12 krzeseł/34

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXXIII 12 krzeseł • Rozdział XXXIV • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXXV
Rozdział XXXIII 12 krzeseł
Rozdział XXXIV
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXXV
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY.
Zielony przylądek.

Inżynier Bruns siedział sobie na kamieniej werandzie pod dużą palmą, której nakrochmalone liście rzucały ostre i wąskie cienie na ogolony kark inżyniera, na jego białą koszulę i na krzesło z garnituru generałowej Popowej, na którem nudził się, oczekując obiadu.

Bruns wydął pełne soczyste usta i głosem rozkapryszonego bąka zawołał:

— Dzieci-i-i-inko!

Wieś milczała.

Podzwrotnikowa flora przymilała się do inżyniera. Kaktusy wyciągały doń swe kolczaste dłonie. Draceny szeleściły liśćmi. Banany i drzewa palmowe chroniły łysinę inżyniera przed muchami, róże, pnące się po werandzie, padały mu do obutych w sandały stóp.

Lecz wszystko było daremne. Bruns czekał na obiad. Ze zdenerwowaniem patrzał na portową zatokę, na daleki cypl Batumu i śpiewnie wołał:

— Dzieci-i-inko! Dzieci-inko!

W wilgotnym podzwrotnikowem powietrzu wszelki dźwięk nader szybko zamierał. Odpowiedzi nie było. Bruns oczami wyobraźni ujrzał dużą, dobrze przysmażoną gęś z syczącą tłustą skórą, nie mogąc powstrzymać się, zawołał:

— Dzieci-i-inko, a co z gęsinką?!

— Andrzeju Michałowiczu! — krzyknął z pokoju kobiecy głos. — Nie zawracaj mi głowy.

Inżynier, zwinąwszy znów nawykłe do tego usta w trąbkę, odrzekł niezwłocznie:

— Dziecinko! Nie masz ani trochę litości nad swym maleńkim mężulkiem!

— Wynoś się stąd, żarłoku! — odpowiedziano z pokoju.

Lecz inżynier nie złożył broni. Zamierzał w dalszym ciągu prowokować gęsinę, co czynił już bezskutecznie od dwuch godzin, gdy nagle nieoczekiwany szelest zmusił go do obejrzenia się.

Z czarno - zielonych bambusowych zarośli wyszedł człowiek w granatowej bluzie, przepasanej mocno przetartym o wielu już supłach sznurkiem oraz w wyszarzanych pasiastych spodniach. Dobroduszne oblicze nieznajomego zdobiła kudłata bródka. W rękach trzymał przybysz marynarkę.

Podszedł bliżej i spytał uprzejmie:

— Czy mógłbym się zobaczyć z inżynierem Brunsem?

— Służę wam, — odezwał się basem zaklinacz gęsiny, — inżynier Bruns jestem.

Przybysz padł bez słów na kolana. Był to ojciec Fiodor.

— Oszaleliście! — krzyknął, zrywając się z miejsca inżynier — proszę natychmiast wstać.

— Nie wstanę, — odrzekł ojciec Fiodor, patrząc na inżyniera jasnym wzrokiem.

— Wstańcie!

— Nie wstanę!

I ojciec Fiodor jął ostrożnie — by nie sprawiało to czasem bólu — tłuc głową o przydrożny żwir.

— Dziecinko! — Chodź tutaj! — krzyknął przestraszony inżynier. — Patrz, co się tu dzieje. Wstańcie, bardzo was proszę! No, błagam was!

— Nie wstanę! — powtórzył ojciec Fiodor.

Na werandę wbiegła „dziecinka”, orjentująca się doskonale w subtelnościach tonu swego męża.

Ujrzawszy niewiastę, ojciec Fiodor zręcznie, nie wstając z ziemi, doczołgał się do jej stóp, pokłonił głęboko i zaczął lamentować:

— Dobrodziejko kochana, w tobie cała moja otucha i nadzieja!

Inżynier Bruns zarumienił się przy tych słowach, ujął petenta pod ramię i z wysiłkiem podniósł go, pragnąc postawić na nogi, lecz ojciec Fiodor założył sprytnie nogi pod siebie. Poruszony do głębi Bruns zaciągnął dziwnego gościa do kąta i przemocą posadził go na krześle z fabryki Gambsa. Krzesło to nie pochodziło z worobjaninowskiei willi, lecz z salonu generałowej Popowej.

— Nie śmiem, — bąknął ojciec Fiodor, kładąc na kolanach kamizelkę piekarza mocno trącącą naftą, — nie mam śmiałości siedzieć w obecności tak wysoko postawionych osób.

I ojciec Fiodor próbował znów paść na kolana.

Inżynier powstrzymał go z żałosnym okrzykiem.

— Dziecinko! — rzekł, ciężko sapiąc. — Pomów z tym obywatelem. To chyba jakieś nieporozumienie.

Niewiasta oświadczyła z punktu urzędowym tonem.

— W moim domu, — rzekła groźnie, — wypraszam sobie wszelkie klękania!

— Duszo anielska! — roztkliwił się ojciec Fiodor. — Dobrodziejko!

— Nie jestem żadną dobrodziejką. Czem mogę służyć?

Klecha bełkotał coś niezrozumiałego, lecz najwidoczniej coś bardzo roztkliwiającego. Dopiero po wielu pytaniach udało się wydobyć z niego, że jako o szczególną łaskę prosi o sprzedanie mu garnituru krzeseł, na jednem z których właśnie teraz siedzi. Inżynier z wielkiego zdumienia puścił z rąk ramię ojca Fiodora, który natychmiast runął na kolana i zaczął jak żółw, czołgać się za inżynierem.

— A z jakiej racji, — krzyczał inżynier, unikając długich rąk ojca Fiodora, — z jakiej racji mam sprzedawać swe krzesła! Mimo, że raz po raz padacie na kolana, nie mogę nic a nic zrozumieć!

— Toż to przecie moje krzesła! — wystękał ojciec Fiodor.

— Jakto — wasze? Niby jakim cudem wasze? Zbziknęliście się! Dziecinko! Teraz dopiero rozumiem! To jest kompletny warjat!

— Moje, — twierdził pokornie ojciec Fiodor.

— A więc według was, ukradłem je? — zawołał z gniewem inżynier. Ukradłem ? Słyszysz dziecinko? Toż to szantaż!

— Uchowaj, Boże, — szepnął ojciec Fiodor.

— Jeśli ukradłem, to dochodźcie krzywdy swej na drodze sądowej i nie róbcie skandalu w naszym domu! Słyszysz, dziecinko! Co za bezczelność! Obiadu człowiekowi spokojnie zjeść nie dadzą!

Nie, ojciec Fiodor nie chciał o zwrot „swych” krzeseł skarżyć do sądu. Nic podobnego. Wiedział, że inżynier Bruns nie ukradł mu tych krzeseł. O, w myśli mu to nawet nie postało. Lecz jednak krzesła te przed rewolucją należały do niego, ojca Fiodora, i są one nader drogie konającej teraz w Woroneżu żonie jego. Jej to wolę spełniając (sam nigdyby nie śmiał), pozwolił sobie wyszperać, gdzie znajdują się krzesła i zjawić się u obywatela Brunsa. Ojciec Fiodor nie żąda jałmużny. O, nie! Ma dość środków po temu (niewielka fabryka świec w Samarze), by ostatnie chwile umierającej żony osłodzić nabyciem starych krzeseł. Gotów jest szarpnąć się i za cały garnitur zapłacić dwadzieścia rubli.

— Co? wrzasnął inżynier, ponsowiejąc. — Dwadzieścia rubli? Za wspaniały garnitur mebli? Dziecinko, słyszysz? Jednak to jest warjat! Jak mi Bóg miły, warjat!

— Nie jestem warjatem. Lecz wykonując jedynie wolę ślubnej mej małżonki.

— Do djaska, — przerwał inżynier, — znów zaczął czołgać się. Dziecinko! On znów pełza!

— Powiedzcie wreszcie cenę — jęczał ojciec Fiodor, tłukąc oględnie głową o pień araukarji.

— Nie niszczcie drzewa, dziwaku! Dziecinko, wydaje mi się, że to nie warjat. Poprostu przejął się tak najwidoczniej chorobą żony. Może mu sprzedać te krzesła? Co? Pozbędziemy się go? Co? Gotów tu łeb sobie rozbić!

— A na czem my będziemy siedzieć? — spytała „dziecinka”.

— Kupimy inne.

— Za te dwadzieścia rubli?

— Za dwadzieścia, dajmy na to, nie sprzedam, nie sprzedam nawet za dwieście... a za dwieście pięćdziesiąt sprzedam.

Odpowiedzią było straszliwe uderzenie głową o dracenę.

— O, dziecinko, mam już tego dość!

Inżynier podszedł stanowczym krokiem do ojca Fiodora i zaczął mu dyktować ultimatum.

— Po pierwsze, proszę się oddalić od palmy conajmniej o trzy kroki. Po drugie, proszę natychmiast wstać. Po trzecie, meble gotów jestem sprzedać za dwieście pięćdziesiąt rubli, ani o grosz mniej.

— Nie gwoli zysku, — jęknął ojciec Fiodor, — a gwoli spełnienia tyczenia chorej mej żony...

— Słuchaj, kochasiu, i moja żona jest chora. Prawda, dziecinko, nie jesteś w porządku z płucami. Lecz ja nie domagam się na tej podstawie, żebyście mi... no... sprzedali naprzykład waszą marynarkę za trzydzieści kopiejek!

— Oddam darmo, — zapiał ojciec Fiodor.

Inżynier z pasją machnął ręką i zimno wycedził:

— Skończcie już raz z temi żartami. W dalsze rozważania nie mam zamiaru wdawać się. Oszacowałem krzesła na dwieście pięćdziesiąt rubli i nie spuszczę z tego ani kopiejki.

— Pięćdziesiąt! — zaofiarował ojciec Fiodor.

— Dziecinko! — rzekł inżynier. — Zawołaj Bagratjona. Niech wyprowadzi tego obywatela!

— Nie gwoli zysku...

— Bagratjon!

Ojciec Fiodor uciekł ze strachu, a inżynier poszedł do stołowego i zabrał się do gęsinki. Ulubiony ptak wpłynął na Brunsa nader zbawiennie. Zaczął się on powoli uspakajać.

Owinął właśnie kosteczkę w bibułkę od papierosów i podniósł smakowity kąsek do różowych ust, gdy nagle ukazało się w oknie błagalne oblicze ojca Fiodora.

— Nie gwoli zysku, — rozległ się delikatny głos. — Pięćdziesiąt pięć rubli.

Inżynier nie oglądając się nawet, ryknął. Ojciec Fiodor znikł jak kamfora.

Przez calutki dzień potem postać ojca Fiodora migała się to tu to ówdzie. Wybiegała z pośród cienistych drzew palmowych, wyrastała nagle w gaju pomarańczowym albo też przebiegała przez dziedziniec i, trzęsąc się, zdążała w kierunku ogrodu Botanicznego.

Inżynier przez cały dzień wołał „dziecinkę”, uskarżał się na warjata i na ból głowy. W wieczornych ciemnościach od czasu do czasu rozlegał się głos ojca Fiodora:

— Sto trzydzieści osiem! krzyczał skądś, jak gdyby z nieba.

A po chwili głos jego donosił się od strony Dumbasowa.

— Sto czterdzieści jeden, — proponował, — nie gwoli zysku, panie Bruns, a gwoli...

W końcu inżynier nie wytrzymał, wyszedł na środek werandy i wpatrując się w nocne ciemności krzyknął donośnie:

— Pal was licho! Niech już będzie dwieście! Tylko odczepcie się!

Rozległ się szelest poruszonych bambusów, cichy jęk i oddalające się kroki. Potem wszystko ucichło.

W zatoce przeglądały się gwiazdy. Świętojańskie robaczki krążyły dokoła głowy ojca Fiodora, rzucając na twarz jego zielonawy chorobliwy odblask.

— A to ptaszek! — bąknął inżynier, wchodząc do pokoju.

Tymczasem ojciec Fiodor wzdłuż wybrzeża morskiego pędził ostatnim autobusem do Batum. Tuż obok wydając dźwięki podobne do szelestu przewracanych kartek książki uderzała fala, wicher smagał po twarzy, i syrenie samochodowej wtórowało wycie szakali.

Wieczora tego ojciec Fiodor wysłał do miasta N do żony swej, Katarzyny Aleksandrówny, depeszę treści następującej:

„Teraz znalazłem wyślij telegraficznie dwieście trzydzieści sprzedaj co chcesz Fiedia”.

Pełen emocji wałęsał się dwa dni koło wilii Brunsa, kłaniał się zdaleka „dziecince” a nawet od czasu do czasu podzwrotnikową ciszę przeszywał krzyk jego:

— Nie gwoli zysku, a gwoli spełnienia życzenia chorej mej żony...

Na trzeci dzień przyszły pieniądze wraz z rozpaczliwą depeszą:

„Wszystko wyprzedałam, zostałam bez grosza całuję i czekam Jewstigniejew nadal stołuje się Katja”.

Ojciec Fiodor przeliczył pieniądze, pobożnie przeżegnał się, wynajął wóz i pojechał na Zielony Przylądek.

Pogoda była okropna. Wicher gnał chmury od tureckiej granicy. Góry ginęły we mgłę. W szarym ołowiu stopił się błękit nieba. Nadchodziła burza. Zabroniono kąpania się i wypływania w łódkach na morze.

Huk i łoskot rozlegały się nad Batumem. Burza wstrząsała brzegi.

Ojciec Fiodor kazał woźnicy zatrzymać przed willą Brunsa i zaczekać, sam zaś poszedł po meble.

— Pieniądze przyniosłem, rzekł ojciec Fiodor, — moglibyście mi co spuścić.

— Dziecinko, — jęknął inżynier. — Już nie mogę.

— Już nic, nic, przyniosłem tylko pieniądze, — zrezygnował z targu ojciec Fiodor — dwieście rubli. Według umowy.

— Dziecinko! Weź od niego pieniądze! I niech się on z tem wynosi jaknajszybciej. Migreny dostałem!

Cel życia całego był osiągnięty. Fabryczkę świec w Samarze miał ojciec Fiodor w rękach. Brylanty sypały mu się same do kieszeni.

Dwanaście krzeseł jedno za drugiem załadowano na wóz. Były one bardzo podobne do worobjaninowskich z tą tylko różnicą, że nie były obite wzorzystym perkalem, lecz niebieskiem w różowe paski płótnem.

Ojca Fiodora rozsadzała poprostu niecierpliwość. Pod połą miał ukrytą siekierkę. Siadł ojciec Fiodor obok woźnicy i, oglądając się ustawicznie poza siebie, na krzesła, ruszył w stronę Batumu. Żwawe koniki zwiozły ojca Fiodora i skarb jego w dół na szosę. Przejechały obok knajpki „Feniks” w której wiatr hulał po trzcinowych stołach i altankach; obok tunelu, połykającego ostatnie cysterny transportu naftowego, obok fotografa, pozbawionego w tak ponury dzień zwykłej swej klijenteli, obok szyldu „Batumski ogród botaniczny” — i niezbyt szybko powlokły się tuż nad skalistym brzegiem. Krople słonej wody pryskały na ojca Fiodora. Fale, odparte przez skałę, biły w górę fontanną i zwolna opadały.

Pęd i huk fal podniecał strwożonego ojca Fiodora. Konie, walcząc z wiatrem, zbliżały się zwolna do Machindżanri. Kędy okiem sięgnąć wszędzie, świszcząc, wzdymały się mętne zielone bałwany wód. Aż do samego Batumu ciągnęła się piana przypływu niby rąbek halki widoczny z pod sukni nieporządnej damulki.

— Stój — krzyknął nagle do woźnicy ojciec Fiodor. — Stój, muzułmaninie!

Dygocąc i potykając się, zaczął wyładowywać krzesła na bezludnem wybrzeżu. Obojętny woźnica otrzymał umówioną pięciorublówkę, smagnął konie biczem i odjechał. A ojciec Fiodor, przekonawszy się, że nikogo dokoła niema, ściągnął krzesła z urwiska na maleńki suchy jeszcze skrawek plaży i wyjął siekierę.

Chwilę wahał się — nie wiedział od którego krzesła zacząć. Potem, jak lunatyk, podszedł do trzeciego krzesła i dziko chlastnął siekierą w poręcz. Krzesło przewróciło się, lecz nie doznało żadnego szwanku.

— Aha! — krzyknął ojciec Fiodor. — Ja ci pokażę!

I rzucił się na krzesło, jak na istotę żywą. W mgnieniu oka zostało ono posiekane, jak kapusta. Ojciec Fiodor nie słyszał uderzeń siekiery o drzewo, o płótno i o sprężyny. Burza potężnem swem wyciem zagłuszała wszystkie inne dźwięki.

— Aha! Aha! Aha! — dogadywał ojciec Fiodor, rąbiąc z rozmachem.

Krzesło za krzesłem ubywało z szeregu. Wściekłość ojca Fiodora wciąż się wzmagała. Wzmagała się również burza. Niektóre fale docierały aż do samych stóp ojca Fiodora.

Od Batumu aż do Synopy huk się rozlegał za hukiem. Morze wściekało się i wściekłość swą wyładowywało na każdym stateczku. Parowiec „Lenin”, kopcąc z dwóch kominów i przechylając się ociężale w tył, zbliżał się do Noworosyjska.

Na Czarnem morzu szerzyła się burza, wyrzucając spienione bałwany na brzeg Trebizondy, Jałty, Odessy i Konstancji. Za ciszą Bosforu i Dardanelli grzmiało morze Śródziemne. Za cieśniną Gibraltarską tłukł się o brzegi Europy — Atlantyk. Gniewne wody opasywały kulę ziemską.

A na wybrzeżu batumskiem stał sobie malutki człowieczek i, pocąc się, rąbał ostatnie krzesło. Po chwili wszystko było skończone. Ojca Fiodora ogarnęła rozpacz. Rzuciwszy osłupiałe spojrzenie na nagromadzony przez siebie stos nóg, poręczy i sprężyn — ojciec Fiodor cofnął się. Fala chwyciła go za nogi. Przemoczony zbiegł na szosę. Olbrzymia fala uderzyła o skałę i, cofając się, uniosła okaleczony garnitur generałowej Popowej. Ojciec Fiodor nie widział już tego. Wlókł się — zgarbiony — szosą, mokrą pięść przyciskając do piersi.

Wszedł do Batumu; niczego dokoła nie widząc. Sytuacja jego była rozpaczliwa. Pięćset kilometrów od domu z dwudziestu rublami w kieszeni — przedostanie się do rodzinnego miasta było stanowczo niemożliwe.

Ojciec Fiodor minął Bazar Turecki, gdzie mu idealnym szeptem proponowano kupno pudru Coti’ego, jedwabnych pończoch i przemycanego tytoniu, dowlókł się do dworca i tam zagubił się w tłumie tragarzy.