12 krzeseł/36

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXXV 12 krzeseł • Rozdział XXXVI • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Rozdział XXXVII
Rozdział XXXV 12 krzeseł
Rozdział XXXVI
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Rozdział XXXVII
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY.
Trzęsienie ziemi.

— Jak sądzicie, prezesie, — spytał Ostap, gdy spólnicy zbliżali się wsi Sioni, — w jaki sposób możnaby zarobić cokolwiek w tej zakazanej dziurze, znajdującej się dwie wiorsty nad poziomem morza?

Hipolit Matwiejewicz milczał. Jedynem zajęciem, dzięki któremu mógłby zdobyć środki utrzymania była żebranina, lecz tutaj na górskich serpentynach i szczytach nie było od kogo brać jałmużny.

Zresztą, i tutaj istniała żebranina, lecz żebranina zgoła inna — alpejska. Do każdego autobusu lub pasażerskiego auta podbiegały dzieciaki i przed jadącą widownią wykonywały parę pas lezginki. Potem biegły za maszyną, krzycząc:

— Daj pieniądze! Pieniądze daj!

Pasażerowie ciskali miedziaki i mknęli w górę ku Krzyżowej Przełęczy.

— Świetny wynalazek — rzekł Ostap, — nie wymaga kapitału, dochody wprawdzie niewielkie, lecz w naszej sytuacji nader cenne.

Nazajutrz o godzinie drugiej Hipolit Matwiejewicz pod okiem wielkiego kombinatora wykonał przed mknącymi w góry pasażerami pierwszy swój taniec. Taniec ten przypominał mazura, lecz pasażerowie, mający już dość dzikiego piękna Kaukazu, przyjęli go za lezginkę i nagrodzili trzema miedziakami. Przed następną maszyną — autobusem, dążącym z Tyflisu do Władykaukazu, tańczył już i skakał techniczny dyrektor we własnej osobie.

— Daj pieniądze! Pieniądze daj! — krzyknął gniewnie.

Roześmiani pasażerowie nagrodzili hojnie jego skoki. W kurzu przydrożnym zebrał Ostap trzydzieści kopiejek. Lecz dzieci sjońskie obsypały konkurentów gradem kamieni. Ratując się przed kanonadą, udali się wędrowcy szybkim krokiem do najbliższej osady, gdzie zarobione pieniądze wydali na ser i pieczywo.

Tak upływały spólnikom dni. Noce spędzali w górskich szałasach. Na czwarty dzień zeszli zygzakowatą szosą w Kajszaunską dolinę. Prażyło słońce, to też spólnicy, którzy przemarzli do cna na Krzyżowej Przełęczy, szybko teraz zagrzali się.

Darjalskie skały, urok i zimno przełęczy ustąpiły miejsca zieloności i przytulności głębokiej doliny. Wędrowcy szli nad Aragwą, schodzili do doliny zamieszkałej przez ludzi, obfitującej w bydło domowe i żywność. Można tu było coś nie coś wyżebrać, zarobić cokolwiek albo też poprostu ukraść.

Rozweseleni spólnicy przyspieszył kroku.

W Passanauri, bogatej osadzie o dwuch hotelach i paru karczmach, wyżebrali przyjaciele kawał chleba i położyli się w krzakach, naprzeciw hotelu „Francja” (z ogrodem i dwoma niedźwiadkami na łańcuchu). Wędrowcy lubowali się ciepłem, smakowitym chlebem i zasłużonym wypoczynkiem.

Zresztą, wypoczynek ten został wkrótce przerwany przez pisk syren samochodowych, turkot kół po żwirze i hałasy. Przyjaciele wyjrzeli z krzaków. Pod „Francję” zajechały jeden za drugim trzy nowiutkie tej samej marki samochody. Auta cichutko zatrzymały się. Z pierwszej maszyny wyskoczył Persicki. Za nim poprawiając zakurzone włosy, wyszła „sala sądowa”. Potem z wszystkich maszyn wysypali się członkowie klubu automobilistów gazety „Warsztat”.

— Lądujemy! — krzyknął Persicki. — Gospodarzu! Piętnaście szaszłyków!

We „Francji” zaczęły się ruszać zaspane postacie i rozległy się krzyki barana, którego za nogi wleczono do kuchni.

— Nie poznajecie tego młodzieńca? — spytał Ostap. — To reporter ze „Skrjabina”, jeden z tych, którym nie podobał się nasz transparent. Z jaką psiakość, paradą przyjechali tu. Co to może znaczyć?

Ostap zbliżył się do wcinaczy szaszłyka i w sposób jaknajbardziej elegancki ukłonił się Persickiemu.

— Bon jour! — powiedział reporter. — Gdzie też jak was, kochany towarzyszu, widziałem? A-a-a! Przypominam sobie. Malarz ze „Skrjabina”! Prawda?

Ostap przyłożył dłoń do serca i uprzejmie skłonił się.

— Zaraz, zaraz, — ciągnął dalej Persicki, posiadający jako reporter, doskonałą pamięć. — Czy to nie na was czasem w Moskwie na Placu Swierdłowa wpadł koń dorożkarski?

— Właśnie, właśnie! I według trafnej waszej uwagi skończyło się wtedy rzekomo wszystko na lekkim strachu.

— A wy tu paracie się malowaniem?

— Nie, jestem tu w celach wycieczkowych.

— Pieszo?

— Pieszo. Specjaliści twierdzą, że podróżowanie wojenno-gruzińską drogą w automobilu — to skończona głupota!

— Nie zawsze, kochanie, głupota, nie zawsze! My, naprzykład, nie jedziemy tak bardzo głupio. Maszyny, jak widzicie, własne, podkreślam to, — własne. Bezpośrednia komunikacja Moskwa. Benzyny zużywa się minimalna ilość. Wygoda, szybkość, miękkie resory. Europa!

— Skąd to wszystko macie? — spytał zazdrośnic Ostap. — Wygraliście sto tysięcy?

— Stu w prawdzie nie, lecz pięćdziesiąt wygraliśmy.

— W dziewiątkę?

— Na obligację, należącą do klubu automobilistów.

— Tak, — rzekł Ostap, — i za te pieniądze nabyliście automobile?

— Jak widzicie.

— Tak. Może potrzeba wam pomocnika? Znam pewnego młodego człowieka. Nie pije...

— Jakiego pomocnika?

— No takiego... ogólne kierownictwo, fachowe rady, poglądowa nauka metodą kompleksów pojęciowych. Co?

— Rozumiem was. Nie, nie trzeba.

— Nie trzeba?

— Nie. Niestety. I malarza także nie trzeba.

— W takim razie pożyczcie mi dziesięć rubli.

— Awdotjew, — rzekł Persicki. — Wypłać z łaski swej temu oto obywatelowi trzy ruble na mój rachunek. To jest osoba niewypłacalna.

— Jest to bardzo niewiele, — zauważył Ostap, — lecz przyjmę... Rozumiem całą trudność waszej sytuacji. Rozumie się, gdybyście wygrali sto tysięcy, to pożyczylibyście mi napewno całą pięciorublówkę. Lecz przecież wygraliście zaledwie pięćdziesiąt tysięcy! W każdym razie — dziękuję!

Bender uchylił grzecznie kapelusza. Persicki uchylił grzecznie kapelusza. Bender nader uprzejmie ukłonił się. Persicki odpowiedział najuprzejmiejszym ukłonem. Bender machnął na pożegnanie ręką. Persicki, siedząc przy kierownicy, odwzajemnił się. Lecz Persicki odjechał w cudowną dal wspaniałym autem w towarzystwie wesołych przyjaciół, a wielki kombinator został na pełnej kurzu drodze z kamratem swym — draniem.

— Widzieliście ten szyk? — spytał Ostap Hipolita Matwiejewicza.

— Zakawtopromtorg czy też prywatne towarzystwo „Motor”?— spytał rzeczowo Worobjaninow, który w ciągu tych paru dni drogi zapoznał się doskonale z wszelkiego rodzaju komunikacją samochodową. — Chciałem nawet zatańczyć przed nim.

— Wkrótce już do cna zgłupiejecie, biedny mój przyjacielu. Jakiż to Zakawtopromtorg? Ludzie ci, słyszycie, Kiso, wy-gra-li pięćdziesiąt tysiączków. Widzicie sami, Kiciuniu, w jak świetnych są humorach i ile nakupili wszelakiego mechanicznego świństwa! Gdy otrzymamy nasze pieniądze — wydamy je znacznie rozumniej. Prawda?

I przyjaciele, marząc o tem, co kupią wówczas, gdy staną się bogaczami, wyszli z Passanauri w imaginacji. Hipolita Matwiejewicza żywo rysowały się: nabycie nowych skarpetek i wyjazd zagranicę. Marzenia Ostapa sięgały dalej. Projekty jego były wspaniałe. Zbudowanie tamy na Niebieskim Nilu, a może otwarcie domu gry w Rydze z filjami we wszystkich portach świata.

Minąwszy nieciekawe i pełne kurzu miejscowości: Ananur, Duszet i Cyłkany zaszli wędrowcy na trzeci dzień przed południem do Mechetu — starożytnej stolicy Gruzji. Kuza skręcała w tem miejscu w stronę Tyflisu.

Wieczorem wędrowcy minęli Z. A. H. E. S. — Ziem - Aweralską hydro - elektrostację. Szkło, woda i elektryczność błyszczały rozmaitemi światłami. Wszystko to odbijało się i falowało w szybko płynącej Kurze.

Zawarli tutaj wspólnicy przyjaźń z kmiotkiem, który arbą[1] swa przywiózł ich do Tyflisu o godzinie jedenastej wieczorem, wtedy właśnie, gdy wieczorny chłód sprowadza na ulicę wymęczonych skwarem dziennym mieszkańców gruzińskiej stolicy.

— Miasteczko — owszem, owszem — rzekł Ostap, — wiecie Kisa...

Nagle Ostap, nie kończąc zdania, rzucił się w pogoń za jakimś obywatelem; po dziesięciu krokach dogonił go i zaczął z nim ożywioną rozmowę. Potem szybko wrócił i trącił Hipolita Matwiejewicza palcem w bok.

— Wiecie, kto to jest? — szepnął szybko. — Jest to „Odeska wytwórnia moskiewskich obwarzanków”, obywatel Kislarski. Idziemy do niego. Jesteście teraz znów — mimo całej paradoksalności tego — tytanem myśli i ojcem rosyjskiej demokracji. Pamiętajcie tylko nadymać się i ruszać wąsami. Do kroćset! A to heca! Los na loterji! Jeśli nie zoperuję go zaraz na pięćset rubli — pluńcie mi w gębę! Chodźmy! Chodźmy!

Istotnie, w pewnej odległości od aferzystów stał w ubraniu z czesuczy mleczno - błękitny ze strachu Kislarski.

— Znacie się panowie — rzekł Ostap szeptem, — oto osoba, stojąca blisko cara, tytan myśli i ojciec rosyjskiej demokracji. Nie zwracajcie uwagi na jego strój. To w celach konspiracyjnych. Zawieźcie nas zaraz dokądkolwiek. Musimy pomówić z sobą.

Kislarski, który przyjechał na Kaukaz, by odpocząć po starogradzkich emocjach, był kompletnie zgnębiony. Mrucząc jakieś brednie o stagnacji w obwarzankowym interesie, wsadził straszliwych swych znajomych do powozu o posrebrzanych szprychach i stopniach i zawiózł w kierunku góry Dawida. Na szczyt tej restauracyjnej góry dostali się zębatą kolejką górską. Tyflis, migocący tysiącem świateł, staczał się powoli w czeluści piekielne. Spiskowcy unosili się wprost ku gwiazdom.

Stoły restauracyjne stały wprost na trawnikach. Głucho bębniła orkiestra kaukaska i malutka dziewuszka pod uszczęśliwionem okiem rodziców, tańczyła z własnej inicjatywy lezginkę.

— Zamówcie coś! — nalegał Ostap.

Na zamówienie doświadczonego Kislarskiego podano wino, jarzyny i solone gruzińskie sery.

— I coś do zjedzenia — rzekł Ostap. — Gdyby pan wiedział, kochany panie Kislarski, co my z Hipolitem Matwiejewiczem musieliśmy dziś znieść, — zdumiałoby was nasze męstwo.

„Znów” — pomyślał z rozpaczą Kislarski. — „Znów zaczynają się moje męki. I dlaczego nie pojechałem na Krym? A radziła mi Henrietta!”

Lecz bez słowa sprzeciwu zamówił trzy szaszłyki i zwrócił w stronę Ostapa usłużną swą gębę.

— A więc — rzekł Ostap, rozglądając się na wszystkie strony i zniżając głos, — powiem wam w dwóch słowach: Śledzą nas już od dwóch miesięcy i zapewne jutro w konspiracyjnem mieszkaniu oczekiwać nas będzie zasadzka. Trzeba będzie we własnej obronie strzelać.

Policzki Kislarskiego posrebrzyły się.

— Radzi jesteśmy — ciągnął dalej Ostap, — że w takiej chwili spotykamy wiernego bojownika - patrjotę.

— Hm... tak! — wycedził dumnie Hipolit Matwiejewicz, wspominając, z jaką gorliwością tańczył naczczo lezginkę w pobliżu Sjeni.

Opychał sobie usta serem i jarzyną. Lubował się odbijaniem się wina, przedłużało to bowiem niejako rozkoszowanie się niem. Ostap rzucił gniewne spojrzenie i Hipolit Matwiejewicz zaczął się dławić zieloną cebulką.

— Tak!.. — szeptał Ostap. — Spodziewamy się, iż z waszą pomocą pokonamy wroga. Dam wam parabellum.

— Nie trzeba — odrzekł twardo Kislarski.

Po chwili okazało się, że prezes rady giełdowej nie może w żaden sposób wziąć udziału w jutrzejszej bitwie. Bardzo żałuje, ale nie może. Nie zna się na wojennem rzemiośle. Ta okoliczność właśnie zadecydowała o wybraniu go na prezesa rady giełdowej. Jest poprostu zrozpaczony, lecz dla ocalenia życia ojca rosyjskiej demokracji (sam wszak jest starym październikowcem), gotów służyć wszelką finansową pomocą.

— Jesteście wiernym synem ojczyzny! — rzekł uroczyście Ostap, pachnący rozkosznie szaszłyk popijając słodziutkiem winem. — Pięćset rubli może ocalić tytana myśli.

— Słuchajcie — spytał żałośnie Kislarski, — a dwieście rubli nie mogłoby ocalić tytana myśli?

Ostap nie wytrzymał i z zachwytu kopnął pod stołem Hipolita Matwiejewicza.

— Sądzę — rzekł Hipolit Matwiejewicz, — że targi są tu nie na miejscu!

Natychmiast otrzymał szturchańca w bok, co oznaczało: „Brawo, Kiciuniu, brawo, co to znaczy szkoła”!

Kislarski po raz pierwszy w życiu usłyszał głos ojca rosyjskiej demokracji. Tak go to zdumiało, że niezwłocznie wręczył Ostapowi pięćset rubli. Następnie zapłacił rachunek i, pozostawiwszy przyjaciół przy stoliku, pożegnał się, wymawiając się bólem głowy. Po upływie półgodziny wysłał do żony do Starogradu telegram:

„Jadę, twoja rada Krym, wszelki wypadek, szykuj koszyczek”.

Długi niedostatek, w jakim przebywał Ostap Bender, wymagał natychmiastowej kompensaty. Dlatego też tego samego wieczora na górze restauracyjnej upił się wielki kombinator na umór i po drodze do hotelu omal nie wypadł z autobusu. Nazajutrz zrealizował stare swe marzenie. Kupił cudny szary centkowany garnitur. W garniturze tym było bardzo gorąco, lecz nosił go, mimo to, straszliwie w nim się pocąc. W magazynie konfekcji męskiej Tyfkooperatywy zaopatrzono Worobjaninowa w białe pikowe ubranie i marynarską czapkę ze złotą odznaką niewiadomego jacht-klubu. W stroju tym wyglądał Hipolit Matwiejewicz jak handlowy admirał - amator. Postawa nabrała sprężystości. Chód — pewności.

— Ach! — mówił Bender. — Pierwsza klasa! Gdybym był kobietą, to takiemu wspaniałemu, przystojnemu mężczyźnie, jak wy, dawałbym od zwykłej ceny osiem procent rabatu. Ach! Ach! Przy takim wyglądzie możemy się obracać w wielkim świecie! Czy potraficie obracać się, Kisa?

— Towarzyszu Bender! — powtarzał Worobjaninow. A więc jak będzie z krzesłem ? Trzeba dowiedzieć się, co z teatrem!

— Ho-ho! — odparł Ostap, tańcząc z krzesłem w dużym maurytańskim pokoju hotelu „Orient”. — Nie dawajcie mi nauk, Kisa. Jestem teraz zły. Mam pieniądze. Lecz jestem wspaniałomyślny. Daję wam dwadzieścia rubli i trzy dni na splądrowanie miasta! Tak, jak Suworow!... Plądrujcie miasto, Kisa! Bawcie się!

I Ostap, kołysząc się w biodrach, zaśpiewał w szybkiem tempie:


Wieczorny dzwon, wieczorny dzwon,
Jak wiele wspomnień niesie on...


Przyjaciele hulali bez przerwy calutki tydzień. Admiralski strój Worobjaninowa upstrzyły różnobarwne plamy, a pstrokate centki na garniturze Ostapa rozlały się i utworzyły jedną wielką tęczową plamę.

— Bonżurek! — odezwał się ósmego dnia Ostap, który z racji kacenjameru wpadł na pomysł przeczytania „Zorzę wschodu”. — Słuchajcie, pijanico, co piszą w gazecie rozumni ludzi: Słuchajcie!


KRONIKA TEATRALNA.

Wczoraj, 3 września, po zakończeniu występów w Tyflisie, Moskiewski Teatr Kolumba wyjechał na występy gościnne do Jałty. Teatr zamierza pozostać na Krymie do chwili rozpoczęcia zimowego sezonu w Moskwie.


— Aha! A mówiłem! — rzekł Worobjaninow.

— Niby co mówiliście? — złościł się Ostap.

Był jednak zmieszany. Niedbalstwo to było dla niego bardzo przykre. Mogliby skończyć pościg za skarbami w Tyflisie, a tak musieli teraz przerzucać się jeszcze na Krymski półwysep. Ostap przystąpił od razu do rzeczy. Kupiono bilety do Batumu i zamówiono miejsca w drugiej klasie na parostatku „Pestel”, który odjeżdżał do Batumu na Odesę 7 września o godzinie 23 według moskiewskiego czasu.

W nocy z dziesiątego na jedenasty września, gdy „Pestel”, nie wstępując z powodu burzy do Anapy, wypłynął na pełne morze i skierował się wprost na Jałtę, Hipolitowi Matwiejewiczowi, który calutki dzień wymiotował żółcią i teraz dopiero zasnął — przyśnił się sen.

Śniło mu się, że stał w admiralskim stroju na balkonie swego starogrodzkiego domu, widząc, że hałasujący na dole tłum czegoś od niego oczekuje. Duży żóraw uniósł się w górę i u stóp jego złożył świnię o czarnych łatach. Przyszedł stróż Pichon w marynarkowym stroju i chwyciwszy świnię za tylne nogi, rzekł:

— Ech! A niechże to jasny piorun strzeli! Czy „Nimfa” daje towar?!

W rękach Hipolita Matwiejewicza znalazł się kindżał. Uderzył nim świnię w bok i z dużej szerokiej dziurki posypały się brylanty i zaczęły skakać po asfalcie. Skakały i stukały wciąż głośniej i głośniej. W końcu stuk ich stał się nieznośny i straszny.

Hipolita Matwiejewicza obudziło uderzenie fali o latarnię...

Do Jałty przybyli w okresie ciszy morskiej, w osłabiający słoneczny ranek. Marszałek szlachty przyszedł już do siebie po morskiej chorobie i w całej okazałości stał na przodzie okrętu, tuż koło ozdobionego girlandami dzwonu.

Wesoła Jałta uszeregowała wzdłuż wybrzeża maluśkie swe sklepiki i pływające restauracje. Na przystani stały powozy z aksamitnemi (w płóciennych pokrowcach) siedzeniami, auta i autobusy „Krymkurso” i towarzystwa „Krymski Szofer”. Ceglaste dziewczęta obracały na wszystkie strony swe parasolki i wymachiwały chusteczkami.

Pierwsi na rozżarzone wybrzeże wyszli nasi przyjaciele. Na widok wspólników z tłumu oczekujących i gapiów wyskoczył obywatel w kostjumie z czesuczy i zaczął szybko zdążać ku wyjściu z terytorjum portu. Lecz było już za późno. Wyostrzony wzrok wielkiego kombinatora rozpoznał szybko czesuczowego obywatela.

— Zaczekajcie, Worobjaninow, — krzyknął Ostap.

I rzucił się przed siebie tak szybko, że udało mu się o dziesięć kroków przed wyjściem dogonić czesuczowego mężczyznę. Ostap momentalnie wrócił ze stu rublami.

— Nie daje więcej. A zresztą nie nalegałem, bo gotów nie mieć na powrót do domu.

I rzeczywiście, Kislarski, nie zwlekając ani chwili, zwiał niezwłocznie autem do Sebastopola, a stamtąd trzecią klasą do domu, do Starogradu.

Cały dzień spędzili wspólnicy w hotelu, siedząc nago na podłodze i raz po raz biegnąc do łazienki pod prysznic. Lecz szła woda ciepła, jak niedobra herbata. Przed upałem nie było ratunku. Wydawało się, że Jałta roztopi się i spłynie do morza.

O godzinie ósmej wieczór wspólnicy, przeklinając wszystkie na świecie krzesła, wciągnęli gorące kamasze i poszli do teatru.

Dawano „Ożenek”. Znużony skwarem Stiepan, stojąc na rękach, padał niemal. Agafja Tichonowa biegła po drucie, trzymając w spoconych rękach parasol z napisem: „Chcę Podkolesina”. W owej chwili, tak samo zresztą, jak i we dnie, pragnęła tylko jednego — zimnej wody z lodem. Publiczności także chciało się pić. Dlatego też, a może i dlatego, że widok Stiepana, pochłaniającego gorącą jajecznicę, wywoływał obrzydzenie, — spektakl nie przypadł do gustu.

Wspólnicy byli zadowoleni, ponieważ krzesło ich w raz z trzema nowemi wspaniałemi fotelami w stylu rococo, było na miejscu.

Przyjaciele, ukryci w jednej z lóż, czekali cierpliwie ukończenia niewiarygodnie długo przeciągającego się widowiska.

Nareszcie publiczność rozeszła się i aktorzy pobiegli przewietrzyć się. W teatrze nie pozostał nikt, prócz członków udziałowców przedsiębiorstwa. Kto żyw, pobiegł na ulicę pod strugi świeżego deszczu.

— Za mną, Kisa! — zakomenderował Ostap. — W razie czego — jesteśmy prowincjonałami, którzy zabłądzili, szukając wyjścia z teatru.

Przedostali się na scenę i, oświetlając sobie drogę zapałkami, co nie uchroniło ich od trzaśnięcia się o prasę hydrauliczną, spenetrowali cała scenę. Wielki kombinator pobiegł na górę do rekwizytorni.

— Chodźcie! — krzyknął zgóry.

Worobjaninow, wymachując rękoma, skoczył na górę.

— Widzicie? — spytał Ostap, świecąc zapałką.

Z ciemności wyłonił się kant gambsowskiego krzesła i wycinek parasolki z napisem: „Chcę”...

— Patrzajcie! Oto nasza przyszłość, teraźniejszość i przeszłość! Zapalcie, Kisa, zapałki, a ja już wypatroszę krzesło.

I Ostap wpakował rękę do kieszeni po instrumenty.

— Tak, — rzekł, wyciągając rękę w stronę krzesła, — jeszcze jedną zapałeczkę, prezesie.

Zapłonęła zapałka i, o dziwo, krzesło samo skoczyło na bok i nagle w oczach zdumionych wspólników zapadło się pod podłogę.

— Mamo! — krzyknął Hipolit Matwiejewicz, lecąc pod ścianę, choć nie miał najmniejszego nawet zamiaru robić to.

Z brzękiem wypadły szyby, i parasolkę z napisem: „Chcę Podkolesina” porwał wiatr i cisnął przez okno do morza. Ostap leżał na podłodze, przygnieciony zlekka drewnianemi tarczami...

Była godzina dwunasta, minut czterdzieści. Był to pierwszy wstrząs wielkiego krymskiego trzęsienia ziemi w 1927 roku. Silny ten wstrząs, który wyrządził niezliczone szkody na całym półwyspie, wyrwał skarb z rąk aferzystów.

— Towarzyszu Bender! Co to? — wrzeszczał przerażony Hipolit Matwiejewicz.

Ostap był nieprzytomny. Trzęsienie ziemi stanęło na jego drodze! Był to jedyny wypadek w jego bogatej praktyce.

— Co to? — wył Worobjaninow.

Z ulicy dochodziły krzyki, dzwony i tętent.

— A to, że musimy czemprędzej wiać na ulicę, póki jeszcze nie zawaliły się ściany. Prędzej! Prędzej! Daj rękę, fujaro!

I rzucili do wyjścia. Ku ich zdumieniu, pode drzwiami, prowadzącemi z teatru na ulicę, leżało całe i nienaruszone krzesło. Z psim skowytem uczepił się go Hipolit Matwiejewicz kurczowym chwytem.

— Dajcie mi obcęgi! — krzyknął do Ostapa.

— A to bęcwał, idjota! — jęknął Ostap. — Zaraz runie sufit, a ten tu warjuje! Prędzej na ulicę!

— Obcęgi! — wył oszalały Hipolit Matwiejewicz.

— Do cholery. Gińcie tu z waszym krzesłem! A mnie życie drogie jest, jako wspomnienie!

Mówiąc to, rzucił się Ostap do drzwi. Hipolit Matwiejewicz szczeknął i chwyciwszy krzesło, pobiegł za Ostapem. Gdy tylko znaleźli się na środku ulicy, ziemia jakgdyby zakołysała się pod ich stopami, z dachu teatralnego zaczęły spadać dachówki i na tem miejscu, które przed chwilą dopiero opuścili, leżały już szczątki prasy hydraulicznej.

— No, a teraz dajcie to krzesło! — rzekł z zimną krwią Bender. — Widzę, że dość już macie tego trzymania.

— Nie dam! — zapiszczał Hipolit Matwiejewicz.

— A to co? Bunt na okręcie? Oddajcie krzesło! Słyszycie?

— To moje krzesło! — zaskrzeczał Worobjaninow poprzez rozlegające się wszędzie jęki, płacz i trzeszczenie.

— A więc płacę wam za nie, stary ośle!

I Ostap żelazną dłonią uderzył Worobjaninowa w kark.

Akurat przez tę ulicę pędziła straż ogniowa z pochodniami i Hipolit Matwiejewicz przy migotliwym blasku pochodni ujrzał tak straszny wyraz twarzy Bendera, że momentalnie poddał się i oddał krzesło.

— Dobrze, teraz już dobrze. — rzekł Ostap, sapiąc, — bunt został uśmierzony. Bierzcie krzesło i nieście je za mną. Odpowiadacie za jego całość. Jeśli nawet będzie jeszcze silniejszy wstrząs, krzesło musi ocaleć. Rozumiecie?

— Rozumiem.

Calutką noc wałęsali się wspólnicy razem z błądzącemi w panice tłumami, nie mogąc się zdecydować, jak wszyscy zresztą, na wejście do porzuconych domów i wciąż nowych oczekując wstrząsów.

O świcie, gdy strach zmniejszył się trochę wybrał Ostap miejsce, w pobliżu którego nie było ani ścian, które mogłyby się zawalić, ani ludzi, którzy mogliby przeszkodzić, i przystąpił do upragnionej operacji.

Wyniki zdumiały obu wspólników. W krześle nic nie było. Hipolit Matwiejewicz, nie mogąc znieść już dłużej takiego nawału wrażeń, zachichotał szczerym śmieszkiem . Bezpośrednio po tem rozległ się trzeci huk, ziemia rozstąpiła się i pochłonęła oszczędzone za pierwszym razem i wypatroszone przez ludzi krzesło, którego wzorzyste kwiatki uśmiechały się do wyłaniającego się z obłoków słońca.

Hipolit Matwiejewicz stanął na czworakach i, zwróciwszy wymiętą twarz ku brudnawo-szkarłatnej tarczy słonecznej — zawył. Słuchając go, wielki kombinator zemdlał. Gdy się ocknął, ujrzał tuż obok siebie liljową szczeciną porosły podbródek Worobjaninowa. Hipolit Matwiejewicz również stracił przytomność.

— Ostatecznie — skonstatował Ostap głosem rekonwalescenta po tyfusie, — mamy teraz sto szans na sto. Ostatnie krzesło (przy słowie „krzesło” Hipolit Matwiejewicz ocknął się) — zniknęło wprawdzie na Październikowym dworcu towarowym, lecz nie znaczy to wcale, że zapadło się pod ziemię. O co idzie? Posiedzenie trwa nadal!

Gdzieś tam padały z łoskotem cegły. Przeciągle wyła syrena okrętowa.

Kobieta z rozwianym włosem, nieubrana, biegła środkiem ulicy.



Przypisy

  1. Arba — wóz góralski.