12 krzeseł/23

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXII 12 krzeseł • Rozdział XXIII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXIV
Rozdział XXII 12 krzeseł
Rozdział XXIII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXIV
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI.
Przedziwny koszyczek.

Starogradzki oddział nieistniejącego „Miecza i lemiesza” wraz z zuchami z „Bystroupadku” utworzył długi ogonek przed składem „Chlebproduktu”. Przechodnie zatrzymywali się.

— Za czem tu stoją? — pytali obywatele.

W kolejce, stojącej przed składem, zawsze znajdzie się jakiś człowiek, którego swędzi język tem więcej, im dalej stoi od drzwi składu. A najdalej stał Polesow.

— Ładne czasy, — mówił komendant straży ogniowej, — trawą chyba wkrótce żywić się zaczniemy. Nawet w dwudziestym roku nie było tak źle. Mąki w mieście starczy raptem na cztery dni.

Obywatele nieufnie podkręcali wąsy, wdawali się z Polesowem w dyskusję i powoływali się na „Starogradzką Prawdę”. Udowodniwszy Polesowowi czarno na białem, że w mieście jest mąki wbród i że niema najmniejszego powodu do paniki, biegli ci obywatele do domu, brali z sobą całą gotówkę i przyłączali się do mącznego ogonka.

Zuchy z „Bystroupaku", skupiwszy całą mąkę, rzucili się na towary kolonjalne i utworzyli cukrowo-herbacianą kolejkę.

W ciągu trzech dni nastąpił w Starogradzie kryzys żywnościowy.

Do chwili przybycia znajdujących się w drodze transportów żywności, ograniczono sprzedaż towarów do jednego funta cukru i pięciu funtów mąki na osobę.

Nazajutrz znalazło się antidotum.

W kolejce cukrowej pierwszy stanął Alchen. Za nim — żona jego, Saschchen, Pasza Emiljewicz, czterej Jakowlewicze i wszystkie piętnaście pupilek — staruszek w tandetnych szarych strojach. Wypompowawszy ze składu Star-giko pół puda cukru, powiódł Alchen swoją gromadkę do innej kooperatywy. Po drodze sklął siarczyście Paszę Emiljewicza, który zdążył już wsunąć przypadającą na niego rację cukru. Pasza sypał sobie cukier na rękę a następnie wsypywał do swej szerokiej paszczęki. Alchen uwijał się calutki dzień. Celem uniknięcia straty na wadze wskutek przetrzymywania towaru, wyłączył z kolejki Paszę Emiljewicza i poruczył mu przenoszenie zdobyczy na rynek. Tam Alchen z zażenowaniem sprzedawał do prywatnych sklepików zdobyte przed chwilą cukier, mąkę, herbatę i markizetę.

Polesow wystawał w ogonkach głównie dla zasady. Pieniędzy nie miał i tak czy owak nabyć niczego nie mógł. Wędrował z jednego ogonka do drugiego, przysłuchiwał się rozmowom, robił zjadliwe uwagi, znacząco marszczył brwi i prorokował. Skutek jego półsłówek był taki, że w mieście zaczęły krążyć głuche wieści o przyjeździe spiskowej organizacji.

Gubernator Djadjew zarobił w ciągu jednego dnia dziesięć tysiączków. Ile zarobił prezes rady giełdowej, Kislarski, nie wiedziała nawet jego żona.

Świadomość, że należy do tajnej organizacji, nie dawała Kislarskiemu spokoju. Szerzące cię po mieście pogłoski przeraziły go ostatecznie. Spędziwszy bezsennie noc, prezes rady giełdowej zadecydował, że jedynie szczere przyznanie się do winy może wpłynąć na skrócenie okresu kary więziennej.

— Słuchaj, Henrjeto, — powiedział do żony, — manufakturę trzeba będzie przenieść do szwagra.

— Bo co, czy przyjdą? — spytała Henrjeta Kislarska.

— Mogą przyjść. Gdy w kraju niema wolności handlu, to muszą mnie chyba kiedyś wreszcie przymknąć?

— A więc, przygotować ci bieliznę? Biada mi, biada! Ciągle nosić do więzienia „wałówki”. Właściwie, dlaczego ty nie wstępujesz do służby sowieckiej? Przecież szwagier należy do związku zawodowego i — nic! A temu zachciewa się na gwałt być czerwonym kupcem!

Henrjeta nie wiedziała o tem, że los wysunął jej męża na stanowisko prezesa rady giełdowej. Dlatego też była stosunkowo spokojna.

— Gdybym nie wrócił na noc, — powiedział Kislarski, — to przynieś mi jutro „wałówkę”. Tylko — bardzo cię proszę — nie przynoś mi czasem pierożków. Jaki smak mogą mieć zimne pierożki?!

— A możebyś wziął z sobą prymus?

— Tobie się wydaje, że pozwolą mi na trzymanie w celi prymusa! Daj mi mój koszyczek.

Kislarski miał specjalny, zrobiony na zamówienie, koszyk. Był to uniwersalny koszyk. Gdy się go rozkładało zupełnie, mógł służyć jako łóżko, gdy się rozkładało do połowy — jako stolik, pozatem zastępował z powodzeniem szafę — były tam półeczki wszelakie, haki i szufladki. Żona włożyła do uniwersalnego koszyka zimną kolację i świeżą bieliznę.

— Możesz mnie nie odprowadzać, — rzekł doświadczony małżonek, — jeżeli Rubens przyjdzie po pieniądze, powiedz, że niema pieniędzy. Do widzenia. Rubens może zaczekać.

I Kislarski z całą powagą wyszedł na ulicę, trzymając w ręce koszyk.

— Dokąd spieszycie, obywatelu Kislarski? — zagadnął go Polesow.

Polesow stał koło słupa telegraficznego i głośnemi okrzykami zagrzewał robotnika, wspinającego się po słupie i pragnącego dotrzeć do izolatorów.

— Idę przyznać się, — odrzekł Kislarski.

— Do czego?

— Do miecza i lemiesza.

Wiktor Michajłowicz oniemiał. A Kislarski z wysuniętym naprzód jajowatym brzuszkiem, przepasanym szerokim pasem z kieszonką na zegar, zmierzał wolnym kroczkiem do gub-prokuratury.

Wiktor Michajłowicz załopotał skrzydłami i pocwałował do Djadjewa.

— Kislarski jest prowokatorem! — zawołał komendant straży. — Przed chwilą poszedł zasypać nas. Jeszcze go widać.

— Jakto ? I koszyk wziął z sobą? — przeraził się starogradzki gubernator.

— Wziął.

Djadjew pocałował żonę, zapowiedział, by Rubensowi, jeśli przyjdzie, pieniędzy nie dawać i, jak strzała, wybiegł na ulicę.

Wiktor Michajłowicz pokręcił się chwilę, jęknął, jak kura, która zniosła jajko, poczem pobiegł do Wołodii i Nikieszy.

Tymczasem obywatel Kislarski spacerowym krokiem zbliżał się do gub-prokuratury. Po drodze spotkał Rubensa i długo z nim gawędził.

— A jak będzie z pieniędzmi? — spytał Rubens.

— Po pieniądze zgłosi się pan do żony.

A dlaczego wziął pan z sobą koszyk? — wypytywał nieufnie Rubens.

— Idę do łaźni.

— No, to wszystkiego dobrego.

Następnie wstąpił Kislarski do cukierni S. S. P. O., dawnej „Bonbons de Varsovie”, pokrzepił się filiżanką kawy i drożdżowem ciastkiem. Czas już był wykonać powzięty zamiar: iść i przyznać się. Prezes rady giełdowej wszedł do poczekalni gub-prokuratury. Było tam pusto. Kislarski podszedł do drzwi, n a których wisiał napis: „Gubernialny prokurator” i uprzejmie zapukał.

— Proszę! — rozległ się dobrze znany Kislarskiemu głos.

Kislarski wszedł i ze zdumienia stanął, jak wryty. Jajowaty jego brzuszek oklapł odrazu i pomarszczył się, jak figa. To, co ujrzał, było dla niego całkiem nieoczekiw ane.

Biurko, przy którem siedział prokurator, otaczali członkowie potężnej organizacji „Miecza i lemiesza”. Wnioskując z ich gestów, przyznawali się do wszystkiego.

— Mamy go, — zawołał Djadjew, — on jest najważniejszy, to październikowiec.

— Po pierwsze, — rzekł Kislarski, stawiając na podłodze koszyk i zbliżając się do biurka, — po pierwsze, nie jestem październikowcem. Następnie zawsze byłem zwolennikiem sowieckiej władzy, a po trzecie, — najważniejszy nie jestem ja, lecz towarzysz Czarusznikow, który mieszka...

— Ulica Czerwonej Gwardji! — krzyknął Djadjew.

— Liczba trzy! — zakomunikowali chóralnie Wołodia i Nikiesza.

— W podwórzu na lewo, — dodał Wiktor Michajłowicz, — mogę wskazać.

W ciągu dwudziestu minut przywieziono Czarusznikowa, który przedewszystkiem oświadczył, że nikogo z osób obecnych w gabinecie, nigdy w życiu nie widział. Następnie jednym tchem zadenuncjował Helenę Stanisławównę.

Prezes rady giełdowej odczuł prawdziwą ulgę dopiero wówczas, gdy, znalazłszy się w celi więziennej, zmienił bieliznę i wyciągnął się na swymi koszyku.

Madame Grycacujewa-Bender zdążyła podczas kryzysu zaopatrzeć się w produkty żywnościowe i towary do swego kramiku, conajmniej na cztery miesiące. Pozbywszy się kłopotów, zaczęła znów tęsknić do młodego małżonka, trawiącego czas na posiedzeniach małego Sownarkomu. Wizyta u wróżki nie przyniosła jej żadnej ulgi.

Helena Stanisławówna, przestraszona zniknięciem całego starogradzkiego areopagu, stawiała kabałę z oburzającem niedbalstwem. Karty zwiastowały bądź koniec świata, bądź dodatek do pensji, bądź też spotkanie z mężem w rządowym domu i w obecności nieżyczliwego króla pik.

Samo wróżenie też dziwnie się jakoś skończyło. Przyszli agenci — królowie z kart i uprowadzili wróżkę do rządowego domu — do prokuratora.

Wdowa została sam na sam z papugą. Wielce przerażona miała właśnie zamiar wyjść, gdy nagle papuga uderzyła dziobem o pręty klatki i po raz pierwszy w życiu przemówiła ludzkim językiem:

— „Doczekaliśmy się!” — powiedziała szyderczo, nakryła głowę skrzydłem i wydarła sobie piórko.

Madame Grycacujewa-Bender rzuciła się ze strachu do drzwi. Za nią biegły namiętne i szybkie słowa papugi. Wiekowy ptak tak był wstrząśnięty wizytą agentów i uprowadzeniem gospodyni do rządowego domu, że zaczął wykrzykiwać wszystkie znane słowa. Najwięcej miejsca w repertuarze jego zajmował Wiktor Michajłowicz Polesow.

— Ewentualnie aczkolwiek, — rzekł wzburzony ptak.

I zawisnąwszy na pręcie głową na dół, mrugnął na skamieniałą pod drzwiami wdówkę, jakgdyby mówiąc: „No i cóż ty na to, wdówko?“

— Rany boskie! — jęknęła Grycacujewa.

— W jakim pułku pan służył? — spytała papuga głosem Bendera. — Europa przyjdzie nam z pomocą.

Po ucieczce wdowy papuga otrząsnęła się i wypowiedziała te słowa, które ludzie usiłowali bezskutecznie wydobyć z niej w ciągu trzydziestu lat:

— Dureń, dureń!

Wdowa biegła po ulicy i zawodziła A w domu czekał na nią pokraczny staruszek. Był to Bartłomiejewicz.

— Na skutek ogłoszenia, — oświadczył Bartłomiejewicz, — już dwie godziny czekam na pannę.

Ciężkie kopyto przeczucia uderzyło Grycacujewą wprost w serce.

— Och! — westchnęła wdowa. — Ledwo już żyję.

— To panią, jeśli się nie mylę, opuścił obywatel Bender? Pani dała ogłoszenie do gazety?

Wdowa upadła na worki z mąką.

— Delikatne ma pani zdrowie, — rzekł słodko Bartłomiejewicz, — chciałbym nasamprzód wedle wynagrodzenia pomówić...

— Och!... Wszystko sobie zabierz! Niczego mi już teraz nie żal! — zawołała sentymentalnie wdowa.

— A więc. Wiadome mi jest miejsce pobytu synka pani O. Bendera. Jaką za to otrzymam nagrodę?

— Wszystko sobie zabierz, — powtórzyła wdowa.

— Dwadzieścia rubli, — rzucił oschle Bartłomiejewicz.

Wdowa wstała z worków. Cała była ubabrana mąką. Mrugała oczami raz po raz.

— Ile? — spytała ponownie.

— Piętnaście rubli, — opuścił Bartłomiejewicz.

Przeczuwał, że nie będzie rzeczą łatwą wyrwać choćby trzy ruble od tej nieszczęsnej kobiety.

Potykając się o paki, nacierała wdowa na starego, wzywała siły niebieskie na świadków i z ich pomocą dobiła wreszcie targu.

— Ho, trudno, niech już będzie pięć rubli. Tylko naprzód poproszę o pieniądze. Takie już mam zasady.

Bartłomiejewicz wyjął z notesu dwa wycinki z gazet i, nie puszczając ich z rąk, zaczął czytać:

— Zechce pani posłuchać, po kolei. A więc, pisała pani, — „Błagam... wyszedł z domu towarzysz Bender... zielony garnitur, żółte trzewiki, niebieska kamizelka...” Zgadza się? To było w „Starogradzkiej Prawdzie”. A teraz niech pani posłucha, co o jej synku piszą w stołecznych gazetach. Zaraz... „wpadł po konia...” Tylko nie lamentujcie, paniusiu, posłuchajcie dalej... „wpadł pod konia...” Ależ żyje, żyje! Powiadam, że żyje. Czyż miałbym czelność brać pieniądze za umrzyka?... A więc, „wpadł pod konia. Wczoraj na placu Swierdłowa wpadł pod dorożkę Nr. 8947 obywatel O. Bender. Ofiara nie poniosła żadnego szwanku, tylko bardzo się przestraszyła...” A więc przedłożę pani te dokumenciki, tylko wpierw proszę mi dać pieniążki. Takie już mam zasady.

Wdowa z bekiem wręczyła pieniądze. Mąż, jej drogi mąż w żółtych trzewikach leżał hen na dalekiej moskiewskiej ulicy i spieniony rumak dorożkarski tłukł go kopytem w błękitną pierś.

Wrażliwa dusza Bartłomiejewicza zadowoliła się przyzwoitem wynagrodzeniem. Wyniósł się, wytłumaczywszy wdowie, że dodatkowe ślady znajdą się niewątpliwie w redakcji gazety „Warsztat” gdzie, oczywista, wiedzą o wszystkiem, co się dzieje na świecie.

∗             ∗

Wówczas, gdy jedni bohaterzy powieści przekonani byli, że czas nie zając, inni zaś przypuszczali, że czas ucieka — czas mijał całkiem normalnie. Po dusznym moskiewskim maju nastąpił duszny czerwiec. W powiatowem mieście N. samochód państwowy Nr. 1 wskutek uszkodzenia stał już od dwóch tygodni przy zbiegu Staropańskiego rynku i ulicy imienia tow. Biurokracego. Od czasu do czasu wypuszczał kłęby dymu i zasnuwał niemi okolicę. Ze starogradzkiej defensywy wychodzili gęsiego zawstydzeni uczestnicy spisku „Miecza i lemiesza” — zobowiązali się oni pisemnie do nieopuszczania miasta. Wdowa Grycacujewa wróciła do swego kolonialnego sklepiku, nałożono na nią karę w wysokości piętnastu rubli za to, że nie wywiesiła na widocznem miejscu cennika na mydło, pieprz, farbkę i inne drobiazgi — roztargnienie, które łatwo można darować kobiecie o gorącem sercu.


LIST
ojca Fiodora, pisany w Rostowie w herbaciarni „Mleczna droga” do żony, przebywającej w powiatowem mieście N.

Droga moja Katiu!
Spadło na mnie nowe zmartwienie, ale o tem potem. Pieniądze otrzymałem na czas, za co serdecznie ci dziękuję. Po przybyciu do Rostowa pobiegłem odrazu według wskazanego adresu. „Noworoscement” — bardzo duża instytucja — nikt tam nie znał inżyniera Brunsa. Byłem kompletnie zrozpaczony, lecz dano mi dobrą radę. Idź, bracie, powiedzieli, do biura adresowego, niech tam poszperają. Poszedłem do tego biura. Poprosiłem. Tak, powiedzieli mi, był taki u nas, odpowiedzialne miał stanowisko, lecz, niestety, powiadają, w ubiegłym roku odszedł od nas. Przekazali go do Baku, do służby w Aznafcie, w charakterze speca do spraw techniki bezpieczeństwa.
Jak widzisz, złotko moje, podróż moja zanosi się na dłużej, niż myśleliśmy. Piszesz mi, że oszczędności nasze kończą się. Trudna rada, Katarzyno Aleksandrówna. Już rychło będzie koniec. Uzbrój się w cierpliwość, pomódl Panu Bogu i sprzedaj mój studencki mundur. Większe jeszcze trzeba będzie ponieść ofiary. Bądź na wszystko gotowa.
Drożyzna w Rostowie okropna. Za numer w hotelu zapłaciłem 2 rb. 25 kop. Pieniędzy starczy mi zaledwie na podróż do Baku. Stamtąd w razie powodzenia, zatelegrafuję.
Dziś mamy tu bardzo skwarno. Palto trzymam na ręce. Boję się zostawić je w hotelu — ani się obejrzę, jak mi świsną. Ludziska tu nie budzą zaufania.
Nie podoba mi się miasto Rostów. Co do liczby ludności i położenia geograficznego pozostaje daleko w tyle za Charkowem. Lecz to nic, droga moja, da Bóg pojedziemy sobie jeszcze razem do Moskwy. Zobaczysz — Moskwa — to prawdziwie europejskie miasto. A potem zamieszkamy na stałe w Samarze — w pobliżu naszej fabryczki.
Czy Worobjaninow już wrócił? Gdzie też on teraz węszy? Czy Ewstigniejew stołuje się jeszcze u nas? Jak po praniu wygląda moja sutanna? Wszystkich znajomych upewniaj, że jestem przy wezgłowiu chorej ciotki. Guleńce napisz to samo.
Prawda! Z kretesem zapomniałem opowiedzieć ci o strasznym wypadku, który mnie dziś spotkał.
Rozkoszując się ciszą Donu, stałem na moście, pogrążony w marzeniach o naszym przyszłym dobrobycie. Nagle zerwał się wiatr i poniósł do rzeki kapelusz brata twego, piekarza. Przepadł bez śladu. Musiałem ponieść nowy wydatek — kupiłem sobie angielską czapkę za 2 rb. 30 kop. Bratu twemu, piekarzowi, nie mów nic o tem zdarzeniu. Zapewnij go, że jestem w Woroneżu.
Kiepsko tylko, uważasz, z bielizną. Wieczorem piorę ją, a jeśli nie zdąży wyschnąć do rana, wkładam wilgotną. Przy obecnym upale jest to nawet przyjemne.

Całuję ciebie i ściskam.

Do grobowej deski mąż twój Fiedia.