycił skrawek papieru i naszkicował ołówkiem chudego psa. Na psi łeb wetknął pikelhaubę. A potem zabrał się do napisów. Na tułowiu zwierzęcia napisał drukowanemi literami słowo „Niemcy”, na ogonie „korytarz gdański”, na szczęce „marzenia odwetowe”, na obroży „Plan Dawesa” i na wysuniętym języku — „Stresemann”. Przed psem postawił Poincarego z kawałkiem mięsa w ręce. Na kawałku tym zamierzał artysta zrobić również napis, lecz mięsa było tak mało, że napis nie mógł się na niem w żaden sposób zmieścić. Człowiek mniej rzutki, niż karykaturzysta, zmieszałby się, lecz artysta nasz przyczepił do mięsa, bez namysłu, coś nakształt recepty i na niej już napisał maczkiem: „Francuskie propozycje gwarancyjne”. Aby nikt nie mógł pomylić się co do osoby Poincarego i nie wziąć go czasem za jakiego innego działacza państwowego, umieszczono na jego brzuchu napis: „Poincare”. Szkic był skończony.

W dziale artystycznym leżały na stole zagraniczne czasopisma, duże nożyce oraz słoiki z tuszem i bielidłami. Na podłodze poniewierały się skrawki fotografij — jakieś ramię, jakieś nogi i kawałki pejzażu. Pięciu artystów skrobało fotografje brzytwami „Gillette”. Nadawali oni zdjęciom ostrość, barwili je tuszem i bielidłami, a na odwrotnej stronie umieszczali podpis i wymiar 3¾ kw., 2 kolumny i t. d. — wskazówki dla cynkografów.

W pokoju redaktora siedziała zagraniczna delegacja. Tłumacz redakcyjny patrzył w twarz cudzoziemca i, zwracając się do redaktora, mówił:

— Towarzysz Arno pragnie dowiedzieć się...

Tematem rozmowy była struktura sowieckiej gazety.

Podczas, gdy tłumacz wyjaśniał redaktorowi, czego pragnąłby się dowiedzieć towarzysz Arno, sam Arno w aksamitnych spodniach sportowych, jak również pozostali cudzoziemcy, przyglądali się ciekawie czerwonej obsadce ze stalówką nr. 86, która stała w kącie pokoju. Stalówka dotykała niemal sufitu, a obsadka w dolnej swej części nie ustępowała średniej tuszy człowiekowi. Obsadką tą można było pisać — stalówka była najprawdziwsza w świecie, mimo, iż była większa od sporego szczupaka.

— Oho-ho! — śmieli się cudzoziemcy. — Kolossal!

Obsadka ta była darem rab-korów dla redakcji „Warsztatu”.

Redaktor, siedzący na krześle Worobjaninowa, uśmiechał się i wskazując ruchem głowy obsadkę, robił honory domu.

Hałas w sekretarjacie nie ustawał. Persicki przyniósł artykuł Siemaszki i sekretarz wyrzucał na gwałt z trzeciej kolumny kącik szachowy. Mistrz Sudejkin nie kruszył już kopji o cudowną kombinację Nieunywako. Usiłował zachować chociażby rozwiązanie. Po walce bardziej wyczerpującej, niż walka jego z Capablancą na turnieju szachowym w San-Sebastjano, wywalczył sobie mistrz mały kącik kosztem sprawozdania „Z sali sądowej”.

Siemaszkę dano do składania. Sekretarz znów zatonął we wstępnym artykule. Postanowił przeczytać go za wszelką cenę poprostu dla sportu — nie mógł tego dokonać w ciągu dwuch godzin.

Gdy doszedł do miejsca:

„ ...Jednakże treść ostatniej konwencji jest taka, że jeśli Liga Narodów zarejestruje ją, to trzeba będzie uznać, że,” — zauważył nadejście brodatego mężczyzny — „Sali sądowej”. Sekretarz czytał dalej, nie patrząc celowo w stronę „sali sądowej” i robiąc w artykule wstępnym całkiem zbędne poprawki.

„Sala sądowa” podeszła z drugiej strony i z urazą powiedziała:

— Nie rozumiem.

— No, no, — mamrotał sekretarz, grając na zwłokę, — o co idzie?

— Idzie o to, że w środę „sali sądowej” nie było, w piątek „sali sądowej” nie było, we czwartek z całego składu dano tylko sprawę o alimenty, a w sobotę wyrzucają proces, o którym dawno piszą gazety, i tylko my...

— Gdzie piszą? — wrzasnął sekretarz. — Nie czytałem.

— Jutro ukaże się wszędzie, a my znów spóźnimy się.

— A kiedy poleciliśmy wam dostarczyć nam wiadomości, to nie raczyliście... Ani jednego wiersza nie można się doprosić. Myślicie. że nie wiem? Pisaliście o czubarowcach, ale do „Kurjerka”.

— Skąd wiecie o tem?

— Wiem. Mówiono mi.

— W takim razie wiem już, kto wam mówił. Mówił to wam Persicki, który z całą bezczelnością korzysta z telefonu redakcyjnego, aby dawać materjał do Leningradu.

— Pasza! — rzekł cicho sekretarz. — Zawołajcie Persickiego.

„Sala sądowa” siedziała obojętnie na oknie. Przez okno widać było ogród pełen ptaków.

Spór „Sali sądowej” z Persickim rozpatrywano bardzo długo. Gdy konflikt zbyt się zaostrzył, sekretarz przeciął go sprytnem posunięciem: wyrzucił szachy i zamiast nich, wstawił zrehabilitowaną „Salę sądową”. Persickiemu udzielono nagany.

Była godzina piąta po południu. Praca w redakcji wrzała. Nad rozgrzanemi maszynami do pisania unosiły się smugi dymu. Dzienni karze dyktowali na gwałt przykremi w skutek pośpiechu głosami. Starsza maszynistka beształa nicponiów, podrzucających niepostrzeżenie materjały poza kolejką. Po korytarzu kręcił się redakcyjny poeta.

Zalecał się do maszynistki, której wąskie biodra rozpętywały jego poetyczne uczucia. Prowadził ją na sam koniec korytarza i tam pod oknem, pomiędzy miest-komem i damską garderobą, wyznawał jej swą miłość, na co panienka odpowiadała:

— Mam dziś nadprogramową robotę i jestem bardzo zajęta.

Oznaczało to, że kocha innego.

Poeta plątał się pod nogami i nagabywał wszystkich znajomych w zdumiewająco jednakowy sposób:

— Pożyczcie mi osiem kopiejek na tramwaj!

Szukając tej kwoty, zawędrował do działu rab-korów[1]. Pokręcił się tam najpierw nieco koło stołów, przy których ślęczeli „czytacze”, pomacał rękami stosy korespondencji, poczem wznowił swe próby. „Czytacze”, ludzie najbardziej posępni z całej redakcji (wpłynęła tak na nich konieczność czytania stu listów dziennie) — milczeli.

Poeta powałęsał się po ekspedycji i ostatecznie wylądował w administracji. Lecz tam nietylko nie wydębił ośmiu kopiejek, lecz nawet naraził się na atak ze strony komsomolca Awdotjewa. Zaproponowano poecie, by wstąpił do sekcji automobilistów. Rozmiłowaną duszę zasnuły opary benzyny. Cofnął się o dwa kroki wstecz, poczem z zawrotną szybkością znikł z oczu.

Incydent ten bynajmniej nie zniechęcił Awdotjewa. Wierzy on w triumf automobilizmu. W sekretarjacie przeszkodził sekretarzowi, kończącemu właśnie czytanie wstępnego artykułu.

— Słuchaj, Aleksandrze Józefowiczu! Sprawa, uważasz, poważna — zaczął Awdotjew, sadowiąc się przy biurku sekretarza. — zorganizowaliśmy klub automobilowy. Automobilu wprawdzie nie mamy jeszcze, lecz chcemy go nabyć. Jak myślisz, czy redakcja nie dałaby nam pięciuset rubli na przeciąg ośmiu miesięcy?

— Nie łudź się.

— Co? Przypuszczasz, że to nierealne?

— Nie przypuszczam, lecz wiem. Ile też macie członków w tej waszej sekcji?

— O bardzo wielu.

Sekcja składała się jak dotąd z jednego tylko jedynego organizatora, lecz Awdotjew nie uważał za wskazane rozpowiadać o tem.

— Za pięćset rubli kupimy sobie maszynę. Jegorow już upatrzył. Remont, powiada, nie wyniesie więcej, niż pięćset. Cała parada — tysiąc rubli. Zamierzam właśnie zebrać dwudziestu chłopa, na każdego wypadnie raptem pół setki. Pierwsza klasa będzie. Jegorowa zrobimy szefem. I za trzy miesiące w sierpniu potrafimy już kierować, będzie maszyna i każdy kolejno będzie sobie jeździł, gdzie go oczy poniosą. Można nawet puścić się naprawdę w podróż! Nie wykrzywiaj gęby. Całkiem realna kombinacja.

— A pięćset rubli na maszynę?

— Kasa samopomocy da nam na procent. Spłacimy. A więc — zapisać ciebie?

Sekretarz był już łysawy, dużo pracował, przyzwyczaił się do rodziny i mieszkania, lubił leżeć po obiedzie na sofce, a przed zaśnięciem czytać „Prawdę”. Zastanowił się i odmówił.

— Wstydź się! — rzekł Awdotjew. — Dziad! Zobaczysz, będziemy sobie jeździć pod twemi oknami. Umyślnie będziemy trąbić byś nie mógł zasnąć!

Awdotjew podchodził do każdego biurka i wygłaszał płomienne przemówienia. Na staruszkach, za których uważał wszystkich współpracowników, liczących ponad dwadzieścia lat, słowa jego wywierały wątpliwy efekt. Odmawiali mu z kwaśną miną, podkreślając, że należą już do przyjaciół dzieci i wpłacają regularnie po dwadzieścia kopiejek rocznie na akcję pomocy dla biednych maleństw. Prawdę mówiąc, zgodziliby się na wstąpienie do nowego klubu, ale...

— Jakie ale? — wrzeszczał Awdotjew. — Gdyby auto dziś już było? Co? Gdyby wam tak wetknąć w łapę niebieskiego sześciocylindrowego Paccard’a za piętnaście kopiejek rocznie, a benzynę i smary dać na rachunek państwa?!

— Zmykaj, zmykaj! — mówili staruszkowie. — Przeszkadzasz nam w pracy!

Według wszelkich oznak na niebie i ziemi, imprezę Awdotjewa spotkało zupełne fiasco. Idea automobilowa stopniowo przygasała i zaczynała kopcić. W końcu znalazł się pionier tej idei. Persicki odskoczył z hałasem od telefonu, wysłuchał Awdotjewa i powiedział:

— Niezły interes. Zapisuję się. Ilu już masz kandydatów?

Tym razem Awdotjew nie blagował.

— Źle bierzesz się do rzeczy — skrytykował Persicki — daj-no mi listę. Zaczniemy od początku.

I Persicki razem z Awdotjewem rozpoczął nową wędrówkę.

— Słuchaj, niedołęgo — zagadnął Persicki niebiesko-okiego młodzieńca — możesz nie dawać nawet na to pieniędzy. Masz obligacje z 27 roku? Na ile? Na pięćdziesiąt? Doskonale. Dasz nam te obligacje do klubu. Z obligacyj powstanie kapitał. Do sierpnia zrealizujemy wszystkie obligacje i nabędziemy auto.

— A jeśli na mój numer padnie wygrana? — bronił się młodzian.

— Ile chcesz wygrać?

— Pięćdziesiąt tysięcy.

— Za te pięćdziesiąt tysięcy kupimy moc automobili. I gdybym ja wygrał — także kupimy. I gdyby Awdotjew — także. Jednem słowem, na którąkolwiek obligację padnie wygrana — forsa idzie na zakup maszyn.

— Zrozumiałeś teraz? Ej, ty dzieciaku! Własną maszyną jeździć sobie będziesz po Wojenno - Gruzińskiej drodze! Góry! Durniu!

A za tobą na własnych maszynach pędzi „sala sądowa”, kronika, dział wypadków i tamta, wiesz damulka, ta, co to pisze o kinie!... No i cóż? Zalecać się będziesz!...

Posiadacz obligacyj w głębi duszy nie wierzy nigdy w możliwość wygranej. Cechuje go jednak zawiść w stosunku do sąsiadów i znajomych posiadających obligacje. Jak ognia boi się tego, że wygrają oni, a on, zawodowy pechowiec, zostanie z kwitkiem. Dlatego też obawa przed tem, iż wygra którykolwiek kompan redakcyjny, pchała nieubłaganie posiadaczy obligacyj w objęcia nowego klubu. Powstrzymywała ich jedynie obawa, że na żadną obligację nie padnie wygrana. Lecz niewiadomo dlaczego, wydawało się to niezbyt prawdopodobne, a zresztą klub automobilistów nie tracił: dzięki stworzonemu z obligacyj kapitałowi jedna maszyna z „demobilu” była murowana.

W ciągu pięciu minut zapisało się dwadzieścia osób. Gdy sprawa była już sfinalizowana, zjawił się sekretarz, do którego dotarły wieści o ponętnych perspektywach, otwierających się przed klubem automobilistów.

— Jak sądzicie, chłopcy — zagadnął — może i ja-bym się zapisał?

— Zapisz się, stary — odrzekł Awdotjew — tylko nie do nas. Mamy już, niestety, komplet i zapis nowych członków odroczyliśmy do 1929 roku Zapisz się lepiej do „przyjaciół dzieci”. Tanio i przyjemnie. Dwadzieścia kopiejek rocznie, i nigdzie nie trzeba jeździć.

Sekretarz zmieszał się, pomyślał o tem, że istotnie starzeje się już, westchnął i poszedł przeczytać wreszcie do końca frapujący wstępny artykuł.

— Przepraszam towarzyszu — zatrzymał go na korytarzu piękny młodzian o czerkieskich rysach — gdzie tu jest redakcja „Warsztatu”?

Był to wielki kombinator.




Przypisy

  1. korespondentów robotniczych.