12 krzeseł/27

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXVI 12 krzeseł • Rozdział XXVII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXVIII
Rozdział XXVI 12 krzeseł
Rozdział XXVII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXVIII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY.
W teatrze Kolumba.

Gdy Hipolit Matwiejewicz patrzył na Ostapa, w oczach jego zaczynały migotać błękitne żandarmskie ogniki.

W pokoju Iwanopulo było tak gorąco, że zeschnięte krzesła Worobjaninowa trzeszczały, jak szczapy w piecu. Wielki kombinator, podłożywszy pod głowę błękitną kamizelkę, wypoczywał.

— Słuchajcie, — rzekł nagle wielki kombinator — jak wołano na was w dzieciństwie?

— A poco to wam?

— Tak! Nie wiem, jak was nazywać. Worobjaninow — już mi obrzydło, a Hipolit Matwiejewicz to znów zbyt ponure. Jakże was nazywano? Hipa?

— Kisa, — odrzekł z uśmiechem Hipolit Matwiejewicz.

— Kapitalne! A więc, Kisa, popatrzcie proszę, co mi się tam zrobiło na plecach. Boli mnie w okolicy łopatek.

Ostap ściągnął przez głowę koszulę. Kisa Worobjaninow ujrzał szerokie plecy zaściankowego Antinousa — plecy o cudownym kształcie, lecz nieco brudnawe.

— Oho, — rzekł Hipolit Matwiejewicz, — zaczerwienienie jakieś.

Między łopatkami wielkiego kombinatora grały wszystkiemi barwami tęczy siniaki o dziwnych zarysach.

— Słowo honoru, cyfra osiem, — zawołał Worobjaninow. — Po raz pierwszy widzę taki siniak.

— A drugiej cyfry tam niema? — spytał spokojnie Ostap.

— Jakgdyby litera P.

— Więcej pytań nie mam. Wszystko jasne. Przeklęte pióro! Widzicie, Kisa, jak ja cierpię, na jakie narażam się niebezpieczeństwa dla tych waszych krzeseł. Te znaki arytmetyczne to ślady dużego automatycznie spadającego pióra ze stalówką Nr. 86. Trzeba wam wiedzieć, że przeklęte pióro spadło mi na plecy akurat w tym momencie, gdym zanurzył rękę w bebechach krzesła redaktorskiego.

— A ja też... Ja też ucierpiałem! — spiesznie wtrącił Kisa.

— Kiedyż to? Gdy dostawialiście się do cudzej żony? O ile sobie przypominam, ten nieszczęsny flirt skończył się niezbyt pomyślnie! Albo — może podczas pojedynku z obrażonym Kolą?

— Niczego porządnie zrobić nie potraficie... Dlaczego musieliśmy uciekać z teatru? Przez was! Licho was natchnęło sterczeć, jak wartownik, nie ruszając się z miejsca. Robiliście to, rozumie się, po to, by zwrócić powszechną uwagę. A z krzesłem Iznurenkowa kto nawarzył piwa, które ja potem musiałem wypijać? Pomijam już milczeniem licytację. A ja? Zastanówcie się tylko! Krzesło wdówki — to moja robota! Dwa Szczukinów — moja! Krzesło Iznurenkowa w ostatecznym rachunku moje obciąża konto! Do redakcji i do Lapisa ja poszedłem! I tylko jedno jedyne krzesło doprowadziliście do zwycięskiego końca, lecz nie bez wydatnej pomocy naszego wielebnego wroga — arcybiskupa!

Wielki kombinator zaczął snuć dalsze plany. Cichutko na bosaka chodząc po pokoju, techniczny dyrektor pouczał pokornego Kisę.

Krzesło, które zniknęło w otchłani Październikowego dworca, było wciąż ciemną plamą w różowych planach naszych aferzystów. Cztery krzesła w teatrze Kolumba były zupełnie pewną zdobyczą. Lecz teatr udawał się w tournee po Wołdze na reklamującym pożyczkę państwową parostatku „Skrjabin” i dziś na zamknięcie sezonu wystawiał premjerę „Ożenek”. Trzeba było zdecydować — czy zostać w Moskwie i szukać krzesła, które zniknęło w przepastnej czeluści dworca, czy też wraz z trupą udać się na gościnne występy.

— A może podzielimy się pracą? — spytał Ostap. — Ja pojadę z teatrem, a wy może tu zostaniecie i poszukacie tamtego krzesła.

Lecz Kisa tak tchórzliwie mrugał oczami, że Ostap nie nalegał.

— Z dwóch zajęcy, — rzekł, — wybiera się zazwyczaj bardziej tłustego. Jedźmy razem. Lecz wydatki będą bardzo znaczne. Potrzeba będzie pieniędzy. Pozostało mi sześćdziesiąt rubli. A wy ile macie? Prawda, zapomniałem! W waszym wieku miłość dziewczęca djablo drogo kosztuje!...

Decyduję się: dziś wieczorem idziemy do teatru na premierę „Ożenku”. Nie zapomnijcie włożyć fraka. Jeżeli krzesła są na miejscu, to jutro już wyjedziemy. Pamiętajcie o tem, Worobjaninow, że następuje ostatni akt komedji p. t. „Skarby mojej teściowej”. Zbliża się finita - la - commedia. Wstrzymajcie dech, mój stary przyjacielu! Wszyscy na scenę! O, młodości moja! O, kulis zapachu! Ileż wspomnień! Ile intryg! Jakim talentem błysnąłem w swoim czasie w roli Hamleta! Jednym słowem — posiedzenie trwa nadal!

Ze względów oszczędnościowych poszli do teatru pieszo. Było jeszcze całkiem jasno, lecz latarnie roztaczały już wokół zwykłe cytrynowe światło. W oczach po prostu ginęła wiosna. Tumany kurzu wypędzały ją z placów miejskich, gorący wietrzyk wypychał w zaułki. Tam staruszeczki hołubiły czule ślicznotkę i przy okrągłych stołach popijały z nią herbatkę. Lecz życie wiosny skończyło się — na świat szeroki nie puszczano jej. A ona aż się rwała do pomnika Puszkina, pod którym paradowali młodzi ludzie w pstrokatych czapeczkach, spodniach - harmonijkach, krawatach „psia radość” i trzewikach „Jimmy”.

Dziewczęta wymalowane na liljowo, krążyły pomiędzy świątynią MSPO i kooperatywą „Komunard” (pomiędzy d. Filipowem i d. Jelisiejewem). Dziewczęta głośno wymyślały sobie. W owej godzinie przechodnie zwalniali kroku, lecz nietylko dlatego, że ulica Twerska stawała się ciasna. Moskiewskie konie nie były lepsze od starogradzkich — tak sam o umyślnie stukały kopytami po bruku ulicznym. Cykliści bezgłośnie pędzili z Tomskiego stadjonu, z pierwszego międzynarodowego meczu. „Lodziarz” toczył swój zielony kuferek spozierając lękliwie na milicjanta, lecz milicjant, przykuty do świecącego semafora, za pomocą którego regulował ruch uliczny, był całkiem niegroźny.

W kołowrocie tym znaleźli się dwaj przyjaciele. Pokusy czyhały na nich na każdym kroku. W maleńkich naczyniach pośrodku ulicy pieczono szaszłyki tatarskie, kaukaskie i polędwicowe. Gorący ostry dym unosił się pod jasne stropy niebios. Z piwiarń, knajpek i kina „Wielki Niemy” donosiły się dźwięki muzyki. Przy przystanku tramwajowym irytował się głośnik.

— „...Młody ziemianin i poeta Lenski kocha się w córce dziedzica Oldze Łarinej. Eugenjusz Onegin, pragnąc dokuczyć przyjacielowi, udaje, iż zaleca się do młodej Olgi. Proszę posłuchać uwertury. Włączam widownię”.

Głośnik zakończył szybko strojenie instrumentów, stuknął pałeczką dyrygenta o pulpit i sypnął na oczekujący tramwaju tłum pierwsze takty uwertury. Z męczeńskim jękiem nadszedł tramwaj Nr 6. Podniosła się kurtyna, już stara Łarina, patrząc pokornie na pałeczkę dyrygenta i nucąc swą partję „czarowała” nad konfiturami, a tramwaj wciąż jeszcze w żaden sposób nie mógł się oderwać od bombardującego go tłumu. Odszedł wśród ryku i płaczu pozostałych dopiero przy śpiewie Lenskiego — „W waszym domu”.

Trzeba było śpieszyć się. Przyjaciele weszli do gwarnego przedsionka w teatrze Kolumba. Worobjaninow podbiegł do kasy i przeczytał ceny miejsc.

— Jednak, — rzekł on, — bardzo tu słono. Szesnasty rząd trzy ruble.

— Okropnie nie lubię, — zauważył Ostap, — tych drobnomieszczan, tych prowincjonalnych dudków! Gdzie wy leziecie? Czy nie widzicie, że to kasa?

— A gdzież mam stanąć, przecież bez biletu nie wpuszczą!

— Kisa, jesteście skończonym prostakiem... W każdym porządnym teatrze bywają dwa okienka. Do okienka kasowego zwracają się tylko zakochani i bogaci spadkobiercy. Pozostali obywatele (jak nietrudno zauważyć, jest ich przytłaczająca większość) zwracają się bezpośrednio do okienka administratora.

I rzeczywiście, przed okienkiem kasowym stało zaledwie pięć skromnie ubranych osób. Możliwe, że byli to bogaci spadkobiercy lub zakochani. Natomiast przed okienkiem administratora panowało ogromne ożywienie. Stała tam pstra kolejka. Młodzi ludzie w szykownych marynarkach i spodniach tak skrojonych, że mogłyby się prowincjonalnemu elegantowi chyba tylko przyśnić, wymachiwali nonszalancko bilecikami od znajomych reżyserów, artystów, redakcyj, teatralnego krawca, naczelnika obwodu milicji i innych, blisko teatru stojących osób, jako to: członków zrzeszenia teatralnych i kinowych krytyków, towarzystwa „Łzy biednych matek”, samorządu szkolnego „Szkoły cyrkowych eksperymentów” i jakiegoś „Fortiubrasa przy Umsłompogas’ie”. Osiem osób miało bileciki od Espera Eklerowicza.

Ostap wdarł się w kolejkę, wypchnął „fortiubrasowców” i, krzycząc — „ja tylko po informację, widzicie przecież, że nie zdjąłem nawet kaloszy” — dostał się do okienka i zajrzał do środka.

Sekretarz harował, jak koń. Brylantowe krople potu błyszczały na jego tłustej twarzy. Telefon niepokoił go co chwilę i dzwonił tak uporczywie, jak tramwaj, usiłujący się przedostać przez Smoleński rynek.

— Tak! — wrzeszczał. — Tak, tak! Osiem trzydzieści!

Z hałasem wieszał słuchawkę po to, by za chwilę znów ją chwycić.

— Tak! Teatr Kolumba! Ach, to pani, Segidyljo Markowna? Jest, jest, rozumie się, jest. Loża, parter! A Buka nie przyjdzie? Dlaczego? Grypa? Co pani mówi? No, dobrze! Tak, tak, do widzenia, Segidyljo Markowna.

— Teatr Kolumba!!!! Nie! Dziś żadne passe-partout nieważne. Tak, lecz co ja na to poradzę ? Mos-sowiet zakazał!...

— Teatr Kolumba!!!! Co-o? Michał Grygorjewicz? Powiedzcie Michałowi Grygorjewiczowi, że we dnie i w nocy czeka na niego w teatrze Kolumba trzeci rząd, fotel koło przejścia.

Tuż obok Ostapa, hałasując, obruszał się jakiś mężczyzna o pełnej twarzy i brwiach ustawicznie podnoszących się i opadających.

— To mnie nie obchodzi! — mówił mu sekretarz.

Chuntow (był to człowiek, idący z duchem czasu) z zażenowaniem prosił o kartkę do kasy.

— Niemożliwe! — perswadował sekretarz. — Zrozumcież, — Mos-sowiet!

— Tak, — bąkał Chuntow, — lecz Moskiewska sekcja Leningradzkiego Towarzystwa autorów i kompozytorów scenicznych uzgodniła z Pawłem Fiodorowiczem...

— Nie mogę, absolutnie nie mogę! Następny!

— Przepraszam, Jakóbie Menelausowiczu, ale mówiono mi w moskiewskiej sekcji Leningradzkiego towarzystwa autorów i kompozytorów scenicznych...

— No i cóż ja na to poradzę? Nie, nie dam! Czem mogę wam służyć, towarzyszu?

Chuntow poczuł, że sekretarz taje, to też zaczął bełkotać:

— Pomyślcie, Jakóbie Menelausowiczu, Moskiewska sekcja j Leningradzkiego towarzystwa autorów i kompozy...

Tego sekretarz już nie wytrzymał. Wszystko ma jakieś granice. Łamiąc ołówki i biorąc raz po raz słuchawkę telefoniczną, znalazł wreszcie dla Chuntowa miejsce pod samym żyrandolem.

— Prędzej, — krzyknął pod adresem Ostapa, — gdzie kartka?

— Dwa miejsca, — rzekł bardzo cicho Ostap, — na parterze.

— Dla kogo?

— Dla mnie!

— A kim pan jest, bym dawał mu bilety?

— A ja, jednak, sądzę, że mnie pan zna?

— Nie poznaję.

Lecz spojrzenie nieznajomego było tak niewinne, tak jasne, że sekretarz własnoręcznie wyznaczył Ostapowi dwa miejsca w jedenastym rzędzie.

— Rozmaici pętają się, — skonstatował sekretarz, wzruszając ramionami, — licho wie, kim są! A może to z Narkompros’u? Wydaje mi się, że widziałem go w Narkomprosie. Gdzie też ja mogłem go widzieć?

I wydając machinalnie kartki uszczęśliwionym krytykom kinowym i teatralnym, Jakób Menelausowicz rozpamiętywał w skupieniu, gdzie mógł widzieć te jasne, niewinne oczy.

Gdy wydano już wszystkie kartki i światło w foyer przyciemniono, Jakób Menelausowicz przypomniał sobie: te niewinne oczy, to pewne siebie spojrzenie widział w 1922 roku w Taganskiem więzieniu, gdy siedział tam za jakąś błahostkę.

Widownia w teatrze Kolumba była niewielka, foyer nieproporcjonalnie duże, a palarnia znalazła schronienie pod schodami. Na suficie były wymalowane mitologiczne łowy. Teatr był młody i do tego stopnia hołdował eksperymentom , że odmówiono mu subwencji. Istniał już drugi rok głównie dzięki letnim występom gościnnym.

W jedenastym rzędzie, tam gdzie siedzieli nasi aferzyści, rozległ się śmiech. To Ostap demonstrował swe zadowolenie z muzycznego wstępu, wykonanego przez orkiestrę na butelkach, saksofonach i dużych bębnach. Gwizdnął flet i kurtyna rozsunęła się.

Ku zdumieniu Worobjaninowa, który przywykł do klasycznej interpretacji „Ożenku”, Podkolesina na scenie nie było. Rozejrzawszy się, ujrzał Hipolit Matwiejewicz zwisające z sufitu tekturowe prostokąty, pomalowane według zasadniczych barw słonecznego widma. Ani drzwi, ani granatowych okien nie było. Pod różnobarwnymi prostokątami tańczyły paniusie w dużych, wyciętych z czarnego kartonu, kapeluszach. Jęki butelek zwabiły na scenę Podkolesina, który, jadąc na Stepanie, wdarł się w tłum. Stepan był wystrojony w mundur. Podkolesin, rozpędziwszy paniusie słowami, których nie było wcale w tekście, zawył:

— Stepa-a-n!

Równocześnie zeskoczył na bok i zastygł w nader trudnej pozycji.

— Step-a-a-n! — powtórzył Podkolesin, skacząc po raz wtóry. Lecz ponieważ Stepan, stojący tuż obok i odziany w skórę lamparta, nie odpowiedział ani słowem, Podkolesin tragicznie zapytał:

— Czemu milczysz, jak Liga Narodów?

— Okrutecznego stracha napędził mi Chamberlain, — odpowiedział Stepan, gładząc skórę.

Wyczuwało się, że Stepan zepchnie Podkolesina na dalszy plan i sam stanie się główną osobą „uwspółcześnionej” sztuki.

— No i cóż, czy krawiec szyje marynarkę?

Skok. Brzęk metalowych krążków. Stepan z wysiłkiem stanął na rękach i w tej pozycji odrzekł:

— Szyje!

Orkiestra odegrała pot-pouri z „Czio-czio-sau”. Przez cały ten czas stał Stepan na rękach. Do głowy uderzyła mu krew.

— Cóż, — spytał Podkolesin, — czy nie pytał krawiec, na co też potrzeba twemu panu takiego dobrego sukna?

Stepan, który tymczasem znalazł się już w orkiestrze i obejmował czule dyrygenta, odrzekł:

— Nie, nie pytał. Czyż jest posłem w angielskim parlamencie?

— A nie pytał czasem krawiec, czy nie zamierza twój pan żenić się?

— Pytał krawiec, czy nie zamierza pan płacić alimentów!

Poczem światło zgasło i publiczność zaczęła tupać nogami. Tupała tak długo, aż ze sceny rozległ się głos Podkolesina:

— Obywatele! Zachowajcie spokój! Światło zgaszono umyślnie, wypada tak z toku sztuki. To niezbędny warunek naszej reżyserji.

Publiczność skapitulowała. Światła nie zapalono już do końca aktu. W zupełnych ciemnościach grzmiały bębny. Z latarniami przeszedł przez scenę oddział żołnierzy w liberji szwajcarów hotelowych. Potem, najwidoczniej na wielbłądzie, przyjechał Koczkarew. Wnioskować o tem wszystkiem można było z następującego djalogu:

— Och, przeraziłeś mnie setnie! W dodatku wjechałeś tu na wielbłądzie!

— Zauważyłeś, pomimo tych egipskich ciemności?

Podczas antraktu aferzyści nam przeczytali afisz.


OŻENEK

Tekst — N. W. GOGOLA, wiersze — M. SZERSZELAFAMOWA, foto-montaż — J. ANTIOCHIJSKIEGO, muzyczna ilustracja — H. IWANOWA.

Autor sztuki — Nik. SIESTRIN.

Reżyserja — Symbijewicz-Syndyjewicz. Światło — Platon-Płaszczuk. Realizacja dźwiękowa — Gałkina, Pałkina, Małkina, Czałkina i Załkinda. Charakteryzaja — pracownia Krult. Peruki — Tomasz Koczura. Meble — składy Fortiubrasa przy Umsopogasie im. Baltazara. Instruktor akrobatyki — Żorżetta Tyraspolskich. Prasa hydrauliczna pod zarządem montera Miecznikowa.

Afisz złożony i odbity w szkole F. Z. U. KRUK.


— Podoba się wam? — spytał nieśmiało Hipolit Matwiejewicz.

— A wam?

— Bardzo interesujące, tylko Stepan dziwny jakiś.

— A mnie nie podoba się, — rzekł Ostap, — zwłaszcza to, że meble ich pochodzą z jakiejś pracowni Wogopasa. Czy nie przerobili oni czasem naszych krzeseł na swoją modłę?

Obawy te okazały się płonne. Na początku drugiego aktu murzyni w cylindrach wynieśli na scenę wszystkie cztery krzesła.

Największe zaciekawienie na widowni wzbudziła scena swatów. W chwili, gdy na przeciągniętym przez całą salę drucie zaczęła spuszczać się Agafja Tiechanowna, straszliwa orkiestra H. Iwanowa narobiła takiego hałasu, że chociażby w skutek tego powinna była Agafja Tiechanowna spaść na zgromadzoną publiczność. Lecz Agafja trzymała się na scenie wyśmienicie. Miała na sobie cielisty trykot i męski cylinder. Balansując zieloną parasolką z napisem: „Ja chcę Podkolesina”, — szła po drucie, i wszyscy widzieli brudne jej stopy. Z drutu zeskoczyła wprost na krzesło. Równocześnie wszyscy murzyni, Podkolesin, Koczkarew i swatka w stroju maszynisty zrobili karkołomne salto. Następnie wszyscy odpoczywali w ciągu pięciu minut, dla ukrycia czego ponownie zgaszono światło.

Oblubieńcy byli bardzo śmieszni — zwłaszcza Jajecznica. Zamiast niego wynoszono na scenę dużą jajecznicę na patelni. Marynarz miał na sobie maszt i żagiel.

Daremnie kupiec Starikow krzyczał, że gnębią go patenty i podatki. Nie przypadł do gustu Agafji Tichonownie. Wyszła za mąż za Stepana. Oboje zaczęli wcinać jajecznicę, którą podał im — przekształcony w lokaja — Podkolesin. Koczkarew i Fiekła odśpiewali kuplety o Chamberlainie i o alimentach, które brytyjski minister ściąga z Niemiec. Na krążkach odegrano marsz pożegnalny. Poczem kurtyna opadła.

— Jestem zadowolony z przedstawienia, — rzekł Ostap, — krzesła w porządku. Lecz musimy śpieszyć się. Jeżeli Agafja Tichonowna będzie tak codzień skakać po krzesłach, to niedługo one pociągną.

Roześmiani młodzieńcy w szykownych żakietach, tłocząc się i popychając, omawiali szczegóły dekoracji i realizacji dźwiękowej.

Na schodach rozległ się protekcyjny głos Chuntowa.

— Tak. Komponuję operę. W moskiewskiej sekcji Leningradzkiego towarzystwa autorów i kompozytorów scenicznych mówiono mi...

I długie jeszcze chwile rozchodząca się publiczność słyszała trajkotanie człowieka, idącego z duchem czasu:

— Przyznacie chyba, że Moskiewska sekcja Leningradzkiego towarzystwa autorów i kompozytorów scenicznych...

— A teraz, — powiedział Ostap, — pójdziecie, Kiciuniu, lulać. Jutro skoro świt trzeba stanąć w kolejce przed kasą biletową. Teatr wyjeżdża o siódmej wieczór pośpiesznym do Niżniego Nowogrodu. Kupicie na Kurskim dworcu dwa bilety trzeciej klasy do Niżniego. Wytrzymamy jakoś. Raptem jedna noc.




Nazajutrz cały teatr Kolumba siedział w bufecie na Kurskim dworcu. Symbijewicz-Syndyjewicz, upewniwszy się, że dekoracje pojadą tym samym pociągiem, pokrzepiał się przy stoliku. Umoczywszy w piwie usta, wypytywał trwożliwie montera:

— A czy nie połamie mi czasem w drodze hydraulicznej prasy?

— Kłopot mamy z tą prasą, — odpowiedział Mieczników, — korzystamy z niej pięć minut, a wlec z sobą musimy przez całe lato.

— A czy lżej ci było z tą machiną ze sztuki „Proszek ideologji?”

— Oczywista, lżej. Była wprawdzie znacznie większa, lecz przynajmniej nie taka krucha.

Przy sąsiednim stoliku siedziała Agafja Tichonowna — młodziutkie dziewczę o nogach twardych, jak żelazo. Dokoła niej krzątała się realizacja dźwiękowa — Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkind.

— Nie pilnowaliście wczoraj wcale taktu, — skarżyła się Agafja Tichonowna, — mogę jeszcze spaść z drutu.

Realizacja muzyczna zaterkotała:

— Trudna rada! Pękły dwie opaski Esmarcha!

— Czy można teraz dostać zagraniczne opaski Esmarcha? — obruszył się Pałkin.

— Wejdźcie kiedy do Gosmedtorgu. Nawet termometru nie można tam dostać! — pośpieszył z pomocą Gałkin.

— Na termometrach także gracie? — przeraziło się dziewczę.

— Na termometrach nie grywamy, — zauważył Załkind, — lecz przez te przeklęte opaski poprostu człek choruje i musi potem mierzyć sobie temperaturę.

Autor widowiska i główny reżyser Nik. Sietrin przechadzał się z żoną po peronie. Podkolesin i Koczkarew wychylili trzy kieliszki i nagwałt zalecali się do Żorżetty Tyraspolskich.

Aferzyści nasi zjawili się na dwie godziny przed odejściem pociągu i poraz piąty już okrążali skwer przed dworcem.

Hipolit Matwiejewicz dostawał już zawrotu głowy. Pogoń za krzesłami wchodziła w decydującą fazę. Wydłużone cienie kładły się na rozżarzony asfalt. Kurz osiadał na spoconych, zakurzonych twarzach. Jeden za drugim zajeżdżały pojazdy. Unosił się zapach benzyny. Z taksówek wysiadali pasażerowie. Naprzeciw nim, polując na walizki, wybiegali numerowi z połyskującemi w słońcu blachami. Nieznane dale porywały ludzi w swe szpony.

— Czas na nas, — zadecydował Ostap.

Hipolit Matwiejewicz posłusznie zawrócił i oko w oko zetknął się z mistrzem cechu karawaniarzy Berenczukiem.

— Berenczuk! — zdumiał się niepomiernie, — skąd się tu wziąłeś?

Berenczuk zdjął czapkę i osłupiał z radości.

— Pan Worobjaninow! — zawołał. — Kłaniam się uniżenie szanownemu panu!

— Co słychać?

— Źle słychać, — odrzekł mistrz karawaniarski.

— Dlaczego?

— Szukam klijenteli. Niema klijenteli.

— „Nimfa” ci sprząta z przed nosa?

— Nic podobnego! Czyż mnie może ona cośkolwiek sprzątnąć?

— Niema klijentów. Po waszej, świeć jej Panie, teściowej jeden jedyny tylko Pierre i Konstantin przespacerował się.

— Co powiadasz? Umarł?

— Ano przespacerował się. Na posterunku, pracę swoją pełniąc. Golił właśnie naszego aptekarza Leopolda. Ludziska powiadali, że coś mu się we wnętrzu oberwało, a wedle mego głupiego rozumu, nieboszczyk nie zdzierżył poprostu zaduchu tych lekarstw, któremi był przesiąknięty aptekarz i przejechał się.

— Aj-aj-aj! — mamrotał Hipolit Matwiejewicz, — aj-aj-aj! I tyś go właśnie pochował?

— Ja właśnie chowałem. Któżby zaś inny?

Czyż „Nimfa”, niech ją jasny piorun strzeli, daje towar?

— A więc zwyciężyłeś?

— Zwyciężyłem. Tłukli mnie tylko potem. Siarczyście. Omal mi płuc nie odbili. Milicja obroniła. Dwa dni leżałem. Spirytusem leczyłem się.

— Nacierania robiłeś?

— Ej, co zaś bym się nacierał?!

— A na co cię tu teraz licho przyniosło?

— Przywiozłem towar.

— Jaki towar?

— Mój towar. Znajomy konwojent ułatwił mi darmowe przewiezienie w wozie pocztowym. Po znajomości.

Hipolit Matwiejewicz teraz dopiero zauważył, że niedaleko Berenczuka stał na ziemi szereg trumien. Jedne były z palmami, inne bez palm. Jedną z nich Hipolit Matwiejewicz natychmiast poznał. Była to duża zakurzona trumna z berenczukowskiej wystawy.

— Osiem sztuk, — wskazał z godnością Berenczuk, — jak ulał. Dobry towar.

— A komu tu trzeba twego towaru? Dość tu miejscowych majstrów.

— A grzyb?

— Jaki grzyb?

— Epidemja. Mówił mi Prusis, że w Moskwie grzyb tak szaleje, że niema w czem ludzi grzebać. Skończyły się już wszystkie zapasy. A więc postanowiłem poprawić tu swe interesa.

Ostap, przysłuchający się ciekawie rozmowie, wtrącił:

— Słuchaj ojcze. To w Paryżu szaleje grypa[1].

— W Paryżu?

— A tak. Jedź do Paryża. Tam sobie użyjesz! Prawda, będą pewne trudności z uzyskaniem wizy, lecz o to, ojcze, nie trap się.

Jeżeli Brand polubi ciebie, będzie ci się wcale niezgorzej wiodło — zostaniesz nadwornem karawaniarzem paryskiej gminy. A tutaj wystarczą miejscowi karawaniarze.

Osowiały Berenczuk rozejrzał się po placu. Rzeczywiście, mimo zapewnień Prusisa trupy po ulicach nie poniewierały się, ludzie krzepko trzymali się na nogach i niektórzy z nich nawet śmieli się

Pociąg dawno już odszedł wraz z aferzystami, teatrem Kolumba i resztą publiczności, a Berenczuk wciąż jeszcze, jak oszalały sterczał nad swemi trumnami. W zapadających ciemnościach oczy jego świeciły się żółtym niegasnącym blaskiem.




Przypisy

  1. gra słów: grib (grzyb) i gripp (gryppa).