12 krzeseł/24

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXIII 12 krzeseł • Rozdział XXIV • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXV
Rozdział XXIII 12 krzeseł
Rozdział XXIV
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXV
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY.
Kurka i światowy kogucik.

Reporter Persicki gorliwie szykował się do dwóchsetnego jubileuszu wielkiego matematyka Izaaka Newtona.

— Newtona biorę na siebie. Dajcie mi tylko miejsce, — oświadczył.

— Pamiętajcie, Persicki, — zrzędził sekretarz. — obsłużcie tylko Newtona po ludzku.

— Niech was o to głowa nie boli. Wszystko będzie, jak się patrzy.

— Żeby tylko nie było tak, jak z Łomonosowem. W Przeglądzie wieczornym była fotografja prawnuczki Łomonosowa, pionierki, a u nas...

— Ja w tem palców nie maczałem. Po co dawaliście taką odpowiedzialną robotę temu rudemu Iwanowowi! Miejcie teraz do siebie pretensję.

— A cóż wy mi przyniesiecie?

— Jakto co? Artykuł z Gław-nauki; mam tam stosunki sto razy lepsze, niż Iwanow. Biografję weźmiemy z Brockhausa. No i podobiznę zamieścimy wspaniałą. Wszyscy hurmem rzucą się po fotografję do Brockhausa, a ja sobie wytrzasnę coś znacznie oryginalniejszego. W „Księdze Międzynarodowej” wyszperałem drzeworyt, że tylko paluszki lizać!... Ale muszę dostać zaliczkę!... No, idę po Newtona!

— A czy nie będziemy fotografować Newtona? — spytał fotograf, który przyszedł pod koniec rozmowy.

Persicki dał sygnał ostrzegawczy, mający oznaczać:

„Baczność, uważajcie, co teraz zrobię”.

Cały sekretarjat zamienił się w słuch.

— Jakto? Dotychczas jeszcze nie sfotografowaliście Newtona?! — napadł Persicki na fotografa.

Fotograf na wszelki wypadek zaczął się bronić.

— Spróbujcie go złapać, — powiedział.

— Dobry fotograf jużby go złapał! — warknął Persicki.

— A więc trzeba zrobić to zdjęcie czy nie trzeba?

— Rozumie się, że trzeba! Śpieszcie się! Napewno tłoczą się już tam wysłannicy wszystkich redakcyj!

Fotograf wpakował sobie na plecy aparat.

— Siedzi teraz w „Gos-szwal-maszynie”. Nie zapomnijcie tylko — Newton, Izaak, imienia ojca nie pamiętam. Sfotografujcie go z racji jubileuszu. Tylko bardzo was proszę — nie przy pracy. Wszyscy u nas siedzą przy stołach i czytają jakieś papierki. Zdejmcie go w ruchu. Lub w o toczeniu rodziny.

— Jeśli mi dadzą zagraniczne klisze, to będę mógł fotografować także w ruchu. No, idę już.

— Spieszcie się! Już szósta!

Fotograf poszedł fotografować wielkiego matematyka z racji jego dwuchsetnego jubileuszu, a współpracownicy redakcji pokładali się ze śmiechu.

Akurat w tym wesołym momencie wszedł Stiopa z „Nauki i życia”. Za nim wlokła się pulchna jakaś jejmość.

— Słuchaj, Persicki, — rzekł Stiopa, — obywatelka ta ma do ciebie interes. Pozwólcie, obywatelko, towarzysz ten wszystko dokumentnie wam wytłumaczy.

Stiopa, śmiejąc się, zwiał.

— Słucham, — odezwał się Persicki. — Czem mogę służyć?

Madame Grycacujewa (była to ona) spojrzała na reportera zamglonym wzrokiem i bez słów wsunęła mu w rękę jakiś świstek.

— Tak, — rzekł Persicki, — ...wpadł pod dorożkę... bardzo się przestraszył... O co idzie?

— Adres — rzekła błagalnie wdowa. — czy mogłabym tu dostać adres?

— Czyj adres?

— O. Bendera.

— A skądże ja mam go znać?

— A tamten towarzysz mówił, że pan ma jego adres.

— Nic nie wiem. Niech się pani zwróci do biura adresowego.

— A może pan sobie przypomni, towarzyszu? W żółtych był trzewikach.

— Ja sam mam żółte trzewiki. Oprócz nas obu jeszcze dwieście tysięcy osób w Moskwie ma żółte trzewiki. Ciekawa pani może jest ich adresów? Z miłą chęcią. Cisnę swoją robotę i zajmę się tą sprawą. Za pół roku będzie pani wiedziała wszystko. Jestem zajęty, obywatelko.

Lecz wdowa, która odnosiła się do Persickiego z dużym szacunkiem, szła za nim po korytarzu krok w krok i, szeleszcząc nakrochmaloną mocno halką, powtarzała swe prośby.

„Ten Stiopa to łajdak” — pomyślał Persicki, — „ale nic — naślę na niego wynalazcę „perpetuum mobile”, to mu się odechce kawałów”.

— No i cóż mogę zrobić? — denerwował się Persicki, zatrzymując się przed wdową — Skądże mogę znać adres obywatela O. Bendera? Czyż jestem koniem, który go przejechał?

Wdowa odpowiedziała niewyraźnym bełkotem , w którym rozróżnić można było jedynie słowa „towarzyszu” i „bardzo proszę”.

Praca w Domu Ludowym już się skończyła. Biura i korytarze opustoszały. Gdzieś jeszcze tłukła ostatnią stronicę maszyna do pisania.

— Pardon, obywatelka widzi, że jestem zajęty?

Mówiąc to, schował się Persicki w garderobie. Pospacerował tam z dziesięć minut i wesoło wyszedł. Grycacujewa cierpliwie szeleściła halkami przy zbiegu dwóch korytarzy. Ujrzawszy Persickiego, ożywiła się.

Reporter zbaraniał.

— Słuchajcie, matko, — powiedział, — cóż robić, powiem wam. gdzie ten wasz O. Bender podziewa się. Idźcie wprost przed siebie, potem skręćcie na prawo i znów potem idźcie prosto. Będą tam drzwi. Spytajcie o Czerepiecznikowa. On powinien wiedzieć.

I Persicki zadowolony ze swego pomysłu tak szybko znikł, że wykrochmalona wdówka nie zdążyła nawet zasięgnąć dodatkowych informacyj.

Madame Grycacujewa poprawiła kiecki i poszła wzdłuż korytarza.

Korytarze w Domu Ludowym były tak długie i wązkie, że idący po nich mimowoli przyśpieszali kroku. Po każdym przechodniu można było poznać, ile już przeszedł. Jeśli szedł zlekka zaledwie przyśpieszonym krokiem, oznaczało to, że dopiero co rozpoczął pielgrzymkę. Ci, którzy przeszli już dwa lub trzy korytarze, pędzili truchcikiem. A czasem można było ujrzeć człowieka, biegnącego kłusem — było to stadjum piątego korytarza. Obywatel zaś, który miał poza sobą osiem korytarzy, mógł śmiało rywalizować co do szybkości z ptakiem, koniem wyścigowym i championem świata, szybkobiegaczem Nurmi.

Skręciwszy na prawo, madame Grycacujewowa zaczęła biec. Trzeszczała pod nią podłoga.

Naprzeciw niej szedł szybko brunet w niebieskiej kamizelce i żółtych trzewikach. Z twarzy Ostapa można było wnioskować, że wizytę w Domu Ludowym o tak późnej godzinie wywołały nadzwyczajne związane z imprezą okoliczności. Najpewniej, w planach technicznego kierownika nie było przewidziane spotkanie z ukochaną. Dostrzegłszy wdówkę, Bender odwrócił się i, nie oglądając się, rozpoczął odwrót.

— Towarzysz Bender! — krzyknęła wdowa w zachwyceniu. — Dokąd?

Wielki kombinator przyspieszył kroku. Wdowa także wytężyła siły.

— Czekajcie, niech-no tylko słówko wam powiem, — prosiła.

Lecz słowa jej nie docierały do Ostapa. W uszach jego huczał już i poświstywał wiatr. Pędził przez czwarty korytarz, przeskakiwał pomosty wewnętrznych żelaznych schodów. Ukochanej swej pozostawił tylko echo, które długo jeszcze powtarzało spieszne jego kroki.

„A to heca”, — pomstował Ostap, siedząc na piątem piętrze, — akurat mam czas na rendez-vous. Kto też mógł tu przysłać tę upalną paniusię? Najwyższy już czas likwidować moskiewski oddział naszego przedsiębiorstwa, bo ni mniej ni więcej, jeszcze gotów wpaść na mój trop samotny rycerz z motorem”.

Tymczasem Grycacujewa, oddzielona od Ostapa trzema piętrami, tysiącem drzwi i tuzinem korytarzy, otarła rozpaloną twarz halką i rozpoczęła na nowo poszukiwania. Chciała jaknajprędzej znaleźć męża i rozmówić się z nim. W korytarzach zapaliły się mętne lampy, wszystkie lampy, wszystkie korytarze i wszystkie drzwi były jednakowe. Wdowę ogarnął strach. Chciała wydostać się stąd.

Ulegając progresji korytarzowej, szła ze zwiększającą się wciąż szybkością. Po upływie pół godziny nie mogła poprostu zatrzymać się. Drzwi prezydjów, sekretarjatów, miest-komów, org-oddziałów i redakcyj z hałasem przebiegały po obu stronach jej obfitego ciała.

Po drodze sztywnemi swemi spódnicami przewracała blaszane kosze do śmieci, które z brzękiem toczyły się za nią. Przy skrzyżowaniu korytarzy tworzyły się wichry i wiry. Trzaskały drzwiczki. Palce, namalowane na ścianach wskazywały wprost na biedną naszą podróżną.

Wreszcie znalazła się Grycacujewa na pomoście wewnętrznych schodów. Było tam ciemno, lecz wdowa, przezwyciężywszy strach, zbiegła nadół i pchnęła szklane drzwi. Drzwi były zamknięte. Wdowa rzuciła się z powrotem. Lecz drzwi, przez które dopiero co przeszła, były już zamknięte czyjąś troskliwą ręką.

W Moskwie lubią zamykać drzwi.

Tysiące frontowych wejść zabito od środka deskami, i setki tysięcy obywateli dostaje się do swych mieszkań przez kuchenne schody. Dawno już minął osiemnasty rok, mgła niepamięci przesłoniła pojęcie — „najście na mieszkanie”, znikła straż domowa, organizowana wówczas przez lokatorów dla zapewnienia bezpieczeństwa, teraz uważacie, rozwiązują problem ruchu ulicznego, budują olbrzymie stacje elektryczne, robią kolosalne wynalazki w dziedzinie nauki, lecz niema człowieka, któryby życie swoje poświęcił na rozwiązanie problemu zamkniętych drzwi.

Któż rozwiąże zagadkę kin, teatrów i cyrków?

Trzy tysiące ludzi ma w ciągu dziesięciu minut wejść do cyrku przez jedne, jedyne, do połowy tylko otwarte drzwi. Pozostały dziesiątek drzwi, przystosowanych specjalnie do przepuszczania wielkich fal ludzkich — zamknięty. Któż zgadnie, dlaczego drzwi te są zamknięte? Możliwe, że przed dwudziestu laty skradziono ze stajni cyrkowej uczonego osiołka i odtąd dyrekcja w wielkim strachu zamyka wszystkie spusty, wszelakie wygodne wejścia i wyjścia. Możliwe również, że kiedyś „zawiało” wskutek przeciągu słynnego „króla powietrza”, i zamknięte drzwi są tylko słabem echem zrobionego wówczas przez „króla” skandalu.

W teatrach i kinach wypuszczają publiczność małemi partiami, rzekomo w celu uniknięcia tłoku. Uniknąć tłoku można bardzo łatwo — wystarczy tylko otworzyć drzwi, których jest poddostatkiem. Lecz zamiast tego administracja używa siły. Służba, chwyciwszy się za ręce, tworzy żywą barjerę, i w ten sposób więzi osaczoną publiczność conajmniej pół godziny. A drzwi, wymarzone drzwi, zamknięte jeszcze za czasów Pawła Pierwszego, zamknięte są i dziś jeszcze.

Piętnaście tysięcy miłośników piłki nożnej, rozentuzjazmowanych wspaniałą grą drużyny reprezentacyjnej Moskwy musi przeciskać się do tramwaju przez dziurę tak wąską, że jeden lekko uzbrojony rycerz mógłby sam jeden powstrzymać natarcie czterdziestu tysięcy barbarzyńców, zaopatrzonych na dobitkę w dwie baszty oblężnicze.

Stadjon nie ma w prawdzie dachu, lecz ma parę bram. Otwarta jest tylko mała furtka. Wyjść jednak można dopiero po wyłamaniu bramy. Po każdych większych zawodach wyłamują ją. Lecz osoby pełne troski o świętą tradycję, za każdym razem dokładnie naprawiają bramę i szczelnie ją zamykają.

Jeśli niema absolutnie żadnej możliwości, by przybić drzwi (dzieje się to wówczas, gdy niema do czego ich przybić), używają do tego celu ukrytych drzwi wszelkich rodzajów. A więc

1. Barjery.

2. Ogrodzenia.

3. Przewrócone ławki.

4. Zabraniające przejścia napisy.

5. Sznurki.

Barjery mają duże zastosowanie we wszelakiego rodzaju instytucjach.

Bronią one dostępu do właściwego urzędnika. Interesant chodzi, jak tygrys, wzdłuż barjery i znakami stara się zwrócić na siebie uwagę. Nie zawsze się to udaje. A może przybyły przyniósł pożyteczny wynalazek? A może chce poprostu zapłacić podatek dochodowy? Lecz na zawadzie stanęła barjera — wynalazek pozostał nieznany, a podatek niezapłacony.

Ogrodzenia znów bywają stosowane na ulicy.

Ustawiają je na wiosnę na najbardziej ruchliwych punktach rzekomo w celu odgrodzenia naprawianego akurat chodnika. I jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej ludna ulica pustoszeje. Przechodnie zdążają do swych zajęć innemi ulicami. Muszą codziennie robić niepotrzebny kilometr, lecz skrzydlata nadzieja nie opuszcza ich. Mija lato. Więdną liście. A ogrodzenie wciąż stoi. Remontu nie zrobiono. A ulica świeci pustkami.

Przewrócone ławki ogrodowe bronią dostępu do moskiewskich zieleńców, które wskutek oburzającego niedbalstwa ich twórców nie są zaopatrzone w mocne drzwi.

Napisy znów bywają dwojakie: bezpośrednie i pośrednie. Do bezpośrednich można zaliczyć: „Wstęp wzbroniony”, „Osobom obcym wstęp wzbroniony” i „niema przejścia”. Napisy takie wywiesza się czasami na drzwiach instytucyj, szczególnie często odwiedzanych przez publiczność.

Pośrednie napisy są najbardziej zabójcze. Nie zabraniają wstępu, lecz wyjątkowy chyba śmiałek odważy się wykorzystać swe prawo. Haniebne te napisy głoszą: „Nie wchodzić bez zameldowania”, „Nie przyjmuje się”, „Wizytą swą przeszkadzasz pracującym”.

Tam, gdzie nie można postawić barjery lub ogrodzenia, przewrócić ławki, lub wywiesić napisu, zabraniającego przejścia — przeciąga się sznurek. Przeciąga się go według widzimisię w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Jeśli przeciągnięto go na wysokości ludzkiej piersi, cała spraw a sprowadza się do lekkiego przestrachu i trochę nerwowego śmiechu. Przeciągnięty natomiast mniej więcej na poziomie łydki — powoduje niechybnie bardzo przykre dla ofiary konsekwencje.

Precz z drzwiami! Precz z ogonkami przy wejściach do teatrów! Pozwólcie nam wchodzić bez zameldowania! Błagamy, usuńcie ogrodzenie, postawione przez gnuśnego administratora przed jego rozkopanym chodnikiem! Precz z przewróconemi ławkami! Postawcie je na miejsce! W zieleńcu przyjemnie jest siedzieć właśnie w nocy. Powietrze jest wtedy czyste i do głowy cisną się mądre myśli!

Nie o tem jednak rozmyślała madame Grycacujewa, siedząc na schodach przed zamkniętemi oszklonemi drzwiami w samym środku Domu Ludowego. Myślała o swej wdowiej doli — niedoli drzemała chwilami i oczekiwała świtu. Z oświetlonego korytarza poprzez szklane drzwi spływało na wdowę żółte światło lamp elektrycznych.

Szary świt sączył się przez okna klatki schodowej.

Była owa cicha chwila, gdy zaułek jest jeszcze czysty i świeży. W owej chwili Grycacujewa usłyszała kroki na korytarzu. Wdowa szybko wstała i przylgnęła do szklanych drzwi. Na końcu korytarza mignęła niebieska włóczkowa kamizelka. Pomarańczowe trzewiki były zaprószone sztukaturką. Lekkomyślny syn tureckiego obywatela, strzepując kurz z marynarki, zbliżał się do szklanych drzwi.

— Kotku! — zawołała wdowa. — Kot-e-e-eczku!

Przytulona do szyby, wzdychała z niewysłowioną tkliwością. Szyba zmatowiała od wilgoci, zagrała barwami tęczy. W szybie tej mieniły się niebieskie i pomarańczowe dziwy.

Ostap nie dosłyszał gruchania wdowy. Drapał się w plecy i z zafrasowaniem kiwał głową. Jeszcze chwila i zniknąłby na zakręcie.

Z jękiem „towarzyszu Bender” biedna małżonka zaczęła bębnić po szybie. Wielki kombinator obejrzał się.

— A, — powiedział, widząc, że dzielą go od wdowy zamknięte drzwi, — i pani tu jest?

— Jestem, jestem. — powtarzała uszczęśliwiona wdowa.

— Uściskaj mnie, moje szczęście, tak długo już nie widzieliśmy się, — zaproponował techniczny dyrektor.

Wdowa jakgdyby upiła się radością. Podskakiwała za drzwiami, jak czyżyk w klatce. Spódnice, które uspokoiły się nieco w ciągu nocy, znów zaczęły szeleścić. Ostap otworzył ramiona.

— Czemu tak długo każesz mi czekać, kurko? Twój zamorski kogucik zmęczył się bardzo na posiedzeniu Małego Sownarkomu.

Wdowa była dokumentnie pozbawiona fantazji.

— Koteczku, — rzekła po raz piąty. — Otwórz mi drzwi, towarzyszu Bender.

— Ciszej, dziewico! Największą ozdobą kobiety jest skromność. Na co te skoki?

Wdowa zmartwiła się.

— No, i poco się pani dręczy? — dopytywał się Ostap. — Co jej dokucza?

— Najpierw odjechał, a teraz pyta!!

Wdowa zaszlochała.

— Obetrzyjcie oczęta, obywatelko. Każda wasza łezka — to molekuła w kosmosie...

— A ja czekałam, czekałam, handel nawet zamknęłam. Po ciebie tu przyjechałam, towarzyszu Bender.

— No i jak teraz powodzi się pani na schodach? Nie wieje czasem?

Wdowa zaczynała powoli kipieć, jak duży familijny samowar.

— Zdrajca! — rzuciła, dygocąc z pasji.

Ostap miał jeszcze trochę wolnego czasu. Zabębnił po szybie i miarowo kiwając się, zanucił:

— Djable bywają to figle, gdy kobiecy czar w piersiach wznieca żar...

— A bodajbyś pękł! — życzyła wdowa Ostapowi po skończeniu kupletu. — Bransoletkę ukradłeś, mężowski prezent. A krzesło pocoś zabrał?

— Jeśli się nie mylę, obraża mnie pani? — zauważył zimno Ostap.

— Ukradłeś, ukradłeś! — powtarzała w kółko wdowa.

— Posłuchaj, dziewico, zakarbuj to sobie na nosie, że Ostap Bender nigdy niczego nie kradł.

— A sitko kto wziął?

— Ach, sitko! I łaskawa pani uważa to za kradzież? W takim razie, nasze poglądy na życie są biegunowo różne.

— Zabrał, — gruchała wdowa.

— A więc jeżeli młody zdrowy człowiek, pożyczył sobie od prowincjonalnej babci niepotrzebny jej wskutek słabego zdrowia, sprzęt kuchenny, to jest już złodziejem? Czy tak mam rozumieć?

— Złodziej, złodziej!

— W takim razie musimy się rozstać. Zgadzam się na rozwód.

Wdowa przypuściła atak do drzwi. Szyby zadrżały. Ostap zrozumiał, że czas już odejść.

— Niema już czasu na czułości — powiedział. — Żegnaj, kochanie! Rozstaliśmy się, jak okręty na morzu.

— Na pomoc!!! — zawyła wdowa.

Lecz Ostap był już na końcu korytarza. Stanął we framudze okna, zeskoczył ciężko na wilgotną, po nocnym deszczu ziemię i ukrył się we wspaniałych fiz-kulturnych ogrodach.

Na krzyk wdowy przywlókł się zbudzony ze snu dozorca. Wypuścił mimowolnego jeńca i zagroził karą.