12 krzeseł/32

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXXI 12 krzeseł • Rozdział XXXII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXXIII
Rozdział XXXI 12 krzeseł
Rozdział XXXII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXXIII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI.
I in-n!...

Ranek spotkał spólników niedaleko Czeboksarów. Ostap drzemał przy sterze, Hipolit Matwiejewicz poruszał sennie wiosłami. Nocny chłód przejmował obu dreszczem. Na wschodzie rozkwitały różowe pąki. Binokle Hipolita Matwiejewicza stawały się coraz jaśniejsze. Podłużne szkła zaczęły mienić się. Odzwierciadlały się w nich kolejno oba brzegi. Semafor z lewego brzegu załamał się w podwójnie wklęsłem szkle. Błękitne kopuły Czeboksarów płynęły nakształt okrętów. Ogród na wschodzie potężniał z każdą chwilą. Pąki przekształciły się w wulkany i zaczęły wyrzucać z siebie lawę najwspanialszych barw karmelkowych. Ptaszki na lewym brzegu zaczęły głośno awanturować się. Złota część binokli rozjarzyła się i oślepiła grossmeistra. Wzeszło słońce.

Ostap otworzył oczy i przeciągnął się; przechyliła się przytem łódka.

— Dzień dobry, Kisa — rzekł, ziewając na potęgę. — Pokłon ci niosę i wieść radosną: już słońce blaski nam śle gorące, słońce lękliwie wciąż drżące...

— Przestań — oznajmił Hipolit Matwiejewicz.

Ostap wyciągnął z zanadrza przewodnik i sprawdził:

— Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa — są to Czeboksary. Tak, tak... „Zwracamy uwagę na bardzo malowniczo położone miasto Czeboksary”... Kisa, czy doprawdy jest ono malowniczo położone? „Ludność w Czeboksarach wynosi obecnie 7.702 mieszkańców”... Kisa! Wiecie co, może przestaniemy już uganiać się za brylantami i zwiększymy ludność Czeboksar do 7.704 osób”... Co wy na to? Byłoby to nader efektowne... Otworzymy tu „Petit Cheveau” i z tego „Petit Cheveau” będziemy mieć całkiem pewny grand-kawał chleba. Jedźmy dalej! „W mieście, zbudowanem w 1555 roku, zachowało się parę bardzo ciekawych kościołów. Oprócz instytucyj rządowych Czuwaszskiej republiki, są tutaj: uniwersytet robotniczy, szkoła partyjna, instytut pedagogiczny, dwie szkoły wyższe, muzeum, towarzystwo naukowe i bibljoteka. Na czeboksarskiej przystani i na bazarze spotyka się czuwaszów i czeremisów, wyróżniających się zewnętrznym wyglądem”.

Lecz zanim przyjaciele zbliżyli się do przystani, na której spotyka się czuwaszów i czeremisów, uwagę ich zwrócił przedmiot, płynący z prądem po rzece.

— Krzesło! — krzyknął Ostap. — Administratorze! Nasze krzesło tam płynie!

Spólnicy popłynęli w kierunku krzesła. Kołysało się ono, przewracało, zanurzało w wodzie i znów wypływało, oddalając się od łódki spólników. Woda bez przeszkód napełniała jego rozprute wnętrze.

Było to krzesło, reperowane na „Skrjabinie”, i teraz dążące zwolna do Kaspijskiego morza.

— Witaj, przyjacielu! — krzyknął Ostap. — Kupę czasu już nie widzieliśmy się. Wiecie, Worobjaninow, krzesło to przypomina mi nasze życie. My również płyniemy z prądem. Zatapiają nas, my wypływamy na powierzchnię, choć — widzimisię — nikt się z tego nie cieszy. Nikt nas nie lubi, oprócz wywiadu kryminalnego, który również nas nie lubi. Nikogo nic a nic nie obchodzimy. Gdyby miłośnikom gry szachowej udało się nas wczoraj zatopić, pozostałby po nas jedynie protokół oględzin zwłok naszych. „Oba ciała mają nogi wyciągnięte na południo - wschód, a głowy na północo - zachód. Rany szarpane, zadane najwidoczniej jakiemś tępem narzędziem”. Miłośnicy tłukliby nas, oczywista, szachownicami. Narzędzie, co tu gadać, do niczego. „Pierwszy — to trup mężczyzny mniej-więcej pięćdziesięciopięcioletniego, odzianego w podartą alpagową marynarczynę, stare spodnie i stare buty; w kieszeni marynarki dowód na nazwisko Konrada Karłowicza Michelsona”... To wszystko, Kisa, coby o was napisano.

— A o was coby napisano? — spytał gniewnie Worobjaninow.

— A! O mnie pisanoby całkiem inaczej. O mnie pisanoby tak:

„Drugi trup był to mężczyzna dwudziestosiedmioletni. Kochał i cierpiał. Kochał pieniądze i cierpiał w skutek ich braku. Głowa jego o wysokiem czole, obramowanem granatowo - czarnemi puklami, zwrócona jest do słońca. Wytworne nogi, czterdziesty drugi numer trzewików, skierowane są w stronę północnej zorzy. Ciało obleczone w nieskazitelnie białe szaty, na piersiach złota harfa inkrustowana — masa perłowa — oraz nuty romansu „Żegnaj, o wsi ma luba”. Zmarły młodzian zajmował się wypalaniem na drzewie, o czem wnioskować można ze znalezionego w kieszeni fraka dowodu, wydanego 23. VIII 24 r. przez związek chałupników„Pegaz i Parnas” za L. 86 — 1562”. I pochowają mnie, Kisa, uroczyście z orkiestrą i mowami i na pomniku mym wyryją: „Tu spoczywa znany żarotechnik i niszczyciel Ostap - Sulejman - Berta - Marja - Benderbej, którego ojciec był obywatelem tureckim i zmarł, nie pozostawiając w spadku synowi swemu Ostapowi - Sulejmanowi ani grosza. Matka nieboszczyka była hrabiną i żyła z lekkich zarobków”.

Gwarząc w ten sposób, przybili spólnicy do Czeborskiego brzegu.

Wieczorem, powiększywszy kapitał o pięć rubli (dzięki sprzedaży wasjukińskiej łódki), wsiedli przyjaciele na statek „Urycki” i popłynęli do Stalingrodu. Liczyli na to, że uda im się w drodze przegonić ślamazarny parowiec i spotkać się z trupą kolumbowców w Stalingrodzie.

Jarzący się gigant poniósł spólników w dół rzeki. Minęli Kazań, Tietjusze, Uljanowsk, Sengilej, sioło Nowodiewiczje i pod wieczór na stępnego dnia zbliżyli się do Żyguli.

Setki już razy w tej powieści nadchodził wieczór, zachodziło słońce i świeciły gwiazdy, lecz ani razu jeszcze nie wydawał się tak łagodny i nie zwiastował tak doniosłych zdarzeń.

Pokłady„Uryckiego” zapełniły się pomarańczowym — o blaskach zachodzącego słońca — tłumem pasażerów. Niewysokie góry Żygulewskie zieleniały z prawej strony. Pasażerów ogarnęła emocja.

Ostap, który cudem jakimś przepchał się z trzeciej klasy na dziób okrętu, wyciągnął przewodnik i dowiedział się z niego, że droga wzdłuż Żyguli daje ogromne zadowolenie.

— „Statek” — czytał Ostap na głos, — „płynie tuż przy brzegu, przecinając padające na rzekę cienie szczytów przybrzeżnych. Puszysty kobierzec zielonej o rozmaitych odcieniach roślinności nęci wędrowca, by zanurzył się w dziewiczą gęstwę lasów i rozkoszował odsłaniającemi się perspektywami i potężną krasawicą — Wołgą; nęci, by podumać o tych dawnych czasach, gdy niezorganizowane buntownicze elementy”...

Pasażerowie stłoczyli się dookoła Ostapa.

— „Niezorganizowane buntownicze elementy, czując swą niemoc wobec istniejącego porządku społecznego, „hulali” w tych okolicach, napędzając strachu kupcom i urzędnikom, zdążającym ku Wołdze, nader ważnemu traktowi handlowemu. Nie bez powodu zachował lud dotąd w swej pamięci niemało legend, pieśni i bajek, związanych z imionami częstych gości: Żygul — Jermana Timofjejewicza, Iwana Kolca, Stiepana Razina i in.”

— I in!... — powtórzył Ostap, upojony wieczorem.

— I in-n! — jęknął tłum, wpatrując się w niknące w cichej zmierzchu godzinie miny.

— I in! — gwizdnęła syrena na statku, oznajmiając o legendach, pieśniach i bajkach, spoczywających na szczytach Żyguli.

Księżyc, jak balon dziecinny, zawisł na niebie. Blask jego padł na górę.

Było to ponad siły ludzkie.

Z wnętrza statku dobiegało brzdąkanie gitary i namiętny głos kobiecy:


Z pośród skał rzecznego brzegu
Na szerokie morze fal
Wypływają gibkie czółna,
Gnając przez nieznaną dal...


Szereg głosów podchwycił melodję. Entuzjazm ogarnął statek. Wszyscy dumali „o dawnych czasach, gdy niezorganizowane buntownicze elementy hulały w tych okolicach, napędzając strachu”...

Księżyc i Żygule sprawiały niezapomniane wrażenie.

Gdy „Urycki” wymijał „Dwóch braci”, śpiewali wszyscy. Oddawna już nie było słychać gitary. Wszystko ginęło w grzmiących tonach:


— Dzień weselny Stieńkę z księżną
Na wieczyste czasy skuł...


Tymczasem „Urycki” dogonił statek loteryjny. Zdaleka można było myśleć, że na statku powstał bunt marynarzy — rozlegały się jęki, przekleństw a i przedśmiertne rzężenia. Wydawało się, że na „Skrjabinie” stłuczono już beczki z rumem powywieszano pasażerów pierwszej i drugiej klasy, a kapitan z rozbitą czaszką poniewiera się przed drzwiami z napisem: „Dział rozrachunkowy”.

W istocie zaś i załoga i pasażerowie pierwszej, drugiej i trzeciej klasy z niezwykłym hałasem i animuszem śpiewali ostatnią zwrotkę:


— Cóż milczycie, oniemieli?
Niech gra wino, śmiechy, hej,
Zaśpiewajcie pieśni kurhanną...


„Uricki”, który dopędził Skrjabina, znajdował się w centrum rozśpiewanego cyklonu. Pasażerowie gromadnie wyrzucali za burtę perską księżniczkę.

Stłoczyły się statki, służące lokalnej komunikacji. Przepełnione były tutejszymi mieszkańcami, którzy wzrastali w obliczu Żyguli. Nie bacząc na to również i tutejsi ludzie śpiewali „Stieńkę Razina”:


— Wołgo, Wołgo, rzeko święta
Przyjm dziewczynę cudnych kras...


W wodzie odzwierciadlały się czworokątne okna salonów na statku migotały latarenki statków lokalnych. Grzmiała pieśń i wydawało się, że na rzece odbywa się bal.

„Uricki” rozminął zręcznie parowiec loteryjny. Wspólnicy patrzeli z ufnością na swe pierwsze pływające schronienie. W blaskach świateł, pośród zakazujących napisów i urzędowej krzątaniny, stały w kajucie reżysera trzy krzesła. „Skrjabin” oddalał się tak powoli, że aż do samej Samary widać było jego światła.

∗             ∗

„Skrjabin” przyszedł do Stalingradu w początkach lipca. Przyjaciele oczekiwali go na przystani, ukryci za skrzyniami. Przed wyładowaniem statku odbyło się ostatnie ciągnienie.

Na krzesła trzeba było czekać cztery godziny. Najpierw wysypali się ze statku kolumbowcy i urzędnicy loteryjni. Następnie, po wyładowaniu prasy hydraulicznej, zaczęto wynosić dekoracje.

Krzesła wyniesiono, gdy już ściemniało się. Kolumbowcy załadowali się na pięć dwukonnych wozów, i, pokrzykując wesoło, pojechali wprost na dworzec.

— Wydaje mi się, że w Stalingradzie nie będą grali — rzekł Hipolit Matwiejewicz.

Myśl ta zaniepokoiła Ostapa.

— Trzeba będzie jechać — postanowił, — lecz za co jechać? Zresztą, chodźmy na dworzec, a tam zorjentujemy się.

Na dworcu zdawało się, że teatr jedzie do Piatigorska przez Mineralne wody. Pieniędzy starczyło wspólnikom raptem na jeden bilet.

— Umiecie jeździć na gapę? — spytał Ostap Worobjaninowa.

— Spróbuje — odrzekł nieśmiało Hipolit Matwiejewicz.

— Pal was licho! Lepiej nie próbujcie! Jeszcze raz wam daruję. Była nie była — ja pojadę na gapę.

Hipolit Matwiejewicz jechał za biletem w niewygodnym, nie posiadającym miejscówek, wagonie; wagonem tym przybył dawny marszałek szlachty na ozdobioną oleandrami w zielonych donicach stację „Mineralne wody” w północno - kaukaskiej dyrekcji kolejowej i, starając się nie w padać w oczy wysiadającym z wagonu kolumbowcom, udał się na poszukiwania Ostapa.

Teatr, ulokowawszy się w nowiutkich wagonach letniskowych, pojechał sobie już dawno do Patigorska, a Ostapa wciąż jeszcze nie było. Przyjechał dopiero pod wieczór i zastał Worobjaninowa całkiem rozklekotanego.

— Gdzieście byli? — lamentował marszałek. — Tak się już zmordowałem.

— To wy niby, mając bilet kolejowy w kieszeni — zmordowaliście się? A ja, na ten przykład, nie zmordowałem się? A więc to nie mnie na jednej ze stacyj przepędzano z buforów waszego pociągu? A więc to nie ja przesiedziałem tam, jak dureń, trzy godziny, oczekując pociągu towarowego z pustemi butelkami? Jesteście skończona świnia, obywatelu prezesie. Gdzie teatr?

— W Piatigorsku.

— A więc — jazda! Coś nie coś zwędziłem po drodze. Czysty dochód kalkuluje się w kwocie trzech rubli. Rozumie się, nie jest to wiele, lecz na zaopatrzenie się w narzan[1] i bilety kolejowe — wystarczy.

Pociąg lokalny z wielkim hałasem dowiózł podróżników w ciągu pięćdziesięciu minut. Minąwszy „Żmijkę” i „Besztau”, przybyli wspólnicy do podnóża Maszuka...




Przypisy

  1. woda mineralna.