12 krzeseł/33

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXXII 12 krzeseł • Rozdział XXXIII • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXXIV
Rozdział XXXII 12 krzeseł
Rozdział XXXIII
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXXIV
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI.
Widok na malachitowy księżyc.

Był czysty, przejrzysty wieczór niedzielny. Wydawało się nawet, że Maszuk, którego zbocze pokryte jest krzakami i gajami, był starannie jakoś rozczesany i sączył zapach górskiego weżetalu.

Na lilipucim peronie migały białe spodnie z najrozmaitszych materjałów: z rogoży, ze skóry, z płótna żaglowego i delikatnej flaneli. Noszono tu sandały i koszule „apasz”. Wspólnicy w ciężkich brudnych buciorach, w ciężkich zakurzonych spodniach, ciepłych kamizelkach i rozpalonych marynarkach czuli się tu zupełnie obco. Wśród mnóstwa jaskrawych perkalików, któremi popisywały się przyjezdne wykwintnisie, najjaskrawszy i najwytworniejszy zarazem był strój zawiadowczyni stacji. Ku zdumieniu wszystkich przyjezdnych zawiadowcą stacji była kobieta. Z pod czerwonej czapki z dwoma galonami na obramowaniu, sterczały niesforne rude pukle. Zawiadowczyni miała na sobie biały przepisowy kitel i białą spódnicę.

Wędrowcy nasi popatrzyli z lubością na zawiadowczynię, przeczytali świeżo nalepiony afisz o gościnnych występach w Piatigorsku teatru „Kolumba”, wypili dwie szklanki narzanu, poczem tramwajem „Dworzec — kwietnik” dostali się do miasta. Za wstęp na „kwietnik” wzięto dziesięć kopiejek.

Na „kwietniku” było dużo muzyki, dużo wesołych jegomościów i bardzo mało kwiatów. W białej muszli orkiestra symfoniczna grała „Tańce komarów”. W galerji Lermonotowa sprzedawano narzan. Narzan sprzedawano w kjoskach, bądź też roznoszone wśród publiczności.

Nikogo nic a nic nie obchodził lot dwuch brudnych poszukiwaczy brylantów.

Pierwszą noc w uzdrowisku spędzili wspólnicy koło źródła narzanu. Dopiero tu, w Piatigorsku, gdy teatr „Kolumba" pokazał zdumionym obywatelom „Ożenek” swój po raz trzeci, zrozumieli wspólnicy całą trudność pogoni za brylantami. Przedostać się, jak to początkowo planowali, do teatru — nie było rzeczą łatwą. Za kulisami nocowali: Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkind, którym djety markowe nie pozwalały na zamieszkanie w hotelu. Mijały dni jeden za drugim i przyjaciele tracili poprostu siły, nocując w miejscu, wsławionem pojedynkiem Lermontowa i żyjąc z tego co kapało im za przenoszenie bagaży turystów.

Szóstego dnia udało się Ostapowi zawrzeć znajomość z monterem Miecznikowem, kierownikiem hydroprasy.

Mecznikow, który w owym czasie, w skutek braku pieniędzy, upijał się codziennie narzanem, doszedł do okropnego stanu i według spostrzeżeń Ostapa, sprzedawał na rynku niektóre rekwizyty teatralne. Sprawa została ostatecznie przypieczętowana przy rannem piciu wody źródlanej. Monter Miecznikow nazywał Ostapa duszyczką i na wszystko zgadzał się.

— Zrobi się — mówił, — zrobi się, duszko. Z najmilszą chęcią, duszko.

Ostap odrazu zorjentował się, że monter kuty jest na wszystkie boki.

Kontrahenci patrzyli sobie w oczy, obejmowali się czule, klepali po ramieniu i uprzejmie uśmiechali się.

— A więc! — rzekł Ostap. — Za cały ten kram gotów jestem dać dziesiątkę.

— Duszko! — zdumiał się monter. — Nie drażnijcie mnie. Do cna wymęczył mnie już narzan.

— A ileż chcielibyście?

— Wybulcie pół setki. Tożto mienie państwowe. Jestem człowiekiem znużonym.

— Zgoda! Dam wam dwadzieścia! Zgoda? No, po oczach widzę, że zgadzacie się.

— Zgoda jest to produkt absolutnego niesprzeciwiania się stron.

— Dobrze, łajdak, klaruje — szepnął Ostap nieznacznie do Hipolita Matwiejewicza. — Bierzcie przykład!

— A więc kiedy przyniesiecie krzesła?

— Dacie forsę — dam wam krzesła.

— Zrobi się — rzekł bez namysłu Ostap.

— Najpierw forsa — oświadczył monter — zrana forsa — wieczorem krzesła, albo wieczorem forsa, a nazajutrz zrana — krzesła.

— A możeby tak dziś krzesła, a jutro pieniądze? — próbował Ostap.

— Wiesz przecież, duszko, że jestem człekiem zmęczonym. Warunków takich dusza ma nie przyjmuje.

— Toż ja jutro dopiero — targował się Ostap — otrzymam telegraficznie pieniądze.

— No to wtedy pogadamy — kończył rozmowę uparty monter, — a tymczasem, duszko, życzę powodzenia przy źródle. Uciekam już. Mam huk roboty z tą prasą. Symbijewicz dusi mnie. Już mi sił brak. A czy można poprzestać na piciu narzanu?

I Mieczników, oświetlony wspaniale słońcem, poszedł sobie.

Ostap spojrzał surowo na Hipolita Matwiejewicza.

— Czas — rzekł, — który mamy, to pieniądz, którego nie mamy. Kiso, musimy zrobić karjerę. Leży przed nami sto pięćdziesiąt tysięcy rubli. Potrzeba nam tylko dwudziestu rubli, by posiąść ten skarb. Nie można teraz gardzić żadnemi środkami. Albo, albo!

Ostap w zamyśleniu krążył dokoła Hipolita Matwiejewicza.

— Zdejmcie marynarkę, prezesie, żywiej — rzekł nieoczekiwanie.

Z rąk zdumionego Hipolita Matwiejewicza wziął Ostap marynarkę, cisnął ją na ziemię i zaczął deptać zakurzonemi butami.

— Co wy robicie? — zawył Worobjaninow. — Od piętnastu już lat noszę tę marynarkę i wciąż jeszcze wygląda, jak nowa!

— Nie denerwujcie się! Za chwilę nie będzie już wyglądała, jak nowa. Dajcie kapelusz! A teraz posypcie spodnie piaskiem i zwilżyjcie je narzanem. Marsz!

W ciągu paru minut stał się Hipolit Matwiejewicz obrzydliwie i brudny.

— Teraz dopiero dojrzeliście do tego, by zarabiać w uczciwy sposób.

— Cóż mam robić? — spytał płaczliwie Worobjaninow.

— Spodziewam się, że znacie francuski?

— Bardzo kiepsko. W ramach kursu gimnazjalnego.

— Hm... Trzeba będzie działać w tych ramach. Czy potraficie powiedzieć po francusku takie naprzykład zdanie: „Panie, sześć dni nie jadłem”?

— Monsieur — zaczął, jąkając się Hipolit Matwiejewicz, — monsieur, hm... hm... że no, do licha, że ne manż pas... sześć, do licha, en, de, trua, katre, sank, sjis... żur. A więc — że ne manż pa sjis żur!

— Okropny macie akcent, Kisa! A zresztą czego można wymagać od żebraka. Oczywista, żebrak w Rosji europejskiej mówi po francusku gorzej, niż Millerand. No, Kiciu, a w jakich granicach mieści się wasza znajomość niemieckiego?

— Na co mi to wszystko? — krzyknął Hipolit Matwiejewicz.

— Na to — rzekł Ostap znacząco, — że wy pójdziecie zaraz na Kwietnik, staniecie sobie w cieniu i będziecie po francusku, po rosyjsku prosić o jałmużnę, zaznaczając przytem, że jesteście dawnym członkiem Dumy. Czysty dochód otrzyma w całości monter Mieczników. Rozumiecie?

Hipolit Matwiejewicz zmienił się w okamgnieniu. Wypięta pierś jego przypominała Most Pałacowy w Leningradzie, z oczu sypały się iskry, a z nozdrzy, zdawało się, buchnęły kłęby dymu. Wąsy zaczęły się zwolna podnosić.

— Aj,-aj-aj, — rzekł wielki kombinator bynajmniej tem wszytkiem nie przestraszony, — spojrzyjcie tylko na niego. Istny burczymucha.

— Nigdy, — rozpoczął nagle Hipolit Matwiejewicz popis brzuchomówczy, — nigdy jeszcze Worobjaninow nie wyciągał ręki.

— No, to wyciągniecie kopyta, stara fujaro! — wrzasnął Ostap. — Wyciągaliście rękę?

— Nie wyciągałem.

— Jak wam się podoba ten ananas! Trzy miesiące żyje na mój koszt. Trzy miesiące daję mu jeść, pić i wychowuję go, a ten alfons staje teraz w trzeciej pozycji i oświadcza, że on...

— Hola! Dość tego, towarzyszu! Jedno z dwojga: albo natychmiast udacie się do Kwietnika parkowego i wieczorem przyniesiecie mi dziesięć rubli, albo automatycznie wykluczam was z liczby spólników udziałowców. Liczę do pięciu. Tak czy nie? Raz!

— Tak, wymamrotał prezes.

— A więc powtórzcie zaklęcie.

— Mesje, że ne manż pa sjis żur. Geben zji mir bitte etwas Kopek auf dem sztik brod. Dajcie co łaska byłemu posłowi do Dumy.

— Jeszcze raz. Bardziej żałośnie.

Hipolit Matwiejewicz powtórzył.

— No, dobrze. Talent do żebraniny zaszczepiono w was najwidoczniej już w latach dziecinnych. Idźcie już. Spotkanie o północy koło źródła. Zauważcie sobie, że nie względy romantyczne grają tu rolę, lecz poprostu wieczorami więcej dają.

— A wy, — spytał Hipolit Matwiejewicz, — dokąd pójdziecie?

— Nie martwcie się o mnie. Działam, jak zwykle, w najniebezpieczniejszym punkcie.

Przyjaciele rozeszli się.

Ostap pobiegł do sklepiku z materjałami piśmiennemi, za ostatnią dziesiątkę kupił tam kwitariusz i około godziny przesiedział na kamiennym słupku numerując pilnie kartki kwitarjusza i podpisując się na każdej z nich.

— Przedewszystkiem — system, — mamrotał, — każdy grosz społeczny musi być dokładnie zanotowany.

Wielki kombinator ruszył żołnierskim krokiem górską ścieżką na miejsce pojedynku Lermontowa z Martynowem; Ostap, którego wymijały wciąż autobusy i dwukonne powozy, pozostawił wreszcie za sobą sanatorja i domy wypoczynkowe i zbliżył się do Groty.

Niewielka, wykuta w skale, galerja wiodła do stożkowatej groty. Na końcu galeryjki znajdował się balkonik, z którego można było dojrzeć na dnie groty małą kałużę śmierdzącego malachitowego płynu. Grotę tę uważają za osobliwość Piatigorską i dlatego w ciągu dnia zwiedza ją znaczna liczba wycieczek i samotnych turystów.

Ostap odrazu wykombinował, że dla człowieka, pozbawionego przesądów Grota może stanowić wcale pokaźną pozycję budżetową.

— Zdumiewające poprostu, dumał Ostap, — miasto dotychczas może nie wpadło na pomysł sprzedawania biletów wstępu do groty? Jest to bodaj jedyne miejsce, do którego puszczają turystów darmo. Położę kres tej plamie, hańbiącej reputację miasta i naprawię karygodne zaiste niedbalstwo.

I Ostap postąpił tak, jak nakazywał mu rozum, zdrowy instynkt i wytworzona sytuacja.

Stanął przy wejściu do Groty i, wymachując kwitarjuszem, raz po raz wykrzykiwał:

— Obywatele, proszę kupować bilety. Dziesięć kopiejek. Dzieci i czerwonogwardziści darmo. Akademicy pięć kopiejek. Nie należący do związków zawodowych — trzydzieści kopiejek.

Ostap działał napewniaka. Piatigorcy nie uczęszczali do Groty, a z sowieckiego turysty zedrzeć dziesięć kopiejek za wstęp nie było rzeczą trudną. Do godziny piątej uzbierało się już sześć rubli. Było to zasługą nienależących do związku, których było mnóstwo w Piatigorsku. Wszyscy z największem zaufaniem składali swe dziesiątki a nawet jeden rumiany turysta, ujrzawszy Ostapa, rzekł z triumfem do żony:

— Widzisz, Taniu, mówiłem ci przecież wczoraj? A tyś upierała się, że za wstęp do groty nic się nie płaci. To niemożliwe przecież, towarzyszu, prawda?

— Święta prawda, — zgodził się Ostap, — to niemożliwe, by nie brać za wstęp. Członkowie związku dziesięć kopiejek. Dzieci i czerwonogwardziści darmo. Akademicy pięć kopiejek a nienależący do związków zawodowych — trzydzieści kopiejek.

Przed wieczorem na dwóch drabiniastych wozach przyjechała wycieczka charkowskich milicjantów. Ostap przestraszył się i chciał nawet udać Bogu ducha winnego turystę, lecz milicjanci tak nieśmiało otoczyli wielkiego kombinatora, że nie miał on drogi odwrotu. Wobec tego krzyknął dość pewnym głosem:

— Członkowie związków płacą dziesięć kopiejek, lecz ponieważ milicjantów można traktować, jak akademików i dzieci, więc płacą oni po pięć kopiejek.

Milicjanci zapłacili, zapytawszy tylko skromnie, na jaki cel przeznaczone są ich piątki.

— Na dokumentny remont tych zwalisk, odrzekł zuchwale Ostap, żeby się zanadto nie rozwaliły.

Wówczas, gdy wielki kombinator handlował sprytnie widokami na malachitową kałużę, Hipolit Matwiejewicz, zgarbiony, przytłoczony wstydem, stał pod akacją i nie spoglądając nawet na spacerowiczów, przeżuwał trzy dane mu zdania:

— Mesje, że ne manż pa... Geben zji mir bitte... Dajcie, co łaska, byłemu posłowi do Dumy...

Nie można nawet skarżyć się, by dawano mało, lecz dawano jakoś niewesoło. Bądź co bądź, spekulując na czysto paryskiem wymawianiu wyrazu „manż” i budząc litość nędzą byłego posła do Dumy, zdołał Worobjaninow wyżebrać trzy ruble.

Pod nogami spacerowiczów trzeszczał żwir. Orkiestra z nieznacznemi pauzami grała Straussa, Brahmsa i Griega. Fala światowców przepływała z szumem obok starego marszałka. Cień Lermontowa unosił się niewidzialnie nad obywatelami, zajadającymi smakołyki na werandzie parkowej. Unosiła się tu woń wody kolońskiej i narzanu.

— Dajcie, co łaska, byłemu posłowi do Dumy! — mruczał marszałek.

— Niemożliwe! Doprawdy byliście posłem do Dumy? — rozległo się tuż koło ucha Hipolita Matwiejewicza. — Istotnie braliście udział w posiedzeniach ach! ach! Pierwsza klasa!

Hipolit Matwiejewicz uniósł twarz i zamarł. Jak wróbelek skakał przed nim tłuściutki Awessałom Władzimirowicz Iznurenkow. Bronzowawe łódzkie ubranie zmienił na białą marynarkę i szare spodnie. Był niezwykle podniecony i od czasu do czasu podskakiwał na jakie pięć wierszków w górę. Iznurenkow nie poznał Hipolita Matwiejewicza i w dalszym ciągu zasypywał go pytaniami.

— Słuchajcie, doprawdy widzieliście Rodziankę? A Puryszkiewicz doprawdy był łysy? Ach! Ach! Co za temat! Pierwsza klasa!

Wiercąc się wciąż jak fryga, wsunął zmieszanemu marszałkowi w łapę trzy ruble i uciekł. Lecz długo jeszcze migotała w parku jego tłuściutka figurka i z drzew nieomal sypało się:

— Ach! Ach! Pierwsza klasa!

Hipolit Matwiejewicz stał wciąż z oczyma wbitemi w ziemię.

A szkoda, że tak stał. Wielu rzeczy nie widział.

W mrokach cudownej nocy piatigorskiej przechadzała się po alejach parku Lalusia Szczukina, wlokąc za sobą pokornego, pogodzonego już z nią, Ernesta Pawłowicza. Wyjazd do wód był ostatnim akordem w ciężkiej walce z córką Vanderbildta: Dumna amerykanka wyjechała niedawno własnym jachtem na wyspy Sandwich.

— Ho-ho! — rozlegało się śród nocnej ciszy. — Doskonale, Ernestula! Pych-cha!

W bufecie, oświetlonym lampami, siedział niebieski ptaszek Alchen z małżonką swą Saschchen. Policzki jej, jak dawniej ozdobione były nikołajowskimi bokobrodami. Alchen zajadał nieśmiało karski szaszłyk, popijając go winem kachetyńskim Nr. 2, a Saschchen, gładząc bokobrody, czekała na przyniesienie zamówionego jesiotra.

Po likwidacji drugiego domu Sobjesu wyprzedano wszystko (włączając w to nawet samodziałowy czepiec kucharza i transparent: „Przeżuwając dokładnie pokarm, pomagamy społeczeństwu”). Alchen postanowił tedy wypocząć trochę i rozerwać się. Sam los oszczędzał tego sprytnego draniaszka. Tego dnia właśnie wybierał się do Groty, lecz nie zdążył. I to go ocaliło. Ostap wydoiłby niechybnie z nieśmiałego zawchoza conajmniej ze trzydzieści rubli.

Hipolit Matwiejewicz powlókł się w stronę źródła dopiero wtedy, gdy muzykanci składali już swe pulpity, publiczność świąteczna rozchodziła się i w suchotniczych alejach parku wzdychały jeno zakochane parki.

— Ileście uzbierali? — spytał Ostap, gdy zgarbiona figura prezesa zjawiła się koło źródła.

— Siedem rubli dwadzieścia dziewięć kopiejek. Trzyrublówka papierowa. Reszta — miedź i trochę srebra.

— Jak na pierwszy występ doskonale. Dniówka wykwalifikowanego robotnika! Serce me radujecie, Kiso! Lecz chciałbym wiedzieć, jaki to osioł dał wam trzyrublówkę? Może daliście mu reszty?

— Dał mi ją Iznurenkow.

— Niemożliwe! Awessałom ? Patrzajcie go — baryłka! Aż tu się potoczyła! Rozmawialiście z nim? Ach, on was nie poznał!

— Wypytywał mnie o Dumę! Śmiał się.

— Widzicie, marszałku, że to nie tak źle być żebrakiem, zwłaszcza przy kiepskiem wykształceniu i słabym głosie! A wyście tak grymasili, jakgdybyście byli conajmniej lordem — kanclerzem pieczęci! I ja, Kiciuniu, czasu nie zmarnowałem. Piętnaście rubli, jak drut. Starczy nam!

Nazajutrz zrana wręczono monterowi pieniądze. Wieczorem przyniósł on dwa krzesła; trzeciego, jak twierdził, niepodobna było w żaden sposób zabrać. Realizacja dźwiękowa rżnęła na nim w karty.

Dla większego bezpieczeństwa wgramolili się przyjaciele niemal na sam szczyt Maszuka.

W dole świeciły się solidne nieruchome ognie Piatigorska. Nieco niżej od Piatigorska mizerne ogienki wskazywały stanicę ciepłej wody. Dwiema równoległemi linjami świateł przypominał o sobie wysuwający się z za góry Kisłowodsk.

Ostap spojrzał w wygwieżdżone niebo i wyjął z kieszeni znane nam już obcęgi.