12 krzeseł/25

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXIV 12 krzeseł • Rozdział XXV • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXVI
Rozdział XXIV 12 krzeseł
Rozdział XXV
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXVI
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY.
Autor „Gawryljady”.

W chwili, gdy madame Grycacujewa opuszczała niegościnne progi Domu Ludowego, zaczynali już powoli schodzić się funkcjonariusze najniższych kategoryj: gońcy, panny od dziennika, dyżurne telefonistki i młodsi pomocnicy buchalterów.

Pośród nich znajdował się również Nikifor Lapis, bardzo młody człowiek o kręconych mocno włosach i nieskromnem wejrzeniu.

Nieokrzesane gbury, ludzie uparci albo po raz pierwszy odwiedzający Dom Ludowy, wchodzili przez główne wejście. Nikifor Lapis dostał się do gmachu przez ambulatorjum. W Domu Ludowym czuł się, jak u siebie w domu i znal najkrótsze drogi, wiodące do oaz, gdzie w cieniu rozłożystych dzienników biją jasne potoki honorarjów.

Przedewszystkiem Nikifor Lapis poszedł do bufetu. Niklowana kasa przy akompanjamencie dźwięków tanecznych wyrzuciła trzy czeki. Nikifor zjadł porcję zsiadłego mleka i ciastko kremowe, wyglądające, jak kwietnik. Wszystko to popił herbatą. Następnie, nie spiesząc się zbytnio, zaczął zwiedzać swe włości.

Pierwszą wizytę złożył redakcji miesięcznika łowieckiego „Gierasim i Mumu”. Towarzysza Napiernikowa jeszcze nie było, wobec czego Nikifor Lapis skierował swe kroki do „Wiadomości Higroskopijnych”, tygodniowego głośnika za pomocą którego „robotnicy farmacji” komunikowali się ze światem zewnętrznym.

— Moje uszanowanie — rzekł Nikifor. — Napisałem wspaniałe wiersze.

— O czem? — spytał kierownik lit-działu. — Na jaki temat? Wiecie przecież, Trubecki, że pismo nasze...

Celem subtelniejszego określenia istoty „Higroskopijnych wiadomości” strzelił kierownik palcami.

Trubecki - Lapis spojrzał na swe spodnie z białego płótna, podniósł dumnie głowę i śpiewnym głosem zakomunikował:

— „Ballada o gangrenie”.

— To ciekawe — zauważył łaskawie higroskopijny dygnitarz, — czas już najwyższy w popularnej formie przemycać ideję profilaktyki.

Lapis z punktu zadeklamował:

— Dostał Gawryła raz gangreny.
Gangrenę ciężką chłop nasz miał...

Dalej w równie wytwornych jambach opisany był Gawryła, który wskutek ciemnoty nie poszedł w porę do apteki i zginął marnie dlatego, że nie posmarował ranki jodyną.

— Robicie postępy, — pochwalił dyrektor — lecz nie spoczywajcie na laurach... Rozumiecie mnie?

Strzelił palcami, lecz okropną balladę wziął, przyrzekłszy wypłacić należne honorarjum we wtorek.

W redakcji „Życie Telegrafisty” przywitano Lapisa bardzo serdecznie.

— Dobrze, że was widzę, Trubecki. Akurat potrzeba nam wierszy. Tylko koniecznie, koniecznie coś obyczajowego. I bez żadnej liryki. Słyszycie, Trubecki? Coś z życia pocztowców, a przy tem, rozumiecie?...

— Wczoraj rozmyślałem o życiu pocztowców. I zrodził się we mnie taki poemat. Nazywa się „Ostatni list”. Posłuchajcie...

Roznosił pocztę nasz Gawryła,
Gawryła listonoszem był...

Dzieje Gawryły opiewał poeta w siedemdziesięciu dwóch wierszach. W końcu ballady listonosz Gawryła, ugodzony kulą faszysty, doręcza list — mimo wszystko — adresatowi.

— Gdzie się to działo? — spytano Lapisa.

Pytanie było, całkowicie uzasadnione. W SSSR niema faszystów, a zagranicą niema żadnego Gawryły, członka związku robotników łączności.

— O co wam idzie? — powiedział Lapis. — Rzecz dzieje się oczywista, u nas, a faszysta jest przebrany.

— Wiecie. Trubecki, możebyście lepiej napisali nam coś o radjo - stacji?

— A dlaczego nie chcecie listonosza?

— Niech sobie poleży. Bierzemy go warunkowo.

Zmartwiony niepowodzeniem Nikifor Lapis-Trubecki poszedł znów do redakcji „Gerasima i Mumu”. Napiernikow siedział już przy swem biurku. Na ścianie wisiał, znacznie powiększony, portret Turgieniewa w pince-nez, wysokich sportowych butach i z flintą przewieszoną przez ramię. Przed Napiernikowem stał konkurent Lapisa — wierszokleta z przedmieścia.

Zaczęła się znów stara piosenka o Gawryle, lecz tym razem w sosie myśliwskim. Twór ten nazywał się — „Modlitwa kłusownika”.

Gawryła czyhał na zająca.
Pif - paf — i zając martwy padł...

— Wyśmienicie, Trubecki! — powiedział dobry Napiernikow. — Przewyższyliście w tym wierszu samego Enticha. Trzeba będzie tylko coś niecoś poprawić. Po pierwsze — wyrzućcie do licha tę „modlitwę”.

— I zająca, — wtrącił konkurent.

— A dlaczego zająca? — zdziwił się Napiernikow.

— Dlatego, że to nieodpowiednia pora do polowania na zające.

— Słuchajcie, Trubecki, może zastąpić czemkolwiek tego zająca?

Poemat w zmienionej formie nazywał się „Do kłusownika”, a zające zastąpiono bekasami. Potem okazało się, że i na bekasy latem nie poluje się. W ostatecznej formie wiersz brzmiał: „Gawryła czyhał na ptaszęta, Pif-paf, i ptaszę martwe już”... I tak dalej.

Po śniadaniu, spożytym w gospodzie, wziął się Lapis znów do roboty. Białe jego spodnie raz po raz ukazywały się w głębi ciemnych korytarzy. Wchodził do rozmaitych redakcyj i sprzedawał wieloosobowego Gawryłę. Do „Fletu spółdzielczego” zaniósł Gawryłę pod tytułem: „Harfa Eola”.

Subjektem w sklepie był Gawryła,
Każdemu w rękę wtykał flet...

Prostacy z solidnego czasopisma „Las, jako taki”, nabyli od Lapisa niewielki poemacik „Na skraju lasu”. Zaczynał się w ten sposób:

Gawryła szedł gęstwiną leśną,
Drzewo Gawryła w znoju ciął...

Ostatni — w dniu tym — Gawryła był z zawodu piekarzem. Znalazł się dla niego kącik w redakcji „Robotnika bułki”. Poemat miał długi i smętny tytuł: „O chlebie, jego produkcji i o ukochanej”. Poemat był dedykowany tajemniczej Chinie Czlek. Początek, jak zwykle, był epicki:

Piekarzem dzielnym był Gawryła.
Gawryła smaczne bułki piekł...

Dedykację, po delikatnej walce, udało się wyrzucić.

Najsmutniejsze było to, że Lapis nigdzie nie dostał honorarium. Jedni przyrzekli mu pieniądze na wtorek, inni na czwartek lub piątek, inni jeszcze za dwa tygodnie. Z konieczności trzeba było udać się po pożyczkę do obozu wrogów, — tam, gdzie Lapisa nigdy nie drukowano.

Lapis zszedł z piątego piętra na drugie i skierował swe kroki do sekretariatu „Warsztatu”. Na swe nieszczęście natknął się odrazu na Persickiego.

— A! — zawołał Persicki. — Lapsus!

— Słuchajcie, — zaczął Nikifor Lapis przyciszonym głosem, — pożyczcie mi trzy ruble, „Gierasim i Mumu” winni mi są moc pieniędzy.

— Pół rubla gotów wam jestem dać. Zaczekajcie. Zaraz wrócę.

I Persicki wrócił, prowadząc z sobą tuzin współpracowników „Warsztatu”.

Wszczęła się ogólna rozmowa.

— No, jakże się udał handel? — spytał Persicki.

— Napisałem wspaniałe wiersze!

— O Gawryle? Coś z życia wsi? Gawryła wyszedł orać rankiem, kocha Gawryła wierny pług?

— Co tam Gawryła! — bronił się Lapis. — Napisałem teraz o Kaukazie.

— A czyście byli na Kaukazie?

— Za dwa tygodnie pojadę.

— I nie boicie się. Lapsus? Przecież tam są szakale!

— Nic a nic się nie boję! Przecież na Kaukazie nie są one jadowite.

Po tej odpowiedzi wszyscy zamienili się w słuch.

— Powiedzcie, Lapsus — spytał Persicki — jak, według was, wyglądają szakale?

— Wiem, doskonale wiem, odczepcie się!

— No, to powiedzcie, jeśli wiecie!

— Takie, uważacie... Podobne do żmii.

— Tak, tak, macie, jak zwykle, słuszność. Według was przecie, comber sarni (po ros. siodło) podaje się do stołu ze strzemionami.

— Jako żywo, nigdy tego nie mówiłem! — wrzasnął Trubecki.

— Istotnie, nie mówiliście tego. Wyście to pisali. Mówił mi Napiernikow, że staraliście się wpakować mu te wierszydła (rzekomo z życia myśliwych) dla „Gierasima i Mumu”. Powiedzcie mi uczciwie, Lapsus, dlaczego pisujecie o tem, czegoście nigdy w życiu nie widzieli i o czem nie macie zielonego pojęcia? Dlaczego w wierszu waszym p. t. „Kanton” peniuar — to suknia balowa? Dlaczego?!

— Jesteście filistrem — rzekł wyniośle Lapis.

— Dlaczego w wierszu „Zawody konne o puhar Budiennego”, dżokej wasz zaciska popręgi, poczem siada na koźle? Czy widzieliście kiedykolwiek popręgi?

— Widziałem.

— Powiedzcież mi — jak wyglądają?

— Odczepcie się. A to piła!

— A jak się siedzi na koźle — widzieliście? Byliście kiedy na zawodach?

— Nie wszędzie trzeba koniecznie być, — wrzeszczał Lapis. — Puszkin pisał tureckie wiersze, a nigdy nie był w Turcji.

— O tak, Erzerum leży przecie w Tulskiej gubernji.

Lapis nie zrozumiał ironji. Z przejęciem tłumaczył:

— Puszkin, pisząc, korzystał z istniejących materjałów. Przeczytał historję buntu Pugaczowa, a potem pisał. A o zawodach konnych wszystko dokładnie opowiedział mi Entich.

Persicki wysłuchał tej wspaniałej obrony, poczem protestującego gwałtownie Lapisa zaciągnął do sąsiedniego pokoju. Widzowie poszli za nimi. Na ścianie wisiał duży wycinek z gazety, okolony żałobną obwódką.

— Opowiadanie to napisaliście do „Głosu marynarza”?

— Napisałem.

— Jeśli się nie mylę, jest to wasz debjut w prozie? Winszuję! „Fale przewalały się przez brzeg i opadały gwałtownym daumkratem”... A to dogodziliście „Głosowi Marynarza”.

— O co idzie?

— Idzie o to, że... Wiecie, co to jest daumkrat?

— Rozumie się, wiem, odczepcie się ode mnie...

— Jak wyobrażacie sobie taki daumkrat? Opiszcie własnemi słowami.

— Taki, wiecie... Opada, jednem słowem.

— Daumkrat opada. Zapamiętajcie to. Daumkrat gwałtownie opada! Zaczekajcie chwilkę, Lapsus, zaraz wam przyniosę forsę. Nie puszczajcie go stąd!

Lecz i tym razem pożyczki Lapis nie dostał. Persicki przywlókł z biura informacyjnego dwudziesty pierwszy tom Brockhausa, od Domicjana do Jewreinowa.

Między jakąś twierdzą w wielkiem księstwie Meklemburg-Schwerin i Dommel — rzeka w Belgji i Niderlandach, odnaleźli poszukiwane słowo.

— Słuchajcie! „Daumkrat (niem. Daumkraft) — jedna z maszyn, służących do podnoszenia znacznych ciężarów. Zwykły nieskomplikowany D., używany do podnoszenia wozów i t. p., składa się z ruchomego zębatego pasa, wprawianego w ruch przez koła, obracane przy pomocy korby”. I tak dalej, i tak dalej. „John Dickson w 1879 ustawił obelisk, znany pod nazwą „Igły Kleopatry” przy pomocy czterech robotników, posługujących się czterema hydraulicznemi D.“

— I podług was, ten przyrząd posiada zdolność gwałtownego opadania? A więc Brockhaus i Efron okłamywali ludzkość w ciągu pięćdziesięciu łat? Dlaczego wy tak niemiłosiernie bujacie, zamiast wziąć się do nauki? No?

— Potrzeba mi pieniędzy.

— Ależ przecie i tak ich nigdy nie macie. Wiecznie węszycie, skądby wytrzasnąć rubla.

— Kupiłem dużo mebli i dlatego jestem chwilowo w tarapatach.

— Za wasze bujdy płacą wam tyle, ile są warte — grosze!

— Ładne grosze! Kupiłem sobie takie krzesło na licytacji...

— W kształcie żmiji?

— Nie. Pałacowe. Lecz spotkało mnie nieszczęście. Wróciłem wczoraj w nocy do domu...

— Od Chiny Czlek? — krzyknęli chórem obecni.

— China!... Z Chiną oddawna już rozszedłem się. Wracałem z prelekcji Majakowskiego. Przychodzę. Okno otwarte. Ani Chnutowa, ani Ibrahima niema w domu. Odrazu poczułem, że coś się stało.

— Oj-oj-joj! — rzekł Persicki, zakrywając twarz rękami, — czuję, towarzysze, że ukradli Lapsusowi jego najlepszy utwór.

— Posadę stróża wziął Gawryła, Gawryła nocnym stróżem był.

— Pozwólcie mi dokończyć. Zdumiewające łajdactwo! Do pokoju mego dostali się jacyś obwiesie i odpruli obicie krzesła. Może kto z was pożyczy mi na naprawę pięć rubli?

— W tym celu ułóżcie nowego Gawryłę. Mogę wam nawet dać początek. Czekajcie, czekajcie... Zaraz... Jest! Gawryła kupił sobie krzesło, Gawryła kiepskie krzesło miał. Czemprędzej zapiszcie. Można to z zyskiem sprzedać do „Głosu Komody”...

Ech, Trubeckoj, Trubeckoj!... Właściwie, lapsus, dlaczego wy jesteście Trubeckoj? Czy nie możecie wziąć sobie lepszego pseudonimu? Dołgorukij, naprzykład! Nikifor Dołgorukij! Albo Nikifor Valois? Albo jeszcze lepiej — obywatel Nikifor Sumarokow - Elson? Jeśli popełnicie odrazu trzy wiersze do „Gier-Mumu - to będziecie mieli wspaniałe wyjście. Pod jednem majaczeniem podpisze się Sumarokowa, pod drugą makulaturą — Elsona, a pod trzecią — Jusupowa. Ech, bujaczu!... Trzymajcie go, towarzysze! Opowiem mu nadzwyczajną historję. Słuchajcie uważnie, Lapsus! W waszym fachu może się to przydać.

Po korytarzu przechadzali się pracownicy, zajadając wielkie pajdy chleba. Była akurat przerwa na śniadanie. Z pokoju do pokoju biegał Awdotjew, zwołując miłośników automobilizmu na nadzwyczajne zebranie. Lecz wszyscy niemal przyjaciele automobilu siedzieli w sekretarjacie i słuchali Persickiego, opowiadającego historję, którą usłyszał kiedyś w gronie malarzy.


Opowiadanie o nieszczęśliwej miłości.

W Leningradzie, na Wasiljewskim Ostrowie, na Drugiej linji, mieszkało biedne dziewczę o wielkich niebieskich oczach. Nazywała się Klotylda.

Dziewczę lubiło czytać Schillera, marzyć nad brzegiem Newy i jeść na obiad nawpół surowe befsztyki.

Lecz dziewczę było biedne. Schillera było bardzo dużo, a mięsa wcale nie było. Dlatego też, jak również dlatego, że noce były białe, Klotylda zakochała się. Człowiek, który uderzył ją swą pięknością, był rzeźbiarzem.

Siedząc na oknie modelarni, spoglądali na czarny kanał i całowali się.

Po kanale płynęły gwiazdy, a może i gondole. Tak przynajmniej wydawało się Klotyldzie.

— Popatrz, Wasja — mówiła dziewczyna — to Wenecja! Zielona zorza świeci hen za tym zamkiem z czarnego marmuru.

Wasja nie zdejmował dłoni z kibici dziewczęcia. Zielone niebo różowiało, potem stawało się żółte, a zakochani w ciąż jeszcze nie opuszczali framugi okna.

— Powiedz, Wasja — pytała Klotylda — czy sztuka jest nieśmiertelna?

— Nieśmiertelna — odpowiadał Wasja — umiera człowiek, zmienia się klimat, nowe ukazują się planety, giną dynastje, lecz sztuka jest nieśmiertelna. Jest nieśmiertelna

— Tak — mówiło dziewczę — Michał Anioł!

— Tak — powtórzył Wasja, wdychając zapach jej włosów. — Praksyteles!

— Canova!

— Benvenuto Cellini!

I znów wędrowały po niebie gwiazdy, tonęły w wodach kanału i niknęły w blaskach nadchodzącego dnia.

Zakochani nie schodzili z okna. Mięsa było całkiem mało. Lecz sercom ich wystarczały imiona genjuszów.

We dnie rzeźbiarz pracował. Rzeźbił popiersia. Lecz trud jego był osłonięty mrokiem nieprzeniknionej tajemnicy. W czasie pracy nie wolno było Klotyldzie w chodzie do pracowni. Daremnie błagała:

— Wasja, pozwól mi popatrzeć, jak tworzysz!

Lecz rzeźbiarz był niewzruszony. Wskazując popiersie, okryte mokrem płótnem, mówił:

— Jeszcze nie teraz, Klotyldo, jeszcze nie teraz. Szczęście, sława i pieniądze czekają na nas w przedsionku. Niechaj zaczekają.

Płynęły gwiazdy.

Pewnego razu szczęśliwe dziewczę otrzymało bilet do kina. Wyświetlano obraz pod tytułem „Gdy serce musi zamilknąć”. W pierwszym rzędzie tuż przed ekranem siedziała Klotylda. Wychowana na Schillerze, była niezwykle wstrząśniętą treścią obrazu:

„Rzeźbiarz Hans rzeźbił posągi. Sława zmierzała doń wielkiemi krokami. Żona jego była piękna. Lecz posprzeczali się kiedyś. W gniewie piękna kobieta strzaskała młotkiem rzeźbę — wielkie działo rzeźbiarza Hansa, nad którem pracował trzy lata. Sława i bogactwo przepadły z kretesem. Rozpacz Hansa była okropna. Powiesił się, lecz skruszona żona wyjęła go w porę z pętli. Poczem błyskawicznie zrzuciła z siebie suknie.

— Lep mnie! — krzyknęła. — Na całym świecie niema ciała piękniejszego niż moje.

— O! — zawołał Hans. — Byłem ślepcem!

I, ogarnięty natchnieniem, stworzył posąg żony. I był to taki posąg, że świat cały zadrżał z radości. Hans i jego piękna małżonka zdobyli sławę i w szczęściu dotrwali do końca dni swoich”.

Klotylda wstrząśnięta powyższym widokiem poszła wprost z kina do pracowni Wasji. Wszystko się pomieszało. Schiller i Hans, gwiazdy i marmur, aksamit i szmaty.

— Wasja! — zawołała.

Wasja był w pracowni. Rzeźbił swą tajemniczą rzeźbę — człowieka z długiemi wąsami, w marynarce. Rzeźbił go... podług fotografji.

— Wszak żywot nasz cały jest walką! — nucił rzeźbiarz, wykańczając ostatecznie rzeźbę.

Akurat w tej chwili rzeźba z łoskotem padła pod strasznem uderzeniem młotka. Klotylda dokonała swego dzieła. Wyciągając do Wasji rękę, zabrudzoną gipsem, rzekła wyniośle:

— Proszę mi oczyścić paznogcie!

I odeszła. Do uszu jej dotarły dziwne dźwięki. Zrozumiała: to wielki rzeźbiarz płakał nad zniszczonem swem dziełem.

Nazajutrz Klotylda przyszła, by kontynuować rozpoczęte dzieło: wyjąć z pętli wstrząśniętego do głębi Wasję, zrzucić z siebie suknię i powiedzieć:

— Lep mnie! Na całym świecie niema ciała piękniejszego, niż moje!

Weszła i ujrzała: Wasja nie wisiał. Siedział na wysokim tabureciku tyłem do przybyłej Klotyldy i coś robił.

Lecz dziewczyny nie zbiło to z tropu. Zrzuciła z siebie szaty i pokryta gęsią skórką, szczękając zębami, krzyknęła:

— Lep mnie, Wasja, na całym świecie niema ciała piękniejszego, niż moje.

Wasja odwrócił się. Piosnka zamarła na jego ustach.

I wtedy dopiero ujrzała Klotylda co robił: rzeźbił tajemnicze popiersie — człowieka z długiem: wąsiskami, w marynarce. Fotografja stała na stoliku. Wasja wykańczał rzeźbę.

— Co ty robisz? — spytała Klotylda.

— Rzeźbię popiersie zarządzającego kooperatywą Nr. 28.

— Lecz wczoraj przecież strzaskałam je! — wybełkotała Klotylda. — Dlaczegoś się nie powiesił? Mówiłeś przecież, że sztuka jest nieśmiertelna. Ja zniszczyłam twą nieśmiertelną sztukę. Dlaczegóż żyjesz jeszcze, człowieku?

— Nieśmiertelna, oczywista, nieśmiertelna — odrzekł Wasja — lecz zamówienie trzeba chyba wykonać? Jak myślisz?

Wasja był zwykłym, przeciętnym wyrobnikiem.

A Klotylda zbyt wiele czytała Schillera...

— A więc, Lapsus, nie straszcie Chinoczki Czlek swoim kunsztem. To delikatna kobieta. Wierzy w wasz talent. Nikt bodaj więcej wam nie wierzy. Lecz jeśli jeszcze miesiąc będziecie biegać po „Wiadomościach Higroskopijnych”, to i China odwróci się od was. A propos, rubla wam nie dam. Idźcie sobie już, Lapsus.