12 krzeseł/21

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XX 12 krzeseł • Rozdział XXI • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXII
Rozdział XX 12 krzeseł
Rozdział XXI
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY.
Rozmowa z nagim inżynierem.

Przybycie Ostapa Bendera do redakcji poprzedzał cały szereg doniosłych wydarzeń.

Wielki kombinator nie zastał Ernesta Pawłowicza w domu (mieszkanie było zamknięte, inżynier zaś był najwidoczniej w biurze), wobec czego postanowił odwiedzić go nieco później, a tymczasem wałęsał się po mieście. Trawiony gorączką czynu, przebiegał ulice, zatrzymywał się na placach, sypał oko do milicjanta, pomagał paniom przy wsiadaniu do autobusów i wogóle tak się zachowywał, jakgdyby calutka Moskwa wraz z pomnikami, tramwajami, cerkwiami, dworcami i słupami elektrycznemi przyszła do niego na raut. Kręcił się między gośćmi, uprzejmie gawędził z nimi i dla każdego znajdował miłe słówko. Przyjęcie tak wielkiej liczby gości znużyło nieco wielkiego kombinatora. Pozatem zbliżała się już godzina szósta i trzeba było spieszyć do inżyniera Szczukina.

Lecz tak się złożyło, że — nim Ostap spotkał się z Ernestem Pawłowiczem — musiał zmarudzić aż dwie godziny na podpisanie krótkiego protokołu.

Na Placu Teatralnym dostał się wielki kombinator pod konia. Zupełnie niespodzianie wpadło na niego nieśmiałe zwierzę o białej maści i pchnęło go kościstą piersią. Bender, zlany potem — upadł. Było bardzo gorąco. Biała szkapa gromkim głosem prosiła o przebaczenie. Ostap żwawo wstał. Krzepkie jego ciało nie doznało żadnego szwanku.

Tem większy, oczywista, był powód do zrobienia skandalu.

Gościnny i uprzejmy gospodarz Moskwy zmienił się nie do poznania. Kołysząc się, podszedł do zafrasowanego staruszka - woźnicy i trzepnął go pięścią po wywatowanych plecach. Staruszek cierpliwie zniósł tę karę. Przybiegł milicjant.

— Żądam spisania protokułu ! — wrzasnął z patosem Ostap.

Głos jego był metaliczny. Był to głos człowieka, obrażonego w swych najświętszych uczuciach. I pod murami Teatru Małego, w tem samem miejscu, w którem kiedyś stanie pomnik wielkiego rosyjskiego dramaturga Ostrowskiego, podpisał Ostap protokuł i udzielił krótkiego wywiadu Persickiemu. Persicki nie gardził czarną robotą. Zapisał dokładnie w notesie nazwisko i imię poszkodowanego i pobiegł dalej.

Ostap ruszył dumnie w drogę. Wciąż jeszcze przeżywając w pamięci atak białego konia i czując spóźniony żal, że nie zdążył dać woźnicy uczciwie po karku dotarł, skacząc po dwa stopnie, na siódme piętro domu, w którym mieszkał Szczukin. Nagle spadła mu na głowę ciężka kropla. Spojrzał w górę. Prosto w oczy kapnął z górnego pomostu mały wodospadzik brudnej wody.

— Za takie kawały należy prać po gębie — zadecydował Ostap.

Pobiegł w górę. Pode drzwiami, wiodącemi do mieszkania Szczukina siedział nagi człowiek, pokryty białemi liszajami. Siedział wprost na kaflowych płytach , trzymając się za głowę i kiwając na wszystkie strony. Dokoła nagusa zbierała się woda, sącząca się przez szczeliny we drzwiach.

— O-o-o, — jęczał nagus — o-o-o...

— Do licha, dlaczego pan leje wodę? — spytał poirytowany Ostap — Czy to jest miejsce do kąpania się? Oszalał pan, czy co?

Nagus spojrzał mętnie na Ostapa i beknął.

— Słuchajcie, obywatelu, zamiast beczeć, możebyście lepiej poszli do łazienki? Jak pan wygląda?! Poprostu jak jakiś picador!

— Klucz! — wystękał inżynier, kłapiąc zębami.

— Jak i klucz? — spytał Ostap.

— Od m-miesz-sz-ka-a-a-nia.

— W którem leżą pieniądze?

Nagus miał rozpaczliwą czkawkę.

Nic nie mogło zbić z tropu Ostapa. Zaczynał kombinować. I gdy w reszcie skombinował, porwał go taki śmiech, że o mały włos nie spadł ze schodów. Z takim śmiechem walczyć było rzeczą zgoła bezcelową.

— A więc nie może się pan dostać do mieszkania? Przecież to takie proste.

Wymijając starannie nagusa, by się o niego nie zabrudzić, podszedł Ostap do drzwi, wsunął w szparę amerykańskiego zamka długi żółty paznokieć dużego palca i zaczął nim ostrożnie manewrować.

Drzwi bezgłośnie rozwarły się i nagus z radosnym wyciem wbiegł do zalanego wodą mieszkania.

Krany hałasowały. W stołowym woda tworzyła wiry. W sypialni utworzyła spokojny staw, po którym dostojnie, nakształt łabędzi, płynęły nocne pantofle.

Krzesło Worobjaninowa stało w stołowym, gdzie był najsilniejszy prąd wody. Białe pęcherzyki tworzyły się koło jego czterech nóżek. Krzesło zlekka dygotało i wydawało się, że lada chwila uciekając przed swym prześladowcą popłynie z prądem. Ostap siadł na nim po turecku. Ernest Pawłowicz oprzytomniał i, krzycząc ,,pardon! pardon!” zamknął krany, umył się, poczem stanął przed Benderem nagi do pasa, w podwiniętych do kolan mokrych spodniach.

— Pan mnie poprostu uratował! — krzyczał w podnieceniu. — Przepraszam, nie mogę panu podać ręki, jestem cały mokry. Wie pan, omal nie zwarjowałem.

— Zanosiło się, jak widzę, na to.

— Znalazłem się w okropnej sytuacji.

I Ernest Pawłowicz, na nowo przeżywał straszliwe zdarzenie, opowiadając z przejęciem wielkiemu kombinatorowi wszystkie szczegóły nieszczęścia.

— Zginąłbym bez pana — zakończył inżynier.

— Tak — powiedział Ostap — i mnie kiedyś przytrafiła się akurat taka sama historja. Nawet trochę gorsza.

Szczukina do tego stopnia interesowało wszystko, co dotyczyło podobnych historyj, że cisnął nawet wiadro, którem zbierał wodę, i zaczął uważnie przysłuchiwać się.

— Zupełnie tak, jak z panem — zaczął Bender — lecz było to zimą i nie w Moskwie, lecz w Mirgrodzie, podczas rozkosznej przerwy pomiędzy Machną i Tiutiunnikiem w dziewiętnastym roku. Mieszkałem wtedy przy pewnej rodzinie. Okropne „chochły” to były! Typowi burżuje — jednopiętrowy budynek i mnóstwo rozmaitych gratów. Zauważcie sobie, że jeśli mowa o kanalizacji i pozostałych wygodach to w Mirgrodzie były wykopane tylko doły. A więc, uważacie, wyskoczyłem kiedyś w nocy, w samej tylko bieliźnie, wprost na mróz — przeziębienia nie bałem się — toż to przecie chwilka tylko. Wyskoczyłem i machinalnie zatrzasnąłem za sobą drzwi. Mróz siarczysty — dwadzieścia stopni. Pukam — nie otwierają. Na miejscu ustać niepodobna — zmarznięcie pewne. Pukam i biegam , pukam i biegam — nie otwierają. I co najważniejsze — w domu nikt nie śpi. Okropna noc. Psy wyją. Gdzieś tam strzelają. A ja biegam po dołach w letnich kalesonach. Calutką godzinę pukałem. Kopyta już wybiegałem. I, jak wam się zdaje, dlaczego oni nie otwierali? Mienie chowali „kierenki” do poduszki zaszywali. Myśleli, że to rewizja. Omal ich potem nie ukatrupiłem.

Inżynier doskonale to rozumiał.

— Tak, rzekł Ostap — a więc to pan jest inżynier Szczukin?

— Ja. Tylko niech już pan, z łaski swej, nikomu o tem nie mówi. Przykro mi, doprawdy.

— Za kogo mnie pan ma! Entre nous, téte-à-téte. W cztery oczy, jak powiadają Francuzi. Przyszedłem tu za interesem, towarzyszu Szczukin.

— Rad jestem, że mogę się panu przysłużyć.

— Grand merci. To bagatela. Małżonka pańska prosiła mnie, bym wstąpił do pana i wziął stąd krzesło. Mówiła mi, że jest jej koniecznie potrzebne do pary. A ona panu zato przyszle fotel.

— Z miłą chęcią! — zgodził się Ernest Pawłowicz. — Bardzo się cieszę! Po co się pan będzie fatygował? Sam zaniosę. Dziś jeszcze.

— Nie, pocóż? Dla mnie to błahostka. Mieszkam w pobliżu, nie sprawi mi to żadnego kłopotu.

Inżynier wielce zaaferowany odprowadził wielkiego kombinatora do samych drzwi, których przekroczenie napawało go panicznym lękiem, mimo, iż klucz schował przezornie do kieszeni mokrych spodni.

Były student Iwanopulo otrzymał w prezencie jeszcze jedno krzesło. Wprawdzie obicie było zlekka uszkodzone, lecz bądź co bądź krzesło było wspaniałe i akurat takie samiuteńkie jak pierwsze.

Było to czwarte z kolei krzesło. Ostapa jednak przerażało niepowodzenie. Znał wszystkie zasadzki losu.

„Szczęście" — rozmyślał — zawsze przychodzi w ostatniej chwili. Jeśli chce kto, naprzykład, wsiąść przy Smoleńskim rynku do tramwaju Nr. 4, a tam, prócz czwórki kursują jeszcze piątka, siedemnastka, piętnastka, trzydziestka, trzydziesty pierwszy. B, G, i dwie linje autobusowe, to gotów jestem założyć się, że najpierw nadejdzie G, potem dwie piętnastki, jedna za drugą, co wogóle nie jest rzeczą normalną, następnie siedemnastka, trzydziestka, parę B, znów G, trzydziesty pierwszy, piątka, znów siedemnastka i znów B. I gdy zacznie człek przypuszczać, że czwórki niema już chyba — na świecie, nadejdzie sobie wolniutko, od strony Brjańskiego dworca. Wdarcie się do zapchanego wagonu jest dla doświadczonego pasażera tramwajowego fraszka. Najważniejsze jest, by tramwaj nadszedł. Jeśli natomiast chce ktoś wsiąść do piętnastki, to jest rzeczą pewną, że najpierw przejdzie mnóstwo innych numerów, przeklęta czwórka przejedzie osiem razy raz za razem, a piętnastka, która dopiero co kursowała co pięć minut, zjawiać się będzie nie więcej niż raz na dobę. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać. Cierpliwością a pracą ponoć ludzie się bogacą...”

W tym logicznym systemie wniosków, którego założeniem był przypadek, przykrą lukę stanowiło krzesło, które zniknęło w przepastnej otchłani październikowego dworca. Myśl o tem krześle była nieprzyjemna i rodziła przykre wątpliwości.

Wielki kombinator przypominał gracza hazardowego, stawiającego wyłącznie na numery, mogące przynieść wygranę, wynoszącą 36 razy więcej, niż stawka. Sytuacją jego była nawet gorsza. Aferzyści grali w taką ruletkę, gdzie na dwanaście numerów przypadało jedenaście zer. A na dobitkę dwunasty numer był poza polem widzenia, przepadł licho wie gdzie i, nie było wyłączone, że ukrywał w sobie cudowną wygraną.

Łańcuch tych niewesołych dumań przerwało przyjście głównego dyrektora... Już sam jego widok wzbudził w Ostapie niemiłe uczucia.

— O-o! — odezwał się techniczny kierownik — widzę, że pan robi postępy. Tylko bez żartów. Dlaczego zostawił pan krzesło za drzwiami? Chce mnie pan zaintrygować?

— Towarzyszu Bender — wybełkotał marszałek.

— Ach, dlaczego gra mi pan na nerwach! Przynieś je pan tu prędzej, przynieś! Widzi pan przecież, że nowe krzesło, na którem właśnie siedzę, zwielokrotniło znacznie wartość pańskiej zdobyczy.

Ostap przechylił głowę i zmrużył oczy.

— Dość już — wrzasnął wreszcie basem — gdzie jest krzesło? Dlaczego pan go nie przyniósł?

Mętnemu raportowi Hipolita Matwiejewicza towarzyszyły okrzyki z miejsca, ironiczne oklaski i zabójcze pytania. Worobjaninow zakończył swój raport wśród ogólnego śmiechu audytorjum.

— A moje instrukcje? — spytał grzecznie Ostap. — Tyle razy mówiłem panu, że kradzież jest śmiertelnym grzechem! Już wówczas, gdy w Starogrodzie chciał pan okraść żonę moją, madame Grycacujewą, już wówczas zrozumiałem, że jest pan kryminalistą pośledniejszego gatunku. Nigdy nic się panu nie stanie. Ręczę za to. Sześć miesięcy bez surowej izolacji — to maksimum, do którego mogą pana doprowadzić jego upodobania. Jak na giganta myśli i ojca rosyjskiej demokracji skala niezbyt rozległa. To też widzimy teraz rezultaty. Krzesło, które pan miał w rękach, wyślizgnęło się. Mało tego — zepsuł pan łatwą robotę! Niech-no pan sprobuje teraz zaatakować go drugą wizytą. Toż ten Awassałom Iznurenkow głowę panu by urwał. Całe szczęście, że pomógł panu idjotyczny zbieg okoliczności, inaczej siedziałby pan za kratkami i daremnie czekał na wałówkę. Wałówek nosić panu nie będę, niech pan to sobie zapamięta. Co mnie obchodzi Hekuba? Ostatecznie nie jest mi pan ani bratem, ani swatem.

Hipolit Matwiejewicz, rozumiejąc całą swą nicość, stał doszczętnie zdruzgotany.

— Uważasz, kochasiu, widzę teraz, że wspólna nasza praca jest najzupełniej bezcelowa. W każdym razie pracować z tak mało kulturalnym spólnikiem, jak pan, na czterdzieści procent wydaje mi się absurdem. Wolens - nie - wolens muszę postawić nowe warunki.

— Hipolit Matwiejewicz zasapał. Dotychczas starał się nie oddychać.

— Tak, stary przyjacielu, choruje pan na organizacyjne niedołęstwo i niemoc. Proporcjonalnie do tego zmniejsza się udział pana w naszej imprezie. Było nie było — chce pan dwadzieścia procent.

Hipolit Matwiejewicz potrząsnął stanowczo głową.

— Nie chce pan? Dlaczego? Mało?

— M-mało.

— Ależ przecie wynosi trzydzieści tysięcy rubli! Ileż pan chce?

— Zgadzam się na czterdzieści.

— Rozbój na równej drodze! — rzekł Ostap, przedrzeźniając ton głosu marszałka podczas historycznego ubijania interesu na portierni.

— Trzydzieści tysięcy to jeszcze mało? Potrzeba panu może jeszcze klucza od mieszkania?!

— To panu potrzeba klucza od mieszkania — wybełkotał Hipolit Matwiejewicz.

— Bierz pan dwadzieścia, pókim dobry, bo mogę się jeszcze rozmyśleć. Niech pan korzysta z mego dobrego humoru.

Worobjaninow oddawna już zatracił tę pewność, z którą ongi rozpoczynał poszukiwania brylantów.

Lody, które ruszyły jeszcze w portierni, lody, które huczały, pękały i uderzały o granitowe brzegi, oddawna już pokruszyły się i stajały. Nie było już lodów. Były natomiast szeroko rozlane wody, które niedbale na falach swych niosły Hipolita Matwiejewicza, przerzucając go z boku na bok, uderzając nim o polana, zderzając go z krzesłami, to znów unosząc go het daleko od nich. Nieznośny strach ogarnął Hipolita Matwiejewicza, wszystko go przerażało. Rzeka unosiła z sobą odpadki, resztki kurników, zdechłe ryby, jakiś okropny kapelusz... Może był to kapelusz ojca Fiodora, porwany przez wiatr w Rostowie?... Kto wie? Kres drogi jeszcze daleki. Brzegu nie widać, a płynąć przeciw prądowi dawny marszałek szlachty nie miał ani sił, ani ochoty. Fale niosły go do otwartego morza przygód.