12 krzeseł/26

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXV 12 krzeseł • Rozdział XXVI • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXVII
Rozdział XXV 12 krzeseł
Rozdział XXVI
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXVII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY.
Potężne pióro. — Poszukiwacze złota.

Jak można się tego było spodziewać, opowiadanie o Klotyldzie nie wywołało w baraniej duszy Lapisa żadnych emocji.

Z okrzykiem „ofiara zbirów”, „napastnicy uszli” i „tajemnica gabinetu redaktora” — wbiegł do pokoju Stiepa.

— Persicki — powiedział — pędź czem prędzej na miejsce wypadku i pisz w „Wypadkach i kradzieżach”. Sensacyjny wypadek na pięć wierszy petitem.

Okazało się, że redaktor po przyjściu do swego gabinetu ujrzał ogromne pióro ze stalówką Nr. 80 na podłodze. Stalówka utkwiła w dolnej części kanapy. A nowe, nabyte na licytacji krzesło redaktora tak wyglądało, jakgdyby je podziobały wrony. Całe obicie było rozerwane, pakuły wyrzucone na podłogę i sprężyny wysuwały się jak żmije, gotowe do ukąszenia.

— Drobna kradzież — rzekł Persicki — jeśli wydarzą się jeszcze trzy kradzieże, damy notatkę na trzy wiersze.

— O to idzie, że to właśnie nie jest kradzież. Nic nie ukradli, tylko krzesło poniszczyli.

— Całkiem jak u Lapsusa — zauważył Persicki — gotów jestem przypuścić, że Lapsus nie skłamał.

— Aha, widzicie — rzekł z dumą Lapsus — dajcie mi rubla.

Przyniesiono wieczorną gazetę. Persicki zaczął ją przeglądać.

Zwykły czytelnik czyta gazetę. Dziennikarz najpierw ogląda ją, jak obraz. Interesuje go kompozycja.

— Mimo wszystko, takbym nie łamał — rzekł Persicki — czytelnik nasz nie jest przygotowany do amerykańskiego układu... Karykatura, oczywista, Chamberlaina... Szkic o Sucharewskiej baszcie... Lapsus, moglibyście i wy nagryzmolić coś niecoś o Sucharewskim rynku — dziewiczy temat — poświęca mu się raptem tylko czterdzieści szkiców rocznie... Następnie...

Persicki z lekką pogardą zaczął czytać dział wypadków, robiony według jego stronniczego zdania bardzo nieudolnie.

— Zgrzybiały materiał!... Ten defraudant był już u nas... Nieudała kradzież w teatrze Kolumba! E-e-e, towarzysze, to jest coś nowego... Słuchajcie!

I Persicki głośno przeczytał:


NIEUDAŁA KRADZIEŻ W TEATRZE KOLUMBA.

Dwaj nieznani sprawcy przedostali się do rekwizytorni teatru Kolumba i porwali stamtąd cztery staroświeckie krzesła.

Na podwórzu złodzieje zostali spłoszeni przez stróża nocnego, wobec czego, rzuciwszy krzesła, ukryli się.

Warto zaznaczyć, że krzesła zostały nabyte w związku z zupełnie nową wystawą „Ożenku” Gogola.


— Nie, w tem coś jest. Toż to jakaś sekta rabusiów krzeseł.

— Manjacy!

— Daj spokój. Działają całkiem normalnie. Byli już u Lapisa, u nas, w teatrze.

— Tak!

— Towarzysze, oni czegoś szukają.

Przy tych słowach Nikifor Lapis zmienił się na twarzy. Cichutko wyszedł z pokoju i pobiegł wzdłuż korytarza. Po pięciu minutach kołyszący się tramwaj wiózł go w kierunku Pokrowskich wrót.

Lapis mieszkał w domu Nr. 9 przy Koszarowej ulicy, wspólnie z dwoma młodymi ludźmi, posiadaczami szerokich miękkich kapeluszy. Lapis miał kapitańską czapkę z godłem Neptuna — pana mórz. Pokój Lapisa był przechodni. Obok mieszkała liczna rodzina tatarska .

Gdy Lapis wszedł do siebie, Chuntow siedział na oknie i przeglądał „Informator teatralny”.

Był to człowiek idący z duchem czasu. Robił to wszystko, czego duch czasu żądał.

Duch czasu żądał wierszy i Chuntow pisywał je w wielkiej obfitości.

Zmieniały się gusta. Zmieniały się żądania. Duch czasu i współcześni żądali bohaterskiej powieści o wojnie domowej. I Chuntow pisał bohaterskie powieści.

Później domagano się powieści obyczajowych. Idący z duchem czasu Chuntow brał się i do tego rodzaju powieści.

Duch czasu żądał bardzo wiele, lecz niewiadomo dlaczego nic od Chuntowa nie brał.

Teraz duch czasu domagał się sztuki teatralnej. Dlatego też Chuntow siedział teraz na oknie i przeglądał teatralny informator. Po człowieku, mającym zamiar napisać sztukę, można się spodziewać, że zacznie studjować zwyczaje tej warstwy społecznej, którą zamierza przedstawić na scenie. Można się spodziewać, że autor mającej być napisanej sztuki zacznie obmyślać temat, kreślić w myśli charaktery występujących w niej osób i układać poszczególne sytuacje. Lecz Chuntow zaczął od drugiego końca — od ściśle arytmetycznych obliczeń. Mając w ręce plan teatrów, obliczał przeciętny dochód z przedstawienia w każdym z nich. Pulchne, sympatyczne jego oblicze marszczyło się od natężenia, brwi unosiły się i spadały.

Chuntow szybko przekreślał w notesie kolumny cyfr — mnożył liczbę miejsc przez przeciętną cenę biletu, przyczem dokonywał obliczeń dwukrotnie i podług cen podwyższonych i podług cen zwyczajnych.

Na czele moskiewskich lokali widowiskowych ze względu na ilość miejsc i ceny stał Wielki Akademicki Teatr. Chuntow rezygnował z niego z wielkim żalem. Na to, by dostać się do Wielkiego Teatru, trzeba napisać operę lub balet. Lecz duch czasu domagał się teraz akurat dramatu. I Chuntow wybrał najlepszy teatr — Moskiewski Artystyczny Akademicki. Kaczałow, marzył, i Moskwin pod reżyserją Stanisławskiego zrobią kasę. Chuntow obliczył tantjemy autora. Według jego obliczeń sztuka powinna była pójść w sezonie conajmniej sto razy. Szła przecież „Biała gwardja”, rozmyślał. Honorarjum zapowiadało się wspaniałe. Nigdy jeszcze żadna impreza nie rokowała Chuntowowi tak wielkich zysków.

Trzeba było napisać sztukę. Lecz to najmniej niepokoiło Chuntowa. Widz — to dureń, orzekł.

— Niezwykły temat! — oznajmił Lapis, podchodząc do człowieka idącego trop w trop za duchem czasu.

Chuntowowi potrzeba było tematu, to też żywo zapytał:

— Jaki klimat?

— Pierwszorzędny — odrzekł Lapis.

Chuntow czekał z ołówkiem w ręce, by zanotować słowa Lapisa, lecz podejrzliwy autor wieloosobowego Gawryły umilkł.

— No! Mów-że!

— E, buchniesz mi jeszcze!

— Czy buchnąłem ci już kiedy jakikolwiek temat?

— A opowieść o komsomolcu, który wygrał sto tysięcy rubli?

— Tak, lecz przecież nie wzięli jej.

— A czy od ciebie wogóle co brano?! A ja mogę napisać wspaniały poemat.

— No, nie rób z tata warjata! Gadaj!

— A nie buchniesz mi?

— Słowo honoru.

— Temat pierwszorzędny. Uważasz, taka historja. Sowiecki wynalazca wynalazł promienie śmierci, notatki ukrył w krześle. I umarł. Żona nic o tem nie wiedziała i sprzedała krzesła. A faszyści zaczęli szukać tych krzeseł. A jeden z konsomolców dowiedział się o krzesłach i zaczęła się walka. Można tu teraz tyle nablagować, ile dusza zapragnie.

Chuntow zaczął biegać dokoła wypatroszonego krzesła Worobjaninowa.

— Dasz mi ten temat.

— Przypuśćmy.

— Lapis! Zastanów się! Ten temat nie nadaje się na poemat. To wymarzony temat na sztukę teatralną.

— Nie szkodzi. To nie twoja sprawa. Poemat jest mój.

— W takim razie napiszę sztukę teatralną wpierw, nim ty zdążysz napisać tytuł swego poematu.

Kłótnię między młodymi ludźmi przerwało przyjście Ibrahima.

Był to człowiek nader swobodny w obejściu, ruchliwy i wesoły. Korpulentny. Kołnierzyki dusiły go. Na twarzy, szyi i rękach migotały piegi. Włosy miały kolor jajecznicy. Z ust buchały kłęby dymu. Ibrahim palił cygara „Figaro” — 2 sztuki 25 kopiejek. Miał na sobie płócienną imitację żakietu, z którego kieszeni wychylały się zwoje nut. Kapelusz panama sterczał na jego głowie, jak koszyczek. Z Ibrahima spływał obficie brudny pot.

— O co kłócicie się? — spytał przenikliwym głosem.

Kompozytor Ibrahim zawdzięczał swą egzystencję uprzejmości siostry. Przysypała mu regularnie z Warszawy nowe fox-trotty. Ibrahim przepisywał je, zmieniał tytuł „Miłość w oceanie” na „Ambrozja” lub „Flirt w metro” na „Singapurskie noce” i, opatrzywszy nuty w wiersze Chuntowa, spławiał na rynku muzycznym.

— O co kłócicie się? — powtórzył.

Rywale odwołali się do bezstronności Ibrahima. Historję o faszystach opowiedziano po raz drugi.

— Dlatego właśnie trzeba napisać... — dowodził Lapis — Trubeckoj.

— Sztukę! — wrzeszczał Chuntow.

Lecz Ibrahim błyskawicznie rozstrzygnął spór.

— Opera! — rzekł, sapiąc. — Z tego będzie prawdziwa opera z baletem, chórami i wspaniałemi partjami solowemi.

Poparł go Chuntow. Przypomniał sobie bowiem natychmiast ogrom dochodów Wielkiego Teatru. Ociągającego się wciąż jeszcze Lapisa skusili perspektywą bajońskich zysków. Chuntow uderzał raz po raz w „Informatora” i wykrzykiwał liczby, podważające wszystkie pojęcia Lapisa o bogactwie.

Zaczął się podział obowiązków twórczych. Opracowanie scenariusza i prozaicznych ustępów podjął się Chuntow. Wiersze przypadły w udziale Lapisowi. Muzykę miał skomponować Ibrahim. Postanowili odrazu bez zwłoki wziąć się do pisania.

Chuntow siadł na okaleczonem krześle i wyraźnemi literami napisał u góry arkusza: „Akt pierwszy”.

— Słuchajcie, przyjacioły — rzekł Ibrahim — nim tam nagryzmolicie swoje kawałki, opiszcie mi główne osoby, występujące w tej sztuce. Przygotuję sobie tym czasem niektóre melodje. To konieczne.

Poszukiwacze złota zaczęli kreślić poszczególne charaktery. Nakreślono takie — mniej więcej — osoby:

Ugdino — wielki mistrz związku faszystów (bas).

Alfonsyna — jego córka (sopran koloraturowy).

T. Mitin — sowiecki wynalazca (baryton).

Sforza - książę — faszysta (tenor).

Gawryła — wiejski komsomolec (przebrany mezzo-sopran).

Nina — komsomołka, córka popa (sopran liryczny).

(Faszyści, „samogonszczycy”, kapelani, żołnierze, majordomowie, technicy, sycylijczycy, laboranci, cień Mitna, pionierzy i inni).

— Skomponuję, — rzekł Ibrahim, który ujrzał przed sobą, wdzięczne perspektywy — skomponuję tymczasem chór kapelanów i tańce sycylijskie. A wy napiszcie pierwszy akt. Wysadźcie jaknajwięcej aryj i duetów.

— A jak nazwiemy operę? — spytał Lapis.

Lecz w tej chwili rozległo się w korytarzu stukanie kopyt o zgniłą posadzkę, ciche parskanie i zwykłe kłótnie lokatorów. Drzwi do pokoju poszukiwaczy złota otworzyły się i obywatel Szarinow, sąsiad, wprowadził do pokoju chudą, kościstą szkapę, o długim ogonie i siwiejącej grzywie.

— Hou! — krzyknął Szarinow na szkapę. — A niechże cię.

Szkapa przerażona, odwróciła się i pchnęła Lapisa.

Poszukiwacze złota byli tak zdumieni, tym widokiem, że w strachu przylgnęli do ściany. Szarinow powlókł szkapę do swego pokoju, z którego powyskakiwało mnóstwo zielonkawych tatarczuków. Koń stanął dęba i trzasnął kopytem. Kwadracik posadzki wyskoczył, jak z procy, i wirując, wyleciał przez otwarte okno.

— Fatyma! — wrzasnął okropnym głosem Szarinow, — pchaj z tyłu!

Z całego domu zbiegli się lokatorzy do pokoju poszukiwaczy złota, Lapis wył w niebogłosy. Ibrahim ironicznie pogwizdywał „Ambrozję”. Chuntow wymachiwał spisem osób. Szkapa rozglądała się trwożliwie, lecz nie ruszała się z miejsca.

— Hou! — rzekł bezbarwnie Szarinow. — O-o-o, skaranie boskie!...

Lecz wreszcie poszukiwacze złota opamiętali się i zażądali wyjaśnień. Przyszedł upraw-dom w asyście dozorcy.

— Co wy wyrabiacie? — spytał upraw-dom. — To niesłychane! Jak można wprowadzać konia do zamieszkałego lokalu?

Szarinow nagle rozzłościł się.

— A co to ciebie obchodzi? Kupiłem sobie konia i już. Gdzie go postawię? Z podwórza gotowi buchnąć!

— W tej chwili zabierzcie mi stąd konia! — krzyczał histerycznie upraw-dom. — Jeśli potrzeba wam koniny — to kupujcie ją sobie w muzułmańskiej jatce.

— W jatce drogo. — rzekł Szarinow. — Hou! Te! Przeklęta!... Fatyma!...

Koń zaczął się cofać i zgodził się wreszcie iść tam, gdzie go prowadzono.

— Zabraniam wam, — mówił upraw-dom, — zaskarżę do sądu.

Nie bacząc na to, Szarinow wprowadził konia do swego pokoju i, hamując wciąż jego zapędy, przywiązał go do okna. Po chwili przebiegła przez pokój Fatyma z dużą wiązką siana w ręce.

— Czyż można tu mieszkać, mając w sąsiedztwie konia? Komponujemy operę, ten koń nam przeszkadza! — zawył Lapis.

— Nie trapcie się, — powiedział, wychodząc upraw-dom, — pracujcie sobie dalej.

Poszukiwacze złota, nasłuchując bicia kopyt, wzięli się znów do roboty.

— A więc, jak nazwiemy tę operę? — spytał Lapis.

— Proponuję nazwać ją „Żelazna róża”.

— Skądże znów róża?

— Można inaczej. Naprzykład, „Miecz Ugolina”.

— Także niewspółczesne.

— A więc jak nazwać?

Zdecydował się wreszcie na wspaniałą intrygującą nazwę — „Promień śmierci”. Pod słowami „akt pierwszy” napisał Chuntow ręką, która mu ani nie drgnęła: „Wczesny ranek. Scena przedstawia moskiewską ulicę; nieprzerwana fala aut, autobusów i tramwajów. Na skrzyżowaniu ulic — Ugolino. Z nim — Sforza”.

— Sforza w pyjamie, — wtrącił Lapis.

— Nie przeszkadzaj, durniu! Pisz lepiej libretto do arji Mitina. Na ulicy nie nosi się pyjamy!

I Chuntow pisał dalej: „z nim — Sforza w stroju komsomolca”.

Dalej niepodobna było pisać. Upraw-dom z dwoma milicjantami zaczęli wyprowadzać konia z pokoju Szarinowa.

— Fatyma! — krzyczał Szarinow, — trzymaj, Fatyma!

Lapis złapał ze stołu suszkę i tchórzliwie trzepnął szkapę po gnatach.

— Ciągnij. — wył upraw-dom.

Koń machnął ogonem naprawo i nalewo. Milicjanci ciężko sapali. Fatyma z braćmi - tatarczukami obejmowała chude nogi konia. Obywatel Szarinow beznadziejnie pokrzykiwał „hou”!

Poszukiwacze złota pośpieszyli z pomocą przedstawicielom władzy i malownicza grupa z hałasem wyniosła się do przedpokoju.

W opustoszałym pokoju unosił się zapach stajni cyrkowej. Nagły wiatr porwał ze stołu arkusiki z operą i razem ze słomą unosił je po pokoju.

Arja towarzysza Mitina wirowała pod sufitem. Chór kapelanów i projekt sycylijskich tańców hasały na oknie.

Na schodach rozlegały się krzyki i rżenie konia. Poszukiwacze złota, milicjanci i przedstawiciele administracji domu wytężali resztki sił. Uporawszy się z upartym bydlakiem zebrali autorzy rozwiane świstki i pisali dalej bez poprawek.