12 krzeseł/37

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XXXVI 12 krzeseł • Rozdział XXXVI • written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow Cały tekst
Rozdział XXXVI 12 krzeseł
Rozdział XXXVI
written by Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow
Cały tekst
Uwaga! Tekst wydano w 1929. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!


ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SIÓDMY.
Skarb.

W dżdżysty dzień październikowy Hipolit Matwiejewicz bez marynarki, w księżycowej, drobniutkiemi gwiazdeczkami srebrnemi usianej kamizelce, krzątał się po pokoju Iwanopulo. Hipolit Matwiejewicz pracował przy oknie, ponieważ stołu dotąd jeszcze w pokoju nie było. Wielki kombinator dostał duży obstalunek z branży artystycznej — przygotowanie szyldzików dla związków lokatorskich. Wykonanie szyldzików według wzorków zlecił Ostap Worobjaninowi, a sam cały niemal miesiąc, od czasu przyjazdu do Moskwy, kręcił się w okolicy Październikowego dworca, z niepojętą wprost pasją szukając śladów ostatniego krzesła, bezwzględnie kryjącego w sobie brylanty madame Pietuchowej.

Hipolit Matwiejewicz, z czołem pooranem zmarszczkami, smarował zawzięcie żelazne tabliczki. W ciągu półrocznej brylantowej gonitwy wyzbył się wszystkich swych przyzwyczajeń. Budząc się zrana, nie piał już bconjour’ów i gutenmorgen’ów, hen w niepamiętnej przeszłości została matowa szklanka, z której pijał mleko, będąc jeszcze sekretarzem ZAGS-a w powiatowem mieście N. A i jaśnie pańskie kamasze o kwadratowych czubkach i niskich obcasach, porzucone podczas pogoni za teatrem Kolumba, gniły gdzieś na śmietniku tyfliskim.

Po nocach śniły się Hipolitowi Matwiejewiczowi szczyty górskie, ozdobione niesamowitemi transparentami; podrygując, biegał przed jego oczami bronzowy Iznurenkow, przewracały się łódki, tonęli ludzie, padały z nieba cegły i rozstępująca się ziemia wydychała dym siarkowy.

Ostap, przebywając codzień z Hipolitem Matwiejewiczem, nie dostrzegał w nim żadnych zmian. Gdyby Hipolit Matwiejewicz zjawił się teraz w swym rodzonym Z.A.G.S-ie, wziętoby go za petenta i dość niedbale odpowiedzianoby na powitanie. I chód Hipolita Matwiejewicza nie był już taki, jak dawniej, i wyraz oczu stał się dziki, i wąsy sterczały już nie równolegle do powierzchni, lecz prostopadle niemal, jak u starego kota.

Zmienił się Hipolit Matwiejewicz również wewnętrznie. Charakter jego nabrał obcych mu dotąd rysów stanowczości i okrucieństwa. Trzy epizody wykształciły w nim stopniowo te nowe uczucia. Cudowne ocalenie z żelaznych łap wasjukińskich amatorów, pierwszy debiut żebracki w parku Piatigorskim i trzęsienie ziemi, od czasu którego Hipolit Matwiejewicz trochę niedomagał i pałał do swego wspólnika tajoną nienawiścią.

W ostatnich czasach nękała Hipolita Matwiejewicza zmora podejrzeń. Bał się, że Ostap sam wypatroszy krzesło i wraz ze skarbami odjedzie, pozostawiając jego, Worobjaninowa, na łasce losu. Znając jednak ciężka łapę Ostapa i niezłomny jego charakter, nie śmiał zdradzić się ze swemi podejrzeniami. Codzień, siedząc przy oknie i starą, wyszczerbioną brzytwą czyszcząc wyschłe litery, trapił się podejrzeniami. Codzień lękał się, że Ostap więcej już nie przyjdzie i on, dawny marszałek szlachty, umrze z głodu pod moskiewskim płotem.

Lecz Ostap przychodził każdego wieczora, choć radosnych wieści nie przynosił z sobą. Energja i wesołość jego były wprost niespożyte. Nadzieja ani na chwilę nie opuszczała go.

W korytarzu rozległ się tupot nóg, ktoś z hałasem trzasnął się o kasę ogniotrwałą, i cienkie drzwi zawarły się tak lekko, jak kartki za podmuchem wiatru. Na progu stał wielki kombinator. Był cały mokry, policzki jego płonęły, jak jabłuszka. Ciężko sapał.

— Hipolicie Matwiejewiczu! — krzyknął. — Słuchajcie, Hipolicie Matwiejewiczu!

Worobjaninow zdziwił się. Nigdy jeszcze techniczny dyrektor nie zwracał się do niego w ten sposób. I nagle zrozumiał.

— Jest? — szepnął.

— O to właśnie idzie, że jest! Ach, Kisa, Kisa, niech nas porwą djabli!!!

— Nie krzyczcie, wszystko słychać.

— Racja, racja, mogą usłyszeć — szepnął prędko Ostap, — jest Kisa, jest i, jeśli chcecie, mogę je wam zaraz zademonstrować... Jest w Domu Kolejarzy... nowym domu... Wczoraj było otwarcie... Jak znalazłem? Bagatela! Djablo trudna rzecz! Genjalna kombinacja, doprowadzona cudownie do końca! Przygoda, jak z bajki! Jednem słowem, pierwsza klasa!...

Nie czekając, aż Hipolit Matwiejewicz wpakuje marynarkę, pobiegł Ostap na korytarz. Worobjaninow dogonił go na schodach. Wzburzeni, zasypując się wzajemnie pytaniami, pędzili mokremi ulicami na Kałanczewski plac. Nie wpadli nawet na to, że mogą wsiąść do tramwaju.,

— Wyglądacie w tem ubraniu, jak szewc! — paplał radośnie Ostap. Któż się tak ubiera, Kisa? Powinniście koniecznie mieć sztywną bieliznę, jedwabne skarpetki, no i, oczywista, cylinder. W twarzy waszej jest coś szlachetnego! Powiedzcie, doprawdy byliście marszałkiem szlachty?...

Ostap stał się zaczepny. Przedtem nigdy taki nie bywał. Z radości, że skarb tej nocy jeszcze może przejdzie w ich ręce, pozwalał sobie Ostap na głupie, wesołe kawały: trącał Hipolita Matwiejewicza, podbiegał do dziewcząt z Jermakówki i przyrzekał złote góry.

Ostap pokazał marszałkowi krzesło, które stało w pokoju sekcji szachistów i w łonie swem ukrywało niezliczone bogactwa, poczem wyciągnął Worobjaninowa na korytarz. Nie było tu ani żywej duszy. Ostap podszedł do niezaopatrzonego jeszcze na zimę okna i obluzował zawiasy, na których trzymały się futryny.

— Przez to okienko — rzekł — łatwo i bezpiecznie dostaniemy się dziś w nocy do klubu. Pamiętajcie, Kisa, trzecie okno od frontu.

Przyjaciele długo jeszcze wałęsali się po Domu kolejowym, udając przedstawicieli UONO i nie mogli się dość nadziwić prześlicznym salom i pokojom. Dom nie był duży, lecz dobrze zbudowany. Wspólnicy parę razy wstępowali do sekcji szachowej z widocznem zainteresowaniem. Obserwowali parę partyj.

— Gdybym podczas gry w Wasjukach — rzekł Ostap siedział na takiem krześle, nie przegrałbym ani jednej partji. Entuzjazm nie pozwoliłby mi na to. Pójdziemy jednak, staruszku. Musimy napić się piwa i odpocząć przed nocną wizytą. Czy odpowiada wam piwo, marszałku? Głupstwo! Jutro będziecie się opijać szampanem w dowolnych ilościach.

Idąc z piwiarni za Siwcew Wrażek, strasznie się Bender cieszył i zaczepiał przechodniów. Obejmował trochę wstawionego Hipolita Matwiejewicza i mówił do niego czule:

— Jesteście, Kisa, bardzo zacnym staruszkiem, lecz mimo to, nie dam wam więcej, niż dziesięć procent. Dalibóg — nie dam. Powiedzcież, po co wam, po co tyle pieniędzy?

— Jakto — po co? Jakto — po co? — gorączkował się Hipolit Matwiejewicz.

Ostap śmiał się przytem serdecznie i tulił policzek do mokrego rękawa towarzysza afery.

— Cóż wy kupicie, Kisa? No, co? Przecież nie macie ani za grosz fantazji. Dalibóg, piętnaście tysiączków to dla was aż nadto... Umrzecie przecież wkrótce, starzy już jesteście. W ogóle, nie potrzeba wam przecież pieniędzy... Wiecie, Kisa, nic wam chyba nie dam. To rozpusta. A wezmę was, Kiciuniu, do siebie na sekretarza. Co? Czterdzieści rubli pensji. Oprócz tego wikt. Cztery dni wolne od zajęć. Co? Specjalne ubranie, napiwki, kasa chorych... Co? Odpowiada wam ta propozycja?...

Hipolit Matwiejewicz wyrwał rękę i szybko poszedł naprzód. Żarty te doprowadzały go do szału.

Ostap dopędził Worobjaninowa przy wejściu do różowej willi.

— Doprawdy, obraziliście się na mnie? — spytał Ostap. — Zażartowałem przecież. Swoje trzy procenty macie murowane. Dalibóg, Kisa, wystarczy wam trzy procenty.

Hipolit Matwiejewicz zasępiony wszedł do pokoju.

— No i jakże, Kisa? — kpił sobie Ostap. — Zgodzicie się na trzy procenty? Dalibóg, zgódźcie się. Inny na waszem miejscu zgodziłby się. Pokoju kupować nie musicie, ponieważ Iwanopulo wyjechał do Tweru na calutki rok. Radzę wam jednak, wstąpcie do mnie na służbę., jako kamerdyner... Intratna posadka.

Ostap spostrzegłszy, że niczem nie podobna rozruszać Hipolita Matwiejewicza, ziewnął rozkosznie, wyprostował się aż do sufitu, westchnął głęboko i rzekł:

— Szykuj, druhu, kieszenie. Pójdziemy do tego klubu przed świtem. To najlepsza pora. Dozorcy śpią i śnią słodkie sny, za co często zwalniają ich bez odprawy. A tymczasem, kochasiu, radzę wam odpocząć.

Ostap położył się na trzech krzesłach, pochodzących z rozmaitych krańców Moskwy i, zasypiając, mówił:

— Albo kamerdynerem!... Przyzwoita pensja... Wikt, napiwki... No, no, zażartowałem... Posiedzenie trwa nadal! Lody ruszyły, panowie przysięgli!

Były to ostatnie słowa wielkiego kombinatora. Zasnął beztroskim, głębokim, rzeźwiącym i wolnym od mar sennych snem.

Hipolit Matwiejewicz wyszedł na ulicę. Złość go porywała i pasja.

Księżyc skakał po kępkach obłoków. Błyszczały mokre sztachety willi, spowite w girlandy mgieł, słabo migotały latarnie gazowe. Z szynku „Orzeł” wypchnięto pijaka. Pijak zaczął wrzeszczeć. Hipolit Matwiejewicz zmarszczył się i pewnym krokiem zawrócił. Jedno tylko miał pragnienie — jaknajszybciej wszystko to skończyć.

Wszedł do pokoju, surowo spojrzał na śpiącego Ostapa, przetarł binokle i wziął z okna brzytwę. Na szczerbach jej były jeszcze widome ślady farby olejnej. Włożył brzytwę do kieszeni, raz jeszcze przeszedł obok Ostapa, nie patrząc na niego, lecz słysząc jego oddech, i znalazł się na korytarzu. Było tu cicho i sennie. Najwidoczniej wszyscy już udali się na spoczynek. W egipskich ciemnościach, panujących na korytarzu, uśmiechnął się nagle Hipolit Matwiejewicz w najbardziej zjadliwy sposób i poczuł, że na czole jego zaczęła się ruszać skóra. By sprawdzić to wrażenie, znów się uśmiechnął. Przypomniał sobie nagle, że w gimnazjum uczeń Pychtiejew - Kakujew potrafił ruszać uszami. Hipolit Matwiejewicz doszedł do schodów i zaczął uważnie nasłuchiwać. Na schodach nikogo nie było. Z ulicy dobiegł stuk kopyt dorożkarskiej szkapy, szczególnie głośny i wyraźny, jakgdyby liczył kto na liczydle. Marszałek cicho, jak kot wszedł do pokoju, wyjął z wiszącej na krześle marynarki Ostapa dwadzieścia rubli i obcęgi, włożył brudną admiralską czapkę i znów zaczął nasłuchiwać. Ostap spał cicho, nie chrapał. Nos i płuca pracowały idealnie, sprawnie wdychając i wydychając powietrze. Krzepka ręka zwisała, dotykając podłogi. Hipolit Matwiejewicz, czując uderzenie tętna skroni, nie spiesząc się odwinął prawy rękaw powyżej łokcia, okręcił obnażoną rękę wzorzystym ręcznikiem, cofnął się pod drzwi, wyjął z kieszeni brzytwę i wymierzywszy wzrokiem odległość, przekręcił wyłącznik. Światło zgasło, lecz pokój nadal był zlekka oświetlony niebieskawem światłem ulicznej latarni.

— Tem lepiej, — szepnął Hipolit Matwiejewicz.

Zbliżył się do wezgłowia, wyciągnąwszy jaknajdalej od siebie rękę z brzytwą, z sił całych wpakował odrazu całe ostrze w gardło Ostapa, wyrwał natychmiast brzytwę i odskoczył do ściany. Wielki kombinator wydał dźwięk podobny do tego, który sprawia zlew kuchenny, wsysający resztki wody. Hipolitowi Matwiejewiczowi udało się nie zababrać krwią. Worobjaninow, ocierając się marynarką o kamienną ścianę przekradł się do niebieskich drzwi i na chwilę znów spojrzał na Ostapa. Ciało jego dwukrotnie wygięło się i spadło ku poręczom. Światło uliczne płynęło po czarnej kałuży, która powstała na podłodze.

„Co to za kałuża?” — pomyślał Hipolit Matwiejewicz. — „Tak, tak, to krew... Towarzysz Bender umarł...”

Worobjaninow odwinął zakrwawiony trochę ręcznik, cisnął go, potem ostrożnie położył brzytwę na podłogę i oddalił się, cichutko zamknąwszy drzwi.

Wielki kombinator umarł na progu szczęścia, które sobie wyimaginował.

Hipolit Matwiejewicz, znalazłszy się na ulicy, zasępił się i mrucząc: „Wszystkie brylanty są moje, a wcale nie sześć procent”, poszedł na plac Kaławczewski.

Przy trzecim oknie od frontowej bramy Domu Kolejarzy zatrzymał się Hipolit Matwiejewicz. Lustrzane okna nowego gmachu perliły się w brzasku wschodzącego dnia. W wilgotnem powietrzu słychać było przytłumione dźwięki manewrujących parowozów. Hipolit Matwiejewicz wdrapał się zgrabnie na gzyms, pchnął framugę okienną i bez hałasu skoczył na korytarz.

Łatwo orjentując się w szarzejących już zwolna salach klubowych, przedostał się Hipolit Matwiejewicz do gabinetu szachowego i, zahaczywszy o wiszący na ścianie portret Emanuela Laskera, podszedł do krzesła. Nie spieszył się. Nie miał się dokąd spieszyć. Nikt go nie ścigał. Grossmeister O. Bender spał snem wieczystym w różowym domku na Siwcewym Wrażku.

Hipolit Matwiejewicz usiadł na podłodze, objął żylastemi nogami krzesło i z zimną krwią, jak dentysta, zaczął po kolei wyrywać z krzesła miedziane gwoździki. Na sześćdziesiątym drugim gwoździu skończyła się praca. Angielski kreton i rogoża leżały sobie całkiem swobodnie na krześle. Wystarczyło podnieść je tylko, by ujrzeć futerały, futeraliki i skrzyneczki pełne drogocennych kamieni.

„Zaraz na auto”, — pomyślał Hipolit Matwiejewicz, który mądrości życiowej uczył się w szkole wielkiego kombinatora, — „na dworzec i do polskiej granicy. Za bylejaki kamuszek przeszwarcują mnie na tamtą stronę, a tam...”.

I Hipolit Matwiejewicz, pragnąc jaknajszybciej zobaczyć, co będzie „tam”, zerwał z krzesła kreton i rogożę.

Oczom jego ukazały się sprężyny, wspaniałe angielskie sprężyny i włosie, bajeczne włosie w przedwojennym gatunku, jakiego teraz nigdzieby się nie dostało. Lecz nic więcej w krześle nie było.

Hipolit Matwiejewicz porozrzucał machinalnie włosie i całe pół godziny przesiedział, nie wypuszczając krzesła z kurczowego uścisku nóg, bezbarwnie przy tem powtarzał:

— Dlaczego nic tu niema? To niemożliwe! To niemożliwe.

Było już prawie jasno, gdy Worobjaninow, cisnąwszy wszystko tak, jak stało, zapomniawszy obcęgów i czapki ze złotą odznaką nieistniejąceg o jacht-klubu, wylazł oknem niezauważony przez nikogo, na ulicę.

— To niemożliwe! — powtarzał, opuściwszy Dom Kolejarzy. — To niemożliwe! Pokrzykiwał zrzadka i chwytał się za mokrą od rannej rosy głowę.

Rozpamiętując wszystkie zdarzenia tej nocy, potrząsał siwemi kosmykami włosów.

Brylantowe podniecenie okazało się zbyt silnym środkiem. Postarzał się nagle w ciągu pięciu minut.

— Chodzą tu ano, chodzą rozmaici — usłyszał Worobjaninow nad uchem.

Ujrzał stróża nocnego w ubraniu z żaglowego płótna i w wysokich butach. Stróż był już wiekowy i jak widać, wielce dobroduszny.

— Ano chodzą i chodzą — gawędził życzliwie stary, któremu uprzykrzyła się najpewniej nocna samotność — i wy, towarzyszu, także interesujecie się. I słusznie. Klub mamy prawdziwie niezwykły.

Hipolit Matwiejewicz patrzył boleśnie na rumianą twarz staruszka.

— Tak — rzekł stary — niezwykły jest ten klub. Drugiego takiego nigdzie niema.

— A cóż w nim takiego niezwykłego? — spytał z namysłem Hipolit Matwiejewicz.

— Ano — zaczął stary — będzie już dziesięć lat, jak jestem tu stróżem, a takiego zdarzenia jeszcze nie było. Posłuchaj tylko, żołnierzyku. Ano był tu zawdy klub, wiadomo jaki, pierwszej sekcji służby ruchu, ja go, uważacie, pilnowałem. Do niczego był ten klub... opalali go, opalali i — nie mogli poradzić. A towarzysz Krasilnikow podchodzi do mnie — „gdzie, peda, podziewasz drzewo?”. A cóż to — jem je, czy co? Krzątał się towarzysz Krasilnikow koło klubu — tam wilgoć, tu zimno, dla orkiestry dętej miejsca niema, z teatrem też krucho — marzną i marzną panowie artyści. Pięć lat starano się o kredyty na nowy klub, ale nie wiem, co z tem było. Dor-prof-soz nie zatwierdził kredytów. Dopiero na wiosnę kupił uważacie, towarzysz Krasilnikow krzesła do sceny, ładne, mięciutkie krzesło...

Hipolit Matwiejewicz słuchał całem ciałem niemal kładąc się na stróża. Był nawpół przytomny. A stary radośnie śmiejąc się, opowiadał, jak kiedyś wgramolił się na to właśnie krzesło, by wykręcić żarówkę i stoczył się z niego.

— Z krzesła tego ześlizgnąłem się, pękło przytem obicie. I patrzę — a tu z pod obicia szkiełka sypią się, i perły białe na nitkę nanizane.

— Perły, — pisnął stary z zachwytem — patrzę żołnierzyku mój, dalej, a tam pudełka jeszcze rozmaite. Pudełek tych ani nawet nie ruchałem. Poszedłem, uważacie, zaraz wprost do towarzysza Krasilnikowa i zameldowałem. To samo zameldowałem potem komisji. Nie ruchałem ja tych pudełków, całkiem nie ruchałem. I dobrze, żołnierzyku, zrobiłem, bo znaleziono tam kosztowności, ukryte przez burżuazję.

— Gdzież te kosztowności? — wrzasnął marszałek.

— Gdzie, gdzie — przedrzeźniał stary — trzeba ano, żołnierzyku, mieć głowę na karku. Tu są!

— Gdzie? Gdzie?

— Toż tutaj są! — krzyknął zarumieniony stróż, ciesząc się z osiągniętego efektu — Tutaj są. Przetrzyj okulary! Klub za nie zbudowano, żołnierzyku! Widzisz? Tu jest ten klub! Centralne ogrzewanie, szachy z zegarem, bufet, teatr, w kaloszach nie wpuszczają!...

Hipolit Matwiejewicz zlodowaciał i nie ruszając się z miejsca, wodził wzrokiem po gzymsach.

A więc tu jest skarb madame Pietuchowej!

Oto jest tu taj calutkie sto pięćdziesiąt tysięcy rubli, piękna sumka, jak zwykł mawiać zabity Ostap - Sulejman – Berta – Marja Bender!

Brylanty przekształciły się w ogromne frontowe tafle szklane i płaty żelazo - betonu, chłodne sale gimnastyczne powstały z pereł.

Djamentowy djadem przekształcił się w salę teatralną ze sceną obrotową, rubinowe wisiorki rozrosły się w wysadzane szmaragdami żyrandole, złote żmije bransolet zamieniły się na wspaniałą bibljotekę, a kolja przerodziła się w żłobek dla dzieci, klub szachistów i bilard.

Skarb został, był zachowany, powiększył się nawet. Można go było dotknąć rękoma, lecz nie można go było zabrać. Przeszedł na służbę do innych ludzi.

Hipolit Matwiejewicz dotknął ręką granitowej fasady. Zimno kamienia przeniknęło aż do serca. Krzyknął.

I krzyk jego — wściekły, namiętny i dziki, krzyk postrzelonej śmiertelnie wilczycy — wybiegł na środek placu, rzucił się na most i wtłoczony w rozgwar budzącego się miasta, zaczął milknąć i po chwili skonał...

Wspaniały ranek jesienny stoczył się z mokrych dachów na ulice Moskwy. Miasto ruszyło w codzienną swą drogę...


KONIEC.