12 krzeseł/29

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXVIII 12 krzeseł • Rozdział XXIX • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXX
Rozdział XXVIII 12 krzeseł
Rozdział XXIX
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXX
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY.
Uparci poszukiwacze.

Z rana pierwszy zjawił się na pokładzie reporter Persicki. Zdążył już wziąść tusz i poświęcił dziesięć minut na ćwiczenia gimnastyczne. Ludzie spali jeszcze, lecz rzeka wiodła już swój zwykły żywot. Płynęły tratwy — olbrzymie płaty belek z izbami na nich. Maleńki statek, na którego łupinie widniała dumna nazwa — „Władca burz” ciągnął trzy inne powiązane z sobą statki z naftą. „Skrjabin”, mierząc głębokość wody prążkowaną żerdzią, zaczął opisywać koło, zawracając przeciwko prądowi.

Persicki przywarł do lornetki i zaczął patrzeć na przystań.

— „Barmino”, — przeczytał na szyldzie.

Życie na statku zaczęło zwolna budzić się. Rzucono na przystań ciężarek ze sznurem. Przy pomocy tego sznura ludzie z przystani przyciągnęli do siebie gruby koniec liny, służącej do przywiązywania statku. Śruby zaczęły się obracać w przeciwnym kierunku. Pół rzeki pokryło się szumiącą pianą. „Skrjabin” zadrżał od ostrych uderzeń i oparł się burtą o przystań. Było jeszcze zbyt wcześnie. Ciągnienie loterji postanowiono rozpocząć o dziesiątej rano.

Praca na „Skrjabinie” rozpoczynała się, tak jak na lądzie — punktualnie o dziewiątej. Nikt nie zmienił swych zwyczajów. Ten, kto na lądzie spóźniał się do biura, spóźniał się i tutaj, mimo, iż spał przecież w samej instytucji. Do nowych stosunków stany wędrowne Narkomfilmu przywykły bardzo szybko.

Woźni zamiatali kajuty równie obojętnie, jak biura w Moskwie.

Sprzątaczki roznosiły herbatę, gońcy biegali z aktami z dziennika podawczego do działu osobowego, nie dziwiąc się zupełnie temu, że dział osobowy znajduje się na rufie, a dziennik podawczy na dziobie. Z kajuty „rozrachunków” słychać było klekot liczydeł i zgrzytanie arytmometru.

Wielki kombinator, parząc bose stopy, uwijał się dokoła podłużnego, wąskiego pasa czerwonej tkaniny, malując na nim hasło, które raz po raz sprawdzał z wypisanym na świstku papieru tekstem:

„Kup los. Każdy człowiek pracy winien mieć w kieszeni obligację pożyczki państwowej”.

Wielki kombinator starał się gorliwie wywiązać z zadania, lecz zupełny brak zdolności w tym kierunku widoczny był — mimo wszystko — na pierwszy rzut oka. Napis zjechał w dół i cały ten kawał materjału był, jak się wydawało, bezpowrotnie zniszczony. To też Ostap, przy pomocy ucznia Kisy, odwrócił materjał na drugą stronę i znów wziął się do malowania. Był już teraz ostrożniejszy. Nim zaczął chlastać litery, pobielonym kredą sznurkiem nakreślił dwie równoległe linje i klnąc po cichu bogu ducha winnego Worobjaninowa, wziął się do malowania liter.

Hipolit Matwiejewicz spełniał sumiennie obowiązki chłopaka na posyłki. Pędził na dół po gorącą wodę, rozpuszczał, kichając klej w garnku, wsypywał do wiaderka farby i usłużnie zaglądał w oczy wymagającemu malarzowi. Skończony i wyschnięty transparent znieśli spólnicy na dół i przymocowali do burty.

Z kajuty wyszedł zaspany operator kinowy Pałkin. Ustawiał długo swój aparat, oglądał niebo, poczem, odwróciwszy się tyłem do zebranego już na przystani tłumu, nakręcił dziesięć metrów z kierownika działu osobowego. Kierownik, by wyjść bardziej naturalnie, próbował spacerować swobodnie przed aparatem, — lecz Pałkin sprzeciwił się temu:

— Nie wychodźcie, towarzyszu, z ram. Stójcie na miejscu. I rękami, bardzo was proszę, nie wymachujcie.

Kierownik założył ręce po napoleońsku i w tej posągowej pozie został sfilmowany. Po tem Pałkin znikł w swem laboratorjum.

Tłuścioch, który zaangażował Ostapa, pobiegł na brzeg i stamtąd obejrzał robotę nowego malarza. Litery były najrozmaitszej grubości, a przytem trochę krzywe. Tłuściochowi przeszło przez myśl, że nowy malarz, tak bardzo pewny siebie, mógłby to jednak trochę staranniej zrobić. Nie było jednak żadnego wyjścia i z konieczności trzeba się było tem kontentować.

O pół do dziesiątej udała się na brzeg orkiestra dęta i zaczęła wydmuchiwać namiętne marsze. Dźwięki muzyki zwabiły dziatwę z całego Barmina. Za dzieciakami ruszyli z sadów owocowych również chłopy i baby. Orkiestra grzmiała do chwili zejścia na brzeg członków komisji pożyczkowej. Zaczął się wiec. Z ganku gospody Korobkowa rozległy się pierwsze słowa referatu o położeniu międzynarodowem.

„Kolumbowcy” gapili się na zgromadzenie ze statku. Widać stąd było białe chusteczki bab, bojaźliwie trzymających się na boku, nieruchomy tłum chłopów, słuchających uważnie mówcy, oraz samego mówcę, giestykulującego od czasu do czasu rękami. Potem zagrała muzyka. Orkiestra odwróciła się i, nie przestając grać, ruszyła ku kładce. Za nimi cisnął się tłum.

— Momencik! — krzyknął z burty grubas. — Zaraz towarzysze, rozpocznie się ciągnienie loterji. Zapraszamy wszystkich na statek. Po skończonem ciągnieniu odbędzie się koncert. Proszę nie rozchodzić się po zakończeniu ciągnienia, lecz zgromadzić się na brzegu i stamtąd przyglądać się widowisku. Artyści będą grać na pokładzie!

Popychając się wzajemnie, pobiegli wszyscy na statek i udali się do sali loteryjnej. Komisja pożyczkowa i dokooptowani przedstawiciele gminy Barmino siedli na estradzie. Członkowie komisji zrobili to z godnością, nabytą przy podobnych tego rodzaju ceremonjach, natomiast przedstawiciele gminy (było ich dwóch), w łapciach i pasiastych granatowych koszulach z powagą taką, jakgdyby szli do młocki, udali się w kierunku stołu i siedli na brzeżku.

Po sprawdzeniu pieczęci na maszynie, zażądano dziecka z pośród publiczności.

Koła zaczęły obracać się, mrugając szklanemi okienkami. Zatrzymały się. Bosy chłopak, truchlejąc ze strachu, kładł rękę kolejno do każdego cylindra, wyjmował stamtąd, wyglądające jak papierosy bilety, i wręczał je członkom komisji.

Aparat loteryjny wyrzucał metodycznie kombinacje cyfr. Koła obracały się, wykrzykiwano numera, wieśniacy przyglądali się realizacji dźwiękowej, poruszonej ogromnie procesem ciągnienia, nabyli do spółki jedną obligację i po każdem oznajmieniu rezultatu wzdychali z ulgą:

— Chwała Bogu, nie nasz numer!

— Czego się cieszycie? — zdziwił się N. K. Sutkin. Przecież nie wygraliście?

— Wielka parada — dostać dwadzieścia rubli! — wrzasnęła dzielna Piątka. — Przecież na tę obligację można wygrać pięćdziesiąt tysięcy. Całkiem prosty rachunek.

— Wiecie co, przyjaciele — rzekł reżyser, — do większych wygranych jeszcze daleko — nie macie tu co do roboty. Idźcie przygotować się do występu.

Na chwilę wpadł Ostap, upewnił się, że wszyscy mieszkańcy statku siedzą w sali loteryjnej i znów pobiegł na pokład.

— Worobjaninow, — szepnął, — mam dla was niecierpiącą zwłoki robotę malarską. Stańcie u wylotu korytarza pierwszej klasy i nućcie. Jeżeli będzie kto podchodził — nućcie głośniej.

Stary zbaraniał:

— A cóż mam nucić?

— W każdym razie nie „Boże caria chrani”. Coś namiętnego — „Jabłuszko” lub „Serce dziewczyny”. Uprzedzam, że będzie z wami krucho, jeśli nie zaśpiewacie na czas tej arji! To nie eksperymentalny teatr! Stłuką na kwaśne jabłko!...

Wielki kombinator, człapiąc bosemi stopami, wybiegł na korytarz, wykładany wiśniowem drzewem. Duże zwierciadło, stojące na końcu korytarzu, odbiło w pewnej chwili jego postać. Czytał szyldzik na drzwiach:


NIK. SIESTRIN

Reżyser teatru Kolumba


Lustro opróżniło się, następnie ukazał się w niem znów wielki kombinator. Trzymał w ręce krzesło o giętych nóżkach. Przebiegł przez korytarz, wyszedł na pokład i, mrugnąwszy na Hipolita Matwiejewicza, udał się z krzesłem na górę do budki sternika. W oszklonej budce nikogo nie było. Ostap odniósł krzesło na rufę i raczył poinformować Worobjaninowa:

— Krzesło będzie tu stało aż do nocy. Wszystko obmyślałem. Nikt tu prawie, prócz nas, nie bywa. Zakryjemy krzesło plakatami, a gdy zmrok zapadnie, zapoznamy się spokojnie z jego zawartością.

Po chwili krzesło, zawalone deseczkami i skrawkami czerwonej materji, przestało być widoczne.

Hipolita Matwiejewicza znów ogarnęła gorączka złota.

— A dlaczego właściwie nie bierzemy go do naszej kajuty? — spytał ze zniecierpliwieniem. Moglibyśmy je odrazu wypatroszyć. I gdybyśmy znaleźli brylanty, to odrazu dalibyśmy dęba na brzeg...

— A gdybyśmy tam nie znaleźli? Co wtedy? gdzie je podziejemy? Może odnieść je z powrotem do obywatela Siestrina i uprzejmie powiedzieć darujcie, buchnęliśmy wam, uważacie, krzesełko, lecz, niestety, nic w niem nie znaleźliśmy, wobec czego, uważacie, zwracamy wam je w pozostawiającym nieco do życzenia stanie. Tak chcecie postąpić?

Wielki kombinator miał, jak zwykle, słuszność. Hipolit Matwiejewicz opanował w zburzenie dopiero wówczas, gdy na pokładzie rozległy się dźwięki uwertury, wykonywanej na kankach Esmarcha i baterjach pustych butelek.

Operacje pożyczkowe były skończone. Widzowie ulokowali się na pochyłości wybrzeża i wbrew wszelkim oczekiwaniom wyrażali hałaśliwie uznanie swe dla murzyńsko - aptecznego widowiska. Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkind spozierali wokół z dumą, jakgdyby mówiąc: „Aha, widzicie! A powiadaliście, że szerokie masy nie zrozumieją. Sztuka, uważacie, zawsze dociera!”

Następnie na zaimprowizowanej estradzie odegrali kolumbowcy lekki wodewil ze śpiewem i tańcami. Treścią tego wodewilu było opowiadanie o tem, jak prostak jakiś wygrał pięćdziesiąt tysięcy i co z tego wynikło. Aktorzy, wyzwoliwszy się z więzów nik-siestrinskiego konstruktywizmu, grali wesoło, tańczyli z temperamentem i śpiewali bardzo miłemi głosami. Brzeg był całkowicie zadowolony.

Jako następny numer programu popisywał się wirtuoz na bałałajce. Żakiet jego i przedział na głowie wywoływały w widzach zdumienie i ironiczne okrzyki.

Wirtuoz siadł na ławce, poprawił poły żakietu i zwolna zaczął grać węgierską rapsodję Liszta. Stopniowo przyśpieszając tempo, wzniósł się na szczyty techniki bałałajkowej. Sceptycy byli pokonani, lecz w tłumie nie odczuwało się entuzjazmu. Wtedy wirtuoz zagrał „Bubliczki”. Brzeg zaczął się uśmiechać.

„Kupujcie bubliczki” — grał wirtuoz, „gorące bubliczki”...

Bałałajka nabrała rozmachu. Przelatywała za plecy artysty i z poza pleców już słychać było: „Tę prośbę mam jedną, nim gwiazdy wkrąg zbledną...” Bałałajka unosiła się w górę i w czasie krótkiego swego lotu wykonywała niemało trudnych warjacyj.

∗             ∗

Nadeszła kolej na Żorżettę Tyraspolskich. Wyprowadziła ona z sobą stadko dziewcząt w sarafanach[1]. Koncert zakończył się tańcami ludowemi.

Znów rozległ się głos syreny i znów słońce ze strachu uciekło. Nadchodziła druga noc.

W stronę mostku kapitana toczył się kierownik gospodarczy. Za nim szedł techniczny dyrektor brylantowej koncesji.

— To jest nasz malarz powiedział — zaw-choz[2] — robimy tu transparent. Czy nie możnaby go umieścić na kapitańskim mostku? Będzie wtedy widoczny ze wszystkich stron.

Kapitan stanowczo wyrzekł się przyozdobienia mostku.

— Obok, jeśli łaska!

Zawchoz zwrócił się do Ostapa:

— A czy wam, towarzyszu - malarzu, wygodnie będzie obok kapitańskiego mostku?

— Wygodnie — westchnął Bender.

— No to pamiętajcie! Od rana weźmiecie się do roboty.

Ostap ze strachem myślał o jutrzejszym ranku. Miał wyciąć z tektury postać siewcy, rozrzucającego obligacje.

Ten artystyczny wyczyn przekraczał możliwości wielkiego kombinatora. Z literami radził sobie Ostap od biedy, czuł jednak, że artystyczne przedstawienie siewcy jest zupełnie niewykonalne.

— Weźcie to pod uwagę — uprzedzał grubas — od Wasjukowa począwszy urządzamy ciągnienia w porze wieczornej: bez transparentu ani rusz.

— Możecie być zupełnie spokojni — oświadczył Ostap, licząc raczej na dzisiejszy wieczór, niż na jutrzejszy ranek — transparent będzie gotów.

∗             ∗

Nadeszła gwiaździsta wietrzna noc. Mieszkańcy loteryjnej arki usnęli.

Lwy z komisji pożyczkowej spały. Spały jagnięta z działu osobowego, kozły z buchalterji, króliki z „wzajemnych rozrachunków”, hjeny i szakale realizacji dźwiękowej i gołębice z maszynami.

Nie spała tylko jedna grzeszna para, wielki kombinator wyszedł ze swej kajuty o pierwszej w nocy. Za nim podążał bezgłośny cień wiernego Kisy.

— Jedno z dwojga — rzekł Ostap — albo, albo.

Przedostali się na górny pokład i cichutko podeszli do krzesła, ukrytego pod warstwą desek. Ostap zdjął je ostrożnie, przewrócił krzesło, poczem zacisnąwszy szczękę, odpruł obicie obcęgami i wpakował dłoń pod siedzenie.

Wicher hulał po górnym pokładzie. Na niebie leciutko poruszały się gwiazdy. Pod nogami głęboko w dole szemrała czarna woda. Brzegów nie było widać. Hipolit Matwiejewicz dygotał.

— Jest! — rzekł Ostap zduszonym głosem.

— Trzymajcie!

∗             ∗


List ojca Fiedora, pisany w Baku w umeblowanych pokojach „Waluta” do żony swej w powiatowem mieście N.

Droga moja i luba żono!
Z każdą godziną zbliżamy się do naszego szczęścia. Piszę do Ciebie z umeblowanych pokojów „Waluta” po załatwieniu już wszystkich mych spraw. Miasto Baku jest bardzo duże. Słyszałem, że wydobywają tu naftę, lecz trzebaby do tego miejsca jechać koleją elektryczną, a ja nie mam pieniędzy. Malownicze miasto leży nad morzem Kaspijskiem. Przyznać trzeba, że jest ono istotnie bardzo duże. Skwar tu okropny. W jednej ręce trzymam palto, w drugiej marynarkę — a mimo to — gorąco. Ręce pocą się. Wciąż tylko popijam herbatkę. Pieniędzy prawie już nie mam. Lecz to nic. Kochana moja Katierino Aleksiejewna, będziemy wkrótce mieli pieniędzy w bród. Zajrzymy tu i tam, a potem osiedlimy się już na dobre w Samarze, obok naszej fabryczki i będziemy sobie popijać nalewkę. Zresztą przejdźmy do sprawy.
Ze względu na położenie geograficzne i na liczbę ludności miasto Baku przewyższa znacznie miasto Rostów. Jednakże pod względem ruchu ustępuje miastu Charkowowi. Bardzo tu dużo mniejszości. Zwłaszcza dużo Ormian i Persów. Blisko stąd, Matuchno moja, do Turcji. Byłem między innemi na bazarze. I widziałem dużo tureckich przedmiotów i szali. Pragnąłem kupić Ci w prezencie muzułmańską zasłonę, lecz nie miałem pieniędzy. I pomyślałem sobie, że gdy zbogacimy się (a rzecz to już bardzo bliskiej przyszłości), — to i na muzułmańską zasłonę można będzie się zdobyć.
Zapomniałem ci, Matuchno, napisać o dwóch okropnych wypadkach, które spotkały mnie w mieście Baku: 1) Marynarka brata twego, piekarza, wpadła do morza Kaspijskiego i 2) plunął we mnie na bazarze dromader. Oba te zdarzenia nader mnie zdumiały. Dlaczego władze pozwalają na takie nieprzyzwoitości wobec przyjezdnych, tem bardziej, iż dromadera nie tknąłem nawet, wprost przeciwnie — zrobiłem mu przyjemność — połaskotałem patykiem nozdrza. A marynarkę ratowaliśmy całą gromadą, ledwie - ledwie wyłowiliśmy ją, ale jak na złość ociekała cała naftą. Sam już nie wiem, co powiedzieć bratu twemu, piekarzowi. Ty, Kochanie, trzymaj tymczasem język za zębami. Czy jada jeszcze Jewstigniejew?
Przeczytałem list i spostrzegłem, że o interesie naszym nic Ci dotąd nie zdążyłem opowiedzieć. Inżynier Bruns rzeczywiście pracuje w Az-nafcie. Tylko w mieście Baku niema go teraz. Wyjechał na urlop do miasta Batum. Rodzina jego przebywa stale w Batumie. Rozmawiałem tu z rozmaitymi ludźmi i dowiedziałem się, od nich, że istotnie całe umeblowanie ma Bruns w Batumie. Mieszka tam w willi za miastem, na Zielonym Przylądku, jest tam takie letnisko (powiadają, że bardzo drogie). Droga stąd do Batumu kosztuje 15 rubli z kopiejkami. Wyślij mi tu dwadzieścia rubli telegraficznie, a ja z Batum wszystkie Ci prześlę. Rozpowiadaj w mieście, że ja wciąż jeszcze przebywam u wezgłowia ciotuni w Woroneżu.

Do grobowej deski mąż Twój Fiedia.

Post scriptum: Gdym odnosił list do skrzynki, skradziono mi z pokojów „Waluta” palto brata twego, piekarza. Jestem niepocieszony! Dobrze przynajmniej, że mamy teraz lato. Bratu nic nie mów.




Przypisy

  1. Strój wieśniaczek — długa suknia bez rękawów, zapinana z przodu na guziki.
  2. Zaw-choz — kierownik gospodarczy.