12 krzeseł/28

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXVII 12 krzeseł • Rozdział XXVIII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXIX
Rozdział XXVII 12 krzeseł
Rozdział XXVIII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXIX
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY.
Czarowna noc na Wołdze.

Na lewo od pasażerskiej przystani Wołżańskiej Państwowej Żeglugi Rzecznej stał wielki kombinator z przyjacielem swym i najbliższym pomocnikiem — Kisą Worobjaninowem.

Nad przystaniami łopotały flagi. Dym, skłębiony, jak kalafior walił z kominów. Służba okrętowa wpijała żelazne szpony w bele bawełny. Na przystani żelazne garnczki tworzyły czworobok, leżały wilgotne skóry, paki drutu, skrzynie z taflami szklanemi, kłębki szpagatu do wiązania snopów, kamienie młyńskie, dwubarwne kościste maszyny rolnicze, drewniane widły, obszyte parcianką, kobiałki z czereśniami i beczki śledzi.

„Skrjabina” nie było. Niepokoiło to bardzo Hipolita Matwiejewicza.

— Jak się czujecie? — spytał Ostap. — Wyobraźcie sobie, że Skrjabin jest już tutaj. No, w jaki sposób dostaniecie się tam? Gdybyście nawet mieli pieniądze na kupno biletu, to i wówczas byłyby z tego nici. Statek ten bowiem nie zabierze żadnych pasażerów.

Ostapowi jeszcze w pociągu udało się pokonferować z zawhydropasem, monterem Miecznikowem, i zasięgnąć od niego języka. Statek „Skrjabin”, wynajęty przez Narkan, miał odbyć przejażdżkę do Stalingradu, zatrzymując się koło każdej przystani i dokonując ciągnienia pożyczki państwowej. W tym celu wyjechała z Moskwy cała ekspedycja — komisja pożyczki państwowej, kancelarja, orkiestra dęta, kino — operator, korespondentki pism stołecznych i teatr Kolumba. Zadaniem teatru było wystawiać po drodze sztuki, popularyzując ideę pożyczek państwowych.

Aż do Stalingradu miał teatr być na kompletnem utrzymaniu komisji pożyczkowej, a następnie na własne ryzyko i odpowiedzialność udać się z gościnnemi występami na Kaukaz i Krym.

Przybyły z Moskwy aparat propagandowy rozbił tymczasem namioty na przystani.

Delikatne stworzenia z walizeczkami i pledami podróżnemi siedziały na pakach drutu, pilnując swych Underwoodów i ze strachem spoglądając na tragarzy podnoszących hakiem ciężary. Na kamieniu młyńskim rozłożył się obywatel z hiszpańską bródką. Na kolanach jego leżał szpikulec z emaljowanemi tabliczkami. Na górnej — każdy kto ciekaw mógł przeczytać — „Oddział rozrachunkowy”. Biurka na słupkach i rozmaite stoły — stały jedno na drugiem.

Koło opatrzonej pieczęciami kasy ogniotrwałej stał na warcie szyldwach. Reprezentant „Warsztatu”, Persicki, obserwował przez powiększającą ośmiokrotnie lornetkę Zeissa plac jarmarczny, potem pokręcił się, dowiedział się, że „Skrjabin” nadejdzie dopiero za pięć godzin i udał się do miasta.

W cieniu prasy hydraulicznej na krześle Worobjaninowa siedziała Agafja Tichonowna i flirtowała z grającym na bałałajce wirtuozem, dobrze ułożonym młodzieńcem o europejskim wyglądzie.

Wirtuoz czuł się doskonale w pokrewnem środowisku. Z wdziękiem usiadł na jednym z worobjaninowskich krzeseł, nie bacząc na to, że Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkind zmuszeni są kontentować się w piątkę dwoma tylko krzesełkami.

Dokoła krzeseł krążyli, jak szakale, nasi aferzyści. Ostapa oburzał zwłaszcza wirtuoz od bałałajki.

— Co to za ptaszek? — szeptał do Hipolita Matwiejewicza. — Byle osioł siedzi sobie na waszych krzesłach. Wszystko to są skutki waszego ordynarnego psiarstwa!....

— Czego się mnie czepiasz? — bąknął Worobjaninow. — Nawet słowa takiego nie znam — psiarstwo.

— Szkoda. Psiarstwo — to zalecanie się do młodych dziewcząt w nieczystych zamiarach. Wypieranie się wasze jest bezczelne. Liza wszystko mi opowiedziała. Cała Moskwa pokłada się ze śmiechu. Wszyscy wiedzą o waszych psich zalotach.

Spólnicy, wymyślając sobie pocichu, kręcili się dokoła krzeseł.

Wirtuoz zaprosił Agafję Tichonownę na obiad do „Paryskiej Komuny”.

Realizacja dźwiękowa westchnęła i powlokła się do knajpy „Pod tratwą”. Aferzyści ożywili się.

— Może zaryzykujemy? — rzekł nagle Ostap, zbliżając się bezwiednie do krzeseł. — Wy — dwa, ja — dwa i — drapaka! Co? Rajsko by to było, do kroćset!

Obejrzał się. Uciekać trzeba było wzdłuż wału, aż do zatarasowanej wozami ulicy Rożdziestwienskiej. A i poprzez tłum tragarzy niełatwo byłoby przecisnąć się. Na dobitkę Kaczkarew i Podkolesin wałęsali się w pobliżu. Oczywista, wszczęliby okropny hałas, gdyby tylko dostrzegli zamach na meble, rzekomo pochodzące z wytwórni Fortinbrasa przy Umsłompogasie imienia Baltazara. Ostap oklapł.

— Trzeba będzie jechać! Lecz w jaki sposób? W ostateczności możnaby było wsiąść na „Paryską Komunę”, dojechać do Caricyna i tam czekać na trupę, lecz forsa, forsa! Ach, Kisa, Kisa, niech was djabli porwą! Czy zrozumieliście już ogrom swego łajdactwa?

Przyjaciele pobiegli na przystań, do której już zbliżał się, idąc przeciw prądowi parostatek „Skrjabin”. Na pokładach jego sterczały drewniane tarcze z olbrzymiemi wizerunkami tęczowych obligacyj. Statek ryknął, naśladując krzyk mamuta, a może innego zwierzęcia, zastępującego w przedhistorycznych czasach syrenę okrętową.

Finansowo - teatralny biwak ożył. Biegli na wyścigi pracownicy loterji. W tumanach kurzu toczył się w stronę statku pulchniutki Platon Płaszczuk. Gałkin, Pałkin, Czałkin i Załkind wybiegli z knajpy „Pod tratwą”.

Koło kasy ogniotrwałej uwijali się już tragarze. Instruktor akrobatyki, Żorżetta Tyraspolskiem — sprężystym krokiem zbiegła po kładce. Symbijewicz-Syndyjewicz w trosce serdecznej o dekoracje, wzywając niebo na świadka, wyciągał błagalnie dłonie do stojącego na mostku kapitana. Kino - operator niósł swój aparat wysoko ponad głowami tłumu i w drodze jeszcze domagał się, by na laboratorium przydzielono mu czteroosobową kajutę.

Przez pomost przemaszerowali muzykanci, uzbrojeni w miedziane trąby. Z obrzydzeniem spoglądali oni na saksofony, fleksatony, butelki od piwa i opaski Esmarcha, w które była zaopatrzona dźwiękowa realizacja.

— Zafajdana banda, rzucił klarnet, zrównawszy się z piątką.

Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkin nic nie odrzekli, lecz w duszy poprzysięgli zemstę.

Koła loteryjne przywieziono na Fordzie. Była to wielce skomplikowana machina złożona z sześciu wirujących, połyskujących od miedzi i szkła, cylindrów.

W sali loteryjnej urządzono na gwałt estradę, przybijano do ścian plakaty i transparenty, ustawiano drewniane ławy dla zwiedzających i łączono przewodniki elektryczne z kołami loteryjnemi. Biurka umieszczono na rufie, w kajucie maszynistek rozległo się — przeplatane śmiechem — stukanie maszyn do pisania. Blady człowiek z hiszpańską bródką chodził po całym statku i do poszczególnych drzwi przybijał emaljowane tabliczki: „Oddział rozrachunkowy”, „Dział osobowy”, „Kancelarja”, „Maszynownia”. Do dużych tablic człowiek z bródką dodawał mniejsze tabliczki: „Wchodzić tylko za interesem”, „Nie przyjmuje się”, „Obcym wstęp wzbroniony”, „Wszelkich informacyj udziela Kancelarja”.

Salon pierwszej klasy był przeznaczony na wystawę znaków pieniężnych i bonów. Wywołało to wybuch oburzenia Gałkina, Pałkina, Małkina, Czałkina i Załkinda.

— Gdzie wobec tego będziemy jadać? — obruszali się. — A jeśli będzie deszcz?

— Oj, — rzekł Nik. Siestrin do swego pomocnika, — nie wytrzymam!... Jak myślisz, Sierjoża, a może obeszlibyśmy się bez realizacji dźwiękowej?

— Niemożliwe, Nikołaju Konstantynowiczu! Artyści przyzwyczaili się do rytmiki.

Akurat zaczął się nowy rwetes. Piątka wywąchała, że autor widowiska capnął wszystkie cztery krzesła do swojej kajuty.

— Tak, tak, — mówiła ironicznie Piątka, — próbę odbywać będziemy na łóżkach wiszących, na czterech krzesłach usadowi się Nikołaj Konstantynowicz z żoną swą Gustą, która nadomiar jest po za nawiasem naszej spólnoty. A może i my chcielibyśmy zabrać w podróż swoje żony!

Wielki kombinator spoglądał z brzegu z pasją na propagandowy statek.

Nowy wrzask dotarł do uszu spólników.

— Dlaczego przedtem nie powiedzieliście mi o tem? — krzyczał członek komisji.

— A skądże mogłem wiedzieć, że on zachoruje.

— Skandal! Jedźcie niezwłocznie do Rabisu i zażądajcie, by odkomenderowali nam malarza.

— Pocóż będę tam jeździł?

Jest już godzina szósta. Rabis dawno zamknięty. A i statek odchodzi za pół godziny.

— A więc sami musicie rysować. Podjęliście się udekorowania statku — ponoście teraz z łaski swej konsekwencje.

Ostap biegł już po kładce, rozpychając łokciami tragarzy, dziewczynki i zwykłych gapiów. Przy wejściu zatrzymano go.

— Ależ ja tylko do tego obywatela.

— Wszystko jedno. Trzeba mieć przepustkę.

— Towarzyszu! — wrzasnął Bender. — Pst! Pst! Grubasku! Panie, któremu potrzeba malarza!

Po pięciu minutach wielki kombinator siedział już w kajucie grubaska, kierownika gospodarczego pływającej pożyczki, i omawiał warunki pracy.

— A więc, towarzyszu, — klarował tłuścioszek, — żądamy od was: wykonania artystycznych plakatów i napisów oraz wykończenia transparentu. Zaczął go robić nasz malarz, lecz rozchorował się nagle i zmuszeni będziemy zostawić go tutaj w szpitalu. No i oczywista, należeć do was będzie ogólny nadzór nad częścią artystyczną. Możecie się tego podjąć? Uprzedzam — roboty huk.

— Tak, mogę się tego podjąć! Miewałem już tego rodzaju robotę.

— I możecie natychmiast jechać z nami?

— Niezbyt łatwe to, lecz postaram się.

Kierownikowi gospodarczemu spadł wielki ciężar z piersi. Promiennym wzrokiem, z dziecinną niefrasobliwością spoglądał tłuścioch na nowego malarza.

— Warunki? — spytał zuchwałe Ostap. — Proszę wziąć pod uwagę, że nie jestem zakładem pogrzebowym.

— Warunki ustalone przez związek. Według cennika Rabisa.

Ostap skrzywił się, co go niemało kosztowało.

— Oprócz tego bezpłatny wikt, — dorzucił spiesznie tłuścioch, i osobna kajuta.

— Niech już tam, — westchnął ciężko Ostap, — zgadzam się. Lecz mam z sobą chłopaka asystenta.

— Co do chłopaka to już nie wiem. Na chłopaka nie dali mi kredytów. Jeśli chcecie wziąć go na własny rachunek — z miłą chęcią. Niech sobie mieszka w waszej kajucie.

— No, niech już i tak będzie. Chłopak zahartowany. Przyzwyczaił się do spartańskiego trybu życia. Strawy dacie mu?

— Niech przychodzi do kuchni, może się tam co znajdzie.

Ostap dostał przepustkę dla siebie i dla chłopca, włożył do kieszeni klucz od kajuty i wyszedł na gorący pokład. Niemałe zadowolenie odczuwał przy dotknięciu klucza. Po raz pierwszy w życiu. Klucz i mieszkanie miał. Nie miał tylko pieniędzy. Lecz były one tuż obok w krzesłach. Wielki kombinator wpakował ręce do kieszeni i spacerował po pokładzie, nie dostrzegając pozostałego na brzegu Worobjaninowa.

Hipolit Matwiejewicz najpierw dawał milcząco znaki, a potem ośmielił się zlekka piszczeć. Lecz Bender był głuchy. Odwróciwszy się tyłem do marszałka imprezy, obserwował uważnie proces opuszczenia prasy hydraulicznej na dno okrętu.

Robiono ostatnie przygotowania do odbicia statku.

Rozległ się drugi sygnał. W skutek straszliwych tylu dźwięków stłoczyły się jakgdyby obłoki. Słońce sponsowiało i zginęło za horyzontem. W mieście zapalono lampy i latarnie. Od strony rynku słychać było skrzek gramofonów, popisujących się wobec ostatnich klijentów. Ogłuszony i samotny Hipolit Matwiejewicz krzyczał, lecz nie było go nic a nic słychać. Turkot kołowrotu zagłuszał wszystkie inne dźwięki.

Ostap Bender lubił efekty. Dopiero przed trzecim sygnałem, gdy Hipolit Matwiejewicz nie miał już ani krzty wątpliwości, że pozostawiono go na łasce losu, Ostap raczył to dostrzec.

— Czego stoicie, jak urzeczony? Myślałem, że oddawna już jesteście na statku! Zaraz zdejmą kładkę! Pędźcie czemprędzej! Przepuśćcie tego obywatela! Proszę oto jego przepustka.

Hipolit Matwiejewicz, płacząc niemal, wbiegł na statek.

— To ma być wasz chłopak? — spytał podejrzliwie zeno-choz.

— Chłopak, — odrzekł Ostap, — „może zły”? Typowy chłopak. Ten, kto odważy się powiedzieć, że to dziewczyna, niechaj rzuci we mnie kamieniem.

Tłuścioch odszedł srodze zasępiony.

— No, Kisa, zauważył Ostap, — trzeba będzie od samego rana zakasać rękawy. Przypuszczam, że potraficie rozrabiać farby, zauważcie sobie: jestem malarzem, skończyłem Wchutemas, a wy jesteście moim pomocnikiem. Jeśli wydaje się wam, że tak nie jest, to zmykajmy stąd czemprędzej.

Z pod rufy buchnęła czarno zielona piana. Statek drgnął, klasnęły miedziane talerze, flety, klarnety i basy wykonały dźwięczny marsz, poczem miasto, kręcąc się i balansując, przewędrowało na lewą stronę burty.

Dygocąc wciąż, przyjął odpowiedni kierunek i popłynął szybko z prądem. Z tyłu migotały gwiazdy, lampy i portowe różnobarwne znaki. W ciągu minuty statek tak się oddalił od brzegu, że światła miejskie wyglądały, jak rozżarzone główki szpilek.

W kajucie pierwszej klasy Ostap rozciągnął się jak długi — w butach — na skórzanej kanapie i, patrząc w zamyśleniu na pas ratunkowy, obciągnięty w zielone żaglowe płótno, wypytywał Hipolita Matwiejewicza:

— Umiecie rysować? Wielka szkoda. I ja, niestety, nie potrafię.

— A jak z literami? Też nie potraficie? Całkiem niedobrze! Przecież dostaliśmy się tutaj, jako malarze. W ciągu dwóch dni będziemy jakoś kręcić, a potem wyrzucą nas. W ciągu tych dwóch dni musimy zrobić wszystko, czego nam potrzeba. Sprawa komplikuje się nieco. Dowiedziałem się, że krzesła są w kajucie reżysera. Lecz i to ostatecznie nic strasznego. Najważniejsze jest to, że jesteśmy na statku. Póki nas nie wyrzucą, musimy obejrzeć dokumentnie wszystkie krzesła. Dziś już późno. Reżyser śpi w swej kajucie...