12 krzeseł/35

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXXIV 12 krzeseł • Rozdział XXXV • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXXVI
Rozdział XXXIV 12 krzeseł
Rozdział XXXV
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXXVI
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY.
Żałosny demon.

W trzy dni po tranzakcji spólników z monterem Miecznikowem, teatr Kolumba wyjechał koleją na Baku. W ciągu tych trzech dni spólnicy, których apetytu nie zaspokoiła zawartość wypatroszonych na Maszuku dwóch krzeseł, spodziewali się wciąż, że Miecznikow przyniesie im trzecie krzesło. Lecz monter, znużony piciem narzanu, całe dwadzieścia rubli zużył na kupno zwykłej siwuchy i doszedł do tego stanu, że trzymano go pod kluczem.

— A to nas ubrał! — skonstatował Ostap, dowiedziawszy się o odjeździe teatru. — Skończony drań z tego montera. Trzeba się będzie na przyszłość wystrzegać tea-robotników!

Szanse odszukania skarbów niepomiernie jednak wzrosły.

— A więc — Tyflis! — rzekł Ostap, — nie ma co marudzić. Trzeba forsy na przejazd do Władykaukazu. Stamtąd wojenno-gruzińską drogą pojedziemy do Tyflisu autem. Czarujące widoki. Oszałamiający pejzaż. Cudowne powietrze górskie. A finał tego wszystkiego — okrągła sumka stu pięćdziesięciu tysięcy rubli. Warto nadal kontynuować posiedzenie.

Lecz nie tak łatwo było wyjechać z Mineralnych wód. Okazało się, iż Worobjaninow jest dziwnie niepojętym fajtłapą; wszelkie jego próby jazdy na gapę sromotnie zawiodły, toteż musiał raz jeszcze wystąpić w parku w roli byłego kuratora okręgu szkolnego. Niewielkie to dało rezultaty. Dwa ruble na dwanaście godzin ciężkiej i poniżającej pracy. Kwota wystarczająca jednakże na drogę do Władykaukazu.

Na jednej ze stacyj, Ostapa, jadącego bez biletu, wyproszono z pociągu, i wielki kombinator biegł uparcie za pociągiem na przeciągu trzech wiorst, wygrażając pięścią Bogu ducha winnemu Hipolitowi Matwiejewiczowi. Następnie udało się Ostapowi wskoczyć na stopień pociągu, zbliżającego się z wolna ku łańcuchowi gór kaukaskich. Z tej pozycji patrzał Ostap z ciekawością na odsłaniającą się przed nim panoramę gór.

Był godzina czwarta nad ranem. Na wierzchołki gór padały ciemno-różowe słoneczne refleksy. Góry nie przypadały Ostapowi do gustu.

— Zbyt dużo parady! — oświadczył. — Dzikie piękno. Idjotyczne urojenie. Marne widowisko.

Na władykaukaskim dworcu oczekiwał przyjezdnych otwarty autobus Zakawtopromtorga, i uprzejmi ludzie zapraszali:

— Tych, którzy pojadą potem wojenno-gruzińską drogą — wieziemy do miasta darmo.

— Wy dokąd, Kiso? — rzekł Ostap. — Siadamy do autobusu. Niech nas wiozą, kiedy powiadają, że darmo.

Gdy przybyli do biura Zakawtopromptorgu Ostap nie śpieszył bynajmniej zarezerwować miejsce w maszynie. Gawędząc żywo z Hipolitem Matwiejewiczem, zachwycał się opasaną chmurami Górą Stołową i, uczyniwszy głęboką uwagę, że góra istotnie przypomina stół, — szybko oddalił się.

We Władykaukazie trzeba było przesiedzieć kilka dni. Wszystkie próby zdobycia pieniędzy na jazdę wojenno-gruzińską drogą albo całkiem zawodziły, albo też przynosiły zysk, wystarczający zaledwie na jednodniowe wyżywienie. Próba ściągania od obywateli dziesiątek nie udała się. Kaukazkie pasmo górskie było tak wysokie i widoczne, że branie pieniędzy za pokazywanie ich było kompletnie niemożliwe. Widać je było niemal zewsząd. Żadnych zaś innych osobliwości nie było we Władykaukazie. Co się zaś tyczy Tereka, to przepływał on obok „Treka”, za wejście do którego miasto, obchodzące się bez pomocy Ostapa, pobierało na własną rękę pieniądze. Rezultat dwudniowej żebraniny Hipolita Matwiejewicza wyrażał się kwotą trzydziestu kopiejek.

—Dość tego, — rzekł Ostap.—pozostaje nam jedno tylko wyjście: pójść do Tyflisu na piechotę. W ciągu pięciu dni odwalimy dwieście wiorst. Nie martwcie się, ojczulku, czarujące widoki górskie, świeże powietrze... Potrzeba tylko pieniędzy na chleb i kiełbasę serdelową. Do repertuaru swego możecie dodać parę włoskich zdań, pozostawiam to do waszego uznania, lecz, zapowiadam wam, do wieczora musicie uzbierać co najmniej dwa ruble!... Na obiad nie zanosi się dziś, drogi towarzyszu. Psiakość! Marna perspektywa.

O świcie przeszli spólnicy przez mostek na Tereku, okrążyli koszary i weszli w zieloną dolinę, przez którą prowadziła wojenno-gruzińska droga.

— Mamy szczęście, Kiso, — rzekł Ostap, — w nocy padał deszcz, wobec czego uniknęliśmy łykania kurzu. Rozkoszujmy się, prezesie, świeżem powietrzem. Śpiewajcie. Wspominajcie kaukaskie wiersze. Zachowujcie się tak, jak przystoi turyście!

W tym miejscu brakuje tekstu z odcinka nr 119 powieści zamieszczonego w gazecie "Robotnik" z dnia 15 sierpnia 1929 roku.

Za ostatnie grosze dojechał ojciec Fiodor do Tyflisu i zdążał właśnie teraz pieszo w domowe pielesze, żywiąc się po drodze łaskawym chlebem. Przy przejściu przez przełęcz Krzyżową (2345 metrów nad poziomem morza) — ugryzł go orzeł. Ojciec Fiodor pogroził zuchwałemu ptakowi kosturem i poszedł dalej. Szedł, tonąc w obłokach, i mruczał:

— Nie gwoli zysku, a gwoli spełnienia woli żony mej!

Te same słowa powtarzał, wkraczając w Darjalski wąwóz. Odległość między wrogami zmniejszała się. Za jednym z zakrętów ojciec i Fiodor natknął się na starca w złotych binoklach.

Wąwóz rozpołowił się w oczach ojca Fiodora. Terek przerwał swój odwieczny krzyk. Ojciec Fiodor poznał Worobjaninowa. Po straszliwem niepowodzeniu w Batumie, gdy wszystkie nadzieje już runęły, ponowna możność zdobycia bogactw wpłynęła na ojca Fiodora w sposób zgoła niezwykły.

Złapał Hipolita Matwiejewicza za chudą grdykę i zaciskając palce, ryknął zachrypłym głosem:

— Gdzieś podział skarby wpędzonej przez ciebie do grobu teściowej?

Hipolit Matwiejewicz, niespodziewający się czegoś podobnego, milczał, wybałuszywszy ślepia tak, że stykały się one niemal ze szkłami binokli.

— Mów! — rozkazywał ojciec Fiodor. — Kaj się, grzeszniku!

Worobjaninow czuł, że dusi się.

Nagle tryumfujący już ojciec Fiodor ujrzał skaczącego po skale Bendera. Techniczny dyrektor schodził z gór, wrzeszcząc na całe gardło arję z „Demona”.

Niezmierne przerażenie ogarnęło serce ojca Fiodora. Machinalnie trzymał dalej prezesa za gardło, lecz kolana zaczęły mu dygotać.

— O, kogo ja widzę! — krzyknął przyjaźnie Ostap. — Konkurencyjna organizacja!

Ojciec Fiodor nie tracił czasu. Posłuszny zbawiennemu instynktowi, złapał kiełbasę i chleb i dał nura.

— Bijcie go, towarzyszu Bender! — krzyczał leżący jeszcze na ziemi, lecz zwolniony już z żelaznego uścisku, Hipolit Matwiejewicz.

— Łapaj go! Trzymaj!

Ostap zaczął gwizdać i pohukiwać.

— U-u-u! — krzyczał, rzucając się w pościg. — Bitwa pod piramidami, czyli Bender na polowaniu! Dokąd uciekacie, klijencie? Mogę wam zaofiarować dokładnie wypatroszone krzesło.

Ojciec Fiodor nie mógł znieść mąk pościgu i wlazł na zupełnie pionową skałę. Pchało go w górę serce, stające mu niemal w gardle i szczególne, znane tylko tchórzom, swędzenie w piętach. Nogi same skakały po granitach i unosiły swego pana i władcę w górę.

— U-u-u! — krzyczał Ostap z dołu. — Łapaj go!

— Porwał nam zapasy! — zawył Hipolit Matwiejewicz, podbiegając do Ostapa.

— Stój! — zagrzmiał Ostap. — Powiadam ci, stój!

Lecz dodało to tylko nowych sił osłabionemu już ojcu Fiodorowi. Zaczął się znów piąć w górę i po paru skokach znalazł się o dziesięć sążni wyżej, niż sięgał najwyższy napis.

— Oddaj kiełbasę! — wył Ostap. — Oddaj, durniu, kiełbasę! Wszystko ci przebaczę!

Ojciec Fiodor nic już nie słyszał. Znalazł się na szczycie, którego dotąd nikomu jeszcze nie udało się zdobyć.

Ojca Fiodora ogarnął blady strach. Zrozumiał, że w żaden sposób nie uda mu się zejść na dół. Skała opadała prostopadle i o zejściu z niej nie można było nawet marzyć. Spojrzał w dół. Wściekał się tam Ostap i na dnie wąwozu połyskiwały złote binokle marszałka.

— Oddam wam kiełbasę! — krzyknął ojciec Fiodor, — tylko zabierzcie mnie stąd!

Odpowiedział mu huk Tereka i namiętne krzyki z zamku Tamary. W ruinach gnieździły się sowy.

— Zabie-e-rzcie mnie! — krzyczał żałośnie ojciec Fiodor.

Widział on wszystkie manewry spólników. Biegali gorączkowo u podnóża skały i szpetnie klęli.

Po godzinie ojciec Fiodor, wyciągnąwszy się na ziemi i głowę w dół spuściwszy, ujrzał, że Bender i Worobjaninow odchodzą w kierunku Krzyżowej przełęczy.

Szybko zapadała noc. W egipskich ciemnościach i piekielnej wrzawie, tuż pod obłokami, dygotał i płakał ojciec Fiodor. Nie potrzeba mu już było skarbów. Jednego tylko pragnął — dostać się na dół, na ziemię.

W nocy ryczał tak, że zagłuszał chwilami Terek, a zrana pokrzepił się kiełbasą serdelową i chlebem i szatańsko śmiał się z mknących w dole samochodów. Resztę dnia spędził na przyglądaniu się górom i lampie niebios — słońcu. Następnej nocy ukazała mu się królowa Tamara. Królowa przyleciała doń ze swego zamku i zalotnie powiedziała:

— Będziemy sąsiadami.

— Dobrodziejko! — rzekł z przejęciem ojciec Fiodor. — Nie gwoli zysku...

— Wiem, wiem, — przerwała królowa, — a gwoli spełnienia woli twej żony?

— Skąd wiesz? — zdumiał się ojciec Fiodor.

— Ano wiem. Wstąpcie kiedy, sąsiedzie. Zagramy sobie w sześćdziesiąt sześć! Dobrze?

Roześmiała się błaźnica i zniknęła w mroku nocnym.

Na trzeci dzień zaczął ojciec Fiodor prawić kazanie ptakom. Nawracał je niewiadomo dlaczego na luteranizm.

— Ptaki, — mówił do nich dźwięcznym głosem, — czyńcie publiczną pokutę!

Na czwarty dzień pokazywano go już z dołu wycieczkowiczom.

— Po prawej stronie — zamek Tamary, — objaśniali doświadczeni przewodnicy, a po lewej stoi żywy człowiek, lecz czem się żywi i jak się tam dostał — nie wiemy.

— A to dziki lud! — dziwili się wycieczkowicze — Dzieci gór!

Przepływały obłoki. Nad ojcem Fiodorem krążyły orły. Najśmielszy z nich skradł mu resztkę kiełbasy serdelowej i trzepnięciem skrzydła rzucił do piętrzącego się Tereka półtora funta chleba.

Ojciec Fiodor pogroził orłowi palcem i, uśmiechając się promiennie, szepnął:

— Lata ptaszek po ulicy, szuka sobie ziarn pszenicy...

Orzeł spojrzał krzywo na ojca Fiodora, krzyknął „ku-ku-ryku” i pofrunął.

— Ej, orlisko, orlisko, duży z ciebie łotr!

Po dziesięciu dniach przyjechała z Władykaukazu straż ogniowa z odpowiednimi narzędziami i zdjęła ojca Fiodora ze skały.

Gdy go zdejmowano klasnął w dłonie i bardzo niemiłym głosem śpiewał.

— I będziesz ty królo-o-o-o-wą świata!

I surowy Kaukaz wielokrotnem echem powtórzył słowa M. J. Lermontowa i melodję A. Rubinsteina.

— Nie gwoli zysku — rzekł ojciec Fiodor komendantowi.

Chichocącego przewieziono wozem strażackim do kliniki psychjatrycznej.