12 krzeseł/22

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXI 12 krzeseł • Rozdział XXII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXIII
Rozdział XXI 12 krzeseł
Rozdział XXII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXIII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI.
Dwie wizyty.

Wyjęte z powijaków niemowlę ustawicznie bez chwili wypoczynku otwiera i zaciska woskowe piąsteczki, rusza nóżętami, kręci główką nie większą niż duże jabłko, przystrojone w czepeczek — bez przerwy ślini się. Tak samo Awessałom Iznurenkow był w stanie wiecznego niepokoju: Manewrował pulchnemi nóżkami, kręcił wygolonym podbródkiem, wydawał okrzyki i owłosionemi rękami robił takie ruchy, jakgdyby wykonywał ćwiczenia gimnastyczne.

Prowadził bardzo czynny żywot — wyrastał wszędzie, jak z pod ziemi, i proponował coś, po ulicy pędził, jak nastroszona kwoka, i bardzo prędko i głośno mówił do siebie. Istota jego życia i działalności polegała na tem, że organicznie nie mógł zająć się jakąś sprawą, przedmiotem czy myślą dłużej niż minutę.

Jeżeli dowcip nie podobał się i nie wywoływał natychmiast śmiechu, Iznurenkow nie przekonywał bynajmniej redaktora, jak to usiłowali czynić inni, że dowcip jest dobry i dla należytej oceny wymaga jedynie krótkiej chwili zastanowienia. Zaraz na poczekanie częstował innym dowcipem.

— Jak źle, to źle — powiadał — trudno.

W sklepach robił Awessałom Władimirowicz taki rwetes, tak szybko zjawiał się i znikał z oczu przerażonym subjektom, z takim rozmachem kupował pudełko czekoladek, że kasjerka spodziewała się, że taki klijent kupi towaru conajmniej za trzydzieści rubli. Lecz Iznurenkow, balansując koło kasy i chwytając za krawat, jakgdyby się dusił, rzucał na szklany blat stołu zniszczoną trzyrublówkę i, swoim zwyczajem pokrzykując, uciekał.

Gdyby ten człowiek potrafił zatrzymać siebie, chociażby na dwie godziny, mogłoby dojść do najbardziej nieoczekiwanych wydarzeń. Kto wie, może Iznurenkow usiadłby przy biurku i napisał wspaniałą powieść, a może prośbę do kasy samopomocy o bezzwłoczną pożyczkę, albo też jaki nowy paragraf do ustawy o korzystaniu z przestrzeni mieszkalnej, lub może podręcznik „O dobrym tonie i sposobie zachowania się w towarzystwie”.

Lecz zrobić tego nie mógł. Pracujące wściekle nogi porywały go z miejsca: z poruszającej się ręki wylatywał ołówek, jak strzała; myśli skakały.

Iznurenkow biegał po pokoju i pieczęcie na meblach trzęsły się, jak kolczyki tańczącej cyganki. Na krześle siedziała jakaś śmieszka z przedmieścia.

— Ach, ach! — pokrzykiwał Awessałom Władimirowicz — bosko! „Królowa uczty jest ozdobą”... Ach, ach! Pierwsza klasa!... Jesteś — królową Margot.

Królowa przedmieścia, nie rozumiejąca z tego nic a nic, śmiała się z szacunkiem.

— Proszę, jedz czekoladki, bardzo cię proszę!... Ach, ach!... Uroczo!...

Co chwilę całował rączki królowej, zachwycał się jej skromną suknią, pchał jej pod nos kota i pytał:

— Prawda, wygląda jak papuga? Lew! Lew! Prawdziwy lew! Prawda, istotnie jest niezwykle puszysty?... A ogon! Ogon! Prawda, to jest duży ogon? Ach!

Następnie Awessałom Władimirowicz cisnął kota w kąt i, przyłożywszy dłonie do pulchnej swej piersi, zaczął kłaniać się komuś przez okno. Naraz w głowie jego odemknęła się jakaś klapka i zaczął wyzywająco dowcipkować na temat fizycznych i duchowych cech swego gościa.

— Czy broszka ta jest doprawdy szklana? Ach! ach! Co za blask!... Olśniłaś mnie, słowo honoru!... A czy Paryż jest doprawdy dużem miastem? Doprawdy jest tam wieża Eiffla?... Ach! Ach!... Co za ręce!.. Co za nosek!... Ach!...

Nie obejmował dziewczynki. Wystarczało mu prawienie komplementów. To też prawił je bez wytchnienia. Potok ten przerwała wizyta Ostapa.

Wielki kombinator trzymał w ręce świstek papieru i surowo indagował:

— Czy tu mieszka Iznurenkow? To pan?

Awessałom Władimirowicz lękliwie wpatrywał się w kamienne oblicze gościa. Z oczu jego starał się wyczytać, z jakiemi właściwie zgłasza się pretensjami. Czy ma to być kara za stłuczone podczas rozmowy w tramwaju szkło, czy wezwanie do sądu ludowego z racji zaległego czynszu czy też może składka na czasopismo dla ślepych.

— Cóż to ma znaczyć, towarzyszu — rzekł oschle Bender — jakiem prawem wyrzucił pan stąd funkcjonariusza państwowego?

— Jakiego funkcjonariusza? — przeraził się Iznurenkow.

— Sami wiecie, jakiego. Zaraz zabiorę stąd meble. Obywatelko, proszę uwolnić krzesło od swej osoby.

Obywatelka, przed którą deklamowano przed chwilą wiersze najbardziej lirycznych poetów, wstała z miejsca.

— Nie! Siedź! — wrzasnął Iznurenkow, zasłaniając krzesło własnem ciałem. — Oni nie mają prawa!

— Co do praw, to milczcie lepiej, obywatelu. Uświadomionym trzeba być. Proszę uwolnić mebel od swej osoby! Trzeba przestrzegać prawa!

Mówiąc to, złapał krzesło i potrząsnął niem kilkakrotnie w powietrzu.

— Zabieram meble! — oświadczył stanowczo Bender.

— Nie, nie zabierze ich pan!

— Jakto nie zabiorę — uśmiechnął się Ostap, wychodząc z krzesłem do korytarza.

Awessałom pocałował królową w rękę i z pochyloną głową pobiegł za surowym sędzią. Ten schodził już ze schodów.

— A ja powiadam, że nie ma pan prawa. W myśl ustawy meble mogą stać w ciągu dwóch tygodni, a moje są opieczętowane raptem od trzech dni! A może ja zapłacę?!

Iznurenkow krążył koło Ostapa, jak pszczoła. W ten sposób obaj w końcu znaleźli się na ulicy. Awessałom Władimirowicz bieg za krzesłem do samego rogu. Tutaj ujrzał gromadę wróbli, fruwających dokoła kupy gnoju. Spojrzał na nie rozjaśnionym wzrokiem wymamrotał coś, klasnął w ręce i, zaśmiewając się, orzekł:

— Pierwsza klasa! Ach!... Ach!... kapitalny manewr!...

Iznurenkow pochłonięty nowym tematem, obrócił się wesoło na pięcie i, podskakując, pobiegł do domu. O krześle przypomniał sobie dopiero w domu, gdy zastał dziewczę z przedmieścia, stojące na środku pokoju.

Ostap odwiózł krzesło dorożką.

— Ucz się pan — powiedział Hipolitowi Matwiejewiczowi. — Zdobyłem to krzesło gołemi rękami. Darmo. Rozumie pan?

Umeblowanie pokoju Iwanopulo powiększyło się jeszcze o jedno krzesło. Po zbadaniu krzesła Hipolit Matwiejewicz sposępniał.

— Szanse nasze wciąż się zwiększają — rzekł Ostap — lecz o pieniądzach ani słychu. Mój panie, a czy ta nieboszczka teściowa nie lubiła czasem żartować?

— Bo co?

— Może żadnych brylantów niema?

Hipolit Matwiejewicz zaczął się tak od tej myśli opędzać, że aż uniosła się marynarka.

— A więc doskonale. Miejmy nadzieję, że dobytek Iwanopulo zwiększy się jeszcze tylko o jedno krzesło.

— A o was, towarzyszu Bender, pisano dziś w gazetach — rzucił przypochlebnie Hipolit Matwiejewicz.

Ostap spochmurniał. Nie lubił, gdy nazwisko jego wywoływało wrzawę w prasie.

— Co pan plecie? W jakiej gazecie?

Hipolit Matwiejewicz rozłożył z dumą „Warsztat”.

— O tutaj. W dziale „Wypadki i kradzieże”.

Ostap uspokoił się nieco, ponieważ jak ognia obawiał się tylko notatek w demaskujących działach „Krzywe zwierciadło” i „Aferzyści — pod sąd”.

Istotnie, w dziale „wypadki i kradzieże” było wydrukowane:

Wpadł pod dorożkę.

Wczoraj na placu Swierdłowa wpadł pod dorożkę Nr. 8974 obyw. O. Bender. Ofiara nie doznała wprawdzie żadnego szwanku, lecz bardzo się przestraszyła.

— To dorożkarz bardzo się przestraszył, a nie ja, — burknął O. Bender. — Idjoci! Piszą, piszą, a sami nie wiedzą, co piszą. Aha! To „Warsztat”? Bardzo, bardzo przyjemnie. Czy wie pan. panie Worobjaninow, że notatkę tę mógł ktoś pisać, siedząc na naszem krześle? Komiczna historja.

Wielki kombinator zamyślił się.

Pretekst do złożenia wizyty w redakcji znalazł się.




Dowiedziawszy się od sekretarza, że wszystkie pokoje po prawej i po lewej stronie korytarza należą do redakcji, Ostap udając greka, udał się na obchód biur redakcyjnych. Chciał się koniecznie dowiedzieć, w którym pokoju stoi krzesło.

Najpierw wlazł do miest-komu, w którym rozpoczęło się już posiedzenie młodych automobilistów i ponieważ odrazu zorjentował się, że krzesła tam niema, powędrował do sąsiedniego lokalu. W administracji udawał, że czeka na rezolucję, w dziale rab-korów dopytywał się, gdzie tu — zgodnie z ogłoszeniem — możnaby kupić trochę makulatury. W sekretarjacie informował się co do warunków prenumeraty, a w pokoju felietonistów dowiadywał się, gdzie przyjmują ogłoszenia o zgubieniu dokumentów. W ten sposób dotarł do gabinetu naczelnego redaktora, który, siedząc na krześle Worobjaninowa, rozmawiał przez telefon.

— Tu, towarzyszu redaktorze, wydrukowano prawdziwe oszczerstwo, — powiedział Bender.

— Jakie oszczerstwo? — spytał redaktor.

Ostap powoli rozkładał numer „Warsztatu”. Spojrzawszy na drzwi, dostrzegł amerykański zamek. Gdyby się wycięło kawałek szyby w drzwiach, to możnaby z łatwością wpakować rękę i otworzyć zamek od środka.

Redaktor przeczytał wskazaną mu przez Ostapa notatkę.

— W czem wy tu, towarzyszu, dopatrujecie się oszczerstwa?

— Jakto! O tu: „Ofiara... bardzo się przestraszyła”.

— Nie rozumiem.

Ostap spojrzał życzliwie na redaktora i na krzesło.

— Czyż to jest do pomyślenia, bym się bał jakiegoś tam dorożkarza! Skompromitowaliście mnie przed całym światem. Żądam sprostowania.

— Proszę was, obywatelu, — rzekł redaktor, — nikt was nie kompromitował, i sprostowań w takich błahych sprawach nie dajemy.

— Jak uważacie, lecz ja tej sprawy płazem nie puszczę, — zapowiadał Ostap, wynosząc się z gabinetu.

Zobaczył już wszystko, czego mu było potrzeba.