12 krzeseł/31

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXX 12 krzeseł • Rozdział XXXI • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXXII
Rozdział XXX 12 krzeseł
Rozdział XXXI
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXXII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY.
Międzyplanetarny kongres szachistów.

Od samego rana chodził po ulicach m. Wasjuki wysoki chudy starzec w złotych binoklach i w bardzo brudnych, powalanych farbą, butach.

Naklejał na murach pisane ręką plakaty:


22 czerwca 1927 r.
w lokalu klubu „TEKTUROWIE"
odbędzie się odczyt na temat:
ZWYCIĘSKA IDEA DEBIUTU
i
SEANS RÓWNOCZESNEJ GRY W SZACHY
Na 160 szachownicach grossmeistra (starszy mistrz)
O. Bendera.
Każdy przychodzi ze swoją szachownicą.
Opłata za grę — 50 kop.
Opłata za wstęp — 20 kop.
Początek punktualnie o godz. 6 wiecz.
Administrator K. MICHELSON.


Sam grossmeister również nie tracił czasu. Wynająwszy klub za trzy ruble, machnął się do szach-sekcji, która niewiadomo dlaczego mieściła się w korytarzu administracji stajni wyścigowej.

W szach-sekcji siedział jednooki jegomość i czytał powieść Spielhagena w wydaniu Pantelejewa.

— Jestem grossmeister O. Bender! — przedstawił się Ostap, siadając na stole. — Urządzam u was seans równoczesnej gry w szachy.

Jedyne oko wasjukinskiego szachisty rozszerzyło się tak, jak tylko pozwala na to matka-przyroda.

— Momencik, towarzyszu grossmeister! — krzyknął jednooki. — Spocznijcie, proszę. Zaraz wrócę.

I jednooki zniknął. Ostap obejrzał lokal szachistów. Na ścianach wisiały fotografje koni wyścigowych, a na stole leżała zakurzona i książka kancelaryjna z napisem: „Wyniki Wasjukinskiej szach-sekcji w 1925 roku”.

Jednooki powrócił z tuzinem obywateli w najrozmaitszym wieku. Wszyscy po kolei podchodzili, przedstawiali się i z szacunkiem ściskali dłoń grossmeistra.

— W przejeździe do Karamei, — mówił Ostap lakonicznie, — tak, tak, seans dziś wieczór, bardzo proszę. A teraz, darujcie, zmęczony jestem po karlsbadzkim konkursie.

Wasjukinscy szachiści słuchali Ostapa z iście synowską miłością. Ostapa zaczęło ponosić. Poczuł przypływ nowych sił i idej szachowych.

— Trudno poprostu uwierzyć, — mówił, — jak daleko posunęła się myśl szachowa. Wiecie, Laskier zszedł na psy, niepodobna z nim teraz grać. Dym z cygar puszcza prosto w nosy swych przeciwników, i naumyślnie pali tandetę, by dym był bardziej obrzydliwy. Świat szachistów jest tem poważnie zaniepokojony.

Grossmeister skierował rozmowę na tematy miejscowe.

— Dlaczego na prowincji brak polotu myśli? Ot, weźmy dla przykładu waszą szach-sekcję. Tak właśnie nazywa się — szach-sekcja. Nieciekawe to, mi mili! Dlaczego, doprawdy, nie nazwiemy i jej jakoś ładniej, tak jak szachistom przystoi. Wciągnęłoby to do sekcji masę związkowców. Gdybyście nazwali naprzykład waszą sekcję — „Klub szachowy czterech koni” lub „Utrata jakości przy zysku tempa”. Ładnie-by było! Melodyjnie!

Idea ta miała powodzenie.

— Istotnie, — przytaknęli wasjukincy, — dlaczego nie przemianować naszej sekcji na klub „Czterech koni”?

Ponieważ sekretarjat szach-sekcji znajdował się na miejscu, przeto zorganizował Ostap pod swym honorowym przewodnictwem króciutkie posiedzenie, na którem sekcję przechrzczono jednomyślnie na szach-klub „Czterech koni”. Grossmeister własnoręcznie, korzystając z doświadczenia nabytego na „Skrjabinie”, artystycznie na arkuszu tektury namalował szyldzik z czterema końmi i odpowiednim napisem.

Doniosły ten czyn rokował rozkwit myśli szachowej w Wasjukach.

— Szachy! — prawił z zapałem Ostap. — Czy wiecie, czem są szachy? Przyczyniają się do postępu zarówno kultury, jak i ekonomiki! Czy wiecie, że wasz klub szachistów pod wezwaniem „Czterech koni”, może — przy należytem postawieniu sprawy — przekształcić najzupełniej miasto Wasjuki?

Ostap nic przez cały dzień nie jadł. Dlatego też krasomówstwo jego nie miało poprostu granic.

— Tak! — krzyczał. — Szachy wzmagają dobrobyt kraju! Jeśli zaaprobujecie mój projekt, to z miasta na przystań schodzić będziecie po marmurowych schodach! Wasjuki staną się stolicą dziesięciu gubenij! Co słyszeliście przedtem o mieście Semmeringu? Nic! A teraz mieścina ta zbogaciła się i zasłynęła szeroko tylko dlatego, że zorganizowano tam międzynarodowe zawody. Dlatego powiadam wam: w Wasjukach trzeba koniecznie urządzić międzynarodowe zawody szachistów.

— Jakto! — wrzasnęło audytorjum.

— Sprawa ta jest całkowicie realna, — odrzekł grossmeister,— moje stosunki osobiste i wasza inicjatywa — oto wszystko, czego potrzeba i co wystarcza do zorganizowania międzynarodowych zawodów w Wasjukach. Pomyślcie tylko, jak pięknie brzmieć będzie — „Międzynarodowe zawody w Wasjukach w 1928 r.“ ! Przyjazd Hose-Raula, Capablanki, Emanuela Laskiera, Aljochina, Nimcowicza, Reti’ego, Rubinsteina, Marrozzi’ego, Tarrasza, Widmara i dr. Grigorjewa — zapewniony . Nadto zapewniony byłby również mój udział!

— Lecz pieniądze! — jęknęli wasjukincy. — Przecież wszystkim trzeba płacić pieniądze! Grube tysiące! Skąd je wziąć?

— Moce niebieskie wszystko przewidziały! — oświadczył O. Bender. — Pieniądze będziemy mieli ze sprzedaży biletów!

— Któż u nas może płacić takie szalone ceny? Wasjukincy...

— Ależ nie Wasjukincy! Wasjukincy nie będą płacić, pieniędzy. Będą je zato otrzymywać! Przecież to wszystko jest ogromnie proste. Wszak na zawody, w których uczestniczyć będą takie światowe asy, zjadą się miłośnicy szachów ze wszystkich stron świata. Setki tysięcy ludzi, bogatych, zasobnych ludzi, zdążać będzie do Wasjuków. Po pierwsze wobec takiego nawału pasażerów komunikacja wodna okaże się niedostateczna i N. K. P. S. wybuduje nową linję kolejową Moskwa — Wasjuki. To jest punkt pierwszy. Punkt drugi — hotele i drapacze chmur dla gości. Punkt trzeci — podniesienie się kultury rolnej w promieniu tysiąca kilometrów, — gości trzeba wszak zaopatrywać w żywność — jarzyny, owoce, kawior, karmelki czekoladowe. Pałac, w którym odbywać się będą zawody — punkt czwarty. Punkt piąty — budowa garaży na samochody naszych gości. Celem nadawania na świat cały sensacyjnych rezultatów zawodów — konieczne stanie się wybudowanie gigantycznej radjostacji. To jest punkt szósty. Teraz co do budowy linji kolejowej Moskwa — Wasjuki. Niewątpliwie poza granice możliwości wykraczałoby przewiezienie do Wasjuków wszystkich chętnych. Stąd logiczna konieczność wybudowania portu lotniczego „Wielkie Wasjuki”, regularna komunikacja powietrzna samolotów pocztowych ze wszystkiemi punktami świata, nie wyłączając Los Angelos i Melbourne...

Olśniewające perspektywy ukazały się wasjukinskim miłośnikom gry szachowej. Rozszerzyły się poprostu granice pokoju. Przegniłe ściany gniazda wyścigowego rozpadły się, a zamiast nich wystrzelił w błękity szklany trzydziestopiętrowy gmach myśli szachowej. W każdej sali, w każdym pokoju, a nawet w mknących błyskawicznie windach, siedzieli zamyśleni ludzie i grali w szachy na inkrustowanych malachitem szachownicach.

Marmurowe schody, istotnie, wiodły aż do modrych fal Wołgi. Na rzece stały parowce oceaniczne. Do miasta zdążali pyskaci cudzoziemcy, szachowe ladies, austrjaccy zwolennicy indyjskiej obrony, hindusi w białych turbanach, stronnicy hiszpańskiej partji, Niemcy, Francuzi, nowo-zelandczycy, mieszkańcy doliny Amazonki oraz, zazdroszczący wasjukincom, — mieszkańcy Moskwy, Leningradu, Kijowa, Odessy i Syberji. Pomiędzy dwoma rzędami marmurowych hoteli ciągnął się długi sznur samochodów. Nagle — wszystko stanęło. Z luksusowego hotelu „Pionek” wyszedł światowej sławy champion Hose-Raul Capablanca - i - Granpera. Otaczały go damy. Milicjant, specjalnie po-szachowemu ubrany (frencz — kraciasty z wyhaftowanemi na kołnierzu słoniami), uprzejmie zasalutował. Z godnością podszedł do championa jednooki prezes wasjukinskiego klubu „Czterech koni”. Rozmowę dwóch gwiazd, prowadzoną w języku angielskim, przerwało przybycie doktora Grygorjewa i światowej sławy championa Aljochina. Krzyki powitalne grzmiały w całem mieście. Hose - Raul Capablanca - i - Granpera skrzywił się. Na skinienie dłoni jednookiego przystawiono do aeroplanu marmurowe schody. Doktór Grigorjew zbiegł po nich, uprzejmie wymachując nowym kapeluszem i omawiając po drodze ewentualny błąd Capablanki w mającym się odbyć match’u między Capablanką i Aljochinem.

Nagle ukazał się na horyzoncie czarny punkcik. Zbliżał się szybko i rósł, zmieniając się w ogromny szmaragdowy płatowiec. Znajdujący się tam człowiek z walizeczką wyglądał, jak duża rzodkiewka.

— To on! — krzyknął jednooki. — Hurra! Hurra! Hurra! Poznaję wielkiego filozofa-szachistę, doktora Laskiera. Na całym świecie on jeden jedyny nosi takie zielone skarpetki!...

Hose - Raul - Capablanca - i - Graupera znów skrzywił się.

Zwinnie przystawiono do maszyny Laskera marmurowe schody, i rzeźki eks-champion, strzepnąwszy z lewego rękawa pyłek, który osiadł na nim w czasie przelotu nad Śląskiem, — padł w objęcia jednookiego. Jednooki otoczył Laskiera ramieniem, zaprowadził go do championa i rzekł:

— Pogódźcie się! Proszę was o to w imieniu olbrzymich rzesz wasjukinców! Pogódźcie się!

Hose - Raul westchnął hałaśliwie i, potrząsając dłoń starego weterana, rzekł:

— Zawsze uchylałem czoła przed pańskim pomysłowym krokiem w hiszpańskiej partji: z b5 na c4!

— Hurra — wrzasnął jednooki. — Proste i przekonywujące, godne championa!

I cały niezmierzony tłum zawtórował:

— Hurra! Vivat! Banzaj! Proste i przekonywujące, godne championa!!!!

Entuzjazm doszedł do zenitu. Dostrzegłszy mistrza Dusa-Chocimirskiego i mistrza Pierekatowa, którzy unosili się nad miastem w owalnym pomarańczowym samolocie, machnął jednooki ręką. Dwa i pół miljona ludzi zaczęło w natchnionym uniesieniu śpiewać dumny hymn szachistów.

Ekspresy zajeżdżały na dwanaście wasjukinskich dworców, przywożąc wciąż nowe i nowe rzesze miłośników gry szachowej.

Do jednookiego podbiegł kurjer:

— Panika na gigantycznej radjo - stacji. Pomoc pańska niezbędna.

Na radjo-stacji inżynierowie spotkali jednookiego okrzykami:

— Alarmujące sygnały! Alarmujące sygnały!

Jednooki wpakował na uszy słuchawki i cały zamienił się w słuch:

— Uau, uau, uau! — drgało powietrze od rozpaczliwych krzyków. — SOS! Ratujcie nasze dusze!

— Kim jesteś, człowieku, błagający o ratunek? — krzyknął surowo w przestrzeń jednooki.

— Jestem młodym Meksykaninem ! — poinformowały fale powietrzne. — Ratujcie moją duszę.

— Czy macie jaki interes do klubu szachistów pod wezwaniem „Czterech koni”?

— Najpokorniejszą prośbę!...

— O co idzie?

— Jestem młodym Meksykaninem Torre. Dopiero co wypisałem się z domu warjatów. Pozwólcie mi być obecnym na zawodach! Pozwólcie!

— Och! Nie mam czasu na takie błahostki! — odrzekł jednooki.

— SOS! SOS! SOS! — wrzasnęła przestrzeń powietrzna.

— No, zgoda! Może pan tu przylecieć.

— Nie mam pienię-ę-ę-dzy! — rozległ się głos u wybrzeży Meksykańskiej zatoki.

— Och! Jakże męczący jednak są ci młodzi szachiści! — westchnął jednooki. — Poślijcie po niego moją motopowietrzną drezynę! Niechaj przyjedzie!

Niebo rozgorzało już mnóstwem reklam świetlnych, gdy wzdłuż ulic miejskich przeprowadzono białego konia. Był to jedyny koń, który ocalał po zmechanizowaniu wasjukinskich środków transportowych. Była to powszechnie znana klacz. W drodze jednak specjalnej uchwały została przemianowana na konia. Zwolennicy gry szachowej witali go, wymachując gałązkami palmowemi i szachownicami.

— Bądźcie spokojni, — rzekł Ostap, — projekt mój zapewni waszemu miastu niebywały poprostu rozwit sił produkcyjnych. Pomyślcie tylko, co się stanie wówczas, gdy zawody będą zakończone i wszyscy goście rozjadą się. Mieszkańcy Moskwy, duszący się w skutek kryzysu mieszkaniowego, dokonają najścia na wasz wspaniały gród. Wasjuki staną się automatycznie stolicą kraju. Tutaj przeniesie się rząd. Wasjuki zostaną przemianowane na New - Moskwę, a Moskwa na Stare Wasjuki. Charkowianie zgrzytać będą zębami, lecz będą bezsilni. New - Moskwa stanie się najwytworniejszą stolicą w Europie, a następnie w całym świecie...

— W całym świecie!! — jęknęli oszołomieni do cna wasjukincy.

— Tak! A potem — potem — we wszechświecie. Idea szachów, która zdołała miasto powiatowe przekształcić w stolicę kuli ziemskiej, przekształci się w naukę stosowaną i wynajdzie sposoby międzyplanetarnej komunikacji. Z Wasjuków posyłać się będzie sygnały na Marsa, Jupitera i Neptuna. Komunikacja z Wenerą stanie się równie łatwa, jak przejazd z Rybińska do Jarosławia. A potem, kto wie, może za lat już osiem, odbędzie się w Wasjukach pierwszy od stworzenia świata międzyplanetarny kongres szachistów...

Ostap otarł pot ze swego szlachetnego czoła. Był tak wściekle głodny, że gotów był zjeść pieczonego konia z szachów.

— T-e-e-k, — wydusił z siebie jednooki, wodząc oszalałym wzrokiem po zakurzonym lokalu, — lecz w jaki sposób zrealizować praktycznie ten pomysł, założyć, że tak powiem, fundamenta?

Obecni patrzyli wyczekująco na grossmeistra.

— Powtarzam, praktyczne wykonanie tej sprawy zależy jedynie i wyłącznie od waszej inicjatywy. Stroną organizacyjną, powtarzam, ja sam się zajmę. Kosztów żadnych, prócz, oczywista, wydatków na telegramy.

Jednooki trącał swych towarzyszy broni.

— I cóż? — pytał. — Co wy na to?

— Urządzimy! Urządzimy! — potakiwali wasjukincy.

— Ileż potrzeba tych pieniędzy na... te... telegramy?

— Śmieszna suma — rzekł Ostap, — sto rubli.

— Mamy w kasie zaledwie dwadzieścia jeden rubel szesnaście kopiejek. Rozumiemy, oczywista, że jest to znikoma sumka...

Lecz okazało się, że grossmeister był chwackim organizatorem.

— Dobrze, — powiedział, — dajcie te wasze dwadzieścia rubli.

— A czy starczy? — spytał jednooki.

— Na początkowe telegramy starczy. A potem zaczną napływać ofiary i nie będzie poprostu gdzie chować pieniędzy.

Grossmeister schował pieniądze do zielonej podróżnej marynarki, poczem nieomieszkał przypomnieć zebranym o swym odczycie i pokazie równoczesnej gry na 160 szachownicach. Następnie uprzejmie pożegnał się i skierował swe kroki do klubu „Tekturowiec”, gdzie wyznaczył sobie spotkanie z Hipolitem Matwiejewiczem.

— Głodny jestem, — wyszeptał Worobjaninow.

Siedział przy okienku kasowem, lecz nie zebrał jeszcze dotąd ani grosza i nie mógł kupić choćby chleba. Przed nim leżał zielony druciany koszyczek, przeznaczony na pieniądze. W takich koszyczkach w średnio - zamożnych domach przechowują zazwyczaj noże i widelce.

— Wiecie, Worobjaninow, — krzyknął Ostap, — zaniechajcie na jakie półtorej godzinki swych operacyj kasowych. Idziemy na obiad do Nar - pitu. Po drodze naszkicuję sytuację. Racja, musicie się ogolić i oczyścić. Wyglądacie, jak oberwaniec. Grossmeister nie może mieć tak podejrzanych znajomych.

— Ani jednego biletu nie sprzedałem, — zakomunikował Hipolit Matwiejewicz.

— Nie trapcie się. Wszyscy zejdą się wieczorem. Miasto ofiarowało mi już dwadzieścia rubli na zorganizowanie międzynarodowych zawodów szachowych.

— A więc poco pokaz jednoczesnej gry? — szepnął administrator. — Mogą nas zbić na kwaśne jabłko. A, mając dwadzieścia rubelków, możnaby zaraz wsiąść na parowiec (przyszedł akurat „Karol Liebknecht”), pojechać spokojnie do Stalingradu i oczekiwać tam przyjazdu teatru. Może uda się nam wypatroszyć krzesła. Będziemy wtedy bogaczami i wszystko do nas należeć będzie.

— O pustym żołądku nie należy mówić takich głupstw. Wpływa to negatywnie na mózg. Za dwadzieścia rubli uda się nam może nawet dojechać do Stalingradu. Lecz za co będziemy jeść? Witamin, drogi towarzyszu - prezesie, nikomu darmo nie dają. Natomiast z pełnych ekspansji wasjukinców można będzie za seans i odczyt wydoić ze trzydzieści rubli.

— Pobiją nas! — powiedział gorzko Worobjaninow.

— Oczywista, jest w tem sporo ryzyka. Mogą nas zbić na kwaśne jabłko. Zresztą, mam pewną kombinacyjkę, która w każdym bądź razie przynajmniej was uchroni przed niebezpieczeństwem. Lecz o tem potem. Tymczasem chodźmy pokosztować tutejszych specjałów...




O godzinie szóstej wieczór grossmeister syty, ogolony i pachnący wodą kolońską wszedł do kasy klubu „Tekturowiec”. Syty i ogolony Worobjaninow sprzedawał żwawo bilety.

— Jakże tam? — spytał szeptem grossmeister.

— Biletów wstępu — trzydzieści i biletów uczestnictwa — dwadzieścia, — odrzekł administrator.

— Szesnaście rubli, słabo, słabo!

— Ależ, Bender, spojrzyjcie na ten ogonek przed kasą! Ani chybi — zbiją nas!

— Nie myślcie teraz o tem. Będziecie beczeć, gdy będą bić, a tymczasem nie marudźcie! Uczcie się handlu!

Po upływie godziny było już w kasie trzydzieści pięć rubli. Publiczność niecierpliwiła się w sali.

— Zamykajcie okienko! Dajcie forsę! — rzekł Ostap. — A teraz słuchajcie. Macie tu pięć rubli, idźcie na przystań, wynajmijcie łódkę na dwie godziny i oczekujcie mnie na brzegu poniżej śpichrza. Urządzimy sobie wieczorną przejażdżkę. O mnie możecie być całkiem spokojni. Jestem dziś w dobrej formie.

Grossmeister wszedł do sali. Czuł się doskonale i wiedział z całą pewnością, że pierwsze posunięcie e2 — e4 nie grozi mu żadnemi komplikacjami. Pozostałe wprawdzie posunięcia przedstawiały się nader mglisto, lecz wielkiego kombinatora nie zbijało to bynajmniej z tropu. Obmyślił zupełnie nieoczekiwany sposób wyjścia z najbardziej nawet beznadziejnej partji.

Grossmeistra przywitano oklaskami. Niedużą salkę klubową zdobiły różnobarwne papierowe chorągiewki. Przed tygodniem odbyła się tu zabawa „Towarzystwa pomocy tonącym”, czego widomym śladem było między innemi hasło na ścianie: „Ratowanie tonących — winno być dziełem samych tonących”.

Ostap ukłonił się, zrobił przytem gest, zastrzegający się jakgdy-by przed niezasłużonemi oklaskami i wszedł na estradę.

— Towarzysze! — zaczął wspaniałym głosem. — Towarzysze i bracia moi w szachach, tematem mego odczytu jest to, o czem przed tygodniem czytałem i, przyznać muszę, nie bez korzyści, w Niźnim Nowogrodzie. Temat mego odczytu — to zwycięska idea debiutu. Towarzysze, co to jest debiut i co to jest idea? Debiut, towarzysze. — to „Quasi una fantasia”. A co to jest, towarzysze, uważacie, idea? Idea, towarzysze, — to myśl ludzka, przyobleczona w logiczny kształt szachowy. Nawet przy znikomych siłach można opanować całą szachownicę. Wszystko zależy od tego, z jakiem indywiduum mamy do czynienia. Weźmy, naprzykład, tego blondynka w trzecim rzędzie. Przypuśćmy, że gra dobrze...

Blondyn z trzeciego rzędu zarumienił się.

— A tamten, naprzykład, brunet, gra, uważacie, gorzej.

Wszyscy odwrócili się i obejrzeli również bruneta.

— Cóż więc widzimy, towarzysze? Widzimy, że blondyn gra dobrze, a brunet gra źle. I żadne odczyty nie zmienią tego układu sił, jeśli każde indywiduum zosobna nie będzie się ustawicznie trenowało we władaniu szabl... pardon, chciałem powiedzieć — szachami... A teraz, towarzysze, opowiem wam parę pouczających historyj z praktyki naszych czcigodnych hyper-modernistów — Capablanki, Laskiera i doktora Grygorjewa.

Ostap podzielił się z audytorjum kilkoma przedpotopowemi anegdotkami, przeczytanemi jeszcze w dzieciństwie w „Przyjacielu dzieci”, i na tem zakończył swe intermezzo.

Zwięzłość odczytu wywołała śród obecnych lekkie zdumienie. Jednooki nie spuszczał swego jedynego oka z butów grossmeistra.

Jednakże przewidziany w programie seans równoczesnej gry położył chwilowo tamę podejrzeniom, nurtującym jednookiego szachistę. Wraz z innymi ustawiał stoły w podkowę. Do gry z grossmeistrem zasiadło raptem trzydziestu amatorów. Niektórzy z pośród nich byli straszliwie zmieszani i raz po raz zaglądali do podręczników gry szachowej, odświeżając w pamięci rozmaite kombinacje, które pozwoliłyby im poddać się grossmeistrowi z honorem: przynajmniej po dwudziestem drugiem posunięciu.

Ostap zerknął najpierw na szeregi „czarnych”, które otaczały go ze wszystkich stron, potem na zamknięte drzwi i — wziął się do roboty. Podszedł do jednookiego, który siedział przy pierwszej szachownicy, i przesunął królewski pionek z e2 na e4.

Jednooki wsparł natychmiast głowę na dłoniach i zaczął z natężeniem myśleć. W szeregach amatorów rozległ się szept:

— Grossmeister przesunął pionek z e2 na e4.

Ostap nie psuł swych przeciwników rozmaitością posunięć. Na pozostałych dwudziestu dziewięciu szachownicach dokonał tej samej operacji: przesunął królewski pionek z e2 na e4. Miłośnicy jeden po drugim łapali się za głowę i pogrążali w gorączkowych rozmyślaniach. Nie biorący udziału w grze spoglądali na grossmeistra.

Jedyny w mieście fotograf-amator wgramolił się właśnie na krzesło, lecz gdy zamierzał już zapalić magnezję, machnął Ostap gniewnie ręką i donośnie krzyknął:

— Zabierzcie stąd tego fotografa! Przeszkadza mi w skupieniu myśli szachowych!

„Z jakiej racji mam zostawić w tej marnej mieścinie swą fotografię? Nie lubię mieć do czynienia z milicją”, — pomyślał.

Syk oburzonych miłośników zmusił fotografa do wyrzeczenia się zamiaru. Gniew ich był tak wielki, że fotografa wykurzono nawet z lokalu.

Przy trzeciem posunięciu okazało się, że grossmeister gra osiemnaście hiszpańskich partyj. W pozostałych dwunastu czarni zastosowali przestarzałą już wprawdzie, lecz dość celową obronę Filidora. Ostap byłby niepomiernie zdziwiony, gdyby dowiedział się, że gra takie trudne partje i walczy z tak wypróbowaną obroną. Sedno w tem, że wielki kombinator grał w szachy po raz drugi w życiu.

Z początku miłośników, a przedewszystkiem jednookiego ogarnęło przerażenie. Podstęp grossmeistra był niewątpliwy. Z nadzwyczajną niefrasobliwością i, niewątpliwie, drwiąc w duszy niemiłosiernie z amatorów miasta Wasjuki, — poświęcał grossmeister pionki oraz ważne i mniej ważne figury. Zdyskwalifikowanemu podczas odczytu brunetowi ofiarował nawet damę.

Brunet przeraził się do tego stopnia, że chciał niezwłocznie poddać się. Niemało wysiłku kosztowało go dalsze kontynuowanie gry.

Po pięciu minutach spadł jakgdyby grom z jasnego nieba.

— Mat! — bąknął przerażony śmiertelnie brunet — Daję wam mata, towarzyszu grossmeistrze.

Ostap zanalizował sytuację, „damę” nazwał haniebnie „królową” i górnolotnie powinszował brunetowi wygranej. Śród miłośników rozległ się szmer.

„Trzeba wyrywać!” — pomyślał Ostap, krążąc spokojnie dokoła stołów i niedbale przesuwając figury.

— W sposób niewłaściwy postawił pan konia, towarzyszu grossmeistrze, — wykrztusił jednooki. — Koniem tak się nie chodzi.

— Pardon, pardon, darujcie, — odrzekł grossmeister, — jestem nieco znużony odczytem.

W ciągu następnych dziesięciu minut przegrał grossmeister jeszcze dziesięć partyj.

W klubie „Tekturowiec” zaczęły się raz po raz rozlegać okrzyki zdumienia. Konflikt powoli dojrzewał. Ostap przegrał jedna po drugiej jeszcze piętnaście partyj, a wkrótce — jeszcze trzy. Pozostał na placu jeden już tylko jednooki. Na początku gry zrobił ze strachu mnóstwo błędów i teraz z trudem zdążał do zwycięskiego końca. Ostap zdjął nieznacznie z szachownicy czarną wieżę i schował ją do kieszeni.

Szum zwarł się dokoła grających.

— Dopiero co stała tu moja wieża! — krzyknął, rozglądając się dokoła, jednooki. — A teraz już jej niema.

— Niema, a więc nie było! — odrzekł gburowato Ostap.

— Jak to — nie było? Doskonale pamiętam!

— Oczywista, nie było.

— A gdzież się w takim razie podziała? Wygraliście ją?

— Wygrałem.

— Kiedy? Przy jakiem posunięciu?

— Czego mi zawracacie głowę z waszą wieżą! Powiedzcie poprostu, że chcecie się poddać!

— Ależ, towarzysze, wszystkie posunięcia mam zapisane!

— W kancelarjach piszą! — rzekł Ostap.

— To oburzające! — zawył jednooki. — Oddajcie mi moją wieżę!

— Poddajcie się, poddajcie, co to za hocki-klocki!

— Oddajcie wieżę!

Przy tych słowach grossmeister zrozumiał, że zwłoka równa się śmierci, wziął przeto w garść parę figur i cisnął je w głowę jednookiego przeciwnika.

— Towarzysze! — wrzasnął jednooki. — Biorę was na świadków! Biją amatora.

Szachiści miasta Wasjuki zbaranieli.

Ostap, nie tracąc drogiego czasu, cisnął szachownicą w lampę i, waląc po ciemku po łbach jakichś i gębach, wybiegł na ulicę. Wasjukińscy miłośnicy, popychając się wzajemnie, skoczyli za nim.

Noc była księżycowa. Ostap mknął po oświetlonej srebrnym blaskiem ulicy, unosząc się nad grzeszną ziemią lekko, jak anioł. Ponieważ przemiana Wasjuków w centrum wszechświata nie została jeszcze dokonana, przeto uciekać trzeba było drogą, wiodącą nie pomiędzy dwoma rzędami pałaców, lecz między drewnianemi domkami, zaopatrzonemi w zewnętrzne okiennice. Za Ostapem biegli pędem miłośnicy gry szachowej.

— Trzymajcie grossmeistra! — ryczał jednooki.

— Łotr! — przytakiwali pozostali.

— Durnie! — rewanżował się grossmeister, zdwajając szybkość.

— Milicja! — wrzeszczeli, dotknięci do żywego szachiści.

Ostap dopadł już schodów, prowadzących na przystań. Pozostawała jeszcze do przebycia przestrzeń czterystu stopni. Na szóstym pomoście czatowali już na Ostapa dwaj amatorzy, którzy pobiegli na przełaj. Ostap obejrzał się. Zgóry, nakształ sfory psów, toczyła się grupa rozwścieczonych zwolenników obrony Filidora. Rejterada była niemożliwa. Dla tego też Ostap pędził przed siebie.

— Popamiętacie mnie jeszcze, dranie! — warknął pod adresem zuchowatej pikiety, pędząc jak strzała z piątego pomostu.

Przerażony patrol wrzasnął z przestrachu, fiknął kozła za poręcz i potoczył się gdzieś w dół po zboczach i górkach. Droga była wolna.

— Trzymajcie grossmeistra! — słychać było z góry.

Kroki prześladowców na drewnianych schodach przypominały stuk spadających kręgli.

Znalazłszy się na brzegu, zboczył Ostap na prawo, szukając wzrokiem łódki z wiernym sobie administratorem.

Hipolit Matwiejewicz siedział idyllicznie na łódce. Ostap skoczył gwałtownie na ławkę i zaczął wściekle wiosłować w kierunku przeciwnym od brzegu. Po chwili do łódki posypały się kamienie. Jeden z nich trafił Hipolita Matwiejewicza. Tuż nad wiadomym pryszczem wyskoczył guz. Hipolit Matwiejewicz wtulił głowę w ramiona i beknął:

— Patrzajcie go! Mnie omal głowy nie urwali. A ja — nic. Wesół jestem i dobrej myśli. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę pięćdziesiąt rubli czystego zysku, to przyznać musimy, że za jeden guz na waszej głowie jest to wcale przyzwoite honorarjum.

Tymczasem prześladowcy, którzy dopiero teraz zrozumieli, że plan przekształcenia Wasjuków w New-Moskwę runął, i że grossmeister wywozi z miasta pięćdziesiąt rubli wasjukińskiej krwawicy — wpakowali się do dużej łodzi i z hałasem wypłynęli na środek rzeki. Do łodzi wpakowało się ze trzydziestu ludzi. Każdy pragnął wziąć osobiście udział w wymierzeniu sprawiedliwości grossmeistrowi.

Ekspedycją kierował jednooki. Jedyne jego oko świeciło w nocy, jak latarnia morska.

— Trzymać grossmeistra! — wyli w przeładowanej barce.

— Wiejmy, Kisa! — rzekł Ostap. — Jeśli nas dopędzą — nie ręczę za całość waszych binokli.

Obie łódki szły z prądem w dół rzeki. Odległość między niemi wciąż się zmniejszała. Ostap wytężał resztki sił.

— Nie wymkniecie się, dranie! — odgrażano się z barki.

Ostap nie odpowiadał. Nie miał na to czasu. Zapamiętale wiosłował. Fontanny biły z pod szalejących wioseł i wpadały do łódki.

— Prędzej! — szeptał Ostap do siebie.

Hipolit Matwiejewicz zmordował się do cna. Barka triumfowała. Kadłub jej mijał już łupinę spólników z lewej strony, pragnąc przycisnąć grossmeistra do brzegu. Nie wesoły los czekał spólników. Na barce zapanowała tak wielka radość, że wszyscy szachiści przeszli na prawy bok, aby, zrównawszy się z łódką, natrzeć przeważającemi siłami na niegodziwego grossmeistra.

— Pilnujcie binokli, Kisa! — krzyknął w rozpaczy Ostap, rzucając wiosła, — zaraz zacznie się!

— Panowie! — pisnął nagle Hipolit Matwiejewicz kogucim głosem. — Doprawdy będziecie nas bić?

— I jeszcze jak! — huknęli wasjukińscy amatorzy, szykując się do opanowania wrogiej łódki.

Lecz w tym czasie zaszedł wypadek, krzywdzący ogromnie szachistów całego świata. Barka przechyliła się na prawo i wlała się do niej woda.

— Ostrożnie! — pisnął jednooki kapitan.

Lecz było już za późno. Zbyt wielu miłośników gry szachowej stłoczyło się na prawym brzegu wasjukińskiego dreadnoughta. Wobec przesunięcia środka ciężkości, barka przestała się kołysać i zgodnie z prawem fizyki przewróciła się.

Wspólny jęk przeszył ciszę nocną.

— Uau! — pojękiwali szachiści.

Aż trzydziestu szachistów znalazło się w wodzie. Szybko wypływali na wierzch i jeden za drugim czepiali się przewróconej barki. Ostatni przypłynął jednooki.

— Durnie! — krzyczał w upojeniu Ostap. — Dlaczego nie bijecie waszego grossmeistra? Jeśli się nie mylę, zamierzaliście mnie bić?

Ostap opisał koło dokoła rozbitków:

— Rozumiecie chyba, cni obywatele miasta Wasjuków, że mógłbym was jednego po drugim potopić, jak szczenięta, lecz ja daruję wam życie. Żyjcie, obywatele. Tylko, na miłość boską, nie grajcie w szachy! Przecież wy nie macie zielonego pojęcia o grze! Ech, durnie, durnie! Jedziemy dalej, Hipolicie Matwiejewiczu! Żegnajcie, jednoocy miłośnicy! Zaczynam się lękać, że Wasjuki nie staną się wszechświatową stolicą. Nie sądzę, by mistrze gry szachowej przyjechali do takich kpów, jak wy, choćbym ja sam nawet ich o to prosił. Żegnajcie, amatorzy silnych wrażeń szachowych! Niech żyje klub „Czterech koni”!