12 krzeseł/Całość

Free texts and images.
Jump to: navigation, search


Crystal Clear app printer.png Dostępny jest E-book / wersja do druku tego tekstu

12 krzeseł

(Двенадцать стульев)

Ilja Ilf i Eugeniusz Pietrow

¤ ¤ ¤ ¤

Przekład: Halina Pilichowska


Osstapp1.jpg





ROZDZIAŁ PIERWSZY.
Zakład pogrzebowy: „Witajcie”.

W powiatowem mieście N. było tak wiele zakładów fryzjerskich i biur pogrzebowych, iż przypuszczać można było, że mieszkańcy miasta rodzą się jedynie po to, by ogolić się, ostrzyc, skropić głowę weżetalem i bezzwłocznie umrzeć.

W istocie jednak w powiatowem mieście N. ludzie rodzili się, golili i umierali dość rzadko. Życie miasta płynęło spokojnym, pogodnym nurtem. Wiosenne noce były upojne, błoto w blaskach księżyca lśniło, jak antracyt, i cała młodzież kochała się na zabój w sekretarce Miestkomu[1], która zaniedbywała wskutek tego zbierania składek członkowskich.

Kwestje miłości i śmierci nie wzruszały bynajmniej Hipolta Matwiejewicza Worobjaninowa, mimo, iż zajmował mą niemi z urzędu, dzień dnia od godziny dziewiątej rano do piątej popołudniu z półgodzinną przerwą na drugie śniadanie.

Zrana wypijał zwykłą porcję gorącego mleka, podanego mu przez Klaudję Iwanownę, poczem z nawpółciemnego domku wychodził na szeroką, zalaną jaskrawem wiosennem światłem ulicę „imienia tow. Biurokracego”. Była to bodaj najweselsza z ulic, jakie spotkać można w powiatowem mieście. Z lewej strony, za zamazanemi, zielonkawemi oknami srebrzyły się trumny zakładu pogrzebowego „Nimfa”, z prawej zaś przez maleńkie, zapadłe szybki widać było dębowe, smętnie zakurzone trumny — ozdobę zakładu pogrzebowego Bezenczuka. Dalej mistrz fryzjerski Pierre i Jean ofiarowywał swym klijentom „manicure” i „ądulacje”. Nieco dalej ulokował się hotel z zakładem fryzjerskim, a za nim, na otwartym placu żółtawy cielak czule lizał przybity do samotnie sterczącej ściany zardzewiały srodze szyldzik:

ZAKŁAD POGRZEBOWY
„WITAJCIE”.

Przedsiębiorstw pogrzebowych było wprawdzie mnóstwo, lecz klijentelę miały niezamożną. Firma „Witajcie” zbankrutowała jeszcze na trzy lata przed przybyciem Hipolita Matwiejewicza do miasta N., a mistrz pogrzebowy Bezenczuk zapijał się ze zmartwienia i kiedyś próbował nawet zastawić w lombardzie swą jedyną trumnę wystawową.

W mieście N. ludziska umierali nader rzadko, o czem Hipolit Matwiejewicz wiedział lepiej od innych, ponieważ pracował w Z. A G. S-ie[2], gdzie kierował rejestracją narodzin, zgonów i ślubów. Stół przy którym pracował Hipolit Matwiejewicz wyglądał, jak stary nagrobek. Lewy brzeg jego, był nadgryziony przez szczury. Niemocne nogi uginały się pod ciężarem teczek wypchanych aktami, z których można było zaczerpnąć dokładnych wiadomości o rodowodzie mieszkańców miasta, tudzież o drzewach genealogicznych, które wyrosły na ubogiej, powiatowej glebie.

W piątek piętnastego kwietnia 1927 roku Hipolit Matwiejewicz obudził się, jak zwykle, o pół do ósmej i odrazu wpakował na nos staroświeckie złote okulary.

— Bonjour! — zanucił wesoło, spuszczając nogi z łóżka.

„Bonjour” oznaczało, że Hipolit Matwiejewicz obudził się w dobrym humorze. Gdy po przebudzeniu mówił „guten Morgen”, było to niechybną oznaką, że dokucza mu wątroba, że pięćdziesiąt dwa lata to nie fraszka, że powietrze jest przesiąknięte wilgocią.

Hipolit Matwiejewicz wsunął pałąkowate nogi w przedwojenne jeszcze czasy pamiętające spodnie, przewiązał tasiemką, i wlazł w krótkie, miękkie buty o ściętych już mocno szpicach.

Po pięciu minutach zdobiła go księżycowa kamizelka upstrzona maleńkiemi, srebrnemi gwiazdeczkami i wytarta, alpagowa marynarczyna. Strzepnąwszy z włosów pozostałe po myciu krople wody, Hipolit Matwiejewicz nastroszył zawadjacko wąsy, potarmosił brodę, przejechał się szczotką po głowie i z uprzejmym uśmiechem ruszył na spotkanie wchodzącej do pokoju teściowej swej Klaudji Iwanówny.

— Mon cher, — huknęła — zły dziś miałam sen.

Wyraz „sen" wymówiła na sposób francuski.

Hipolit Matwiejewicz spojrzał na teściową z góry na dół.

Wzrost jego dosięgał 185 centymetrów i z tej wyżyny bez trudu mógł Hipolit Matwiejewicz traktować teściową swą — Klaudję Iwanównę z pewnem lekceważeniem.

Klaudja Iwanówna ciągnęła dalej:

— Widziałam nieboszczkę Marję z rozwianym włosem i w złotej opasce na biodrach.

Klaudja Iwanówna grzechotała jak karabin maszynowy; od jej tarkotu chybotała się mosiężna lampa w raz z zakurzonym obażurem z paciorków.

— Jestem przerażona. Obawiam się nieszczęścia.

Ostatnie słowa wyrzuciła z siebie z taką siłą, że włosy na głowie Hipolita Matwiejewicza przechyliły się w różne strony. Zmarszczył się i niedbale odrzekł:

— Nic się nie stanie, maman. Czy woda jest zapłacona?

Okazało się, że nie była zapłacona. Kalosze także nie były umyte.

Hipolit Matwiejewicz nie lubił swojej teściowej.

Klaudja Iwanówna była głupia jak but i nie było żadnej nadziei, że na starość zmądrzeje. Skąpa była do obrzydliwości Jedynie ubóstwo Hipolita Matwiejewicza nie pozwalało rozwinąć się należycie temu wszystko - ogarniającemu popędowi.

Obdarzona była głosem tak niezwykle donośnym, że mógłby go jej chyba pozazdrościć Ryszard Lwie Serce.

A nadto — i to było najokropniejsze — Klaudja Iwanówna miewała sny. Miewała je noc w noc. Śniły jej się dziewczęta w opaskach i bez nich, rumaki w żółtych dragońskich czaprakach; stróże grający na harfach, archaniołowie stojący na warcie w stróżowskich kożuchach, wreszcie druty od pończoch, które pobrzękując żałośnie, hasały sobie jakgdyby nigdy nic po pokoju.

Przesądną kobietą była Klaudja Iwanówna. Na dobitkę wyrosły jej pod nosem wąsy, które wyglądały, jak pędzelki do golenia.

Hipolit Matwiejewicz wyszedł z domu zlekka podenerwowany. Przytulony do drzwi swego niefortunnego przedsiębiorstwa, stał ze skrzyżowanemi na piersiach rękami mistrz cechu karawaniarzy Bezenczuk.

Pod wpływem ciągłych plajt swych handlowych imprez i systematycznego zażywania od wewnątrz gorących napojów, oczy naszego mistrza świeciły żółtym jak u kota blaskiem i płonęły nieustannym ogniem.

— Moje uszanowanie! — zarechotał na widok Hipolita Matwiejewicza. — Dzień dobry!

Hipolit Matwiejewicz uprzejmie uchylił kapelusza.

— Jak zdróweczko czcigodnej teściowej?

— M - m... m - m... — burknął niechętnie Hipolit Matwiejewicz i, wzruszywszy ramionami, minął zakład Bezenczuka.

— Niech jej Bóg da zdrowie, — powiedział z goryczą Bezenczuk, same straty, — takie to już czasy.

I znów z rękami skrzyżowanemi na piersiach oparł się o drzwi.

Z kolei nie omieszkano zatrzymać Hipolita Matwiejewicza przed zakładem pogrzebowym „Nimfa".

Trzech było właścicieli „Nimfy". Skłonili się przed Hipolitem Matwiejewiczem i zgodnym chórem spytali o zdrowie teściowej.

— Zdrowa, zdrowa, — odpowiadał Hipolit Matwiejewicz, — czy to jej czego brak? Dziś ukazała się jej we śnie złocista dziewica, z włosem na wiatr rozwianym. Takie to, uważacie miewa sny.

Trzy „Nimfy" zerknęły ku sobie i głośno westchnęły.

Na wszystkie te rozmowy Hipolit Matwiejewicz zmarudził nieco czasu i wbrew swym zwyczajom przyszedł do biura, gdy zegar wiszący nad wezwaniem: „Kończ sprawę i żegnaj!" wskazywał już pięć minut po dziewiątej.

Hipolit Matwiejewicz wyjął z szuflady biurka szarą wojłokową poduszeczkę, położył ją na krześle, nadał wąsom prawidłowy kierunek (równoległy do biurka) i siadł na poduszce, górując nieco nad trzema swemi współpracownikami. Hipolit Matwiejewicz nie obawiał się hemoroidów, lecz drżał o całość swych spodni i dlatego właśnie ożywał starego wojłoku.

Wszystkie te manipulacje sowieckiego dygnitarza obserwowało nieśmiało dwoje młodych ludzi, młodzieniec i dziewica.

Młodzieniec w sukiennej, watowanej marynarce był kompletnie zgnębiony urzędową atmosferą, zapachem atramentu, ochrypłym, miarowym tykaniem zegara, w szczególności zaś surowsza wezwaniem: „Kończ sprawę i żegnaj!" Mimo, iż sprawy swej młodzieniec w marynarce dotąd jeszcze nie zaczął, radby najwidoczniej czemprędzej stąd odejść.

Spawa, która go tu sprowadziła zaczęła mu się wydawać tak blachą, że wstyd mu było poprostu niepokoić nią tego godnego, szpakowatego obywatela, celebrującego tak poważnie za stołem. Hipolit Matwiejewicz doskonale rozumiał, że przybysz ma jakąś drobną sprawę, z którą może poczekać, to też otworzył skoroszyt Nr. 2 i pogrążył się w czytaniu. Dziewica w długim żakiecie, oblamowanym błyszczącą, czarną taśmą porozumiała się szeptem z młodzieńcem i zawstydzona podeszła powoli do Hipolita Matwiejewicza.

— Towarzyszu, — powiedziała, — gdzie tu można...

Młodzian w marynarce odetchnął z ulgą i niespodzianie wypalił:

— Zarejestrować się!

Hipolit Matwiejewicz spojrzał uważnie na barjerę, za którą stała para.

— Narodziny? Zgon?

— Ślub, — wyjaśnił zbity z tropu młodzian i nieporadnie rozejrzał się dokoła.

Dziewica parsknęła śmiechem. Najgorszy bywa początek.

Hipolit Matwiejewicz ze zręcznością żonglera zabrał się do roboty.

Starczym pismem wpisał do grubych foliałów nazwiska nowożeńców, z namaszczeniem przesłuchał świadków, których oblubienica sprowadziła naprędce z ulicy, poczem długo, z przejęciem chuchnął na podłużną pieczątkę i uniósłszy się z krzesła odciskał ją na wystrzępionych paszportach.

Przyjął od młodożeńców dwa ruble i wydawszy im pokwitowanie, powiedział z uśmiechem: „Za dopełnienie „sakramentu” — przyczem wstając ukazał swą imponującą zaprawdę postać (w dawnych czasach zwykł był nosić gorset). Promienie słońca złociły mu się na ramionach jak epolety. Wyglądał nieco śmiesznie, lecz niezwykle przytem uroczyście. Światło załamywało się w podwójnie wklęsłych szkłach. Młodzi stali potulnie, jak jagniątka.

— Młodzi towarzysze — rozpoczął napuszoną przemowę Hipolit Matwiejewicz — pozwólcie złożyć sobie gratulacje z okazji, jak to dawniej mówiono, zawarcia dozgonnych ślubów. Bardzo, ba-a-a-a-rdzo się cieszę, gdy widzę, takich, jak wy młodych ludzi, którzy trzymając się, jak wy za ręce dążą do osiągnięcia nieśmiertelnych ideałów. Baardzo się cieszę!

Wygłosiwszy tę tyradę, Hipolit Matwiejewicz uścisnął nowożeńcom ręce, poczem bardzo z siebie zadowolony usiadł i kontynuował przeglądanie dokumentów zawartych w skoroszycie Nr. 2.

Praca w biurze już się kończyła. Na sąsiedniej, żółtej dzwonnicy, uderzono ze wszystkich sił w dzwony. Zadrżały szyby. Z dzwonnicy wysypały się wrony, porajcowały na rynku i pofrunęły. Zimny zmrok zapadał nad opustoszałym placem.

Wszyscy, którzy mieli się urodzić tego dnia — urodzili się i zostali wniesieni do grubych foljałów. Wszyscy, którzy chcieli pobrać się — pobrali się i również zostali wniesieni do grubych foljałów. I jedynie tylko, jakby na złość żądnym żeru karawaniarzom nie było ani jednego śmiertelnego wypadku. Hipolit Matwiejewicz złożył akta, schował do szuflady wojłokową poduszeczkę, rozczesał grzebykiem wąsy i marząc o rozkosznie gorącej zupie, miał już zamiar wyjść, gdy wtem drzwi biura rozwarły się i na progu stanął mistrz cechu karawaniarskiego, Bezenczuk.

— Witam drogiego gościa, — uśmiechnął się Hipolit Matwiejewicz. — Co dychać nowego?

Zakazana gęba mistrza Bezenczuka promieniała w mroku, lecz trudno mu było cokolwiek wykrztusić.

— Słucham — zniecierpliwionym głosem powiedział Hipolit Matwiejewicz.

— Czyż to, co daje „Nimfa", — niech ją jasny piorun strzeli, można nazwać dobrym towarem — zaczął mętnie nasz mistrz. — Czyż „Nimfa" może zadowolnić klijenta? Gdy pomyśli się tylko ile taka trumna pochłania drzewa.

— O co wam chodzi? — przerwał Hipolit Matwiejewicz.

— „Nimfa" patrzajcie!... Taki kramik musi wyżywić aż trzy rodziny. Toż to i materjał tandetny i wykończenie gorsze i farba wodnista, niech to wszystko jasny piorun strzeli. A moja firma solidna, stara. Egzystuje od 1907 roku. Moje trumienki — dla amatora, paluszki, powiadam wam, lizać...

— Zwarjowałeś, czy co? — dobrotliwie zapytał Hipolit Matwiejewicz i skierował się ku wyjściu. — Bzika jeszcze dostaniesz przy tych trumnach.

Bezenczuk uprzedzająco grzecznie otworzył drzwi, puścił naprzód Hipolita Matwiejewicza, a sam przyczepił się do niego, dygocąc poprostu z niecierpliwości.

— Gdyby firma „Witajcie" egzystowała, no to ostatecznie rozumiałbym. Żadna firma, choćby nawet w samym Twerze nie mogła wytrzymać z nią konkurencji. A teraz, co tu gadać — niema towaru lepszego niż mój. Nie probujcie nawet szukać gdzieindziej.

Hipolit Matwiejewicz odwrócił się z pasją, popatrzył chwilę gniewnie na Bezenczuka i przyspieszył nieco kroku.

Trzej właściciele „Nimfy" stali przed swem przedsiębiorstwem w tych samych pozach, w jakich Hipolit Matwiejewicz zostawił ich z rana. Wydawało się, że od tej chwili nie zamienili z sobą ani słowa, lecz uderzająca zmiana w wyrazie ich twarzy, skryte zadowolenie, malujące się w oczach, wskazywało, że do wiadomości ich doszła rzecz niesłychanie ważna.

Na widok swych konkurentów Bezenczuk machnął rozpaczliwie ręką, przystanął i rzucił szeptem za Worobjaninowem:

— Oddam za trzydzieści dwa rubelki!!

Hipolit Matwiejewicz zmarszczył się i przyspieszył kroku.

— Dam na raty! — dodał Bezenczuk.

Trzej właściciele „Nimfy" nie rzekli ani słowa. Milcząc pobiegli za Worobjaninowem, zginając się nieustannie w uprzejmych ukłonach i zdejmując wciąż kapelusze.

Rozwścieczony głupią natarczywością karawaniarzy, Hipolit Matwiejewicz, szybciej, niż zazwyczaj, wbiegł na ganek, otarł nerwowo buty z błota i, czując wilczy apetyt, wszedł do sieni. Naprzeciw mu wyszedł z pokoju pop z cerkwi Froła i Ławra, Ojciec Fiodor. Uniósłszy prawą ręką poły sutanny i nie dostrzegając obecności Hipolita Matwiejewicza, Ojciec Fiodor niezmiernie podniecony spieszył ku wyjściu.

Wówczas dopiero Hipolit Matwiejewicz zauważył osobliwą czystość, niezwykły, bijący wprost w oczy bezład, powstały wskutek przestawienia nielicznych mebli i poczuł silny zapach lekarstw. W pierwszym pokoju natknął się Hipolit Matwiejewicz na sąsiadkę Madame Kuzniecową. Wymachując gwałtownie rękami syknęła:

— Stan jej pogorszył się, przyjęła sakramenty, przed chwilą odszedł ojciec Fiodor. Niech pan nie stuka obcasami.

— Ja nie stukam — odrzekł z pokorą Hipolit Matwiejewicz. — A cóż się stało?

Madame Kuzniecowa zacisnęła wargi i wskazała drzwi sąsiedniego pokoju.

— Bardzo silny atak sercowy.

I powtarzając cudze słowa, które wywarły na nią najwidoczniej silne wrażenie, dodała:

— Katastrofa nie jest wyłączona. Calutki dzień jestem dziś na nogach. Wpadłam tu rano po maszynkę do mięsa, — patrzę, — drzwi na oścież otwarte, w kuchni niema żywej duszy, w tym pokoju również nikogo niema, pomyślałam więc sobie, że Klaudja Iwanowna poszła chyba po mąkę na placek (wiedziałam, że miała taki zamiar). Bo to nie trzeba wam chyba tłomaczyć, że jeśli się mąki wcześniej nie kupi...

Jęk, który rozległ się w sąsiednim pokoju, boleśnie uderzył Hipolita Matwiejewicza. Przeżegnał się szybko zdrętwiałą nagle ręką i udał się do pokoju teściowej.



ROZDZIAŁ DRUGI.
Zgon pani Pietuchowej.

Klaudja Iwanowna leżała na wznak z rękami splecionemi pod głową. Na głowie miała jaskrawo - morelowy czepek. Kolor ten był ostatnim krzykiem mody w owych niepamiętnych czasach, gdy panie nosiły „Chanteclaire” i gdy zaczynał zaledwie wchodzić w modę argentyński taniec „tango”.

Twarz Klaudji Iwanowny była uroczysta, lecą nic się na niej nie malowało. Wzrok miała utkwiony w sufit.

— Klaudjo Iwanowno — szepnął Worobjaninow.

Teściowa poruszyła wargami, lecz zamiast zwykłych dźwięków przypominających głos trąby jerychońskiej, do których tak bardzo przywykł Hipolit Matwiejewicz, rozległ się cichy, słaby i tak żałosny jęk, że serce Hipolita Matwiejewicza drgnęło boleśnie i łza nakształt rtęci stoczyła się po jego obliczu.

— Klaudjo Iwanowna — powtórzył Worobjaninow — co wam dolega?

Lecz i tym razem nie otrzymał odpowiedzi. Stara przymknęła oczy i odwróciła się do ściany.

Do pokoju weszła cicho sąsiadka i wyprowadziła Worobjaninowa z pokoju.

— Lekarz zabronił wszelkich wzruszeń. Mój drogi, niech pan tymczasem idzie do apteki. Tu jest kartka i proszę konieczne zapytać o cenę pęcherzy do lodu.

Hipolit Matwiejewicz oddał się pokornie do dyspozycji pani Kuzniecowej, zdawał sobie bowiem sprawę z jej niezaprzeczalnej wyższości w tych sprawach.

Do apteki był spory kawał drogi. Hipolit Matwiejewicz zacisnął po sztubacku receptę w dłoni i wybiegł spiesznie na ulicę. Było już prawie ciemno. Na tle zachodzącego słońca odcinała się mizerna figurka mistrza Bezenczuka, który — oparty o sosnowe drzwi, posilał się chlebem z cebulą. Tuż obok przycupnęli trzej właściciele „Nimfy” i, oblizując łyżki, zajadali z żelaznego garnka gryczaną kaszę. Na widok Hipolita Matwiejewicza, karawaniarze stanęli na baczność. Bezenczuk wzruszył pogardliwie ramionami i burknął pod adresem konkurentów:

— Pętają się tu wciąż — a niech ich jasny piorun strzeli!

Hipolit Matwiejewicz, znużony już zlekka niezwykłą emocją, chodził zapamiętale po pokoju. Do głowy tłoczyły mu się same nieprzyjemne, związane z gospodarstwem myśli. Rozmyślał nad tem, że trzeba będzie zaciągnąć w kasie samopomocy pożyczkę, kłopotać się o popa i odpowiadać na kondolencyjne listy krewniaków. Aby się nieco rozerwać, wyszedł Hipolit Matwiejewicz na ganek. W zielonkawym blasku księżyca stał mistrz cechu karawaniarskiego.

— A więc, panie Worobjaninow? — spytał mistrz cechu, uchylając nisko kapelusza.

— A no, cóż robić... — ponuro odrzekł Hipolit Matwiejewicz.

— Czyż taka „Nimfa", a niech ją piorun strzeli, może zadowolnić klijenta? — gorączkował się Bezenczuk.

— Do kroćset! A to piła!

— Przepraszam. Słóweczko tylko rzekną wedle palm i. politury. Jak to wszystko najgodniej wyrychtować. Chyba pierwsza klasa? Co?

— Obejdzie się bez palm i bez politury. Zwykła drewniana trumna. Sosnowa. Rozumiesz?

Bezenczuk przyłożył palec do ust na znak, że wszystko rozumie, poczem odwrócił się i, mnąc w rękach kapelusz, poszedł, zataczając się, do siebie. Wtedy dopiero Hipolit Matwiejewicz zauważył, te mistrz karawaniarzy jest kompletnie zalany.

Hipolit Matwiejewicz znów się pogrążył w przerwanych na chwilą niewesołych myślach. Nie wyobrażał sobie poprostu, że będzie przychodził do opustoszałego, zaśmieconego mieszkania. Wydawało mu się, że śmierć teściowej położy nieodwołalnie kres temu, pożal się Boże, komfortowi, z takim wysiłkiem osiągniętemu po rewolucji, która unicestwiła istotny prawdziwy komfort. „Ożenię się chyba” — pomyślał Hipolit Matwiejewicz, — ale z kim? Z bratanką komendanta policji, z Barbarą Stiepanówną, czy też może z siostrą Prusisa? A może raczej przyjąć służącą? Ale, cóż znowu! Po sądach włóczyć mnie jeszcze gotowa. A i koszt przytem niemały”.

Hipolit Matwiejewicz ujrzał nagle życie w czarnych kolorach. Pełen żalu i nienawiści do świata, wrócił do domu.

Klaudja Iwanowna przestała majaczyć. Leżąc wysoko na poduszkach, spoglądała na Hipolita Matwiejewicza zupełnie przytomnie i, jak mu się wydawało, z pewną nawet surowością.

— Hipolicie — szepnęła dobitnie — siądź koło mnie. Muszę ci powiedzieć...

Hipolit Matwiejewicz niechętnie posłuchał wezwania. Wpatrując się w wychudłą, wąsatą twarz teściowej, próbował uśmiechnąć się i dodać chorej otuchy. Ale uśmiech całkiem mu się nie udał, a słów otuchy nie mógł w żaden sposób wykrztusić. Ze ściśniętej krtani wyrwało mu się tylko parę nieartykułowanych dźwięków.

— Hipolicie — powtórzyła teściowa — czy pamiętasz meble z naszego salonu?

— Jakie? — zapytał Hipolit Matwiejewicz z uprzedzającą grzecznością, możliwą jedynie wobec bardzo chorych ludzi.

— Te... Obite angielskim kretonem...

— Ach, u mnie w domu?

— Tak, w Starogrodzie.

— Pamiętam, doskonale pamiętam... kanapa, tuzin krzeseł i okrągły stolik na sześciu nóżkach. Meble były pierwszorzędne. Gambsa robota. A czemu o tem wspominacie?

Klaudja Iwanowna nie mogła odpowiedzieć. Twarz jej zaczęła zwolna nabierać ziemistego koloru. Hipolit Matwiejewicz poczuł nagle ni stąd, ni zowąd, że zapiera mu dech w piersiach. Uprzytomnił sobie plastycznie salon w swoim domu, rozstawione symetrycznie orzechowe, na giętych nóżkach meble, wywoskowaną posadzkę, stary, bronzowy fortepian i wizerunki dostojnych krewnych w czarnych, owalnych ramach.

Nagle Klaudja Iwanowna drewnianym, obojętnym głosem odezwała się:

— W obicie krzesła zaszyłam swoje brylanty.

Hipolit Matwiejewicz zerknął nieufnie na starą.

— Jakie brylanty? — spytał bezwiednie, lecz zaraz zorientował się. — Czyż nie zabrano ich wówczas, podczas rewizji?

— Zaszyłam brylanty w obicie krzesła — powtórzyła z uporem stara.

Hipolit Matwiejewicz zerwał się na równe nogi. Przyjrzał się uważnie kamiennej twarzy Klaudji Iwanowny, oświetlonej ubogą naftową lampą i zrozumiał, że stara nie majaczy.

— Brylanty! — krzyknął, przerażony siłą swego głosu. — W krześle! Kto wam to doradził? Czemu nie daliście ich mnie?

— Czyż mogłam ci dać brylanty? Roztrwoniłeś przecież majątek mojej córki — ze złośliwym spokojem rzekła stara.

Hipolit Matwiejewicz Siadł, lecz po chwili znów wstał, gwałtownie mu biło. W głowie zaczynało szumieć.

— Lecz wyjęliście je chyba stamtąd? Są tutaj?

Stara przecząco kiwnęła głową.

— Nie zdążyłam. Pamiętasz, jak szybko i nieoczekiwanie musieliśmy uciekać? Zostały tam w krześle, które stało między porcelanową lampką i kominkiem.

— Ależ to szaleństwo! Wykapana córka! — krzyczał Hipolit Matwiejewicz donośnym głosem i, nie licząc się już z tem, że znajduje się przy łożu konającego, z hałasem odsunął krzesło i począł biegać po pokoju.

Stara obojętnie obserwowała ruchy Hipolita Matwiejewicza.

— Czy macie choć blade pojęcie, dokąd te krzesła mogły zawędrować? A może wyobrażacie sobie, że stoją w moim salonie najspokojniej i czekają, aż przyjdziecie po swe precjoza?

Stara nie odrzekła ani słowa.

Ze złości spadły kierownikowi ZAGS-u binokle i mignąwszy złotą oprawką, spadły na ziemię.

— Jakto? Wsadzić w krzesło brylanty, wartości siedmdziesięciu tysięcy rubli? W krzesło, na którem niewiadomo kto siedzi.

Lecz w tej chwili Klaudja Iwanówna załkała i całem ciałem oparła się o brzeg łóżka. Ręka jej, zakreślając w powietrzu półkola, starała się schwycić Hipolita Matwiejewicza, lecz natychmiast opadła bezwładnie na fioletową kołdrę.

Hipolit Matwiejewicz, wydając okrzyki przerażenia, pobiegł do sąsiadki.

— Zdaje się, że umiera.

Sąsiadka przeżegnała się z powagą, i, nie dorywając swej ciekawości, wraz z mężem, brodatym agronomem pobiegła do domu Hipolita Matwiejewicza. On sam, oszołomiony, zabrnął zaś aż do miejskiego parku.

I podczas gdy rodzina agronoma, wraz ze służącą, robiła porządki w pokoju zmarłej, Hipolit Matwiejewicz błądził po parku. Pozbawiony okularów, potykał się o ławki i brał zastygłe we wczesnej, wiosennej miłości zaskoczone parki za zwykłe krzaki.

Co za cudeńka działy się w głowie Hipolita Matwiejewicza! Szumiały tam chóry cygańskie, piersiste damskie orkiestry bezustannie grały „tango”; marzyła mu się zima moskiewska i czarny rasowy koń, parskający wzgardliwie na pieszych przechodniów. Wiele rzeczy rysowało się w wyobraźni Hipolita Matwiejewicza: i pomarańczowe, olśniewające, drogie kalesony i lokajska wierność i możliwość wycieczki do Tuluzy.

Chóry cygańskie umilkły.

Hipolit Matwiejewicz zwolnił kroku i naraz potknął się o ciało mistrza cechu karawaniarskiego Bezenczuka. Mistrz spał, leżąc w kożuchu wpoprzek ścieżki. Potrącony, przebudził się, kichnął i raźnie wstał.

— Bez obawy, panie Worobjaninow — powiedział z przekopaniem, kończąc jak gdyby zaczętą poprzednio rozmowę — trumna, panie, pracy wymaga.

— Klaudja Iwanowna umarła — oznajmił klijent.

— Świeć. Panie, nad jej duszą — przytwierdził Bezenczuk.

— A więc staruszka zasnęła w Panu. Staruszki zawsze w Panu zasypiają. Albo duszę Bogu oddają. To już zależy od tego, jaka staruszka. Wasza, na ten przykład, mała i gruba, a więc zasnęła w Panu. A na ten przykład, która jest większa i szczuplejsza — o takiej powiadają, że Bogu duszę oddaje...

— Jakto, powiadają? Któż tak powiada?

— Ano niby my. Majstrowie... Ot, Pan, na ten przykład, mężczyzna okazały, wysokiego wzrostu, chociaż chudy. Jeżeli Pan, nie daj Boże, umrze, to powiadają, że Pan świat pożegnał. A jeżeli jakiś handlowiec, dawny kupiec pierwszej gildy, to powiada się, że opuścił nas na wieki A jeżeli ktoś jest na niższem stanowisku, jeżeli jest naprzykład stróżem, albo ze wsi pochodzi o takim mówi się, że wykopyrtnął się, albo kitę odwalił. Lecz gdy umierają ci dygnitarze, konduktorzy kolejowi, lub też naprzykład, jakaś władza, to nazywa się, że kiwnęli. Tak właśnie mówi się o nich: „A dyszałeś, że nasz X. kiwnął?”

Zdumiony tą, dość dziwaczną klasyfikacją śmierci ludzkich, Hipolit Matwiejewicz zapytał:

— No, a gdy ci się zemrze, jak o tobie majstrowie powiedzą?

— Ja jestem taki sobie, niepozorny człeczyna. Powiedzą: — „Zmarło się Bezenczukowi'”. I nic więcej nie rzekną.

Tu dodał surowo:

— O mnie nikt nie powie, że kiwnąłem, albo, że pożegnałem ten świat. Jestem wątłej budowy. A jakże będzie z trumną, panie Worobjaninow? Czyżby kazał pan zrobić trumnę bez palm i politury?

Lecz Hipolit Matwiejewicz zatonął znów w rozkosznych marzeniach i ruszył naprzód, nie odpowiadając ani słowa. Bezenczuk kroczył tuż za nim, obliczając coś na palcach i mrucząc swoim zwyczajem.

Księżyc już dawno zaszedł. Powiał zimowy chłód. Kałuże znów zaszkliły się, kruchym, jak wafle, lodem. Na ulicy „tow. Biurokracego“, gdzie znaleźli się nasi przyjaciele, wicher walczył z szyldami. Od strony Staropanieńskiego placu, wśród dźwięków, podobnych do zgrzytu opuszczanej rolety, jechał tabor strażacki na mizernych koniach.

Strażacy w hełmach, spuściwszy z platformy nogi, kiwali głowami do taktu i śpiewali obrzydliwie fałszując:

„Chwała naszemu ogniomistrzowi,
Naszemu drogiemu towarzyszowi Nasosowowi sła-a-awa!”

— Na ślubie Kolki, syna ogniomistrza hulali — obojętnie oznajmił Bezenczuk i podrapał pierś pod kożuchem. — Więc, czyżby doprawdy zrobić bez politury i wszelakich ozdób?

Właśnie w tej chwili Hipolit Matwiejewicz zadecydował: „Pojadę — postanowił, — znajdę. A potem zobaczymy”. I wśród tych różowych perspektyw, nawet nieboszczka teściowa wydała mu się sympatyczniejszą, niż była w istocie. Zwrócił się do Bezenczuka:

— Niech cię kule biją! A niech już będzie politurowana! Z palmami!



ROZDZIAŁ TRZECI.
Podróż w nieznane dale.

Na godzinę przed odejściem wieczornego pociągu, proboszcz cerkwi Froła i Ławra, ojciec Fiodor Wostrików, ostrzyżony i przebrany w cywilne ubranie, stał w ogonku przed kasą biletową i lękliwie spozierał na drzwi wchodowe. Obawiał się, że popadja wbrew wszelkim perswazjom przybiegnie na stację, a wtedy Prusis, fundujący właśnie w bufecie piwo fin-agentowi, momentalnie go pozna. Zdziwionem i zawstydzonem spojrzeniem obrzucał Ojciec Fiodor raz po raz pasiaste swe spodnie.

Agent O. D. T. G. P. U. przeszedł się statecznie po sali, uśmierzył jakąś kłótnię o miejsce w ogonku i zajął się wyłapywaniem łobuziaków, które ośmieliły się wejść do poczekalni I i II klasy i na drewnianych łyżkach brzdąkały „Była ongiś Rosja — potęga niezmierzona!”

Kasjer, nieprzystępny wielce obywatel, marudząc, wybijał na bilecie ażurowe cyfry i ku niepomiernemu zdziwienia całego „ogonka”, wydawał resztę drobnemi, a nie znaczkami „na biedne opuszczone dzieci”.

Wejście do wagonu, w którym nie było numerowanych miejsc miało, jak zwykle charakter bratobójczej walki. Podróżni, uginając się pod ciężarem olbrzymich tobołów, biegali od lokomotywy do końca pociągu, i od końca pociągu do lokomotywy. Ojciec Fiodor biegł zawzięcie wraz z innymi. Tak samo, jak wszyscy przemawiał błagalnym głosem do konduktorów, tak, jak wszyscy — drżał ze strachu, czy czasem kasjer nie dał mu biletu w niewłaściwym kierunku. Dopiero z chwilą zdobycia miejsca w wagonie wrócił do zwykłej normy a nawet nabrał humoru.

Lokomotywa przeraźliwie świsnęła i pociąg ruszył, unosząc Ojca Fiodora w nieznane dale, w tajemniczym, lecz snąć wielkie nadzieje rokującym celu.

Dziwna to rzecz — strefa obcości. Najzwyklejszy obywatel, wkraczając w nią, odczuwa w sobie niezwykłą energję i przedzierzga się bądź w podróżnego, bądź w tragarza, bądź też poprostu we włóczęgę, który podróżuje „na gapę” i jest zmorą ciążącą nad życiem i służbowemi obowiązkami konduktorów i urzędujących na peronie kontrolerów.

Od chwili, w której obywatel wkracza w strefę obcości, którą w nieświadomości swej, zwie dworcem, lub stacją — życie jego gwałtownie sit zmienia. Natychmiast osaczają go numerowi w niebieskich bluzach z niklowanemi na piersiach blachami i nim się człek spostrzeże chwytają bagaże. Od tej chwili obywatel nie jest już panem swej osoby. Jest — podróżnym i zaczyna sumiennie wypełniać połączone z tą godnością obowiązki. Obowiązki te są skomplikowane, lecz bardzo miłe. Podróżny bardzo wiele je. Zwykli śmiertelnicy nie jadają w nocy, lecz on je. Zajada smażonego kurczaka, którego w zwykłych warunkach uważa za zbyt drogiego, jaja na twardo, które mu szkodzą i ogórki. Gdy pociąg przecina zwrotnicę, rozlega się na półkach brzęk licznych czajników i podskakują zawinięte w gazetę kurczaki gwałtownie okaleczone już przez podróżnych. Podróżni jednak nie zwracają na nic uwagi. Opowiadają sobie dowcipy. Co trzy minuty z dokładnością zegarka następują salwy śmiechu. Potem przerwa i znów miękki jakiś głos opowiada kolejny dowcip.

Podróżni pokładają się ze śmiechu, ciemna noc okrywa całunem szyny, pola, lokomotywa sypie snopy iskier a smukłe semafory w lśniących zielonych binoklach, niesamowicie przelatują tuż obok wagonów, dumnie z wysoka spoglądając na nie.

Dziwna to rzecz, strefa obcości! We wszystkie świata strony pędzą długie węże ciężkich dalekobieżnych pociągów. Wszędzie droga naoścież otwarta. Wszędzie płonie zielone światełko — droga wolna. Ekspres północny zmierza do Murmańska. Zginając się i kurcząc na zwrotnicy wyskakuje z kurskiego dworca „Pierwszy—K” znacząc drogę do Tyflisu. Wschodni kurjer okrążając Bajkał, zbliża się cała parą do Oceanu Spokojnego.

Nieznane dale kuszą człowieka. Wyrwały już ojca Fiodora z cichego powiatowego zakątka i rzuciły licho wie gdzie. Teraz znów Hipolit Matwiejewicz kierownik Z. A. G. S-a poruszony do głębi ostatniemi przeżyciami także Bóg wie co planuje.

Gna coś ludzi po świecie. Jeden o dziesięć tysięcy kilometrów od miejsca zamieszkania wynajduje rozkoszną narzeczoną. Inny w pogoni za złotem, porzuca swoje biuro pocztowe i, jak sztubak, pędzi na Ałdan. Innny znów sterczy wciąż w domu, i z lubością gładząc się po dojrzałej ostatecznie przepuklinie, czyta dzieła hrabiego Saljasa, kupione dosłownie za bezcen: pięć kopiejek, zamiast rubla.

Nazajutrz po pogrzebie, którego urządzania podjął się mistrz karawaniarski Bezenczuk, Hipolit Matwiejewicz udał się do biura i spełniając obowiązek służby, zarejestrował osobiście zgon Klaudji Iwanowny Pietuchowej, lat 59, wdowy, bezpartyjnej, miejsce zamieszkania mającej w mieście N. i pochodzącej ze szlacheckiego rodu w Starogrodzkiej gubernji. Następnie Hipolit Matwiejewicz poprosił o dwutygodniowy urlop, otrzymał 41 rubli na drogę i, pożegnawszy współpracowników, udał się do domu. Po drodze wstąpił do apteki.

Magister farmacji Leopold Grigorjewicz, którego rodzina i przyjaciele nazywali Lipą stał przy czerwonej, lakierowanej ladzie, obstawionej białemi słoikami z trucizną. Z właściwą sobie nerwowością podawał właśnie powinowatej ogniomistrza

KREM ANGO

przeciwko opaleniźnie i piegom, nadaje skórze

wyjątkową białość.

Powinowata ogniomistrza używała jednak tylko

PUDER RACHEL

w złocistym odcieniu; nadaje ciału piękną opaleniznę

trudną do osiągnięcia naturalną drogą.

Lecz w aptece znajdował się tylko „Krem Ango przeciw opaleniźnie” i walka tak wrogich sobie kosmetyków trwała dobre pół godziny. Zwyciężył ostatecznie Lipa, sprzedając klijentce pomadę do warg i „pluskwowar“, instrument skonstruowany na wzór samowaru, lecz mający wygląd lejka.

— Co pan powie o Szanghaju? — zagadnął Lipa, Hipolit Matwiejewicz — nie chciałbym teraz być w tamtych stronach.

— Anglicy to jednak dranie, dobrze im tak, — odrzekł Hipolit Matwiejewicz. — zawsze kiwali Rosję.

Leopold Grigorjewicz wzruszył z politowaniem ramionami jakgdyby chciał powiedzieć — „A któż Rosji nie kiwał!” i odrazu przystąpił do rzeczy.

— Czem mogę służyć?

— Proszę o środek na włosy.

— Na porost, zanik włosów czy może farbę?

— Jaki tam porost — odrzekł Hipolit Matwiejewicz, — o farbę proszę.

— Mam znakomitą farbę „Tytanik”. Zagraniczny towar, szmuglowany. Nie zmywa się ani zimną, ani gorącą wodą, ani pianą mydlaną, ani naftą. Radykalny, czarny kolor. Butelka wystarczająca na pół roku kosztuje 3 ruble 12 kopiejek. Polecam po znajomości.

Hipolit Matwiejewicz pokręcił w rękach kwadratowy flakonik „Tytanika” spojrzał z westchnieniem na etykietę i położył pieniądze na ladę.

— Ale też ci kantończycy doskonale spisują się — Kuo-mintang, wiadomo...

Wróciwszy do domu Hipolit Matwiejewicz zaczął z uczuciem wstrętu polewać „Tytanikiem” głowę i wąsy. Obrzydliwy zapach rozszedł się po całem mieszkaniu.

Po obiedzie zapach ulotnił się, wąsy wyschły i tak pozlepiały się, że rozczesać je można było tylko przy dużym wysiłku. Po przez „radykalną” czerń przeświecał zielonkawy kolor, lecz na powtórny zabieg nie było już czasu: Hipolit Matwiejewicz wyjął ze szkatułki teściowej, znaleziony poprzedniego dnia spis kosztowności, przeliczył gotówkę, zamknął mieszkanie, schował klacze do bocznej kieszeni spodni, wsiadł do ekspressu Nr. 7 i wyjechał do Starogrodu.



ROZDZIAŁ CZWARTY.
Wielki kombinator.

O wpół do dwunastej, od strony północno-zachodniej, ze wsi Czmarowki, wszedł do Starogrodu dwudziestoośmioletni młodzieniec. Za nim biegł jakiś ulicznik, wesoło pokrzykując:

— Łaskawco, daj dziesięć kopiejek.

Młodzieniec wyciągnął z kieszeni jabłko i dał je ulicznikowi, lecz ten ani myślał odczepić się. Wtedy wędrowiec przystanął obrzucił młodzieńca, ironicznem spojrzeniem i cicho zapytał:

— Dać ci może jeszcze klucz od mieszkania, w którem leżą pieniądze?

Ulicznik zrozumiał, że nic nie wskóra, natychmiast odczepił się.

Młody człowiek skłamał: nie miał bowiem ani pieniędzy, ani mieszkania, w którem pieniądze te mogłyby leżeć, ani klucza, którymby mógł to mieszkanie otworzyć. Nie miał nawet palta. Do miasta przybył w zielonym wąskim, wciętym w pasie garniturze. Potężna jego szyja była kilkakrotnie okręcona starym, wełnianym szalem, na nogach miał lakierki wykładane zamszem pomarańczowego koloru. Skarpetek pod lakierkami nie miał. W ręce trzymał astrolabję [3].

— „O, Bajadero, la-la-la-la-la-la! — zanucił, wkraczając na rynek.

Wcisnął się między sprzedawców i, wystawiając naprzód astrolabję, począł z powagą wykrzykiwać:

— Kto kupi astrolabję? Można tanio nabyć astrolabję!! Dla delegacyj i wydziałów kobiecych znaczny rabat!

Propozycja była nieoczekiwana, to też przez czas dłuższy nie widać było amatorów na astrolabję. Delegacje gospodyń interesowały się bardziej wyprzedażnemi towarami i tłoczyły się dokoła kramów z chustkami.

Obok posiadacza astrolabji dwukrotnie już przeszedł tajny agent. Lecz ponieważ astrolabja nie przypominała ani trochę maszyny do pisania, skradzionej wczoraj z kancelarji masłocentru — agent przestał magnetyzować wzrokiem młodzieńca i oddalił się.

W południe pewien inteligentny ślusarz nabył astrolabję za trzy ruble.

— Sama mierzy — zachwalał astrolabję młody człowiek, podając ją kupującemu. — Życzę wam, byście tylko mieli co mierzyć!

Uwolniwszy się od przemyślnej maszyny, wesoły młodzian zjadł obiad w jadłodajni „Kącik wytwornego smaku” i poszedł zwiedzać miasto. Przeszedłszy ulicę Radziecką, znalazł się na ulicy Czerwonej Gwardji (dawniej Wielka Puszkińska), przeciął ulicę Spółdzielczą i znów znalazł się na Radzieckiej. Lecz nie była to już ta Radziecka, na której był poprzednio — miasto mogło się poszczycić aż dwiema Radzieckiemi ulicami.

Pomedytowawszy nad tym faktem, znalazł się nasz młodzieniec na ulicy Leńskich wydarzeń (dawnej Denisowskiej). Przed ładną dwupiętrową willą Nr. 28 opatrzoną szyldem:

S . S . S . R. — R . S . F . S . R.

2-GI DOM UBEZPIECZEŃ SPOŁECZNYCH
STAR - GUB - STRACH-u

młodzieniec zatrzymał się, by poprosić o ogień stróża, siedzącego na kamiennej ławeczce przed bramą.

— I cóż, ojcze — spytał młodzieniec, zaciągając się dymem — są tu w mieście ładne panny?

Stary stróż nie okazał najmniejszego zdumienia.

— Są tacy, co za byle kiecką biegają — odrzekł, wdając się chętnie w pogawędkę.

— O nie. Więcej nie pytam — uciął młodzieniec.

I natychmiast zadał nowe pytanie.

— W takiej pięknej kamienicy są chyba panny?

— Dawno już na tamtym świecie panien naszych ze świecą szukają. Mamy tu państwowy przytułek, mieszkają tu teraz z wiktem ano i opierunkiem staruszki rozmaite.

— Rozumiem, pewnie taksa, które przyszły na świat jeszcze przed okresem materializmu dziejowego?

— Święta racja. Kiedy przyszły na świat, to przyszły.

— A co było w tym domu przed okresem materializmu dziejowego?

— Niby kiedy?....

— Wtedy, wiecie, za carskich czasów.

— Za carskich czasów mieszkał tu mój pan.

— Burżuj?

— Sam jesteś burżuj! On nie był burżujem. Marszałkiem szlachty był.

— A więc, proletarjusz według ciebie?

— Sam jesteś proletarjusz! Mówię ci wyraźnie — marszałek szlachty.

Rozmowa z mądrym stróżem, słabo orjentującym się w klasowej strukturze społeczeństwa trwałaby jeszcze Bóg wie, jak długo, gdyby młodzieniec nie wziął się stanowczo do rzeczy.

— Słuchaj, przyjacielu — zaproponował — nie zawadziłaby chyba szklaneczka wina?

— A no, stawiaj.

Zniknęli obaj na przeciąg godziny, a po powrocie — stróż był już najserdeczniejszym przyjacielem młodzieńca.

— Przenocuję, uważasz, u ciebie — zakomunikował młodzian stróżowi.

— Porządnym jesteś człowiekiem, to też mieszkaj, jak długo ci się podoba.

Osiągnąwszy tak rychło zamierzony ceł, rozlokował się gość w stróżowskiej izbie, zdjął pomarańczowe lakierki i wyciągnął się jak długi na ławie, obmyślając plan działania na dzień następny.

Młodzieniec nazywał się — Ostap Bender. Z biografji swojej podawał zazwyczaj do wiadomości jeden tylko szczegół: „Mój ojciec — opowiadał — był poddanym tureckim”. Syn tureckiego poddanego w niedługiem swem życiu wielokrotnie zmieniał zajęcia. Żywość temperamentu nie pozwalająca ma oddać się całkowicie jednej jakiejś sprawie, przerzucała go bezustannie z jednego krańca kraju na drugi i teraz właśnie przywiodła go bez skarpetek, bez klucza, bez mieszkania i bez pieniędzy do Starogradu.

Leżąc w gorącej aż do zaduchu stróżówce Ostap Bender medytował nad dwoma warjantami zrobienia karjery.

Mógł stać się wielożeńcem i przenosić się spokojnie z miasta do miasta, zabierając z sobą za każdym razem świeży łup — walizę wypchaną dobytkiem kolejnej żony.

Mógł też nazajutrz, bet zwłoki pójść do właściwej komisji i zaproponować zajęcie się kolportażem nienamalowanego jeszcze, lecz genialnie pomyślanego obrazu „Bolszewicy piszą list do Chamberlaina”, według znanego powszechnie obrazu Riepina — „Zaporożcy piszą list do sułtana”. W razie powodzenia warjant ten mógł przynieść do czterystu rubli dochodu.

Warjant Nr. 2 zrodził się w głowie Bendera w chwili oglądania wystawy A. H. R. R.

Oba warjanty miały jednakże swoje ciemne strony. Niepodobna przecież rozpoczynać karjery wielożeńca bez pięknego, szarego garnituru. Nadto wskazane jest posiadanie conajmniej dziesięciu rubli, niezbędnych do należytego zaimponowania i oczarowania kandydatki do stanu małżeńskiego.

Można było, oczywista, zaryzykować konkury w podróżnym zielonym garniturze, ponieważ męskość i piękność Bendera pokonywała każdą prowincjonalną gąskę, ale byłaby to, jak wyrażał się Ostap, — „gorszy gatunek, fuszerska robota”.

Z obrazem także mogło pójść niezbyt gładko. Mogły nasunąć się czysto techniczne trudności. Czy wypada naprzykład namalować towarzysza Kalinina w białej burce i papasze, a towarzysza Cziczerina obnażonego, aż po pas? W razie czego, można oczywista, namalować wszystkie postacie w zwykłych strojach, ale to już nie to....

— Byłby stracony cały efekt! — pomyślał głośno Ostap.

W tej chwili dopiero zauważył, że stróż z zapałem o czemś rozprawia. Zatonął on, jak się okazało, we wspomnieniach o dawnym właścicielu domu.

— O, to był pan całą gębą. Komendant policji pierwszy mu się kłaniał, a jakże... Przychodził do niego człek, na ten przykład w Nowy Rok, życzenia, uważacie składać — a ten trzy ruble jak nic daje... Na Wielkanoc uważacie... znów trzy ruble. A potem imieniny pańskie — znów, uważacie, życzenia. W ten sposób kapnie człekowi w ciągu roku za same tylko gratulacje piętnaście rubelków... taką rękę miał mój pan. Order nawet przyrzekł wykołatać. „Chcę — powiada — by mój stróż miał order”. Tak właśnie, powiada: „Możesz, Tichonie, być całkiem pewny — order murowany”.

— No i co, dali?

— Poczekaj, poczekaj... „Nie potrzeba mi, powiada, stróża bez orderu”. Do Sankt-Petersburga samego po order pojechał. No, za pierwszym razem, żeby nie skłamać, nie udało mu się. Panom urzędnikom nie spodobało się. „Cesarz — powiadają — za granicę wyjechał, narazie jest to niemożliwe”. Kazał mi pan cierpliwie czekać: „Ty — powiada — Tichonie, czekaj sobie, tak czy owak, order ciebie nie ominie”.....

— A pana twego wyleli stąd? — spytał niespodzianie Ostap.

— Nikt go nie wylewał. Sam wyjechał. Coby zaś miał z sołdatami siedzieć. A nie wiecie czasem, czy w dzisiejszych czasach dają jakie ordery za stróżowską służbę?

— Dają, mogę ci się nawet wystarać.

Stróż spojrzał na niego z należnym tak wpływowej osobie szacunkiem.

— Nijak bez orderu nie mogę. Taki już mam charakter.

— Dokądże wyjechał twój pan?

— Kto go tam wie! Ludzie powiadają, że do Paryża pojechał.

— A!... Białej akacji, kwiat emigracji... A więc pas twój jest emigrantem?

— Sam jesteś emigrantem... Ludzie powiadają, że do Paryża pojechał. A dom zarekwirowali na przytułek... Choćbyś im dzień w dzień nawet życzenia składał — grosza nawet nie ujrzysz na swe oczy. E-ech, co tu gadać. Dobry był mój pan!...

W tej właśnie chwili, szarpnął ktoś zardzewiałym dzwonkiem. Sapiąc, powlókł się stróż do drzwi, otworzył je i do głębi wstrząśnięty cofnął się.

Na progu stał Hipolit Matwiejewicz Worobjaninow, czarnowłosy i czarnowąsy, co sprawiało, że oczy jego błyskały z pod szkieł binokli dawnym przedwojennym blaskiem.

— Mój pani — mamrotał wstrząśnięty do głębi Tichon — z Paryża!

Hipolit Matwiejewicz zaskoczony obecnością obcego człowieka, którego bose nogi, fijoletowe stopy, w tej chwili dopiero dostrzegł pod stołem , zmieszał się i chciał nawet w pierwszej chwili wiać, lecz Ostap Bender zerwał się błyskawicznie z ławy i złożył niski pokłon Hipolitowi Matwiejewiczowi.

— Choć izba ta nie umywa się do Paryża, lecz serdecznie prosimy. Czem chata bogata, tem rada.

— Witaj, Tichonie, — rzekł przyparty do muru Hipolit Matwiejewicz. — Nie wracam wcale z Paryża. Skąd ci to strzeliło do głowy?

Lecz Ostap Bender, który wysubtelnionym swym węchem wyczuwał instynktownie w przybyszu grubszego zwierza, nie pozwolił stróżowi nawet pisnąć.

— Rozumiem, — rzekł mrugając porozumiewawczo Pan nie wraca z Paryża. Oczywista, przyjechał pan z Koziej Wólki, by odwiedzić nieboszczkę babkę....

Mówiąc to, objął czule zbitego całkiem z tropu stróża i wypchnął go za drzwi wcześniej, niż tamten zrozumiał o co chodzi. Gdy Tichon wreszcie oprzytomniał, mógł zrozumieć to tylko, te pan jego wrócił, że jego Tichona, wypchnięto za drzwi i że w lewej ręce ściska papierek rublowy. Patrząc na ten papierek, tak się rozczulił, że poszedł do baru i zamówił kufel piwa.

Zamknąwszy starannie drzwi za stróżem, zwrócił się Bender do Worobjaninowa ze słowami:

— W porządeczku. Nazywam się — Bender. Słyszał pan może kiedy?

— Nie słyszałem — odrzekł nerwowo Hipolit Matwiejewicz.

— No, rozumie się, — skąd w Paryżu może być znane nazwisko Ostapa Bendera? A czy ciepło teraz w Paryżu? Piękne miasto. Mam tam zamężną kuzynkę. Niedawno przysłała mi w poleconym liście, jedwabną chustkę.....

— Co za dyrdymałki pan plecie — zniecierpliwił się Hipolit Matwiejewicz — jakie chustki? Nie przyjechałem wcale z Paryża, tytko z.....

— O, rozumie się! Z Morszańska.

Hipolit Matwiejewicz nigdy jeszcze nie spotykał młodzieńca z takim temperamentem, to też poczuł się bardzo nieswojo.

— Wie pan co, pójdę już — powiedział.

— Dokąd pan pójdzie? Nic pilnego. G. P. U. sama do pana przyjdzie.

Hipolit Matwiejewicz nie znalazł żadnej odpowiedzi, rozpiął palto z aksamitnym kołnierzem i usiadł na ławce, obrzucając Bendera wrogiem spojrzeniem.

— Nie rozumiem pana, — wyrzekł zgnębionym głosem.

— Nic strasznego — zaraz pan zrozumie. Momencik

Ostap Bender włożył pomarańczowe kamasze na gołe stopy, przeszedł się po pokoju i rozpoczął indagacje.

— Pan przez jaką granicę? Polską? Francuską? Rumuńską? To chyba droga przyjemność. Jeden z moich znajomych przechodził właśnie niedawno przez granicę; mieszka on uważacie, po naszej stronie, w Sławucie, a rodzice żony w Ledzeniatach po tamtej stronie.

Poróżnił się z żoną o sprawy rodzinne. A ta tak sobie to wzięła do serca, że zwiała do rodziców. Trzy dni przesiedział mój znajomy sam i widzi że źle sprawy stoją: obiadu niema, w izbie — nieład — cóż robić — postanowił pogodzić się z żoną.

Wyszedł nocą i udał się przez granicę do teściów. Lecz straż pograniczna schwytała go; wytoczyli mu sprawę o nieprawne przekroczenie granicy i wsadzili na sześć miesięcy do paki, a na dobitkę wyrzucono go ze związku zawodowego. Powiadają, że ta głupia, żona jego przybiegła z powrotem, a mąż wciąż jeszcze siedzi. Odwiedza go baba, podobno, żywność mu nosi.... A pan również przez polską granicę przeszedł?

— Słowo honoru — tłumaczył się Hipolit Matwiejewicz w poczuciu nieoczekiwanej zależności od rozmownego młodzieńca, który stanął wpoprzek drogi, wiodącej do brylantów. Słowo honoru, jestem obywatelem R. S. F. S. R. W ostateczności mogę panu pokazać paszport.....

— Przy obecnym stanie techniki drukarskiej na zachodzie Europy, wydrukowanie sowieckiego paszportu — to fraszka, o której nie warto nawet mówić....

Jeden z moich znajomych doszedł do tego, że drukował nawet dolary. A czy zdaje pan sobie z tego sprawę, jak trudne jest podrabianie amerykańskich dolarów. — Potrzeba do tego papieru z takiemi, wie pan różnobarwnemi żyłkami. Niezbędna jest również dokładna znajomość techniki. Znajomy mój z powodzeniem spławiał swe dolary na moskiewskiej giełdzie, później jednak okazało się, że dziadek jego, znany powszechnie finansista, nabywał te dolary w Kijowie i kompletnie zrujnował się, ponieważ bądź co bądź dolary te były fałszywe. A więc i pan musi się pilnować, by z paszportem tym grubo nie wpaść.

Hipolit Matwiejewicz wściekły był na siebie za to, że zamiast wykorzystać drogi czas na energiczne poszukiwanie brylantów, sterczy w smrodliwej stróżówce i słucha trajkotania bezczelnego młodziana o niewyraźnych sprawkach jego znajomych. Nie mógł się jednak mimo wszystko zdecydować na wyjście.

Myśl o tem, że młodzieniec roztrąbi po całem mieście wieść o przyjeździe dawnego marszałka szlachty przerażała poprostu Hipolita Matwiejewicza. Pożegnaćby się musiał z różowemi nadziejami, a może na dobitkę przymknęliby go jeszcze — na wszelki wypadek— w G. P. U.

— Niech pan nie opowiada, nikomu, że mnie pan tutaj widział — zdecydował się na prośbę Hipolit Matwiejewicz. — Gotowiby jeszcze naprawdę pomyśleć, że jestem emigrantem.

— To jest kapitalne. Aktywa: emigrant, który powrócił do rodzinnego miasta. Pasywa: obawia się, że zabiorą go do G. P. U.

— Sto razy, a przecież już panu mówiłem, że nie jestem emigrantem! A kim pan jest? Po co pan tu przyjechał?

— Całkiem poprostu. Przyjechałem z miasta N., by załatwić pewne sprawy.

— Jakie sprawy?

— Osobiste.

— I po tem wszystkiem mam sam wierzyć, że nie jest o pan emigrantem?... Jeden z moich znajomych także przyjechał...

Hipolit Matwiejewicz, doprowadzony już do rozpaczy gadkami o znajomych i widząc, że Bender ani myśli zejść z raz obranej drogi, skapitulował.

— Dobrze — powiedział. — Wszystko panu wytłumaczę.

„Ostatecznie trudno obejść się bez sprzymierzeńca” — pomyślał Hipolit Matwiejewicz, — a ten, to według wszelkich oznak — solidny łotrzyk. Taki może się przydać.



ROZDZIAŁ PIĄTY.
Brylantowe opary.

Hipolit Matwiejewicz zdjął z głowy zaplamiony kapelusz, rozczesał wąsy, z których za dotknięciem grzebienia sypał się snop elektrycznych iskierek, i chrząknąwszy kilkakrotnie dla nabrania animuszu, wyśpiewał Ostapowi Benderowi, pierwszemu napotkanemu przechodniowi wszystko, czego dowiedział się o brylantach od umierającej teściowej.

W czasie opowiadania, Ostap kilkakrotnie zrywał się i, zwracając się do żelaznego piecyka, wykrzykiwał z zachwytem:

— Lody ruszyły, panowie przysięgli! Lody ruszyły!

A po godzinie siedzieli już obaj przy kiwającym się stoliku i objąwszy się w pół, wertowali długi spis kosztowności, zdobiący ongiś palce, szyję, uszy, piersi i włosy teściowej.

Hipolit Matwiejewicz, poprawiając co chwilę niesforne binokle, recytował z naciskiem:

— Trzy sznury pereł. Doskonale pamiętam... dwa, po czterdzieści pereł, a jeden olbrzymi ze stu dziesięciu... Brylantowy medaljon... Klaudja Iwanowna mówiła, że kosztował 4000 rubli, antyk...

Następnie wyliczone były pierścienie — bynajmniej nie grube, banalne i tanie, lecz cienkie, subtelne pierścienie z wprawionemi w nie najczystszą wody brylantami; ciężkie, olśniewające kolczyki, rzucające stubarwne ognie na maleńką konchę ucha; bransolety nakształt żmiji ze szmaragdową klamrą; naszyjnik, który pochłonął urodzaj z 500 dziesięcin pszenicy; kolję z pereł, na którą mogłaby sobie pozwolić chyba tylko słynna gwiazda operetkowa. Koroną jednak wszystkiego był djadem, wartości czterdziestu tysięcy rubli.

Hipolit Matwiejewicz obejrzał się. W ciemnych kątach zadymioną stróżówki migotało wiosenne szmaragdowe światło. Brylantowe opary unosiły się pod sufitem. Perły toczyły się po stole i skakały po podłodze. Złocista złuda płaszczem swym otuliła izbę.

Hipolit Matwiejewicz ocknął się dopiero na skutek słów Ostapa:

— Niezła kolekcyjka. Dobry gust, jak widzę, miała wasza teściowa. Ile też kosztowała cała ta symfonja?

— Siedemdziesiąt — siedemdziesiąt pięć tysięcy.

— Hm... a więc teraz warta jest stopięćdziesiąt tysięcy.

— Doprawdy, aż tyle? —ucieszył się Worobjaninow.

— Ani o grosz mniej, tylko wy, drogi towarzyszu z Paryża, gwizdnijcie na to wszystko.

— Jakto gwizdnąć?

— Poprostu: wpakować dwa palce w gębę i gwizdnąć — odrzekł Ostap — tak, jak się to robiło przed okresem materjalizmu dziejowego. Klapa.

— Dlaczego?

— Dlatego. Ile było krzeseł?

— Tuzin. Garnitur z mego salonu.

— Napewno już wasz garnitur dawno w piecu spłonął.

Worobjaninow zerwał się na równe nogi.

— Spokojnie, spokojnie. Ja biorę się do rzeczy. Obrady trwają nadal. A propos musimy zawrzeć nudy kontrakcik.

Hipolit Matwiejewicz, sapiąc z wysiłkiem skinął głową na znak zgody. Wtedy Ostap Bender począł precyzować warunki umowy.

— W razie zrealizowania brylantowej imprezy, ja, jako bezpośredni wspólnik i techniczny kierownik całego tego interesu otrzymam siedemdziesiąt procent, przyczem rezygnuję z ubezpieczenia mnie w zakładzie ubezpieczeń społecznych. Przy tym punkcie nie upieram się.

Twarz Hipolita Matwiejewicza poszarzała.

— Jest to rozbój na równej drodze!

— A ile zamierzaliście mi zaproponować?

— N-n-no, pięć procent, w ostateczności dziesięć. Zrozumcież, ze to jest jednak piętnaście tysięcy rubli!

— Więcej nic pan nie życzy sobie?

— N-n-nie.

— A może pan życzy sobie, bym pracował darmo i dał jeszcze panu klucz od mieszkania, w którem leżą pieniądze i powiedział jeszcze gdzie niema policjanta?

— W takim razie, przepraszam — mruknął Worobjaninow — mam wszelkie dane po temu, że sam sobie poradzę ze swoją sprawą.

— Tak? W takim razie, przepraszam — odparował Ostap — mam nie mniej danych po temu, by przypuszczać, że sam sobie poradzę z pańską sprawą.

— Łotr! — wrzasnął Hipolit Matwiejewicz, dygocąc z pasji.

Ostap nie tracił zimnej krwi.

— A czy wie pan, panie z Paryża, że brylanty pańskie mam już niemal w kieszeni! A pan interesuje mnie tylko z tego względu, że pragnąłbym zabezpieczyć pańską starość.

W tej chwili dopiero poczuł Hipolit Matwiejewicz siłę żelazną łap, które zdusiły go za gardło.

— Dwadzieścia procent — rzekł ponuro.

— I mój wikt? — spytał ironicznie Ostap.

— Dwadzieścia pięć.

— I klucz od mieszkania?

— Przecież to stanowi trzydzieści siedem i pół tysiąca!

— Poco taka pedanterja? No, niech już będzie — pięćdziesiąt procent. Pół na pół — zgoda?

Targ trwał. Ostap ustąpił trochę. Ze względu na respekt należny osobie Worobjaninowa, zgodził się współpracować za czterdzieści procent.

— Sześćdziesiąt tysięcy! — szalał Worobjaninow.

— Jest pan drobiazgowym człowiekiem — odpowiedział Bender. — Ponad miarę lubi pan pieniądze.

— A pan nie lubi pieniędzy? — zawył cieniutko Hipolit Matwiejewicz.

— Nie lubię.

— Pocóż więc panu sześćdziesiąt tysięcy?

— Dla zasady!

— No, ruszyły już wody? — rzucił po chwili Ostap.

Worobjaninow zasapał i odrzekł z pokorą:

— Ruszyły.

— A wiec dobijamy targu, powiatowy herszcie szlachty! Lody ruszyły, panowie przysięgli!

Hipolit Matwiejewicz obrażony za przezwanie go „hersztem szlachty” zażądał satysfakcji wobec czego Ostap, przepraszając, nazwał g« uroczyście feldmarszałkiem. Po tym incydencie przystąpiono do opracowania planu działania.

O północy stróż Tichon, opierając się o przydrożne sztachety i obejmując napotkane słupy, wracał do swej nory. Na jego nieszczęście noc była bezksiężycowa.

— Witam proletariusza umysłowej pracy! Pracownika miotły! — wykrzyknął Ostap, spostrzegając skurczonego we dwoje stróża.

Stróż zawył niskim, namiętnym głosem.

— To jest poprostu kapitalne — skonstatował Ostap. — Pański stróż to solidny łotrzyk. Czyż można upić się tak za rubla?

— M-mm-ożna — powiedział nieoczekiwanie stróż.

— Słuchaj, Tichonie — zaczął Hipolit Matwiejewicz — wiesz ty czasem, przyjacielu, co się dzieje z mojemi meblami?

Ostap podtrzymywał ostrożnie Tichona, by słowa mogły swobodnie płynąć z jego szeroko rozwartych ust. Hipolit Matwiejewicz czekał w naprężeniu. Ale ze stróżowskich ust, w których zęby rosły nie jeden obok drugiego, ale z szerokim odstępem wyrwał się tylko ogłuszający ryk:

— Bybybybywały dni wessołe...

Stróż pilnie i starannie wykonywał swój hymn, nie opuszczając ani jednego słowa. Ryczał, przewalając się po pokoju, to znów bezprzytomnie rzucając się pod stół; uderzał czapką o miedziane ciężarki zegara, to znów przyklękał na jedno kolano. Ogarnęła go niepohamowana wesołość.

Hipolit Matwiejewicz stracił całkiem głowę.

— Przesłuchanie świadków trzeba będzie odłożyć do jutra — rzekł Ostap. Tymczasem prześpimy się.

Stróża, który we śnie ciężki był, jak kłoda, przenieśli na ławę. Worobjaninow i Ostap zajęli do spółki stróżowskie łóżko. Ostap miał pod marynarką koszulę w czerwoną i czarną kratkę. Pod koszulą nic więcej nie było. Za to Hipolit Matwiejewicz, pod znaną już czytelnikom gwiaździstą kamizelką, miał jeszcze jedną, jaskrawoniebieską.

— Kamizelka — jak na zamówienie — rzekł z zazdrością Bender — bodzie na mnie w sam raz. Niech mi ją pan odstąpi.

Nie wypadało jakoś odmawiać swemu nowemu wspólnikowi i bezpośredniemu współpracownikowi, to też Hipolit Matwiejewicz rad nie rad, zgodził się sprzedać kamizelko po cenie kosztu — za osiem rubli.

— Pieniądze — po zrealizowaniu naszego skarbu — oznajmił Bender, biorąc z rąk Worobjaninowa ciepłą jeszcze kamizelką.

— Nie, na to się nie zgadzam — zaprotestował, rumieniąc się, Hipolit Matwiejewicz. — Proszę o zwrot kamizelki.

Subtelna natura Ostapa wzburzyła się.

— Toż to kompletne kramikarstwo — krzyknął. — Bierzemy się do krociowych interesów, a ten kłóci się o osiem rubli! Niech się pan uczy szerokich gestów!

Hipolit Matwiejewicz zaczerwienił się jeszcze bardziej, wyjął maleńki notesik i wykaligrafował:

„25.IV.27 r. wypłacano tow. Benderowi 8 rubli”.

Ostap zerknął do książeczki.

— Ho, ho! Jeśli jut otwiera pan mój osobisty rachunek, proszę przynajmniej prawidłowo go prowadzić. Tu winno być „debet”, a tam „credit”. W rubryce „debet” niech pan nie zapomni zakontować 60.000 rubli, które mi się od pana należą, a w rubryce „credit” — niech pan wstawi kamizelkę, saldo na moją korzyść wynosi 59.992 ruble. Można wytrzymać.

Poczem Ostap zasnął cichym dziecięcym snem. A Hipolit Matwiejewicz zdjął wełniane nakolanniki, jaśniepańskie buty i w pocerowanej Jaegerowskiej bieliźnie, ciężko wlazł pod kołdrę. Było mu bardzo niewygodnie. Z jednej strony było mu zimno, z drugiej zaś paliło go młode, pełne szalonych myśli, ciało wielkiego kombinatora.



ROZDZIAŁ SZÓSTY.
Ślady „Tytanika”.

Hipolit Matwiejewicz obudził się z przyzwyczajenia o wpół do ósmej, bąknął „guten morgen” i skierował się do zlewu, znajdującego się tuż w stróżówce. Mył się z rozkoszą, pluł i gwałtownemi ruchami głowy strząsał z siebie wodę której miał pełne uszy. Przyjemnie było wytrzeć się, lecz nagle Hipolit Matwiejewicz spostrzegł, że ręcznik jest zasmarowany tym radykalnie czarnym kolorem, którym od dwóch dni wysmarowane były jego wąsy. Hipolita Matwiejewicza ogarnęło przygnębienie. Chwycił ze stołu swe kieszonkowe lusterko. W lusterku ujrzał wielki nos i zielony niby młoda trawka, lewy wąs. Hipolit Matwiejewicz gwałtownie przesunął lusterko na prawo. Prawy wąs był tego samego obrzydliwego koloru. Nachyliwszy głowę, jakgdyby pragnąc przebić lusterko, ujrzał nieszczęśnik, że radykalny czarny kolor panuje jeszcze wszechwładnie tylko pośrodku czupryny, po bokach zaś ustąpił miejsca młodej zieleni. Hipolit Matwiejewicz tak głośno z głębi duszy jęknął, że Ostap Bender otworzył swe czyste, błękitne oczy.

— Oszalał pan! — krzyknął Bender i natychmiast zamknął senne powieki.

— Towarzyszu Bender — błagalnie szepnęła ofiara „Tytanica”.

Po wielu szturchaniach i perswazjach Ostap ocknął się. Spojrzał uważnie na Hipolita Matwiejewicza i wybuchnął serdecznym śmiechem. Odwróciwszy się od dyrektora, inicjatora brylantowej afery, główny kierownik i dyrektor techniczny trząsł się ze śmiechu, chwytał za krawędź łóżka, krzyczał „nie mogę” i dalej zaśmiewał się.

— To bardzo nieładnie z waszej strony, towarzyszu Bender — rzekł Worobjaninow, ruszając zielonemi wąsami.

Uwaga ta wlała jakgdyby nowe siły w Ostapa. Serdeczny jego śmiech trwał jeszcze dobre dziesięć minut. Wysapawszy się, odrazu spoważniał.

— Czego patrzycie na mnie tak, jak żołnierz na wszy? Popatrzcie lepiej na siebie.

— Zapewniał mnie aptekarz, że to jest radykalny czarny kolor. Nie zmywa się ani zimną, ani gorącą wodą, ani pianą mydlaną, ani naftą. Zagraniczny towar.

Hipolit Matwiejewicz był ostatecznie zgnębiony. Wszedł Tichon. Ujrzawszy zielone wąsy swego pana, przeżegnał się i poprosił o datek „na poprawiny”.

— Dajcie rubla temu bohaterowi pracy — poparł Tichona Ostap, — tylko proszę nie zapisywać tego na mój rachunek. Jest to wasza osobista sprawa z dawnym współpracownikiem. Poczekaj, ojcze, nie odchodź. Mam do ciebie interesik.

Ostap nawiązał ze stróżem rozmowę na temat mebli i po pięciu minutach obaj wspólnicy wiedzieli jut wszystko. Meble Worobjaninowa w 1919 roku zostały zabrane przez wydział mieszkaniowy, za wyjątkiem jednego krzesła, które początkowo znajdowało się w posiadaniu Tichona, a następnie zostało mu odebrane przez administratora II-go przytułku.

— A więc jest ono tu — w tym domu?

— Tu właśnie stoi.

— A powiedz mi teraz, przyjacielu, — zamierając ze strachu, pytał Worobjaninow. — Gdy krzesło to stało u ciebie.... nie naprawiałeś go czasem?

— Nie trzeba go było naprawiać. Za dawnych czasów robota była solidna. Trzydzieści lat może sobie jeszcze śmiało postać takie krzesło.

— Możesz już iść, przyjacielu, masz tu jeszcze rubla, tylko nie mów nikomu o moim przyjeździe.

— Kamień w wodę, obywatelu Worobjaninow.

Spławiwszy w ten sposób stróża i krzyknąwszy „lody ruszyły!”, Ostap Bender zajął się znów wąsami Hipolita Matwiejewicza.

— Trzeba będzie jeszcze raz pofarbować. Dajcie trochę forsy — pójdę do apteki. Wasz „Tytanik” djabła wart, nadaje się chyba tylko do farbowania psów... Ho, ho, za dawnych czasów bywała farba!... Jeden z dżokejów opowiadał mi kiedyś frapującą historję. Interesowaliście się kiedykolwiek wyścigami? Nie? Szkoda. Kolosalna emocja. A więc... Grasował kiedyś znany powszechnie łotrzyk, hrabia Drucki. Przegrał na wyścigach pięćset tysięcy. Pechowy rekordzista... Gdy nie pozostało mu już nic innego prócz długów, zaczął hrabia myśleć o samobójstwie. Aż tu niespodziewanie jakiś gagatek dał mu za 50 rubli wspaniałą radę. Hrabia wyjechał i po roku wrócił z orłowskim wyścigowcem — trzylatkiem. Nietylko odbił sobie przegraną, ale wygrał jeszcze 300 tysięcy. Orłowiec jego „Makler” miał świetne świadectwo i zawsze pierwszy przychodził do mety. Na derbach wyprzedził o całą długość „Mac-Mahona”. Była to dla wszystkich niespodzianka!... Aż tu Kuroczkin (słyszeliście może o nim?) zauważył, że wszystkim orłowcom zaczyna się zmieniać maść — jeden tylko „Makler” nie zmienia koloru. Skandal był niesłychany. Hrabiego skazano na trzy lata. Wyszło bowiem na jaw, że „Makler” nie był wcale orłowcem, lecz farbowanym mieszańcem, a mieszańce są bardziej rączy, niż orłowcy i zawsze ich wyprzedzają. No i cóż? To była farbka, jak się patrzy! A jak wyglądają teraz wasze wąsy?

— A miał przecież świetne świadectwo?

— Takie akurat, jak etykietka na waszym „Tytaniku”. Sfałszowane! Dajcie no forsy na nową farbę.

Ostap wrócił z nowym specyfikiem.

— „Najada”. Możliwe, że lepsze to będzie od waszego „Tytanika”. Zrzućcie marynarkę!

Rozpoczęła się ceremonja farbowania. Niestety, zadziwiający kasztanowaty kolor, nadający włosom puszystość i miękkość, w połączeniu z zielenią „Tytanika” dał zgoła nieoczekiwany efekt: głowa i wąsy Hipolita Matwiejewicza mieniły się wszystkiemi kolorami tęczy.

— Takich wąsów nie ma chyba nawet Arystydes Briand — zauważył Ostap — nie radziłbym jednak z takiemi ultrafjoletowemi włosami mieszkać w sowieckiej Rosji. Trzeba je będzie zgolić.

— Nie mogę — odrzekł żałośnie Hipolit Matwiejewicz. — To jest niemożliwe.

— Czy wąsy te są dla was drogą pamiątką?

— Nie mogę — bronił się zgnębiony ostatecznie Worobjaninow.

— W takim razie, posiedźcie sobie całe życie w tej dziurze, a ja pójdę po krzesła. A propos, pierwsze krzesło znajduje się tuż, tuż nad waszą głową...

— Zgólcie.

Znalazłszy nożyczki, Bender w jednej chwili chwycił niemi wąsy, pielęgnowane starannie przez Hipolita Matwiejewicza dziesiątki lat, spadały teraz bezszelestnie na podłogę. Były tam włosy radykalnie czarnego koloru, zielone i ultra fjoletowe. Uporawszy się ze strzyżeniem, techniczny dyrektor wyjął z kieszeni starą brzytwę „Gilette”, a z portfelu zapasowe ostrze i począł golić, płaczącego niemal Hipolita Matwiejewicza.

— Ostatni nożyk zużywam dla pana. Proszę zapisać na moje konto dwa ruble za golenie i strzyżenie.

Hipolit Matwiejewicz, mimo ciężkiego strapienia, zapytał:

— Dlaczego tak drogo? Wszędzie kosztuje tylko czterdzieści kopiejek.

— Za zachowanie konspiracji, towarzyszu feldmarszałku — odrzekł szybko Bender.

Okropne męki przeżywa człowiek, któremu golą głowę tępą brzytwą. Hipolit Matwiejewicz zrozumiał to od początku operacji.

Wszystko ma swój koniec, to też wreszcie nastąpił kres lej męki.

— Gotowe! Obrady trwają nadal! Ludzi nerwowych uprasza się o niepatrzenie! Jest pan teraz podobny do znanego kuplecisty Boborykina.

Hipolit Matwiejewicz strząsnął z siebie miękkie kłaki, tak piękną jeszcze niedawne siwiznę, umył się i, odczuwając na całej głowie silne swędzenie, przejrzał się po raz setny chyba tego dnia w lustrze. Obraz, który tam zobaczył, wbrew wszelkim oczekiwaniom, spodobał mu się. Z tafli lustrzanej spojrzała na niego wykrzywiona cierpieniem, lecz dość młoda jeszcze twarz aktora.

— Marsz naprzód, obowiązek nas wzywa! — krzyknął Ostap. — Ja pójdę po śladach do wydziału mieszkaniowego, a raczej do tego domu, w którym niegdyś mieścił się wydział mieszkaniowy, a wy idźcie do staruszek.

— Nie mogę — powiedział Hipolit Matwiejewicz — zbyt ciężko by mi było wejść do własnego domu.

— Ach, tak!... Wzruszająca historja! Hrabia-wygnaniec. Dobrze. A więc wy pójdziecie do wydziału mieszkaniowego, a ja tymczasem popracuję tutaj. Punkt zborny — w stróżówce. Naprzód!



ROZDZIAŁ SIÓDMY.
Niebieski ptaszek.

Zaw-choz[4] 2-go domu opieki społecznej był złodziejaszkiem nieśmiałym. Całe jego jestestwo buntowało się przeciw złodziejstwu, lecz nie kraść — było ponad jego siły.

Więc kradł i — wstydził się tego. Kradł ustawicznie i dlatego jego starannie wygolone policzki zawsze płonęły rumieńcem wstydu. Zaw-choz nazywał się Aleksander Jakowlewicz, a żona jego Aleksandra Jakowlewna. On nazywa ją „Saschchen”, ona zaś jego — „Alchen”. Jak świat światem nie bujał jeszcze po nim taki niebieski ptaszek, jak Aleksander Jakowlewicz.

Był on nietylko Zaw-chozem, lecz również administratorem całego domu. Poprzednik jego za brutalne traktowanie powierzonych jego pieczy staruszek został przed siedmiu miesiącami odwołany i mianowany dyrygentem miejscowej orkiestry. Alchen nie był w niczem podobny do swego nieokrzesanego poprzednika. W kołowrocie dnia powszedniego wziął na siebie uciążliwy zarząd domem i pupilki swe traktował z ostentacyjną uprzejmością, co mu bynajmniej nie przeszkadzało w przeprowadzaniu doniosłych reform i inowacyj.

Ostap Bender pchnął ciężkie dębowe drzwi i znalazł się w przedsionku willi Worobjaninowa. Unosił się tu zapach przypalonej kaszy. Z górnych apartamentów dochodził gwar zmieszanych głosów, podobny do dalekiego, zduszonego „hurra”. Nie było tu nikogo i nikt się nie zjawił na spotkanie Bendera. Na górę prowadziły schody z lakierowanemi ongiś stopniami. Teraz sterczały tu tylko metalowe gałki, natomiast z prętów, przytrzymujących niegdyś chodnik, nie pozostało ani śladu.

— „Herszt szlachty niezgorzej jednakże żył” — pomyślał sobie Ostap, wchodząc na górę.

W pierwszym zaraz pokoju, jasnym i obszernym, siedziało z piętnaście chyba siwiuteńkich staruszek w sukniach z tandetnego szarego samodziału. Z natężeniem wyciągały suche szyje i, wpatrując się uważnie w stojącego pośrodku człowieka, śpiewały:


„Słyszał dźwięk dzwonków u sanek w oddali
I tętent trójki tak dobrze mu znany...
A wkoło blaski złotemi się palił
Przestwór całunem śnieżystym zasłany...”


Dyrygent chóru w szarej (z tego samego samodziału) kurtce i w samodziałowych spodniach, wymachiwał do taktu obiema rękami i, obracając się na wszystkie strony, komenderował:

— Dyszkanty ciszej! Kokuszkina wolniej!

Spostrzegł Ostapa, lecz nie mogąc powstrzymać ruchu rąk, spojrzał tylko wrogo na niego i dyrygował w dalszym ciągu. Chór grzmiał z takim wysiłkiem, jakgdyby pokonać musiał opór stosu pierzyn...

— Przepraszam, czy mógłbym zobaczyć się z towarzyszem Zawchozem? — spytał Ostap, korzystając z chwilowej przerwy.

— A o co wam chodzi, towarzyszu?

Ostap uścisnął dyrygentowi dłoń i zagadnął przyjacielskim tonem:

— Pieśni ludowe? Bardzo pięknie. Moje uszanowanie. Jestem inspektorem straży ogniowej.

Zawchoz zmieszał się.

— Tak, tak — bąknął zawstydzony. — Zjawiacie się akurat w samą porę. Miałem właśnie pisać raport.

— Nie przejmujcie się — oznajmił wspaniałomyślnie Ostap. — Sam napiszę raport. No, chodźmy obejrzeć lokal.

Alchen skinieniem ręki dał chórowi znak do odejścia i baby podreptały drobnemi, radosnemi kroczkami.

— Proszę za mną — rzekł Zawchoz.

Ostap utkwił wzrok w meble, stojące w pierwszym pokoju. Stał tam stół, dwie ogrodowe ławeczki na żelaznych nóżkach (na poręczy jednego z nich wyryte było imię „Kola”) i czerwona fisharmonja.

— Czy palą się w tym pokoju prymusy? A może są tu przenośne piecyki lub coś w tym rodzaju?

— Nie, nie. Tu ma siedzibę: chór oraz kółka — dramatyczne, sztuk pięknych, muzyczne...

Przy słowie „muzyczne” Aleksander Jakowlewicz zaczerwienił się. Najpierw zarumienił się podbródek, potem czoło i policzki. Alchen bardzo zawstydził się. Dawno już, bardzo dawno powyprzedawał wszystkie instrumenty dętej orkiestry. Słabe płuca staruszek i tak wydmuchiwały z nich zaledwie szczenięce piski. Śmiech brał na widok tej góry metalu w tak niegodnej sytuacji. Alchen nie mógł nie ukraść instrumentów, i teraz bardzo mu wstyd było.

Na ścianie między jednem oknem a drugiem wisiał ogromny transparent. Białemi literami na kawałku szarego samodziału wykaligrafowane było hasło:

„Poprzez dętą orkiestrę do kollektywnej twórczości”.

— Bardzo dobrze — rzekł Ostap — siedziba kółek rozrywkowych daje gwarancję zupełnego bezpieczeństwa pod względem pożaru. Chodźmy dalej.

Zilustrowawszy w szybkiem tempie frontowe pokoje worobjaninowskiej willi, Ostap nie dostrzegł nigdzie orzechowego krzesła, obitego jasnym angielskim kretonem w kwiatki.

Na gładkim marmurze ścian wisiały regulaminy, obowiązujące w domu Nr. 2 Starsobiesa. Ostap czytał je, od czasu do czasu energicznie wypytując: „Kominy czyścicie regularnie? Piece w porządku?” I, otrzymując wyczerpujące odpowiedzi, ruszał dalej.

Inspektor straży ogniowej szukał gorliwie, pragnąc wyszperać jakikolwiek kącik, grożący niebezpieczeństwem na wypadek pożaru, lecz pod tym względem wszystko było w porządku. Natomiast poszukiwanie skarbów nie dało żadnych rezultatów. Ostap zwiedził między innemi sypialnie staruszek, które na jego widok wstawały i niziutko kłaniały mu się. Stały tu tapczany, zasłane szorstkiemi, jak psia szerść, kołdrami. Z jednej strony tych kołder wydrukowane było słowo „nogi”.

W domu Nr. 2 uderzało wszystko nadmierną skromnością: meble składały się wyłącznie z ogrodowych ławek, przywiezionych z Aleksandrowskiego bulwaru; lampki były tandetne, naftowe; kołdry przerażały napisem „nogi”. Jedna jedyna tylko rzecz w tym domu była solidna i imponująca — to sprężyny u drzwi.

Mechanizmy przy drzwiach były prawdziwą namiętnością Aleksandra Jakolewicza. To też dołożył niezwykłych starań, by wyposażyć wszystkie bez wyjątku drzwi sprężynami najrozmaitszych systemów i kształtów. Były tu całkiem prymitywne sprężyny nakształt żelaznych sztab. Były sprężyny z miedzianemi cylindrycznemi pompami. Były też mechanizmy na blokach z opuszczającemi się woreczkami śrutu. Były jeszcze sprężyny o tak złożonej konstrukcji, że sobjesowski ślusarz w najwyższem zdumieniu kiwał tylko głową. Wszystkie te cylindry, sprężyny i ciężarki miały niezwykłą wprost siłę. Drzwi zatrzaskiwały się tak samo błyskawicznie, jak pułapki na myszy. Mechanizmy te wprawiały w drżenie cały dom. Z przeraźliwym piskiem uciekały babuleńki przed atakującemi je drzwiami, lecz nie zawsze się to udawało. Drzwi dosięgały swych ofiar i szturchały je w plecy, a z góry z ponurym krakaniem spuszczały się ciężarki, przelatując koło skroni, jak pocisk.

Gdy Bender z Zaw-chozem lustrowali dom, drzwi witały ich straszliwemi salwami uderzeń.

Poza iście więzienną wspaniałością nie było nic — krzesła ani śladu. W poszukiwaniu niebezpieczeństwa pożaru, inspektor znalazł się w kuchni. Tam w Wielkim kotle do bielizny gotowała się kasza, której zapach wielki kombinator poczuł odrazu w przedsionku. Ostap pokręcił nosem i powiedział:

— Czy to na oleju maszynowym?

— Jak Boga kocham na czystem, śmietankowem maśle — rzekł Alchen rumieniąc się aż do łez prawie, — ze wsi sprowadzamy.

Wstydził się niesłychanie...

— Ha, to niebezpieczeństwem pożaru nie zagraża, — zauważył Ostap.

W kuchni także nie było krzesła. Był tam tylko zatłuszczony taboret, na którym siedział kucharz w fartuchu i samodziałowym kołpaku.

— Dlaczego u was wszystko takie szare i tandetne? Perkalik ten nadaje się w sam raz do wycierania okien.

Nieśmiały Alchen zmieszał się jaszcze bardziej.

— Udzielają nam zbył małych kredytów...

Czuł wstręt do samego siebie.

Ostap spojrzał na niego podejrzliwie i powiedział:

— Tak, to nie ma absolutnie nic wspólnego ze strażą ogniową, którą w tej chwili reprezentuję.

Alchen przeraził się.

— Na wypadek pożaru — oznajmił — przedsięwzięliśmy wszystkie środki ostrożności. Mamy nawet gaśnicę.

Zaglądając po drodze do rozmaitych zakamarków, zajrzał inspektor, ociągając się niechętnie do kąta, w którym stała gaśnica. Aczkolwiek czerwony, blaszany stożek był w tym domu jedynym przedmiotem, mającym związek ze strażą ogniową, wywołał w inspektorze silne zdenerwowanie.

— Na tandecie chyba kupowaliście tę gaśnicę?!

I nie czekając nawet na odpowiedź przerażonego Aleksandra Jakowlewicza, rozbił niespodzianie plombę i szybko obrócił stożek wylotem do góry. Lecz zamiast oczekiwanego strumienia wody wypuściła gaśnica tylko cieniutki syk, przypominający przedpotopową jakąś melodję.

— Oczywista, na tandecie — potwierdził Ostap swoje pierwotne przypuszczenie i powiesił śpiewający wciąż jeszcze instrument na poprzednie miejsce.

Żegnani smętnym sykiem poszli dalej.

Ostap postanowił nie rozstawać się z samodziałową tą twierdzą, dopóki nie dowie się wszystkiego.

W tym czasie, gdy inspektor i zawchoz łazili po strychu, wnikając w najdrobniejsze szczegóły urządzeń przeciwpożarowych i kominów, 2-gi dom Starsobiesa żył codziennem swem życiem.

Obiad był już gotów. Woń przypalonej kaszy wyraźnie się spotęgowała i wchłonęła wszystkie inne, panujące w tym domu zapachy. Korytarze ożywiły się. Staruszki szły gęsiego trzymając w wyciągniętych rękach blaszane miseczki z kaszą. Siadały do ogólnego stołu, starając się przytem usilne nie patrzeć na rozwieszone tam hasła, ułożone osobiście przez Aleksandra Jakowlewicza i wykonane artystycznie przez Aleksandrę Jakowlewnę. Hasła te były następujące:


POŻYWIENIE —
TO ŹRÓDŁO ZDROWIA!
JEDNO JAJKO
ZAWIERA TYLEŻ TŁUSZCZU
CO ½ FUNTA MIĘSA!
PRZEŻUWAJĄC STARANNIE POKARMY
PRZYNOSI SIĘ POŻYTEK
SPOŁECZEŃSTWU!
MIĘSO — TO WRÓG!


Wszystkie te wzniosłe sentencje budziły w staruszkach rzewne wspomnienia: o straconych jeszcze przed rewolucją zębach; o mięsie zawierającem tyleż tłuszczu, co jajka, których zresztą także dawno już nie jadły; o społeczeństwie, któremu nie mogły przynieść pożytku, przeżuwając starannie pokarmy.

Najgorzej było z Kukuszkiną, siedzącą naprzeciw wielkiej, doskonale oświetlonej akwareli, wyobrażającej krowę. Akwarela ta była poświęcona przez N. N. O. Ż. (Nowa naukowa organizacja życia). Sympatyczna ta krowa, łypająca jednem, ciemnem hiszpańskiem okiem, była po mistrzowsku rozdzielona na części; przypominała plan nowego domu spółdzielczego, z tą tylko, różnicą, że w planie domu były oznaczone numerami: kuchnie, korytarze i kuchenne schody — w naszym zaś numerami były oznaczone poszczególne części krowy: polędwica, krzyżowa, gatunek I-szy, 2-gi, 3-ci i 4-ty.

Kukuszkina zjadała swą porcję, nie podnosząc głowy. Wizerunek krowy wywoływał w niej bowiem pożądliwe bicie serca i napływ ślinki do ust: w 2-gim domu Starsobiesa, mięso było nader rzadkiem zjawiskiem.

Prócz staruszek, siedzieli przy stole: Izydor Jakowlewicz, Oleg Jakowlewicz i Pasza Emiljewicz. Ani wiek, ani płeć tych młodzieńców nie usprawiedliwiały ich obecności w tym zakładzie społecznym, ale — Jakowlewicze byli młodszymi braciszkami Alchena, a Pasza Emiljewicz — ciotecznym bratankiem Aleksandry Jakowlewny. Młodzieńcy, z których najstarszym był 32-letni Pasza Emiljewicz bynajmniej nie uważali za nienormalny pobytu swego w domu sobiesa. Traktowano ich tu tak samo, jak staruszki: a więc mieli takie same koszarowe łóżka i koce z napisem „nogi”, odziani byli tak, jak staruszki w tandentne, szare samodziały, dzięki swej sile jednak i młodości odżywiali się znacznie lepiej, niż pupilki sobiesa. Kradli z domu to wszystko, czego nie zdążył ukraść Alchen. Pasza Emiljewicz potrafił na jednem posiedzeniu wsunąć jak nic 5 funtów jarzyn, co zresztą pewnego dnia zrobił, cały dom w ten sposób pozbawiając obiadu.

Staruszki nie zdążyły jeszcze nawet dokumentnie pokosztować kaszy, a Jakowlewicz wraz z Emiljewiczem, przełknąwszy szybko swe porcje, zerwali się z czkawką od stołu i pobiegli do kuchni w poszukiwaniu czegoś konkretniejszego.

Obiad trwał nadał. Staruszki zaczęły z ferworem trajkotać.

— Nażrą się, a potem zaczną wyć nieprzystojne piosenki...

— A Pasza Emiljewicz sprzedał dziś rano krzesło z tam tej niszy. Kuchennemi schodami wyniósł je chyłkiem handlarzowi. Słyszycie?

Rozmowę staruszek przerwało nagłe chrząkanie głośnika, które zagłuszyło nawet syk gaśnicy; krowi głos rozpoczął:

— .....lazek...

Zgięte we dwoje staruszki odwracały się, jak mogły od stojącego w kącie radja i spożywały w skupieniu strawę, licząc na to, że może jednak ominie je ten kielich goryczy. Lecz głośnik grzmiał w dalszym ciągu:

— ..... cenny wynalazek. Dróżnik Murmańskiej Dyrekcji kolejowej towarzysz Sokucki, Samara, Orzeł, Kleopatra, Uljanow, Caricyn, Klemens, Ifigenja, — So - kuc - ki...

Sapiąc, kontynuował zachrypniętym głosem:

— ..... wynalazł sygnalizację świetlną przy pługach śnieżnych. Wynalazek został zalecony przez Dorizul, Darja, Onega, Rajmund...

Staruszki udały się gęsiego do swych pokojów. Głośnik, zachłystując się wprost z nadmiaru sił grzmiał nadal w pustym już teraz pokoju:

— ... A teraz posłuchajcie nowogrodzkich piosenek ludowych...

Hen, gdzieś daleko, jakgdyby w samym środku ziemi, uderzył ktoś w struny bałałajki i proletarjacki Batistini zaczął popisywać się:


— Pluskwy na murze siedziały
I na słońce się krzywiły,
Fininspektora ujrzały —
Wnet pouciekały...


Piosenki te wywołały burzliwą reakcję. Rozległ się niebywały łoskot. Były to zapewne huraganowe oklaski, a może też tam w głębi ziemi zaczęły pracować podziemne wulkany.

Zasępiony srodze inspektor straży ogniowej zszedł tymczasem ze strychu i znalazłszy się ponownie w kuchni, ujrzał pięciu obywateli, którzy wprost rękami wygarniali z beczki kwaszoną kapustę i smakowicie objadali się nią. Jedli w skupieniu. Jedyny tylko Pasza Emiljewicz kręcił głową z miną smakosza i zdejmując z wąsów kapuściane festony, delektował się:

— Jeść taką kapustę bez wódki, to grzech.

— Czy to nowy transport staruszek? — spytał Ostap.

— To sieroty — odrzekł Alchen, wypychając zlekka inspektora z kuchni i nieznacznie przytem grożąc sierotom pięścią.

— Z okolic nadwołżańskich zapewne?

Alchen zmieszał się.

— Smutna spuścizna carskiego ustroju.

Alchen rozłożył ręce, jakgdyby mówiąc: cóż począć, gdy taką mamy spuściznę...

— Wspólne wychowanie obu płci, jak widzę, koedukacja?

Nieśmiały Aleksander Jakowlewicz, nie zwlekając już dłużej, zaprosił inspektora straży ogniowej na skromny posiłek. Czem chata bogata, tem rada...

W ten dzień właśnie „chata była bogata” w butelkę żubrówki, grzybki domowej roboty, sałatkę śledziową, ukraiński barszcz z mięsem pierwszego gatunku, kurę w potrawce z ryżu i kompot z suszonych jabłek.

— Saszchen, — robił honory domu Aleksander Jakowlewicz — pozwól sobie przedstawić towarzysza z Gubpożaru.

Ostap skłonił się przed gospodynią domu w sposób wielce wyszukany, i wysadził się na tak długi i dwuznaczny komplement, że nie mógł z niego ani rusz wybrnąć. Saszchen — rosła kobieta, której uroda była zniekształcona nikołajewskiemi bokobrodami, cicho roześmiała się i napiła się wódki razem z mężczyznami.

— Za wasze wspólne gospodarstwo! — wzniósł toast Ostap.

Obiad upłynął w wesołym nastroju; dopiero przy kompocie przypomniał sobie Ostap o celu swej wizyty.

— Dlaczego — zagadnął — macie na swem przedsiębiorstwie tak skąpy inwentarz?

— Jakto — oburzył się Alchen, — a fisharmonia?

— Wiem, wiem — vox humanum. Lecz usiąść sobie wygodnie absolutnie niema na czem. Same ogrodowe ławki.

— W niszy stoi krzesło — obraził się Alchen, — angielskie krzesło. Powiadają, że pozostałość dawnego umeblowania.

— A propos, nie widziałem dotąd tej waszej niszy. Radbym skontrolować, czy nie grozi czasem niebezpieczeństwem pożaru.

— Bardzo proszę.

Ostap podziękował gospodyni za obiad i ruszył dalej.

W niszy prymusów nie zapalano, przenośnych pieców nie było, kominy czyszczone regularnie, lecz ku niezmiernemu zdumieniu Alchena, krzesła nie było. Zaczęto go na gwałt szukać. Zaglądano pod łóżka i ławki, odsuwano niewiadomo po co fisharmonię, wypytywano staruszki, które trwożliwie zerkały na Paszę Emiljewicza, — krzesła jednak nie znaleziono. Pasza Emiljewicz wykazał w tych podziwu godną wytrwałość. Wszyscy już dali za wygraną, a Pasza Emiljewicz wciąż jeszcze krzątał się po pokojach, zaglądał pod karafki, przestawiał blaszane kubki do herbaty i pomrukiwał:

— Gdzież mogło się podziać to krzesło? Dziś przecież jeszcze było, widziałem je sam na własne oczy! Komiczne!

— Niewesołe to, moje panny — rzucił oschle Ostap.

— Poprostu komiczne! — powtarzał bezczelnie Pasza Emiljewicz.

Akurat w tej chwili sycząca cały czas gaśnica wzięła górne „fa”, na jakie zdobyć się mogła jedynie chyba artystka republiki, Niedażnowa; następnie gaśnica umilkła, po chwili puściła z hałasem pierwszy strumień wody, który zalał sufit i zdarł z głowy kucharza samodziałowy czepiec. Po pierwszym strumieniu bryznęła gaśnica drugim brudno - szarym strumieniem, który zwalił z nóg niepełnoletniego Izydora Jakowlewicza. Gaśnica niezmordowanie wypluwała z siebie potoki wody.

Na miejsce wypadku zbiegli się w popłochu Pasza Emiljewicz i wszyscy nieposzkodowani Jakowlewicze.

— A to heca! — rzekł Ostap — idjotyczny wynalazek!

Zostawszy z Ostapem sam na sam bez asysty władz, poczęły staruszki na wyścigi wylewać swe żale.

— Familję całą tu poumieszczał! Naszą krzywdą się tuczą!

— Prosiaki karmią mlekiem, a nam każe się opychać kaszą!

— Co tylko się da, wynosi z domu!

— Uspokójcie się, moje panny — rzekł, cofając się, Ostap. — Celem uregulowania tych spraw przyślę tu do was delegata inspekcji pracy. Rozpatrywanie waszych skarg przekracza moje kompetencje.

Staruchy całkiem go nie słuchały.

— A Paszka Mielentjewicz sam dziś własnoręcznie wyniósł to krzesło i sprzedał je. Na własne oczy widziałam.

— Komu? — wrzasnął Ostap.

— Sprzedał i tyle. Mój koc także huncwot chciał sprzedać.

W korytarzu toczyła się zacięta walka z gaśnicą. Zwyciężył ostatecznie genjusz człowieka i gaśnica, zdeptana żelazną stopą Paszy Emiljewicza, wypluła z siebie po raz ostatni wątły strumień wody i uciszyła się na wieki.

Staruszkom polecono wziąć się do mycia podłóg. Inspektor straży ogniowej westchnął głęboko, pochylił głowę i zlekka kołysząc się w biodrach, podszedł do Paszy Emiljewicza.

— Jeden z moich znajomych — rzekł znacząco — także sprzedawał państwowe meble. Teraz pokutuje — siedzi w D. O. P. R.-ze.

— Nie rozumiem waszych bezpodstawnych podejrzeń — zauważył Pasza Emiljewicz.

— Komuś sprzedał krzesło? — syknął szeptem Ostap.

Pasza Emiljewicz, obdarzony nadludzką intuicją, zrozumiał, że Ostap zacznie go zaraz bić, kto wie, może nawet nogami.

— Handlarzowi — odrzekł.

— Adres?

— Widziałem go po raz pierwszy w życiu.

— Po raz pierwszy w życiu?

— Słowo honoru.

— Z przyjemnością stłukłbym cię na kwaśne jabłko — oznajmił Ostap. — No, wynoś się do stu djabłów!

Pasza Emiljewicz uśmiechnął się przymilnie i rozpoczął odwrót.

— Ech, ty, ofermo — rzekł wyniośle Ostap. — Pomaleńku, powiedz mi, bratku, jak ten handlarz wygląda. Blondyn, brunet?

Pasza Emiljewicz zaczął dokładnie objaśniać. Ostap wysłuchał go uważnie i przypieczętował wywiad słowami:

— To już bezwzględnie nie ma żadnego związku ze strażą ogniową.

Do wychodzącego już Bendera podszedł na korytarzu nieśmiały Aleksy i wsunął mu do ręki czerwońca.

— 114 paragraf kodeksu karnego — rzekł Ostap, — wręczenie łapówki osobie urzędowej podczas spełniania czynności służbowych.

Pieniądze jednak wziął i, pożegnawszy Aleksandra Jakowlewicza, skierował się ku wyjściu. Drzwi, wyposażone w potężny aparat, otwarły się z trudem i szturchnęły Ostapa boleśnie w plecy.

— Pierwsze uderzenie — skonstatował Ostap, pocierając obolałe miejsce. — Obrady trwają nadal!



ROZDZIAŁ ÓSMY.
Gdzie są wasze bujne kędziory?

W owym czasie, gdy Ostap oglądał 2-gi dom Starsobiesu, Hipolit Matwiejewicz kroczył po mieście, odczuwając nieznośne zimno w ogolonej doszczętnie głowie. Przebrnął przez kałużę, ciągnącą się od sklepu Stargiko, aż do gmachu Gubplanu, którego wejście ozdobione było gipsowemi tygrysami i wężami, oraz płaskorzeźbami, wyobrażającemi zwycięstwa.

Nagle na Hipolita Matwiejewicza uderzyły siódme poty. Wprost na niego szedł jakiś nieznajomy obywatel, o dobrotliwym wyrazie twarzy i w garści trzymał krzesło. Hipolit Matwiejewicz, który dostał nagle gwałtownej czkawki, przyjrzał się i odrazu poznał swoje krzesło.

Tak! To było krzesło, pochodzące ze słynnej wytwórni Gambsa, obite, pociemniałym w ogniu rewolucji angielskim kretonem w kwiatki, to było orzechowe krzesło o giętych nóżkach. Hipolit Matwiejewicz był tak oszołomiony, jakgdyby mu kto wypalił prosto w ucho.

— Noże, nożyczki, ostrzę, brzytwy naprawiam! — krzyknął w pobliżu barytonowy bas.

I zaraz rozległo się cieniutkie echo:

— Lutuję, poprawiam!...

— Gazeta moskiewska „Izwiestja”, „Smiechacz", 30 dni, Czerwona N-i-i-wa!!

Gdzieś wysoko stłukł ktoś z hałasem szybę. Potężnie dudniąc, przejechała platforma ciężarowa „Miel-stroju”. Gwizdnął przeraźliwie milicjant. Życie wrzało i przelewało się aż po brzegi. Nie można było tracić ani chwili.

Hipolit Matwiejewicz lamparcim skokiem zbliżył się do bezczelnej figury i bez słowa, jednem szarpnięciem usiłował wyrwać krzesło.

Nieznajomy szarpnął je z powrotem. Wtedy Hipolit Matwiejewicz uczepił się lewej nóżki i starał się przemocą oderwać grube palce nieznajomego od krzesła.

— Rozbój — szepnął nieznajomy, jeszcze mocniej trzymając się krzesła.

— Za pozwoleniem, za pozwoleniem — bełkotał Hipolit Matwiejewicz, wciąż usiłując odkleić palce nieznajomego od krzesła.

Zaczął się zbierać tłum. Już trzech ludzi przystanęło opodal, z wielką ciekawością śledząc rozwój wypadków.

Wtedy obaj zapaśnicy lękliwie obejrzeli się wokół, i, nie patrząc na siebie, lecz niewypuszczając krzesła z drapieżnych rąk, poszli, jakgdyby nigdy nic, wprost przed siebie.

„Co to znaczy?” — myślał Hipolit Matwiejewicz z rozpaczą.

Trudno wprawdzie było odgadnąć, o czem myślał nieznajomy, ale chód miał w owej chwili, jaknajbardziej zdecydowany.

Szli coraz prędzej. Spostrzegłszy wreszcie jakiś opuszczony placyk, zasypany gruzem i budulcem, zwrócili się tam, jak na komendę. Siły Hipolita Matwiejewicza potroiły się.

— Za pozwoleniem! — ryknął, nie krępując się już wcale.

— Ra-tun-ku! — niedosłyszalnie prawie krzyknął nieznajomy.

Ponieważ obaj mieli ręce zajęte, zaczęli się nawzajem kopać nogami. Nieznajomy miał buty podkute, to też los Hipolita Matwiejewicza nie był początkowo do pozazdroszczenia; szybko jednakie Hipolit Matwiejewicz przystosował się i skacząc bądź naprawo, bądź nalewo, jakgdyby tańcząc krakowiaka, unikał razów przeciwnika, starając się jednocześnie położyć go ciosem w brzuch.

W brzuch wprawdzie nie udało mu się trafić, ponieważ zawadzało krzesło, ale zato grzmotnął wroga w staw kolanowy, poczem ten mógł wierzgać już tylko lewą nogą.

— O Boże! — szepnął nieznajomy.

Dopiero teraz Hipolit Matwiejewicz spostrzegł, że tym nieznajomym, który w tak bezczelny sposób porwał jego krzesło, był ni mniej, ni więcej, tylko proboszcz cerkwi Froła i Ławra — ojciec Fiodor Wostrikow we własnej duchownej osobie.

Hipolit Matwiejewicz zdębiał.

— Batiuszka! — zdumiał się, odejmując ręce od krzesła.

Ojciec Wostrikow zsiniał i rozgiął palce. Krzesło, przez nikogo niepodtrzymane, upadło na cegły.

— Gdzież są wasze wąsy, szanowny Hipolicie Matwiejewiczu? — z wyrafinowaną zjadliwością spytała duchowna osoba.

— A gdzie się podziały wasze bujne kędziory? Mieliście wszakże kędziory?

Słowa Hipolita Matwiejewicza pełne były nie wysłowionej pogardy. Pałając szlachetnem oburzeniem, spojrzał na ojca Fiodora z niezwykłą godnością, i wziąwszy krzesło pod pachę, zamierzał odejść. Lecz ojciec Fiodor, który już opanował zmieszanie nie pozwolił Worobjaninowi na tak łatwy triumf. Z krzykiem „hola, za pozwoleniem” schwycił znów krzesło. Był to powrót do pierwotnej sytuacji. Trzymając się kurczowo nóżek krzesła, stali obaj wrogowie naprzeciw siebie i z pasją spoglądali jeden na drugiego

Przerwa, zapierająca dech w piersiach trwała dobrą minutę.

— A więc to wy, ojcze duchowny, — zgrzytnął Hipolit Matwiejewicz — polujecie na mój majątek?

Po tych sławach Hipolit Matwiejewicz kopnął ojca duchownego w bok.

Ojciec Fiodor uniknął zręcznie ciosu i z wściekłością dał marszałkowi szlachty takiego kuksańca, że ten zgiął się w pół, poczem syknął:

— To nie jest wasz majątek.

— A czyj?

— Nie wasz.

— A czyj?

— Nie wasz, nie wasz!

— A czyj, czyj?

— Nie wasz.

Sycząc tak, kopali się niemiłosiernie.

— A niby czyj jest majątek? — ryczał marszałek szlachty waląc, jak w bęben w brzuch ojca duchownego.

Ojciec duchowny, przezwyciężając ból, rzekł dobitnie:

— To jest upaństwowiona własność.

— Upaństwowiona?

— Ta-a-k, ta-a-k, u-państwowiona!

Mówili tak szybko, że trudno było odróżnić poszczególne wyrazy.

— Przez kogo upaństwowiona?

— Przez władzę sowiecką! Przez władzę sowiecką!

— Jaką władzę?

— Władzę ludu roboczego.

— A-a-a!... — rzekł, blednąc, Hipolit Matwiejewicz — przez władzę robotników i włościan?

— T-a-a-a-a-k!...

— Hm-m-m!... Może i do partji, ojcze duchowny, należycie?

— M-m-może!

To już było ponad siły Hipolita Matwiejewicza: wrzeszcząc „może?” plunął z satysfakcją w dobrotliwą twarz ojca Fiodora. Ojciec Fiodor bez namysłu zrewanżował się Hipolitowi Matwiejewiczowi i także trafił. Zetrzeć śliny nie mogli, — w rękach wszakże wciąż kurczowo ściskali nóżki krzesła.

Z chrapliwem rzężeniem pchnął Hipolit Matwiejewicz swego wroga. Wróg upadł, pociągając za sobą sapiącego z trudem Worobjaninowa. Walka toczyła się nadal.

Nagle rozległ się trzask — i jednocześnie odłamały się dwie nóżki krzesła. W zgodnym wysiłku obaj wrogowie zaczęli znęcać się nad orzechowym skarbcem. Podarli na strzępy angielski kreton w kwiatki. Potężnym rzutem odrzucili precz bezwartościową dla nich poręcz. Poszukiwacze skarbów zerwali pokrycie wraz z miedzianemu gazikami i kalecząc się o sprężyny, zanurzyli palce w wojłokowym włosiu. Po pięciu minutach zostało zaledwie wspomnienie krzesła. Na placu walki poniewierały się bezużyteczne sprężyny, w powietrzu zaś unosiło się zgniłe włosie. Gięte nóżki leżały w rynsztoku. Brylantów nie było.

— Znaleźliście może? — spytał Hipolit Matwiejewicz, sapiąc, jak mech kowalski.

Pokryty kłaczkami włosia ojciec Fiodor zachowywał dostojne milczenie.

— Jesteście aferzystą! — krzyknął Hipolit Matwiejewicz. — Tak wam gębę nabiję, ojcze Fiodorze, że popamiętacie ruski miesiąc.

— Hola, nie tak ostro! — odrzekł pop.

— Dokąd pójdziecie teraz w takim stanie?

— A wam co do tego?

— Wstyd, ojcze. Jesteście poprostu złodziejem!

— Nic wam nie ukradłem!

— A jak dowiedzieliście się o skarbach? Dla osobistych celów wykorzystaliście tajemnicę spowiedzi? Niema co mówić — pięknie! Bardzo pięknie!

Hipolit Matwiejewicz z pełnym oburzenia „a fe!” opuścił plac boju i, otrzepując po drodze palto, skierował swe kroki w stronę domu.

Przy zbiegu ulic Leńskich wydarzeń i Erofiejewskiej ujrzał Worobjaninow swego towarzysza. Techniczny dyrektor i główny kierownik przedsiębiorstwa stał z wysuniętą naprzód lewą nogą — czyszczono mu właśnie buciki pięknym, kanarkowym kremem. Hipolit Matwiejewicz podbiegł ku niemu. Dyrektor nucił niefrasobliwie „shimmy”:


— Dawniej to tańczyły
Dzikie słonie,
Teraz tańczą taniec ten
w salonie... —
Shimmy, shimmy słynie
dziś na cały świ-a-a-t...


— Nic mi teraz nie opowiadajcie — rzekł szybko. — Jesteście silnie podnieceni, musicie wpierw uspokoić się.

Zapłaciwszy „pocybutowi” za fatygę siedem kopiejek, ujął Ostap Worobjaninowa pod ramię i zaczął się z nim przechadzać po mieście.

— No, a teraz motecie już wszystko z siebie wyładować.

Wszystkiego, co wyładowywał z siebie Hipolit Matwiejewicz, wysłuchał Ostap z wielkiem zainteresowaniem.

— Aha! Niewielka, czarna bródka? Zgadza się! Palto z barankowym kołnierzem? W porządku. To było krzesło z przytułku. Kupiono je dziś rano za trzy ruble.

— To jeszcze nie wszystko...

I Hipolit Matwiejewicz opowiedział głównemu aranżerowi o całej podłości ojca Fiodora. Ostap spochmurniał.

— Nieprzyjemna historja — skonstatował. — Tajemniczy rywal. Musimy go za wszelką cenę wyprzedzić, a gębę zawsze jeszcze zdążymy mu pomacać.

Podczas gdy przyjaciele posilali się skromnie w barze „Stieńka Razin” i Ostap informował się, gdzie poprzednio znajdował się wydział mieszkaniowy i jaką tam teraz alokowano instytucję, zapadał zwolna zmrok wieczorny.

Tygrysy, zwycięstwa i węże Gubplanu tajemniczo wyglądały w blaskach wschodzącego nad miastem księżyca.

Idąc do domu, z zamilkłym nagle Ostapem, spojrzał Hipolit Matwiejewicz na owe tygrysy i węże. Za jego czasów mieściło się tu starostwo powiatowe i obywatele bardzo dumni byli z tych ozdób, uważając je za starogrodzką osobliwość.

— „Odnajdę” — pomyślał Hipolit Matwiejewicz, wpatrując się w gipsowe zwycięstwo.

Tygrysy łagodnie merdały ogonami, węże radośnie wyginały się i duszę Hipolita Matwiejewicza ogarnęła radosna pewność.



ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY.
Papuga, ślusarz i wróżka.

Dom, oznaczony liczbą 7 przy ulicy Zagajnikowej miał tylko dwie ozdoby, obie o wybitnie handlowym charakterze. Na tle błękitnego szyldu „Odeska wytwórnia moskiewskich obwarzanków” wdzięczył się młodzieniec w krawacie i krótkich francuskich spodenkach.

W ręce trzymał legendarny róg obfitości, z którego sypały się moskiewskie obwarzanki, mogące od biedy uchodzić za słynne odeskie „bubliczki”. Młodzian obleśnie uśmiechał się. Po drugiej stronie bramy — pakarnia „Szybko – pak” o istnieniu swem zawiadamiała p. t. klijentelę czarnym szyldem z okrągłemi złotemi literami.

Mimo tak, zdawałoby się, namacalnego kontrastu szyldów, oba tak różne na pozór przedsiębiorstwa zajmowały się temi samemi interesami — spekulowały na wszelakiego rodzaju manufakturze: a więc wełnach, bawełnach, a jeśli trafiały się okazyjnie jedwabie w pięknych kolorach i deseniach, to handlowały również jedwabiami.

Za bramą, tonącą w egipskich ciemnościach i wodzie, widać było dwoje drzwi, bez ganków, wychodzące wprost na podwórze. Miedziany szyldzik z wyrytem na niem nazwiskiem:

W. M. POLESOW.

znajdował się na drzwiach z prawej strony, lewe zaś drzwi były opatrzone białą blaszką:

MAGAZYN MÓD.

I to również były tylko pozory. W magazynie mód nie było bowiem ani bezgłowych manekinów z wysuniętą naprzód piersią, ani też lalek porcelanowych, służących do przymierzania wytwornych damskich kapelusików. Zamiast tego wszystkiego mieszkała sobie w trzypokojowem mieszkanku nieposzlakowanie biała papuga. Papugę zamęczały pchły; nie mogła się jednak biedaczka przed nikim użalić, ponieważ nie potrafiła mówić ludzkim językiem. Po całych dniach gryzła ziarno i wypluwała łupiny, śmiecąc wokół klatki. Brak jej było tylko harmonijki i nowych skrzypiących kaloszy, by udatnie naśladować podochoconego galanta-rzemieślnika. Okna były zasłonięte ciemno - bronzowemi storami. Nad pianinem wisiała oszklona reprodukcja Boecklinowskiej „Wyspy umarłych” w fantazyjnej ciemno-zielonej dębowej ramie, szkło z jednego kąta dawno już wypadło, wskutek czego część obrazu tak była upstrzona przez muchy, że stanowiła z ramą jedną całość. Co się działo w tej części wyspy umarłych — było zagadką.

W sypialni, na łóżku siedziała pani domu we własnej osobie. Oparłszy łokcie na ośmiokątnym stoliku, nakrytym brudnawą serwetką „richelieu”, stawiała kabałę. Przed nią siedziała wdowa Grycacujewa w włóczkowym szalu.

— Muszę panią uprzedzić, że za seans nie biorę mniej, niż pięćdziesiąt kopiejek — powiedziała gospodyni.

— Prosiłabym bardzo o przepowiednie na przyszłość — smętnie przymilała się wdowa.

Gospodyni zaczęła rozkładać karty. Parę minut wystarczyło na określenie wdowiego losu. Wdowę czekały duże i drobne przykrości, na sercu miała króla kier, który skłaniał się w stronę damy dzwonkowej. Potem wróżono z ręki. Linje były wyraziste, silne, bez zarzutu. Linja życia sięgała tak daleko, że koniec jej najechał w puls i jeśli linja ta nie kłamała — winna była wdowa dożyć aż do chwili zwołania Konstytuanty. Linje mądrości i piękna dawały nadzieję, że wdowa porzuci handel towarami kolonialnemi i obdarzy ludzkość bezcennemi tworami w jakiejkolwiek dziedzinie sztuki, nauki, czy też socjologji. Wzgórze Wenery zdradzało niewyczerpane zasoby miłości i czułości. Wszystko to wróżka zakomunikowała wdowie, posługując się wyrazami i terminologją, używanemi przez grafologów, chiromantów i handlarzy koni.

— Pięknie paniusi dziękuję, — kłaniała się wdowa — teraz to już wiem, kto jest królem kier. I damę dzwonkową także dokumentnie znam. A czy ten król nie oznacza czasem bliskiego ślubu?

— Król? A jakże, moja panno.

Uszczęśliwiona wdowa wróciła do siebie. A wróżka cisnęła karty do szuflady, potężnie ziewnęła demonstrując szczękę pięćdziesięcioletniej kobiety i poszła po wodę. Obfity, sfatygowany już mocno biust, leniwie trząsł się pod farbowaną bluzką. Na głowie ukazywały się kosmyki siwych włosów. Była to kompletnie stara kobieta i gdyby ją Hipolit Matwiejewicz nagle ujrzał, to w żaden żywy sposób nie poznałby w niej Heleny Bour, pięknej prokuratorowej, ubóstwianej przezeń Heleny, o której sekretarz sądu wyraził się ongiś wierszem, że „tak jest powiewna ta nasza cud-królewna”.

Madame Bour spotkała przy studni sąsiada swego, Wiktora Michałowicza Polesowa, ślusarza-inteligenta, który bańką od benzyny czerpał właśnie wodę. Polesow wyglądał, jak operowy Mefisto, którego przed wypuszczeniem na scenę smarują starannie sadzą.

— Piękne czasy — rzekł ironicznie Polesow — obszedłem wczoraj calutkie miasto i znikąd nie udało mi się wytrzasnąć mutry o średnicy trzy ósme cala. Niema i basta.

Helena Stanisławówna współczuła serdecznie z Polesowem, mimo, iż miała o mutrach akurat takie wyobrażenie, jakie ma słuchaczka kursów choreograficznych imienia Leonarda da Vinci o — gospodarstwie wiejskiem.

— Czyż wogóle można teraz mówić o sklepach? Mamy przecież teraz właściwie tylko kolejki, a sklepów żadnych dawno już, niema i wszystkie te sklepy tak się jakoś cudacznie teraz nazywają. Stargiko!...

Czarna twarz ślusarza połyskiwała w blaskach słońca. Białka oczu były zlekka żółtawe.Z pośród chałupników, których w Starogradzie było bez liku, Wiktorowi Michałowiczowi wiodło się bodaj najgorzej. Największym szkodnikiem Wiktora Michałowicza był jego nieokiełznany temperament. Nigdy, naprzykład, nie można go było zastać w warsztacie, który mieścił się w drugiem podwórzu domu Nr. 7, przy ulicy Zagajnikowej. Wygasły przenośny tygiel sterczał samotnie na środku kamiennej szopy, po której kątach poniewierały się stosy przekłutych pudełek i podartych ochraniaczy „Treugolnik”; zardzewiałe zamki, tak olbrzymie, że możnaby chyba było zamykać na nie miejskie wrota, pogięte srodze kotły, wózki dziecinne, zamilkłe na wieki dynamo, przegniłe rzemienie, nasycone oliwą pakuły, zużyty doszczętnie glass-papier, austrjacki bagnet i mnóstwo podartych i powyginanych rupieci.

Klijentom nigdy nie udawało się zastać Wiktora Michałowicza w pracowni. Wiktor Michałowicz bowiem wiecznie gdzieś kimś komenderował i nie miał głowy do roboty. Nie mógł naprzykład patrzeć spokojnie na wjeżdżające w podwórze wozy z towarami. Wychodził zaraz z pracowni i, splótłszy ręce na plecach, pogardliwie obserwował woźnicę.

— Któż tak zajeżdża? — obruszał się. — Zawracaj.

Przestraszony woźnica zawracał.

— Jak ty, ofermo, zawracasz?! — biadał Wiktor Michałowicz, chwytając konia za uzdę. — Za dawnych czasów oberwałbyś po gębie raz i drugi, to nauczyłbyś się już zawracać, jak należy!

Takie komenderowanie trwało dobre pół godziny, poczem Polesow skłonny już był wrócić do pracowni, gdzie czekała na niego jakaś nienaprawiona opona, lecz wtedy zazwyczaj znów jakieś nieoczekiwane zdarzenie zakłócało spokojne życie miasteczka. Albo wozy zaczepiały się na ulicy osiami i Wiktor Michałowicz pouczał, w jaki sposób najszybciej i najlepiej można je rozłączyć; albo stawiano nowy słup telegraficzny i Polesow sprawdzał jego prostopadłość własnym specjalnie z warsztatu przyniesionym pionem; bądź wreszcie przejeżdżała straż ogniowa i Polesow, podniesiony dźwiękami pobudki strażackiej i trawiony niepokojem, biegł za wozami strażackiemi.

Od czasu do czasu jednakże ogarniał Wiktora Michałowicza szał realnej pracy, wówczas na parę dni znikał w swej pracowni i w milczeniu pracował. Wozy ciężarowe zajeżdżały sobie w podwórze, opisując najrozmaitsze krzywe linje, pojazdy na ulicy wogóle przestały zderzać się, wozy strażackie samotnie pędziły na miejsce pożaru, Wiktor Michałowicz bez wytchnienia pracował. Kiedyś po takim napadzie pilności wyciągnął z pracowni, niby barana, motocykl, sporządzony przezeń z cząstek automobilów, gaśnic, rowerów i maszyn do pisania. Motor o sile 1½ HP. miał markę Wanderera, koła miały markę Dawidsona, a inne części składowe dawno już utraciły jakąkolwiek markę. Z siodła zwisała na sznurku tekturka z napisem: „Próba”. Zrobiło się zbiegowisko. Nie patrząc na nikogo, zaczął Wiktor Michałowicz obracać ręką pedał. Iskra nie ukazywała się przez jakie dziesięć minut. Nagle rozległ się szczęk żelaza, maszyna drgnęła i otuliła się kłębami brudnego dymu. Wiktor Michałowicz wskoczył na siodło. Motocykl z szaloną szybkością poniósł go poprzez bramę na środek jezdni i natychmiast stanął, jakgdyby ugodzony kulą. Wiktor Michałowicz chciał właśnie zejść i poddać swą tajemniczą maszynę gruntownym oględzinom, gdy ta zaczęła się ni stąd ni zowąd cofać i, pomknąwszy wraz ze swym twórcą przez tę samą bramę, zatrzymała się akurat na tem samem miejscu, z którego wyruszyła — w środku podwórza, poczem gderliwie mruknęła i eksplodowała. Wiktor Michałowicz cudem ocalał i z odłamków motocyklu zbudował podczas następnego ataku pilności silnik kolejowy, który był całkiem podobny do prawdziwego silnika, lecz — nie funkcjonował.

Koroną jednakże pracy ślusarza - inteligenta była epopeja z bramą domu Nr. 5. Zrzeszenie lokatorów tego domu zawarło z Wiktorem Michałowiczem umowę, mocą której Polesow zobowiązał się doprowadzić do zupełnego porządku żelazną bramę tego domu, a nadto pomalować ją, według własnego uznania, na jakiś praktyczny kolor. Z drugiej strony zrzeszenie zobowiązało się — po przyjęciu roboty przez specjalną komisję — wypłacić W. M. Polesowowi 21 rb. 75 kop. Koszt marek stemplowych winien był ponieść wykonawca roboty.

Wiktor Michałowicz wziął bramę na plecy, jak Samson. W pracowni swej zabrał się z zapałem do pracy. Dwa dni strawił na rozwalaniu bramy. Rozłożył ją na części składowe. Żelazne kółka leżały w dziecinnym wózeczku sztaby zaś i pręty ułożone były pod warsztatem. Jeszcze parę dni zeszło na badaniu uszkodzeń. A potem wydarzyła się w mieście nader nieprzyjemna historja — przy Drewnowskiej pękły rury wodociągowe i Wiktor Michałowicz spędził resztę tygodnia na miejscu katastrofy, uśmiechając się ironicznie, krzycząc na robotników i raz po raz zaglądając do kanału.

Gdy szał organizatorski osłabł nieco, przypomniał sobie Wiktor Michałowicz o naprawie bramy, lecz było już zapóźno: dzieciaki z całego podwórza bawiły się w jaknajlepsze żelaznemi kółkami i prętami. Ujrzawszy Wiktora Michałowicza, przestraszona dziatwa zaczęła na gwałt ciskać żelastwo i zmiatać, gdzie oczy poniosą. Brak było połowy kółek i niepodobna było znaleźć je. Po tym epizodzie Wiktor Michałowicz zobojętniał do reszty w stosunku do bramy. A w otwartym na oścież domu Nr. 5 działy się okropne rzeczy: kradli tam na zabój i ściągali ze strychu mokrą bieliznę, a kiedyś wieczorem ukradli nawet z podwórza kipiący samowar. Wiktor Michałowicz brał osobiście udział w pościgu za złodziejem. Złodziej trzymał w wyciągniętych dłoniach kipiący samowar, z którego rury buchał płomień, lecz uciekał bardzo szybko i, odwracając się klął niemiłosiernie biegnącego na samym przedzie Wiktora Michałowicza. Najbardziej jednakże poszkodowanym był dozorca domu Nr. 5. Tracił nocny zarobek — bramy nie było, a więc nie miał co otwierać i zapóźnieni lokatorzy zwolnieni byli od obowiązku płacenia „szpery”. Z początku dozorca domu Nr. 5 przychodził informować się, czy prędko brama będzie doprowadzona do ładu, potem błagał rzewnemi słowy, aż wreszcie zaczął miotać mgliste pogróżki. Sytuacja stawała się z dnia na dzień poważniejsza.

— Prawda! Proszę zgadnąć — kogo dziś widziałem? Worobjaninowa! — krzyknął ślusarz.

Helena Stanisławówna oparła się o studnię, w najwyższem zdumieniu trzymając wciąż w powietrzu napełnione wodą wiadro.

— Wstąpiłem do Komun-chozu, by przedłużyć kontrakt najmu, idę sobie po korytarzu, naraz podchodzi do mnie dwóch jakichś jegomościów. Przyglądam się im bacznie. Twarz jednego wydała mi się jakgdyby znajoma. Worobjaninow czy kie licho? Zagadnął mnie: „Czy mógłbym się dowiedzieć jaka instytucja mieściła się przedtem w tym gmachu?” Powiadam mu, że przedtem było tu żeńskie gimnazjum, a potem wydział mieszkaniowy. „A na co panu te informacje?” — pytam . A ten tylko: „dziękuję” i poszedł sobie. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że to był sam Worobjaninow. Skąd mógł się tu tak nagle wziąć? A ten drugi to był bardzo piękny mężczyzna. Założyłbym się, że to dawny oficer. Pomyślałem sobie wtedy...

Nagle Wiktor Michałowicz dostrzegł coś przykrego. Nie kończąc zaczętego zdania, złapał bańkę i śpiesznie schował się za śmietnikiem. Na podwórze wszedł powoli dozorca domu Nr. 5, przystanął koło studni i zaczął rozglądać się po podwórzu. Nie dostrzegł nigdzie Wiktora Michałowicza, zmartwił się srodze.

— Wicka-ślusarza znów niema? — spytał Heleny Stanisławówny.

— Ach, nic a nic nie wiem — rzekła wróżka — nic nie wiem.

I niezwykle podniecona, wylewając po drodze wodę z wiadra, poszła śpiesznie do domu.

Dozorca domu Nr. 5 pobębnił chwilę palcami po ocembrowaniu studni i udał się do pracowni Polesowa. O dwa kroki od szyldu „Do pracowni ślusarskiej” sterczał szyld „Pracownia ślusarska i reperacja prymusów”, pod którym wisiała ciężka kłódka. Dozorca domu Nr. 5 kopnął nogą drzwi i z nienawiścią burknął:

— A to gangrena!

Dozorca domu Nr. 5 stał tak pod pracownią jeszcze ze trzy minuty, podsycając w sobie wrogie uczucia, poczem zerwał z muru szyld, zaniósł go na środek podwórza pod studnię i, depcąc go obydwoma nogami, zaczął hałasować.

— Zbóje w domu Nr. 7 mieszkają! — wył dozorca domu Nr. 5. — Najgorsza hołota! Hycel zatracony! Patrzajcie — i to ma być gość ze średniem wykształceniem!... Gwiżdżę na takie średnie wykształcenie!... Przeklęta gangrena!...

Podczas tej przemowy zatracony hycel ze średniem wykształceniem przycupnął za śmietnikiem na swej bańce i nudził się śmiertelnie.

Rozbawieni lokatorzy otwierali z hałasem okna i przyglądali się tej scenie. Z ulicy bez zbytniego pośpiechu — przychodzili gapie. Dozorca domu Nr. 5 widząc tak liczne audytorjum, zaczął się coraz bardziej unosić.

— Patrzajcie go, ślusarz-mechanik! — wykrzykiwał — świński arystokrata!

Gdy skandal dosięgnął punktu kulminacyjnego, zjawił się milicjant i, milcząc zaczął ciągnąć dozorcę domu Nr. 5 do komisarjatu. Milicjantowi pomagały gorliwi zuchy z „Szybko-paku”.

Skruszony dozorca objął milicjanta za szyję i rzewnie zaszlochał.

Niebezpieczeństwo minęło. To też znudzony już setnie Wiktor Michałowicz wyskoczył z za śmietnika. Audytorjum zaczęło hałasować.

— Cham! — rzucił Wiktor Michałowicz w stronę pochodu. — Skończony cham! Popamiętasz ty mnie jeszcze! Łajdak!

Płaczący żałośnie dozorca nic z tego nie usłyszał. Niesiono go na rękach do komisarjatu, dokąd jako dowód rzeczowy, zabrano również szyld „Pracownia ślusarska i reperacja prymusów”.

[— Wiktorze Michałowiczu, — wychyliła się][5] przez kuchenne okno Helena Stanisławówna — wstąpcie do mnie na chwilę.

Postawiła przed Wiktorem Michałowiczem talerzyk z kompotem i, chodząc po pokoju, zaczęła wypytywać.

— Powiadam pani, że to był on: bez wąsów wprawdzie, lecz on, — grzmiał wedle zwyczaju Wiktor Michałowicz, — znam go przecież doskonale. Worobjaninow we własnej osobie!

— Ciszej... na miłość boską!... Jak pan myśli, co mogło go tu sprowadzić?

Na smagłem obliczu Wiktora Michałowicza wykwitł ironiczny uśmieszek.

— No, a cóż pani myśli?

Uśmiechnął się z jeszcze większą ironją.

— W każdym bądź razie ręczę za to, że nie na to tu przyjechał, by skapitulować przed bolszewikami.

— Przypuszcza pan, że jest on narażony na jakieś niebezpieczeństwo?

Zasoby ironji, skrzętnie gromadzone przez Wiktora Michałowicza w ciągu dziesięciu lat rewolucji, były niewyczerpane. Na obliczu jego ukazała się cała gama uśmieszków.

— A któż w sowieckiej Rosji nie jest narażony na niebezpieczeństwo, zwłaszcza zaś człowiek, będący w takiej sytuacji, jak Worobjaninow?! Wąsów swych, Heleno Stanisławówno, nikt się dla kaprysu nie pozbywa.

— Czy jest on wysłannikiem emigracji? — odważyła się spytać Helena Stanisławówna.

— Oczywista — odrzekł genjalny ślusarz.

— W jakim celu przyjechał tutaj?

— Niechże pani nie będzie dzieckiem.

— Wszystko mi jedno. Muszę go zobaczyć.

— A czy wie pani czem to pachnie?

— Wszystko mi jedno! Po dziesięciu latach rozłąki nie mogę nie zobaczyć się z Hipolitem Matwiejewiczem. Błagam o to, by go pan znalazł, dowiedział się, gdzie przebywa! Pan wszędzie wciśnie się! To dla pana taka błahostka! Proszę mu powiedzieć, że muszę go widzieć. Słyszy pan?

Papuga w czerwonych porteczkach drzemiąca dotąd na deseczce, zlękła się hałaśliwej rozmowy, przechyliła się głową na dół i w tej pozycji zastygła.

— Heleno Stanisławówna — rzekł ślusarz - mechanik, wstając i kładąc rękę na sercu — znajdę go i wejdę z nim w kontakt.

Wiktor Michałowicz zjadł kompot, wygłosił gniewne kazanie o niewłaściwej budowie papuziej klatki i pożegnał Helenę Stanisławównę, nakazując jej zachowanie wszystkiego w jak najgłębszej tajemnicy.



ROZDZIAŁ DZIESIĄTY.
Alfabet — zwierciadło życia.

Spólnicy przenieśli się do hotelu „Sorbona”, poczem udali się do Starkomchoz’u, gdzie otrzymali wszystkie niezbędne informacje. Okazało się, że wydział mieszkaniowy został w 1921 r. zreorganizowany i że obszerne jego archiwum zostało połączone z archiwum Starkomchoz'u. Sprawę ujął w swe ręce wielki kombinator. Przed nadejściem wieczora znali już spólnicy prywatny adres kierownika archiwum, Bartłomieja Korobiejnikowa, dawniej urzędnika „gradonaczalstwa”, obecnie zaś robotnika pracy biurowej.

Ostap wystroił się w błękitną kamizelkę, wytrzepał marynarkę o poręcz łóżka, wydusił od Hipolita Matwiejewicza rubel dwadzieścia kopiejek — na reprezentację i wybrał się z wizytą do archiwisty.

W ów zimny i mglisty wieczór rozstrzygały się losy całej imprezy. Jeśli uda się zdobyć kopje nakazów , na mocy których przydzielono meble, pochodzące z willi Worobjaninowa — można uważać, że impreza udała się w 50 procentach.

— Byleby tylko mieć te nakazy — szepnął Hipolit Matwiejewicz, rzucając się na łóżko — byleby tylko je mieć!...

Sprężyny zepsutego materaca wpijały się w ciało Worobjaninowa. On jednak nie czuł tego. Ukołysany do snu różowemi nadziejami przewracał się Hipolit Matwiejewicz z boku na bok. Sprężyny piszczały.

Ostap musiał przeciąć całe miasto, Korobiejnikow bowiem mieszkał na krańcu Starogrodu. Czasem wzdłuż nasypu, ogrodzonego betonowym cienkim płotem cofała się, sapiąc, lokomotywa i migotliwym blaskiem oświetlała na chwilę dachy domów; czasem toczyły się po szynach próżne wagony, a czasem znów wybuchały petardy.

Ostap sprawdził zapisany na karteczce adres, zatrzymał się przed domkiem archiwisty i nacisnął dzwonek z wypukłemi literami: „proszę nacisnąć”.

Drzwi odemknięto i Ostap ujrzał przed sobą maleńkiego schludnego staruszka o niezwykle giętkich plecach. Nie było ani cienia wątpliwości, że ten staruszek to obywatel Korobiejnikow we własnej osobie. Ostap, nie czekając aż go poproszą, siadł sobie odrazu na krześle.

Bez cienia strachu patrzał staruszek na intruza i — milczał. Ostap z całą uprzejmością pierwszy wszczął rozmowę:

— Mam do pana interes. Jeśli się nie mylę, pracuje pan w archiwum Starkomchoz'a?

Plecy staruszka wygięły się potwierdzająco.

— A przedtem pracował pan w wydziale mieszkaniowym?

— Wszędzie się pracowało, — rzekł wesoło starzec.

— Nawet w biurze „gradonaczalstwa”?

Ostap, wymawiając te słowa, uśmiechał się z wdziękiem. Plecy staruszka długo wyginały się, aż wreszcie przyjęły pozycję, mającą świadczyć o tem, że praca w biurze „gradonaczalstwa” to sprawa już dawno przebrzmiała i że spamiętać to wszystko — to rzecz absolutnie niemożliwa.

— A może jednak raczy mi pan powiedzieć, czemu zawdzięczam... — spytał gospodarz, przyglądając się ciekawie gościowi.

— Raczę, — odrzekł gość. — Jestem synem Worobjaninowa.

— Którego? Marszałka szlachty?

— Tak.

— A cóż z nim się dzieje, żyje?

— Umarł, obywatelu Korobiejnikow, snem wiecznym zasnął.

— Tak, — nie przejmując się zbytnio skonstatował staruszek — smutne zdarzenie. Lecz, jeśli mnie pamięć nie myli, Worobjaninow nie miał przecie dzieci?

— Nie miał, — zgodził się z całą uprzejmością Ostap.

— A więc?...

— Pochodzę ze związku morganatycznego.

— A, może jest pan synem Heleny Stanisławówny?

— Tak. Właśnie.

— Czy dopisuje jej zdrowie?

— Maman dawno już spoczywa w grobie.

— Tak, tak... To bardzo przykre...

I długo jeszcze ze łzami współczucia spoglądał starzec na Ostapa, mimo, iż nie dalej jak dziś rano widział Helenę Stanisławównę na rynku, przy jatkach z mięsem.

— Wszyscy kiedyś umrzemy, — powiedział. — Radbym jednak wiedzieć, co pana, szanowny panie... przepraszam nie znam imienia...

— Waldemar, — zakomunikował szybko Ostap.

— Włodzimierz Hipolitowicz? Bardzo mi miło.

Staruszek usiadł przy stole, nakrytym wzorzystą ceratą i zajrzał Ostapowi prosto w oczy.

Ostap w wyszukanych słowach wyraził swój żal po stracie rodziców. Bardzo mu przykro, że o tak późnej godzinie wtargnął do mieszkania wielce szanownego archiwisty i wizytą sprawił mu kłopot.

— Pragnąłbym, — demonstrował Ostap swą głęboką synowską miłość, — odnaleźć cokolwiek z ojcowskich mebli i zachować je na wieczną rzeczy pamiątkę. Czy nie wie pan czasem, komu przydzielono meble z domu mego ojca?

— To rzecz wielce skomplikowana, — odrzekł stary no namyśle, — tylko człowiek zamożny mógłby sobie na coś podobnego pozwolić... A pan... przepraszam za ciekawość, czem się pan zajmuje?

— Uprawiam wolny zawód. Mam własne rzeźnie i chłodnie w Samarze.

Stary spojrzał z powątpiewaniem na zielone szatki młodego Worobjaninowa, lecz nic nie odrzekł.

„Sprytny młodzieniaszek” — skonstatował. Ostap zaś, który akurat ukończył swe obserwacje nad Korobiejnikowem, orzekł, że „Stary — to skończony łotr”.

— A więc, — rzekł Ostap.

— A więc, — rzekł archiwista, — jak się da, to się zrobi...

— Nie traćmy czasu, jak powiada Maupassant. Wszelkie informacje będą sowicie opłacone.

— Ha, proszę wyłożyć na stół siedemdziesiąt rubelków. Zaopatrzył się pan w pieniądze?

Ostap poklepał się po kieszeni.

— A więc, mogę panu służyć choćby zaraz, — oznajmił triumfalnie Korobiejnikow.

Zapalił świecę i zaprowadził Ostapa do sąsiedniego pokoju. Stało tam biurko, zawalone buchalteryjnemi księgami, oraz długa szafa biurowa, poprzecinana licznemi półkami. Do półek były przybite drukowane litery, — A, B, C i dalej aż do końcowej litery Z. Na półkach zaś leżały pliki nakazów, przewiązane świeżym sznurkiem.

— Ho, ho! — zachwycał się Ostap, — ma pan tu w domu kompletne archiwum!

— Całkiem kompletne, — odparł skromnie archiwista, — tak, wie pan, na wszelki wypadek... Dla komun-chozu jest ono zbyteczne, a mnie, na schyłku życia, może się przydać... Żyjemy wszakże, jak na wulkanie... Wszystkiego możemy się spodziewać... Rzucą się wtedy ludziska na poszukiwanie swych mebli, a gdzież owe meble są? Tu są! Tu! w szafie! A któż je zachował, kto ustrzegł? — Korobiejnikow. Ano — podziękują państwo staruszkowi, pomogą mu na schyłku żywota... Dużo mi nie potrza — dziesiątkę za każdy nakazik dadzą — i pięknie im za to podziękuję... A jak nie — bardzo proszę — szukajcie sobie wiatru w polu. Beze mnie nie znajdą!...

Ostap spojrzał z zachwytem na starego. Połechtany tem mile archiwista, zaczął wtajemniczać gościa w szczegóły ukochanej swej pracy. Otworzył grube księgi ewidencyjne oraz księgi rozdzielcze.

— Tu jest wszystko, — powiedział, — cały Starogród! Jakie kiedy komu meble zabrano, komu i kiedy wydano je. A to jest książka alfabetyczna — zwierciadło życia! Czyje meble sprawdzić? Kupca pierwszej gildji Angiełowa? Ba-a-rdzo proszę. Oto litera A. Litera A, Ak, Am, An, Angiełow... Liczba?... Jest! 82742. Teraz zajrzyjmy do księgi ewidencyjnej. Stronica 142. Gdzie Angiełow? Jest Angiełow. Zabrano z mieszkania kupca Angiełowa w dniu 18 grudnia 1928 roku — fortepian Beckera Nr. 977012, taborecik wyściełany, dwa biurka, cztery szafy do ubrań, dwie z czerwonego drzewa, jedną serwantkę i tak dalej... A komu to wszystko wydano?... Zaglądamy do książki rozdzielczej. Ta sama liczba 82742... Wydano... serwantkę — Gor-wojen-kom’owi, trzy szafy do ubrań — dziecięcemu internatowi „Skowronek”... Czwartą zaś szafę — do osobistej dyspozycji sekretarza Star-prod-kom-gub’u. A gdzie powędrował fortepian? Fortepian powędrował do Sobies’u, do 2-go domu Sobies’u. Dotychczas tam ten fortepian stoi...

„Nie widziałem tam jakoś żadnego fortepianu” — pomyślał Ostap, przypominając sobie nieśmiałą twarzyczkę „Alchen”.

— Albo, na ten przykład, kierownik kancelarji zarządu miejskiego, Murin... A więc musimy poszukać litery M... Wszystko tu jest. Całe miasto. Są tu fortepiany, kozetki wszelakie, lustra, fotele, kanapki, pufy, żyrandole... Nawet serwisy mam tutaj...

— Doprawdy, — rzekł Ostap, — zasłużył pan sobie solennie na wieczny pomnik. Jednakże — nie mamy czasu. Naprzykład, litera W...

— O, tu jest litera W, — odezwał się z całą gotowością Korobiejnikow.

— Zaraz... Wm, Wn, Worbicki Nr. 48238, Worobjaninow Hipolit Matwiejewicz, ojciec pański, niech mu ziemia lekką będzie, był to pan, jak się patrzy... Fortepian „Beckera” Nr. 5480009, waz — imitujących chińskie — z sewrskiej porcelany cztery, dywanów d’Aubusson różnych wielkości osiem, gobelin „Pasterka”, gobelin „Pastuszek”, tekińskich dywanów dwa, chorosański dywan jeden, niedźwiedź wypchany z tacą jeden, garnitur sypialny — dwanaście sztuk, garnitur stołowy — szesnaście sztuk, garnitur salonowy — czternaście sztuk, — orzech, roboty mistrza Gambsa...

— A komu wydano? — przerwał niecierpliwie Ostap.

— Momencik... Niedźwiedź z tacą — do drugiego obwodu milicji. Gobelin „Pastuszek” — do muzeum. Gobelin „Pasterka” — do klubu wioślarskiego. Dywany d’Aubusson, tekińskie i chorosański — do Narkomwniesztorga. Garnitur z sypialni — do związku myśliwskiego, garnitur stołowy — do starogrodzkiego oddziału Gławczaj’u. Garnitur salonowy, orzech — rozbito na części. Stół okrągły i jedno krzesło — do 2-go domu Sobiesu, kanapa z oparciem — do dyspozycji wydziału mieszkaniowego, dotąd jeszcze stoi w korytarzu, całe obicie, łajdaki, zasmarowali... Jeszcze jedno krzesło wydano towarzyszowi Grycacujewowi, jako inwalidzie imperialistycznej wojny, przychylając się do prośby jego, tudzież do wniosku kierownika wydziału mieszkaniowego towarzysza Burkina. Dziesięć krzeseł — do Moskwy do państwowego muzeum mebli, zgodnie z okólnikiem Narkompress’u... Imitacje waz chińskich...

— Podziwiam, — rzekł Ostap, promieniejąc, — to poprostu kapitalne! Nie zawadziłoby obejrzeć sobie teraz nakazy.

Archiwista podszedł do szafy i, stanąwszy na palcach, wyjął okazały plik papierów.

— Proszę. Oto meble pańskiego ojca. Czy życzy pan sobie otrzymać wszystkie nakazy?

— Na co mi wszystkie... Pragnąłbym tylko... Oto wspomnienie dzieciństwa — salonowy garnitur... Pamiętam, bawiłem się nieraz w salonie, na dywanie chorosańskim, patrząc na gobelin „Pasterka”... Złote to były czasy — dzieciństwo sielskie, anielskie!... A więc, staruszku, poprzestanę na salonowym garniturze.

Korobiejnikow wyjął pięć zielonych nakazów. Jeden nakaz na dziesięć krzeseł, dwa po jednem krześle, jeden na okrągły stół i jeden na gobelin „Pasterka”...

— Proszę tylko popatrzeć, wszystko w porządku. Gdzie co stoi — wiadomo. Na grzbiecie figurują wszystkie adresy i własnoręczny podpis odbiorcy. Nikt nie może się wyprzeć. Może reflektuje pan również na garnitur generałowej Popowej? Bardzo piękny. Również dzieło mistrza Gambsa.

Lecz Ostap, pałający wyłącznie miłością ku rodzicom, złapał nakazy i wsunął je na samo dno bocznej kieszeni, a z generalskiego garnituru zrezygnował.

— Czy mogę napisać pokwitowanie? — spytał archiwista, zręcznie wyginając się.

— Proszę, — powiedział Bender, — piszcie, szermierzu idei.

Przeszli do pierwszego pokoju. Korobiejnikow wykaligrafował pokwitowanie i z uśmiechem wręczył je gościowi.

Główny impresarjo niezwykle dystyngowanie wziął papierek w dwa palce prawej ręki i włożył go do tej samej kieszeni, w której spoczywały już drogocenne nakazy.

— No, żegnam, — powiedział, mrużąc oczy, — przepraszam za sprawiony kłopot. Nie śmiem niepokoić pana dłużej swą obecnością.

Archiwista zmieszany nieco uścisnął podaną rękę.

— Żegnam, — powtórzył Ostap.

I skierował swe kroki ku wyjściu.

Korobiejnikow nic nie zrozumiał. Spojrzał nawet na stół, czy gość nie zostawił tam czasem pieniędzy, lecz pieniędzy na stole nie było. Wówczas archiwista bardzo cicho zapytał:

— A pieniądze?

— Jakie pieniądze? — rzekł Ostap, otwierając drzwi wejściowe, — wydaje mi się, że pytał pan o jakieś pieniądze?

— Jakto! Za meble, za nakazy!

— Kochasiu, — dworował sobie Ostap, — dalibóg, prochy świętej pamięci ojca mego biorę na świadka, że radbym z duszy serca, lecz nie mam, zapomniałem wziąć z banku...

Stary zadygotał i wyciągnął przed siebie wątłą dłoń, pragnąc w ten sposób zatrzymać nocnego gościa.

— Ciszej, durniu, — rzekł groźnie Ostap, — powiadam ci po ludzku jutro — a więc jutro. No, żegnam! Polecam się łaskawej pamięci!...

Drzwi z łoskotem zatrzasnęły się. Korobiejnikow niezwłocznie otworzył je i wybiegł na ulicę, lecz Ostapa już nie było. Szedł on szybko obok mostu.

Przejeżdżająca po wiadukcie lokomotywa oświetliła go swoimi ogniami i otoczyła kłębami dymu.

— Lody ruszyły! — krzyknął Ostap do maszynisty, — lody ruszyły, panowie przysięgli!

Maszynista nie dosłyszał, machnął tylko ręką, koła mocniej zaturkotały i lokomotywa pobiegła w dal.

Korobiejnikow postał jeszcze ze dwie minuty, poczem, kostniejąc z zimna, zaklął brzydko i wrócił do swej chałupy. Ogarnął go niewypowiedziany żal. Stanął na środku pokoju i w bezsilnej pasji zaczął kopać stół. Podskakiwała popielniczka, w kształcie kalosza, z czerwonym napisem „Treugolnik” i szklanka trąciła się z karafką. Nigdy jeszcze Bartłomiej Korobiejnikow nie był tak podle oszukany.

W dzielnicy tej nazywano Korobiejnikowa poprostu Bartłomiejewiczem. Zwracano się do niego jedynie w razie ostatniej biedy. Bartłomiejewicz pożyczał pieniądze pod zastaw i brał zabójcze procenty. Od kilku już lat uprawiał ten proceder i ani razu dotąd nie wpadł w ręce milicji. A teraz tak haniebnie w padł w sidła przy najlepszej swej handlowej imprezie, po której spodziewał się ogromnych zysków, jak również zabezpieczenia na starość.

— Żarciki!? — krzyknął, rozpaczając nad u tratą nakazów. — Teraz zawsze już tylko pieniążki na stół. Jak mogłem zgapić się do tego stopnia? Własnemi rękami oddałem orzechowy garnitur! Jeden tylko taki gobelin „Pasterka” nie ma poprostu ceny! Ręczna robota!...

Dzwonek „proszę nacisnąć” oddawna już naciskała jakaś ręka i głos człowieka, zabłąkanego w labiryncie szaf, odezwał się:

— Którędy tu się wchodzi?

Bartłomiejewicz wyszedł do przedpokoju, przyciągnął do siebie czyjeś palto — ot poomacku — i wprowadził do stołowego pokoju ojca Fiodora Wostrikowa.

Po dziesięciu minutach wzajemnych niedomówień wyjaśniło się, że obywatel Korobiejnikow rzeczywiście posiada pewne wiadomości o meblach Worobjaninowa, a ojciec Fiodor nie uchyla się od wynagrodzenia za te informacje. Nadto, ku niezwykłemu zadowoleniu archiwisty, okazało się, iż gość był rodzonym bratem dawnego marszałka szlachty, i gorąco pragnął zachować o nim pamięć. Kierowany sentymentem rodzinnym, pragnął nabyć salonowy garnitur z orzecha. Z tymi bowiem meblami łączył brat Worobjaninowa najmilsze wspomnienia pacholęctwa.

Bartłomiejewicz zażądał setki. Pamięć brata swego oceniał gość znacznie niżej, ot — na trzydzieści rubli. Stanęło wreszcie na pięćdziesięciu.

— Najpierw prosiłbym o pieniądze, — to moja zasada.

Bartłomiejewicz przeliczył dwukrotnie pieniądze, poczem poprosił gościa o chwilkę cierpliwości i poszedł po nakazy. W sekretnej swej kancelarji, nie tracąc czasu na próżne namysły, otworzył alfabet — zwierciadło życia — na literę P; szybko znalazł tam poszukiwaną liczbę i wziął z półki plik nakazów generałowej Popowej. Zerwawszy sznurek, wyciągnął szybko jeden nakaz, wydany tow. Brunsowi, zamieszkałem przy ul. Winiarnej 34, na 12 krzeseł z drzewa orzechowego, roboty mistrza Gambsa. Archiwista, pełen podziwu dla własnego sprytu i umiejętności lawirowania, uśmiechnął się z zadowoleniem i odniósł nakazy czekającemu na niego klijentowi.

— Wszystkie w jednych rękach? — entuzjazmował się klijent.

— Trafiła się panu gratka. Wszystkie tam stoją. Wyjątkowy garnitur. Paluszki lizać... A zresztą, poco ja to wszystko mówię?! Sam pan najlepiej wie!

Ojciec Fiodor potrząsał długo dłoń archiwisty, poczem , potknąwszy się po drodze niezliczoną ilość razy o szafy, stojące w przedpokoju, przepadł w mrokach nocy.

„Co też im ubrdało się temi meblami Worobjaninowa?” — rozważał Korobiejnikow, — „powarjowali”.

Rozebrał się, zmówił — aby zbyć — pacierz, położył się na wąziutkiem dziewiczem łóżeczku i — mocno zaaferowany — zasnął.



ROZDZIAŁ JEDENASTY.
Upalna kobieta — marzenie poety.

W pokoju hotelowym „Sorbony”, urządzonym z nader prymitywnym komfortem (dwa łóżka i nocny stolik) — rozległo się końskie rżenie i parskanie. To Hipolit Matwiejewicz, upojony radością, mył się i wycierał nos. Wielki Kombinator zaś leżał w łóżku i oglądał uważnie defekty swych kanarkowych butów.

— Racja, — rzekł, — poproszę o uregulowanie długu.

Hipolit Matwiejewicz wypuścił z rąk ręcznik i w najwyższem zdumieniu wybałuszył na swego spólnika nieuzbrojone w binokle oczy.

— Pana to dziwi? Zapomniałem zakomunikować panu wczoraj o tem, że za nakazy musiałem wybulić na stół siedemdziesiąt rubelków. Proszę — służę pokwitowaniem. Wobec tego proszę o trzydzieści pięć rubli. Spodziewam się, że spólnicy ponoszą koszta imprezy do połowy?

Hipolit Matwiejewicz włożył binokle na nos, przeczytał pokwitowanie i z widoczną niechęcią w ręczył Ostapowi pieniądze. Lecz i to nawet nie zdołało zamącić jego radości. Miał przecież w rękach bogactwo. Trzydziestorublowy pyłek zginął w blaskach brylantowej góry. Hipolit Matwiejewicz z promiennym uśmiechem na twarzy wyszedł do korytarza i zaczął przechadzać się. Radowała go perspektywa nowego, zbudowanego na drogocennym fundamencie, życia. „A ojciec duchowny?” — pomyślał złośliwie, — „został z kwitkiem”.

Pożegnać się musi z nadzieją zdobycia tych krzeseł, tak jak pożegnać się już musiał z własną brodą.

Worobjaninow, doszedłszy do końca korytarza, obrócił się. Białe popękane drzwi Nr. 13 otworzyły się i wprost naprzeciw Worobjaninowa wyszedł ojciec Fiodor. Odziany był w granatową bluzę, przetartym sznurem z wspaniałym chwatem. Dobroduszne jego oblicze promieniało radością. I on również wyszedł, na przechadzkę. Rywale spotykali się kilkakrotnie, poczem zwycięsko spoglądając na siebie, szli każdy w swoją drogę. Doszedłszy do przeciwległych końców korytarza, obaj jednocześnie zawracali i znów zbliżali się do siebie. Piersi Hipolita Matwiejewicza rozpierał entuzjazm. To samo uczucie ogarniało również ojca Fiodora. Uczucie politowania nad pokonanym przeciwnikiem ogarniało ich obu. Wreszcie, podczas piątej tury, Hipolit Matwiejewicz nie wstrzymał:

— Witam księdza proboszcza, — rzekł z uśmiechem słodkim, jak lukrecja.

Ojciec Fiodor z całym sarkazmem, którym go Bóg obdarzył, odrzekł:

— Dzień dobry. Hipolicie Matwiejewiczu.

Wrogowie rozeszli się. Gdy drogi ich zaszły się ponownie, spytał Worobjaninow od niechcenia:

— Czy nie wyrządziłem czasem jakiej krzywdy podczas ostatniego spotkania?

— Nie, skądże znowu, bardzo miło mi było spotkać się, — odrzekł triumfujący ojciec Fiodor.

Znów rozeszli się. Fizjonomja cyca Fiodora zaczynała już działać Hipolitowi Matwiejewiczowi na nerwy.

— Mszy świętej, jak widzę, nie odprawia już proboszcz?

— Czyż mogę odprawiać?! Wszak parafjanie moi po świecie uganiają się — skarbów szukają.

— Zakarbujcie to sobie, własne skarby! Własne!

— Ja tam nie wiem, czyje, ale wiem, te szukają...

Hipolit Matwiejewicz chciał palnąć coś i otworzył nawet w tym celu usta, lecz nic nie zdołał wymyśleń i z pasją wrócił do swego numeru. Po chwili wyszedł stamtąd syn tureckiego obywatela — Ostap Bender, w niebieskiej swej kamizelce, i skierował swe kroki w stronę Wostrikowa. Róże na obliczu ojca Fiodora zwiędły i zamieniły się na popiół.

— Stare graty skupujesz? — spytał groźnie Ostap. — Krzesła? Bebechy? Próżne pudełka?

— Czego pan chce odemnie? — wyszeptał ojciec Fiodor.

— Chcę ci sprzedać stare spodnie. Czegóż tak milczysz, jakbyś wody w gębę nabrał?

Ojciec Fiodor wolnym krokiem udał się do swego numeru.

— Stare rzeczy skupujesz, a nowe kradniesz?! — krzyknął za nim Ostap. — Więc jakże będzie z temi spodniami, czcigodny handlarzu? Reflektujesz na nie? Mogę ci jeszcze sprzedać rękawy od kamizelki, dziurkę z ciastka i uszy zdechłego osła. Jeśli kupisz hurtem cały ten kram, to dam ci odpowiedni rabat. Nic z tego w krzesłach nie leży, szperanie tam na nic się nie zda! Rozumiesz?!

Ulżywszy sobie w ten sposób, wykręcił się Ostap na pięcie i wolnym krokiem wracał do siebie. Gdy masywna postać Ostapa znalazła się już w przyzwoitej odległości, ojciec Fiodor wychylił szybko głowę przez drzwi i, dając wyraz tajonemu długo oburzeniu, zapiszczał:

— To ty właśnie jesteś durniem!

— Co? — krzyknął Ostap, rzucając się na wroga, lecz drzwi zatrzasnęły się błyskawicznie i klucz zgrzytnął w zamku.

Ostap zajrzał przez dziurkę od klucza, zwinął dłoń w trąbkę i dobitnie powiedział:

— Ojcaszku, jesteś skończonym łotrem!

W tej samej chwili w dziurce od klucza ukazał się ołówek „Fabera”; wiercąc nim, usiłował ojciec Fiodor ugodzić wroga zatemperowanym końcem. Aferzysta nasz jednak odskoczył w samą porę i złapał koniec ołówka. Wrogowie, przedzieleni drzwiami, zaczęli w milczeniu walczyć o ołówek. Zwyciężyła młodość i ołówek opornie, jak drzazga, wylazł wreszcie z dziurki od klucza.

Z tym łupem wojennym wrócił Ostap do swego numeru. Wyciął na ołówku scyzorykiem obelżywe słowo, wybiegł na korytarz i, wsunąwszy ołówek przez dziurkę od klucza, natychmiast zwiał.

Przyjaciele wyciągnęli z ukrycia zielone grzbiety nakazów i zaczęli je starannie studjować.

— Pal djabli pasterkę! — krzyknął Ostap, drąc odnośny nakaz na drobne strzępy. — Proszę również o ten drugi nakaz. A niechże i ten stolik wezmą wszyscy djabli!!

Pozostały ostatecznie dwa nakazy: jeden opiewał na 10 krzeseł, przekazanych muzeum dawnych mebli w Moskwie, a drugi na jedno krzesło, wydane tow. Grycacujewowi w Starogradzie, ulica Plechanowa 15.

Przyjaciele wrócili dopiero pod wieczór. Hipolit Matwiejewicz był strapiony. Ostap natomiast promieniał. Miał nowe malinowe trzewiki, do obcasów których były przytwierdzone okrągłe gumki, skarpetki jego wyglądały, jak szachownica o zielonych i czarnych polach; na szyi miał bułgarski, półjedwabny szalik.

— Nie przeczę, jest tam — odezwał się Hipolit Matwiejewicz, nawiązując do odwiedzin u wdowy Grycacujewej, — lecz jak go stamtąd wydobyć? Kupić go, czy co? Co robić? Co robić?

Ostap z lubością przyjrzał się raz jeszcze cholewkom swych nowych trzewików.

— Szyk francuski, — skonstatował — co robić? Nie trzeba się, szlachecki marszałku, denerwować, ja podejmuję się operacji.. Takim trzewiczkom ani jedno krzesełko nie zdoła się oprzeć.

— Posłuchaj pan, — ożywił się Hipolit Matwiejewicz, — podczas gdy pan zabawiał panią Grycacujewą rozmową o powodzi, siadłem sobie na naszem krześle i, słowo honoru daję, wyczułem pod sobą coś twardego. Tam są, dalibóg, tam... już je, dalibóg, czuję.

— Tylko bez histerji, dziewico.

— Musimy je w nocy wykraść! Jak mi Bóg miły, wykraść!

— Muszę z bólem stwierdzić, że te poziome zamiary nie licują bynajmniej z godnością marszałka szlachty. Porzuć pan te niewczesne pomysły. Wszak okradzenie biednej wdowy, to najpodlejszego gatunku łajdactwo!

Hipolit Matwiejewicz opamiętał się.

— Chciałbym przecież jaknajprędzej, — powiedział błagalnie.

— Prędko rodzą się tylko kocięta — mentorował Ostap. — Ożenię się z nią.

— Z kim?

— Z madame Grycacujew.

— Po co?

— Po to, by spokojnie, bez hałasu pogmerać w tem krześle.

— Ależ w ten sposób zwiąże się pan na całe życie!

— Ha, czegóż się nie robi dla dobra sprawy?!

Dniało już, gdy Ostap Bender wpakował się do pokoju hotelowego, zdjął z nóg malinowe trzewiki, postawił je na nocnej szafce i zaczął z lubością gładzić połyskującą skórę, czule przytem w kółko powtarzając:

— Moi mali przyjaciele.

— Gdzie pan był? — spytał sennie Hipolit Matwiejewicz.

— U wdowy, — bąknął Ostap.

Hipolit Matwiejewicz wsparł się na łokciu.

— Ożeni się pan z nią?

Oczy Ostapa roziskrzyły się.

— Teraz, jako człowiek honoru, muszę się z nią ożenić.

Zażenowany Hipolit Matwiejewicz chrząknął raz i drugi:

— Upalna kobieta, — dzielił się wrażeniami Ostap, — marzenie poety, prowincjonalna bezpośredniość. W stolicach na świecie trzebaby szukać takiego podzwrotnikowego żaru. Takie niewiasty spotyka się chyba jeszcze tylko w jakichś zapadłych, zabitych deskami, dziurach.

— Kiedy ślub?

— Jutro.

— A cóż się stanie z naszą imprezą? Pan się żeni, a może wypadnie nam pojechać do Moskwy?

— I o co się pan denerwuje? Posiedzenie trwa nadal.

— A żona?

— Żona? Brylantowa wdówka? Z tym to już najmniej ambarasu. Nagły wyjazd. Wezwanie ze stolicy. Maleńki raport w małym Sow-nar-komie. Scena pożegnalna i — kurczak na drogę. Nie należy rezygnować z komfortu. Dobrej nocy.



ROZDZIAŁ DWUNASTY.
Związek miecza i lemiesza.

W ciągu nocy znacznie się ociepliło. Wiatr szumiał nad gzymsami. Nad śmietnikami unosił się zapach fjołków i zupy jarzynowej. W ów pogodny ranek natknął się ślusarz na wałęsających się po mieście kombinatorów.

Długo szedł na nimi, aż wreszcie zdobywszy się na odwagę w chwili, gdy nikogo wokół nie było, podszedł do Worobjaninowa.

— Dobry wieczór, panie Hipolicie Matwiejewiczu! — skłonił się z szacunkiem.

Worobjaninowi zrobiło się bardzo niewyraźnie.

— Nie mam przyjemności, — odburknął.

Ostap wysunął się naprzód i zagadnął ślusarza-inteligenta:

— Proszę, pan chciał powiedzieć coś memu przyjacielowi.

— Proszę się niczego nie obawiać, — szepnął Polesow, rozglądając się na wsze strony. — Przysyła mnie Helena Stanisławówna.

— Co? Jest tutaj?

— Jest. I bardzo pragnie pana ujrzeć. Niech pan tylko, Hipolicie Matwiejewiczu, nic takiego nie myśli. Pan mnie nie zna, ale za to ja doskonale pana pamiętam.

— Chciałbym zajść do Heleny Stanisławówny. — wahał się Worobjaninow. — Lecz skąd się mogła dowiedzieć?...

— Spotkałem pana w korytarzu Kom-chozu i głowiłem się nad tem, skąd też ja pańską twarz znam. Aż wreszcie przypomniałem sobie. Nie trzeba się, Hipolicie Matwiejewiczu, denerwować! Wszystko będzie zachowane w najgłębszej tajemnicy.

— Znajoma kobieta? — spytał Ostap rzeczowo.

— N-tak, stara znajoma...

— W takim razie, może wstąpimy na kolację do tej starej znajomej? Ja, naprzykład, zjadłbym wołu. Chodźmy. Prowadź nas, tajemniczy wysłanniku.

Gdy Polesow zastukał do drzwi i Helena Stanisławówna spytała „Kto tam”, Worobjaninow drgnął. Głos jego kochanki brzmiał tak samo jak w dziewięćdziesiątym dziewiątym roku.

Stara zarzuciła mu ręce na szyję.

— Dziękuję, — rzekła, — wiem, na co się pan naraża, odwiedzając mnie. Zawsze jednakowo szlachetny i rycerski. Nie dopytuję się wcale po co pan tu przyjechał z Paryża. Widzi pan. nie jestem tego zupełnie ciekawa.

— Ależ ja bynajmniej nie przyjeżdżam z Paryża, — oponował Worobjaninow.

— Ja i kolega mój przyjeżdżamy obecnie z Berlina, — sprostował Ostap, trącając łokciem Hipolita Matwiejewicza, — lecz wskazane jest, by nikomu o tem nie mówić.

I, przerywając Hipolitowi Matwiejewiczowi, który zaczął wspominać wiosnę swego żywota, powiedział:

— W Berlinie mają bardzo dziwny zwyczaj: jadają tam tak późno, że trudno się zorjentować, czy to ma być wczesna kolacja, czy też późny obiad!

Helena Stanisławówna otrząsnęła się, oderwała wreszcie pełne oddania oczy od Hipolita Matwiejewicza i poszła do kuchni.

— A teraz działać, działać i jeszcze raz działać! — rzekł Ostap tonem jaknajbardziej konspiracyjnym.

Wziął Polesowa za rękę.

— Stara nie zawiedzie? Pewna niewiasta?

Polesow złożył błagalnie dłonie.

— Rosja nie zapomni o was — rzekł Ostap z namaszczeniem.

Hipolit Matwiejewicz, trzymając ciastko w ręce, ze zdumieniem słuchał słów Ostapa; lecz powstrzymać Ostapa było niepodobieństwem. Ponosiło go. Wielki Kombinator czuł natchnienie — upajający stan przed więcej niż przeciętnym szantażem. Wielkiemi krokami mierzył pokój.

W takiem podnieceniu zastała go Helena Stanisławówna, uginająca się pod ciężarem samowara. Ostap szarmancko podbiegł do niej, odebrał jej niemal gwałtem samowar i postawił go na stole. Samowar syczał. Ostap postanowił działać.

— Pani, — rzekł — mamy to szczęście, iż w osobie jej widzimy...

Nie wiedział, kogo na szczęście widzieć w osobie Heleny Stanisławówny. Trzeba więc było zacząć od początku. Z wszystkich wspaniałych frazesów carskiego regime’u błąkało mu się po głowie tylko to jedno: „miłościwie rozkazać raczył”. Lecz to było ni przypiął, ni przyłatał. Wobec tego zaczął rzeczowo:

— Najściślejsza konspiracja... Tajemnica stanu...

Ostap wskazał ręką Worobjaninowa:

— Kim, przypuszczacie, jest ten krzepki starzec? Nie mówcie nic, wy nie możecie o tem wiedzieć. Jest to — tytan myśli, ojciec rosyjskiej demokracji i człowiek, stojący blisko cara.

Hipolit Matwiejewicz wyprostował swą imponującą postać i zmieszany, rozglądał się dokoła. Wiedząc zaś z doświadczenia, że Ostap Bender nie robi nigdy niczego napróżno — milczał. To, co się działo, wywołało w Polesowie niesamowity dreszcz. Z głową zadartą w górę, stał w pozycji człowieka, szykującego się do defilady. Helena Stanisławówna opadła bezsilna na krzesło, spoglądając ze strachem na Ostapa.

— Czy naszych dużo jest w mieście? — spytał bez ogródek Ostap. — Jaki tu nastrój panuje?...

— Ewentualnie aczkolwiek brak jakichkolwiek... — rzekł Wiktor Michałowicz i zaczął w sposób wielce zawiły opowiadać o swych tarapatach. A więc figurował w tem opowiadaniu i dozorca domu Nr. 5, skończenie zarozumiały cham, i mutry o średnicy pół calowej i wiele innych rzeczy.

— Dobrze! — wykrzyknął Ostap — Heleno Stanisławówno! Przy pani pomocy pragniemy wejść w kontakt z kwiatem i nadzieją tego miasta, z ludźmi, których zły los zapędził do podziemi. Kogo możnaby zaprosić do pani?

Po naradzie, w której ochoczo wziął również udział Wiktor Michałowicz, wyklarowało się, że zaprosić można śmiało Maksyma Pietrowicza Czarusznikowa, dawniej członka rady miejskiej, a obecnie człowieka cudem jakimś zaliczonego do sowieckich pracowników, właściciela „Szybkopaku”, Djadjewa, prezesa odeskiej wytwórni bubliczków p. f. „Moskiewskie obwarzanki”. Kislarskiego, oraz dwuch jeszcze żółtodziobów o nieznanych nazwiskach, lecz zasługujących na zaufanie.

— A więc proszę ich natychmiast w najgłębszym sekrecie zawołać na niewielką naradę.

Polesow znikł. Wróżka popatrzyła z szacunkiem na Hipolita Matwiejewicza i również znikła.

— Co to wszystko znaczy? — wydymając wargi, spytał Hipolit Matwiejewicz.

— To znaczy — odrzekł Ostap — że jest pan zacofańcem.

— Dlaczego?

— Dlatego, że... proszę mi darować trywialne pytanie — ile pań ma gotówki?

— Trzydzieści pięć rubli.

— I pan sobie imaginuje, że taką sumą można opędzić wydatki, związane z naszą imprezą?

Hipolit Matwiejewicz milczał.

— Posłuchaj, drogi patronie. Wydaje mi się, że mnie pan zrozumie. W ciągu godzinki musi pan być tytanem myśli i człowiekiem, stojącym blisko cara.

— Po co?

— Po to, by zdobyć niezbędny kapitał obrotowy. Dziś mój ślub. Nie jestem dziadem z pod kościoła. Chcę w tym doniosłym dniu wyprawić ucztę.

— A co ja mam robić? — jąknął Hipolit Matwiejewicz.

— Pan ma milczeć. Od czasu do czasu tylko, dla nadania sobie większej powagi, niech pan nadyma policzki.

— Ależ to przecież... oszustwo!...

— I któż to mówi? Czy mówi to hrabia Tołstoj lub Darwin? Słyszę to z ust człowieka, który nie dalej, jak wczoraj, zamierzał zakraść się w nocy do mieszkania Grycacujewej i pozbawić biedną wdowę mebli.

— Pana niech o to głowa nie boli. Niech pan milczy. I nie zapomina nadymać policzki.

— Po co wdawać się w tak niebezpieczną aferę? Mogą nas przecież zadenuncjować.

— Niech pan o to będzie spokojny. Tak sprawą pokierujemy, że nikt z tego nic nie zrozumie. A teraz siadajmy do herbaty.

W czasie, gdy nasi aferzyści pili i jedli, a papuga gryzła hałaśliwie ziarnka słonecznika, schodzili się do izby goście.

Nikiesza i Wołodja przyszli jednocześnie z Polesowem. Wiktor Michałowicz nie mógł się zdecydować na to, by przedstawić tych młodzieńców tytanowi myśli. To też młodzieńcy przykucnęli w kąciku i w skupieniu obserwowali, jak ojciec rosyjskiej demokracji wcinał zimną cielęcinę.

Dawny człowiek rady miejskiej Czarusznikow, opasły starzec potrząsał długo dłoń Hipolita Matwiejewicza i zaglądał mu w oczy. Pod baczną kontrolą Ostapa, zaczęły stare, małomiasteczkowe wygi dzielić się wspomnieniami. Ostap pozwolił im rozgadać się, poczem zwrócił się do Czarusznikowa:

— W jakim pułku pan służył?

Czarusznikow zasapał:

— Ja... ja, że tak powiem, w ogóle nie służyłem, dlatego, że zaszczycony zaufaniem gminy, bywałem stale wybierany do rady.

— Jest pan szlachcicem?

— Owszem, byłem.

— Spodziewam się, że i nadal pan nim pozostał? Wytrwałości. Potrzebna nam będzie pańska pomoc. Czy Polesow już co wspominał? — Zagranica nam pomoże. Powoli nawiązuje się kontakt ze społeczeństwem. Ścisła tajemnica organizacyjna. Baczność!

Ostap przepędził Polesowa od Nikieszy i Wołodi i gdy młodzieńcy zostali sami, z nieudaną surowością zapytał ich:

— W jakim pułku służyliście? Trzeba zasłużyć się ojczyźnie. Jesteście panowie szlachcicami? Bardzo pięknie. Europa przyjdzie nam z pomocą. Wytrwałości. Dyskusja narazie konieczna. Baczność!

Ostapa ponosiło. Sprawa wedle wszelkich oznak na niebie i ziemi była na dobrej drodze. Ostap, przedstawiony przez Helenę Stanisławównę właścicielowi „Szybkopaku”, poprosił go na bok, radził mu uzbroić się w cierpliwość, poinformował się, w którym pułku właściciel „Szybkopaku” służył, przyrzekł pomoc zagranicą i zachowanie zupełnej dyskrecji. Pierwszym uczuciem, które owładnęło właściciela „Szybkopaku”, było pragnienie jaknajszybszego opuszczenia spiskowego mieszkania. Uważał swą firmę za zbyt solidną na to, by wdawać się w tak ryzykowne interesy. Lecz obejrzawszy dokładnie zwinną postać Ostapa. zawahał się.

Przyjazna pogawędka przy herbacie ożywiała się z każdą chwilą. Wtajemniczeni święcie dochowywali tajemnicy i rozmawiali o ostatnich miejskich ploteczkach.

Ostatni zjawił się obywatel Kislarski, który ze względu na to, iż nie był szlachcicem i nie służył nigdy w gwardji cesarskiej, szybko po krótkiej tylko rozmowie z Ostapem, zorjentował się w sytuacji.

— Odwagi! — rzekł Ostap znacząco.

Kislarski przyrzekł.

— Pan, jako przedstawiciel prywatnego kapitału, nie może obojętnie przysłuchiwać się jękom ojczyzny.

Kislarski przytakiwał na znak spółczucia.

— A czy wie pan, kto tu siedzi? — spytał Ostap, wskazując Hipolita Matwiejewicza.

— Rozumie się — odrzekł Kislarski, — to jest pan Worobjaninow.

— To jest — rzekł Ostap — tytan myśli, ojciec rosyjskiej demokracji, człowiek, stojący blisko cara.

„W najlepszym wypadku dwa lata z surową izolacją” — pomyślał, dygocąc ze strachu Kislarski, — „i po co ja tu przyszedłem?”

— Tajny związek miecza i lemiesza! — szepnął złowrogo Ostap.

„Dziesięć lat!” — pomyślał błyskawicznie Kislarski.

— A zresztą — może pan odejść, lecz uprzedzam — ramię nasze daleko sięga!...

„Już ja ci, skurczybyku, pokażę — pomyślał Ostap; — „taniej niż za setkę, nie wywiniesz się”.

Kislarski zbladł, jak chusta. Niedalej, jak dziś, z takim spokojem ze smakiem zjadł obiad, delektował się kurczakiem i buljonem i nic nie wiedział o straszliwym związku „Miecza i lemiesza”. Został „daleko sięgające ramię” wywołało zamierzony efekt.

— Obywatele! — zagaił Ostap posiedzenie. — Życie dyktuje nam swe prawa, swe okrutne prawa. Nie będę się rozwodził nad celem naszego zebrania — jest nam znany. Święty cel. Zewsząd dochodzą nas jęki. Ze wszystkich krańców naszej rozległej ojczyzny żądają pomocy. Musimy wyciągnąć pomocną dłoń i wyciągniemy ją. Jedni z was pracują i jedzą chleb z masłem, a inni spekulują i zajadają bułki z kawiorem. I jedni i drudzy sypiają we własnych łóżkach i otulają się w ciepłe kołdry. Tylko małe bezdomne dzieciaki nie mają domu. Te kwiaty ulicy lub, jak powiadają proletarjusze pracy umysłowej, te kwiaty na asfalcie, zasługują na lepszy los. Musimy, panowie przysięgli, pomóc im. I my, panowie przysięgli, pomożemy im.

Właściciel „Szybkopaku” był nadzwyczajnie zadowolony.

„Ładnie skomponowane — orzekł, — pod takim pretekstem można nawet dać pieniądze .W razie powodzenia — honor wielki! Nie uda się — ani mnie to grzeje, ani ziębi. Pomagałem dzieciom i basta”.

Czarusznikow spojrzał porozumiewawczo na Djadjewa i, zachwycony konspiracyjną taktyką, robił w dalszym ciągu gałki z chleba.

Kislarski był z siódmem niebie.

„Ministerjalna głowa” — myślał. Wydawało mu się, że nigdy jeszcze nie pałał taką miłością do bezdomnych dzieci, jak w tej właśnie chwili.

— Towarzysze! — mówił dalej Ostap. — Trzeba niezwłocznie spieszyć z pomocą! Musimy wyrwać dzieci z grzązkiego błota ulicy i wyrwiemy je stamtąd! Pomożemy dzieciom. Pamiętajmy, że dzieci to — kwiaty życia. Wzywam was do niezwłocznego składania ofiar na pomoc dla dzieci. Tylko dla dzieci i dla nikogo więcej. Rozumiecie mnie?

Poczem wyciągnął Ostap z bocznej kieszeni upoważnienie i kwitarjusz.

— Proszę składać ofiary. Nie kładzie się tamy dobroczynności. Hipolit Matwiejewicz może zaświadczyć prawdziwość mych pełnomocnictw.

Hipolit Matwiejewicz odął się i skłonił głową. Teraz nawet słabo orjentujący się Nikiesza i Wołodja, jak również genjalny ślusarz zrozumieli wreszcie ukryty sens przemowy Ostapa.

— Według starszeństwa, panowie, — rzekł Ostap, — zaczynamy od szanownego Maksyma Pietrowicza.

Szanowny Pietrowicz powiercił się i dał trzydzieści rubli.

— Gdy będą lepsze czasy, dam więcej! — oświadczył.

— Lepsze czasy bardzo rychło już będą, — rzekł Ostap, — a zresztą to nie ma żadnego związku z bezdomnemi dziećmi, które w tej chwili reprezentuję.

Osiem rubli dali wspólnie Nikiesza i Wołodja.

— Mało, moi panowie.

Polesow pobiegł do domu i przyniósł pięćdziesiąt.

— Brawo, rycerzu, — rzekł Ostap, — jak na samotnika-rycerza z motorem sumka ta na pierwszy raz wystarczy. A co powie nasze kupiectwo?

Djadjew i Kislarski targowali się przez dłuższą chwilę i narzekali na kiepskie czasy. Ostap był nieubłagany.

— Uważam rozmowy te — w obecności samego Hipolita Matwiejewicza — conajmniej za zbędne!

Hipolit Matwiejewicz skłonił głowę. Kupcy złożyli na rzecz bezdomnej dziatwy po dwieście rubli.

— Zbiórka, — oznajmił Ostap, — przyniosła raptem czterysta osiemdziesiąt osiem rubli. Ech! Dwunastu tylko rubli brak do równego rachunku.

Helena Stanisławówna przemogła się wreszcie, poszła do sypialni i przyniosła stamtąd w starej torebce brakujące dwanaście rubli.

Reszta posiedzenia odbyła się bylejak i miała już mniej uroczysty charakter. Ostap rozdokazywał się na dobre. Helena Stanislawówna całkiem się rozkrochmaliła. Goście rozchodzili się powoli, żegnając z szacunkiem organizatorów zebrania.

— O terminie następnego posiedzenia nastąpią osobne zawiadomienia, — informował Ostap przy pożegnaniu. Tylko cicho-sza. Akcja pomocy dzieciom musi być otoczona najgłębszą tajemnicą. Leży to w waszym własnym interesie.

Kislarski, słyszą te słowa, gotów był dać jeszcze pięćdziesiąt rubli, byle już tylko nie przychodzić więcej na żadne konspiracyjne zebrania. Ledwo zdołał się powstrzymać od wykonania tego zamiaru.

— No, — rzekł Ostap, — czas już na mnie. Sądzę, że pan, Hipolicie Matwiejewiczu, skorzysta z gościnności Heleny Stanisławówny i przenocuje u niej. A zresztą i ze względów konspiracyjnych wskazane jest, byśmy się na pewien czas rozeszli.

Hipolit Matwiejewicz z rozpaczą mrugał na Ostapa, lecz ten udawał, że nic nie widzi i wyszedł na ulicę.

Apartamenty wdowy Grycacujewej przybrały odświętną szatę.

Przy stole weselnym na honorowem miejscu siedział Król z kart — syn tureckiego obywatela. Był elegancki i pijany.

Goście hałasowali.

Pani młoda nie była już młoda. Miała conajmniej 35 lat. Natura obdarzyła ją wielkiemi, jak bochny chleba, piersiami, rumianemi policzkami i grubym karkiem.

Nowego męża ubóstwiała i bardzo go się bała. Dlatego też nie nazywała go po imieniu, lecz mówiła oficjalnie towarzyszu Bender.

Hipolit Matwiejewicz znów siedział na tak bardzo upragnionem krześle. W ciągu weselnej kolacji ustawicznie podskakiwał, by wyczuć coś twardego. Czasem udawało mu się to nawet. Głośnemi wybuchami wesołości akcentował wówczas swą radość.

Ostap przez cały czas wygłaszał mowy i toasty. Wzniesiono m. in. toast na cześć oświaty ludowej i kanalizacji w Uzbekistanie. Następnie zaczęli się goście rozchodzić. Hipolit Matwiejewicz zatrzymał się i zakomunikował szeptem Benderowi:

— Ostrożnie tylko. Są tam!

— Te ostrożnisiu, — odrzekł pijany Ostap — czekaj na mnie w hotelu. I nigdzie nie wychodzić. Mogę się zjawić każdej chwili. Rachunek hotelowy należy wyrównać. Wszystko ma być gotowe. A teraz dobrej nocy.

Hipolit Matwiejewicz poszedł denerwować się do „Sorbonny”.

O piątej zrana zjawił się Ostap z krzesłem. Hipolit Matwiejewicz oniemiał. Ostap postawił krzesło na środka pokoju i siadł na niem.

— Jak wam się to udało? — wyrzekł wreszcie Worobjaninow.

— Całkiem po-prostu, familijnie, że tak powiem. Wdowa śpi i śni. Żal mi ją było budzić. „Ty nie budź jej o świtaniu”... Ha! Musiałem ukochanej swej zostawić karteczkę: „Jadę z raportem do Nowochoperska. Nie czekaj z obiadem. Twój Kiciunio”. A krzesło wziąłem z sobą. A że tramwajów o tak wczesnej godzinie jeszcze niema — odpoczywałem sobie na niem w drodze.

Hipolit Matwiejewicz, głucho pomrukując, rzucił się na krzesło.

— Ciszej! — rzekł Ostap, — trzeba to wszystko zrobić bez hałasu.

Z głębokich czeluści kieszeni wydobył obcęgi i starannie zerwał obicie z krzesła, usiłują nie uszkodzić angielskiej wzorzystej satyny.

— Takiej satyny już się teraz nie spotyka, trzeba ją schować. Głód towarowy, trudna rada.

Wszystko to doprowadziło Hipolita Matwiejewicza do pasji.

— Już — rzekł cicho Ostap i obiema rękami zaczął macać między sprężynami. Na czoło wystąpiły mu sine żyły.

— No? — powtarzał Hipolit Matwiejewicz najrozmaitszemi tonami, — no? no?

— No i no, — odpowiedział z rozdrażnieniem Ostap, — jedna szansa na dwanaście. I ta szansa...

Dokumentnie pogrzebał w krześle i skończył.

— I ta szansa nie jest, jak dotąd, nasza.

Wyprostował się i zaczął otrzepywać spodnie.

— Bagatela! To krzesło przyniosło nam dwa razy więcej, niż zapłaciliśmy za zdobycie nakazu.

Mówiąc to, wyjął Ostap z bocznej kieszeni złotą broszkę, wysadzaną szkiełkami, dętą złotą bransoletkę, pół tuzina pozłacanych łyżeczek i sitko do herbaty.

Hipolit Matwiejewicz był tak srodze zmartwiony, że nie spostrzegł nawet, iż rad nie rad stał się wspólnikiem najzwyklejszej kradzieży.

— Draństwo! — zauważył Ostap, — lecz zgodzi się pan chyba, że nie mogłem porzucić ukochanej kobiety, nie biorąc sobie nic na pamiątkę. Jednak, nie traćmy czasu. To dopiero początek. Koniec w Moskwie. A muzeum mebli — to nie jakaś tam wdowa. Trudniej, znacznie trudniej tam będzie!

Spólnicy wepchnęli szczątki krzesła pod łóżko i, zliczywszy pieniądze (było ich razem ze składką na bezdomne dzieci 610 rubli) — wyjechali na dworzec do moskiewskiego pociągu.

Musieli przejechać całe miasto. Na ulicy Spółdzielczej dostrzegli ze swej dorożki Polesowa, biegnącego po chodniku. Za nim ulicą Zagajnikową pędził dozorca domu Nr. 5. Na zakręcie zdążyli jeszcze spólnicy zauważyć, że dozorca dopadł Wiktora Michałowicza i zaczął go potężnie grzmocić. Polesow wrzeszczał: „Ratunku!” i „Cham!”

Do chwili odejścia moskiewskiego pociągu przesiedzieli nasi bohaterzy w garderobie, obawiając się spotkania z ukochaną kobietą.

Pociąg unosił przyjaciół do stolicy. Przylgnęli obaj do okna. Wagony mijały właśnie przedmieście.

Nagle Ostap syknął i złapał Worobjaninowa za rękę.

— Patrz pan, patrz! — krzyknął. — Prędzej! Alchen! Psubrat!

Hipolit Matwiejewicz spojrzał w dół. Pod nasypem rosły wąsal ciągnął taczkę, obładowaną fisharmonją i pięciu framugami okien. Taczkę popychał zawstydzony widocznie obywatel w szarej bluzie.

Słońce przedarło się przez chmury. Błyszczały krzyże cerkiewne. Ostap wychylił się przez okno i, chichocząc, wrzasnął:

— Paszka! Na targ jedziesz?

Pasza Emiljewicz podniósł głowę, lecz zobaczył już tylko bufory ostatniego wagonu i przyspieszył kroku.

— Widział pan? — spytał radośnie Ostap. — Pycha! Ci ludzie umieją pracować!

Ostap poklepał zafrasowanego Worobjaninowa po plecach.

— Głupstwo. Nie trzeba się poddawać. Posiedzenie trwa nadal! Jutro wieczorem będziemy w Moskwie.



ROZDZIAŁ TRZYNASTY.
Bursa im. mnicha Bertolda Szwarca.

Statystyka wie wszystko.

Obliczono już dokładnie ilość ornej ziemi w S. S. S. R. z podziałem na czarnoziem i less. Wiadomo, czem się żywi i ile rocznie spożywa przeciętny obywatel republiki. Wiadomo, ile ten przeciętny obywatel wypija przeciętnie wódki z przykładowem wymienieniem konsumowanych przez niego zakąsek. Wiadomo, ile jest w kraju myśliwych, baletnic, warsztatów amunicyjnych, psów wszelakich gatunków, rowerów, pomników, dziewcząt, latarń morskich i maszyn do szycia.

Jakiż ogrom życia, ileż porywów, namiętności i myśli spogląda na nas ze statystycznych tablic!

Któż jest ten rumiany inwalida, z serwetką, zatkniętą za gors, siedzący przy stoliku i z apetytem spożywający dary boże? Dokoła niego leżą pokotem stada miniaturowych byków. Opasłe świnie stłoczyły się w kącie tablicy. W specjalnym statystycznym basenie pluskają niezliczone jesiotry, łososie i sandacze. Na ramionach, rękach i głowie tego indywiduum siedzą sobie kury. Z pierzastych chmur wyłaniają się gęsi, kaczki i indyki. Pod stołem przykucnęły dwa króliki. Ku niebu wznoszą się piramidy i wieżyce wszelakiego pieczywa. Niewielkiej twierdzy z konfitur broni mleczna rzeka. Na horyzoncie odcina się wyraźnie ogórek wielki, jak wieża w Pizzie. Za murami fortecznemi z soli i pieprzu maszerują baterje win, wódek i nalewek. Na tyłach mizerną grupkę stanowią napoje bezalkoholowe — wody mineralne, lemoniady i syfony z wodą sodową.

Któż jest fen rumiany inwalida - żarłok, pijaczyna i łasuch?

Gargantua? Lukullus?...

To nie Lukullus. To — Iwan Iwanowicz Sidorow lub Sidor Sidorowicz Iwanow — przeciętny obywatel, spożywający przeciętnie w ciągu całego swego żywota zobrazowane na tablicy dary boże. To — normalny konsument kaloryj i witamin — bogu ducha winien czterdziestoletni kawaler, zatrudniony w galanteryjnym gos - magazynie.

Przed statystyką niepodobna uciec. Ma ona dokładne dane nietylko o liczbie dentystów, wianków kiełbas, dozorców domów, kinooperatorów, prostytutek, strzech słomianych, wdów, dorożkarzy i dzwonów, lecz wie nawet i to, ile w kraju jest — statystyków.

O jednem tylko nie wie. Nie wie, ile jest w SSSR — krzeseł!...

Według ostatniego spisu, ludność republik związkowych wynosi 143 miljony osób. Jeśli odrzucimy 90 miljonów chłopów, którzy zamiast krzeseł, posługują się ławami lub siadają na przyzbach i przypieckach, a na wschodzie na wytartych mocno dywanach — to bądź co bądź, pozostaje jeszcze 53 miljony ludzi, dla których krzesła stanowią przedmiot codziennego użytku. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę omyłki, które mogły wkraść się przy obliczeniach oraz właściwy niektórym obywatelom sowieckim zwyczaj siedzenia na dwuch stołkach, to zmuszeni będziemy uznać powyższą liczbę 53 miljony za nader skromną.

Pośród tego morza krzeseł, zrobionych z orzecha, dębu, jesiona, drzewa palisandrowego, mahoniu i brzozy, pośród krzeseł jodłowych i sosnowych — bohaterzy naszej powieści muszą znaleźć orzechowe krzesło z giętemi nóżkami roboty mistrza Gambsa, krzesło, ukrywające w swem, obitem angielską satyną, łonie — skarby madame Pieluchowej.

Pociąg ostrożnie przebył most na Oce i ze zdwojoną szybkością zaczął zbliżać się ku Moskwie.

Hipolit Matwiejewicz i Ostap sterczeli przy otwarłem oknie nieprzytulnego wagonu i uważnie przyglądali się stadu krów, wolniutko schodzących z nasypu.

Pociąg skakał na zwrotnicach. Semafory, patrząc nań, rozdziawiały gęby. Tory zgęszczały się. Czuć było zbliżanie się olbrzymiego węzła kolejowego. Trawa znikła — zastąpił ją czarny żużel. Manewrujące lokomotywy przeraźliwie gwizdały. Dróżnicy raz po raz sygnalizowali. Nagle turkot wzmógł się. Pociąg wtoczył się w korytarz pomiędzy próżnemi wagonami i dudniąc, mijał je.

Ukazała się kula słoneczna. Niziutko po ziemi niemal rozpełzły się latarki kolejarzy. Buchał dym... Lokomotywa, sapiąc, otuliła się welonem śnieżno - białej pary. Wszczął się tumult.

Wskutek nagłego zahamowania chrzęstnęły wagony. Rozległ się syk tak przeraźliwy, że Hipolitowi Matwiejewiczowi wydało się, że losy zagnały go do krainy bólu zębów. Pociąg wylądował na asfaltowym peronie.

To była Moskwa. Rjazański dworzec.

Wspólnicy, torując sobie drogę pięściami, przecisnęli się do wyjścia i znaleźli się na Kałanczewskim placu. Na prawo pyszniły się herbowe gęsi Jarosławskiego dworca. Nawprost zaś mienił się barwami pomalowany na olejno Dworzec Październikowy. Zegar wskazywał tam pięć minut po dziesiątej. Natomiast na zegarze Jarosławskiego dworca była punktualnie dziesiąta. Gdy zaś podróżni nasi spojrzeli na ciemno - granatowe znaki zajazdu, przyozdobione tarczą Rjazańskiego dworca, to zauważyli, że zegar wskazywał tam godzinę dziewiątą minut pięćdziesiąt pięć.

— Bardzo wygodne przy randkach! — rzekł Ostap, dziesięć minut, jak znalazł.

Ostap podszedł do dorożki, usiadł bez słowa i szerokim gestem zaprosił Hipolita Matwiejewicza.

— Siwcew Wrażek[6]! — rzucił — osiemdziesiąt kopiejek.

Dorożkarz zbaraniał. Wywiązała się nieciekawa sprzeczka, w której często wspominano ceny na owies i klucz od mieszkania, w którem leżą pieniądze.

Wreszcie dorożkarz cmoknął ustami. Dorożka przejechała przez wiadukt. Przed oczyma wędrowców roztoczyła się wspaniała panorama stołecznego miasta.

Przez Wozdwiżenkę dostali się przyjaciele na Arbat, minęli Preczystienski bulwar i skręciwszy naprawo, znaleźli się na Siwcewym Wrażku przed różowym domkiem.

— Co to za dom? — spytał Hipolit Matwiejewicz.

— Bursa studentów - chemików im. mnicha Bertolda Szwarca!

— Czyżby mnicha?

— Zażartowałem sobie, zażartowałem!... Imienia towarzysza Siemaszki.

Jak to się stało zwyczajem w studenckich bursach moskiewskich, bursę studentów-chemików oddawna już zamieszkiwali ludzie, których z chemją łączyły całkiem luźne stosunki. Studenci rozleźli się. Część ukończyła studja i rozjechała się według przydziałów po świecie, część zaś za brak postępów została usunięta z uniwersytetu i ta właśnie część, zwiększająca się z roku na rok, wytworzyła w różowym domku coś pośredniego pomiędzy spółdzielnią lokatorów i feudalną fortecą. Napróżno szeregi nowych studentów usiłowały wedrzeć się do bursy. Dawni chemicy odznaczali się niezwykłą wprost wynalazczością i zwycięsko odpierali wszelkie ataki. Na domku postawiono krzyżyk. Znikł ze wszystkich planów M. U. N. I. Jakgdyby go nie było. A tymczasem był i mieszkali w nim ludzie.

Po krętych schodach weszli wspólnicy na facjatę. Obszerny pokój był cieniutkiemi przegródkami pokrajany na długie skiby, mające dwa arszyny szerokości. Pokoiki wyglądały, jak uczniowskie piórniki z tą jedynie różnicą, że prócz ołówków i obsadek byli tu jeszcze ludzie i prymusy.

— Kola, jesteś w domu? — spytał cicho Ostap, zatrzymując się przed głównemi drzwiami.

Jakgdyby na komendę we wszystkich pięciu piórnikach zawrzało.

— Jestem! — odpowiedziano za drzwiami.

— Znów do tego osła o świcie przychodzą goście! — szepnął kobiecy głos z ostatniego piórnika po lewej stronie.

— Pozwólcież człowiekowi wyspać się! — burknął piórnik Nr. 2.

Z trzeciego piórnika dobiegł radosny szept:

— Do Kolki przyszli z milicji. Za wczorajsze szyby.

Piąty piórnik nie reagował. Syczał tam prymus i całowano się.

Ostap pchnął nogą drzwi. Tekturowe rusztowanie zachybołało się i wspólnicy znaleźli się w wąwoz Kolki. Obraz, który ukazał się oczom Ostapa, pomimo pozorów niewinności, był zaiste okropny. Całkowite umeblowanie pokoju stanowił tapczan w czerwone pasy, wsparty na dwóch cegłach. Lecz nie to zaniepokoiło Ostapa. Umeblowanie Kolki znał już oddawna. Nie zadziwił go nawet sam Kolka. Lecz tuż obok Kolki siedziało na tapczanie takie niebiańskie stworzenie, że Ostap odrazu sposępniał. Stworzenia takie nie bywają nigdy interesantkami. — zbyt niebiańskie mają na to oczy i czystą szyję. Są to kochanki, albo co gorsza — żony i to żony kochane. Istotnie, Kola nazywał to stworzenie Lizą i mówił jej „ty”.

Hipolit Matwiejewicz zdjął swój filcowy kapelusz. Ostap wywołał Kolę na korytarz. Długo tam szeptali.

— Piękną mamy dziś pogodę, łaskawa pani — nawiązał rozmowę Hipolit Matwiejewicz, czując się bardzo nieswojo.

Niebieskooka „łaskawa pani” roześmiała się i bez jakiegokolwiek związku z uwagą Hipolita Matwiejewicza, zaczęła opowiadać o tem, jacy to głupcy mieszkają w sąsiednim piórniku.

— Specjalnie nastawiają prymus, żeby nie było słychać, jak się całują. Lecz, zgodzi się pan chyba, że to jest całkiem głupie. My i tak wszystko słyszymy. A oni za to przez ten swój prymus nic a nic nie słyszą. Chce pan zaraz się przekonamy. Proszę posłuchać.

I stworzenie, które przeniknęło wszelakie tajniki prymusa, powiedziało delikatnie:

— Zwierjewowie to — głupcy.

Za ścianą słychać było syk prymusa i dźwięki pocałunków.

— Widzi pan ? Nic a nic nie słyszą! Zwierjewowie to głupcy, osły i psychopaci! Widzi pan?

— Tak — rzekł Hipolit Matwiejewicz.

— A my nie mamy prymusa. Bo — poco? Stołujemy się w wegetarjańskiej jadłodajni, mimo, iż jestem przeciwniczką jarskiej kuchni. Lecz Kola marzył o tem, że gdy się pobierzemy, będziemy się razem stołować w wegetarjańskiej jadłodajni. No i jadamy tam. Lecz ja bardzo lubię mięso.

Tymczasem wrócił Kola z Ostapem .

— Pójdziemy do Panteleja Iwanopulo — rzekł Ostap.

— Proszę o nas nie zapominać, — zapraszała żona Koli — oboje z mężem będziemy bardzo radzi.

— Znów zapraszają do siebie! — oburzano się w ostatnim piórniku z lewej strony. — jakgdyby mało jeszcze mieli gości.

— A was to, głupcy, osły i psychopaci, nic a nic nie obchodzi — rzekła żona Koli normalnym głosem.

— Słyszysz, Iwanie Andreiczu — zakotłowało się w ostatnim piórniku — żonę twoją znieważają, a ty milczysz!...

Przyłączyli się niewidzialni komentatorzy z innych piórników. U tarczka słowna przybierała coraz większe rozmiary.

Wspólnicy zeszli na dół do Iwanopulo. Studenta nie było w domu.

— Niema nieszczęścia — rzekł Ostap — wiem, gdzie leży klucz.

Pomacał pod stojącą w korytarzu ogniotrwałą kasą, wyciągnął klucz i otworzył drzwi.

Pokój studenta Iwanopulo zajmował akurat taką samą przestrzeń, jak pokój Koli, lecz był narożny. Jedna ściana była kamienna, co napawało studenta niebywałą dumą. Hipolit Matwiejewicz skonstatował z żalem, że student nie miał nawet tapczana.

— Doskonale urządził się — rzekł Ostap — wyśmienity pokój, jak na Moskwę. Jeśli cała trójka położy się na podłodze, to zostanie jeszcze nawet trochę wolnego miejsca.



ROZDZIAŁ CZTERNASTY.
Obywatele, miejcie respekt przed tapczanami.

Liza — silnie wzburzona — biegła ulicą. Uprzykrzyły się już jej i obrzydły do cna mdłe kluski, patrzeć poprostu nie mogła na jarskie „kotlety”. Posprzeczała się z mężem.

Była to owa niedzielna godzina, w której wybrańcy losu wracają ze Smoleńskiego rynku objuczeni tapczanami i wszelakiemi gratami.

Nowożeńcy i sowieccy średnio - zamożni obywatele — to główni nabywcy sprężynowych tapczanów. Stojąc na wozie, obejmują je obiema rękami. Czyż mogliby nie obejmować czule niebieskiej, o połyskliwych kwiatkach, podstawy swego szczęścia?

Obywatele! Miejcie respekt przed sprężynowym w niebieskie kwiatki tapczanem ! To — ognisko rodzinne, alfa i omega umeblowania, gwarancja przytulności, miłosna baza, ojciec prymusa! Jakaż to rozkosz spać przy demokratycznych dźwiękach jego sprężyn! Jakie sny miewa człowiek, zasypiający na jego niebieskiem płótnie! Jakim szacunkiem cieszy się każdy właściciel tapczana!

Człowiek nie mający tapczana jest pożałowania godzien. Nie egzystuje poprostu. Nie płaci podatków, nie ma żony, znajomi nie pożyczają mu pieniędzy „do jutra”, szoferzy taksówek osypują go gradem obelg, dziewczęta wyśmiewają go — nie lubią idealistów. Człowiek, nie mający tapczana, pisuje przeważnie wiersze: „W fotela miękkie poduszki wtulony o szarej zmierzchu godzinie mażę. Starego zegara pieściwe tony do wtóru myślom moim gwarzą". Pisuje te strofy na poczcie przy wysokim pulpicie, zabierając miejsce zaaferowanym właścicielom tapczanów, pragnącym jaknajszybciej nadać swe depesze.

Tapczan zmienia radykalnie życie człowieka. W obiciu jego i sprężynach kryje się jakaś przyciągająca i dotąd jeszcze nie zbadana siła. Na apel jego sprężyn gromadzą się ludzie i rzeczy. Przychodzi fin-agent i dziewczątka. Chcą żyć w zgodzie z właścicielami tapczanów. Fin-agent robi to w celach fiskalnych — dla dobra państwa, a dziewczątka — bezinteresownie, ulegając dziwacznym prawom natury. Zaczyna się rozkwit młodości. Fin-agent, ściągnąwszy podatek z radosnym brzęczeniem ulatuje do swego zajmowanego ula. A odpływającą falę dziewczątek zastępuje żona i prymus „Ursus Nr. 1”.

Tapczan jest nienasycony. Żąda ofiar, w nocy wydaje dźwięki przypominające szczęk spadającego miecza. Potrzeba mu etażerki. Potrzeba mu stołu na głupich nogach. Szczękając sprężynami, żąda stor, portjer i naczyń kuchennych. Trąca człowieka i mówi mu:

— Idź i kup fotel na biegunach!

— Człowieku, rumienię się za ciebie! Nie masz jeszcze dywanu!

— Pracuj! Obdarzę cię dziećmi! Musisz zdobyć pieniądze na pieluszki i kołyskę!

Nawet poeta nie może uniknąć ogólnego losu. Patrzcie, wiezie z Tucharjewskiego rynku tapczan i z przerażeniem tuli się do jego miękkiego łona.

— Pokonam twój upór, poeto! — mówi tapczan. — Nie będziesz już musiał biegać na pocztę po to, by pisać wiersze, a zresztą, czy opłaca się je wogóle pisać? Weź posadę w biurze! Zawsze wtedy saldo wypadnie na twoją korzyść. Pomyśl o żonie i dzieciach.

— Nie mam żony! — krzyczy poeta, odsuwając się gwałtownie od sprężynowego nauczyciela.

— Będziesz miał. I nie mogę nawet zapewnić ciebie, że będzie to najpiękniejsza z dziewcząt na kuli ziemskiej. Nie wiem nawet, czy będzie dobra. Bądź przygotowany na wszystko. Przyjdą na świat dzieci.

— Nie lubię dzieci!

— Polubisz je!

— Obywatelu tapczanie, jestem przerażony!

— Milcz głupcze! Nie wiesz jeszcze wszystkiego! W Mos-drzewie będziesz brał na kredyt meble

— Tapczanie, zabiję ciebie!

— Szczeniaku! Jeśli ośmielisz się to zrobić, sąsiedzi zadenuncjują ciebie przed rządcą domu.

I tak w każdą niedzielę przy radosnych dźwiękach tapczanów, kursują po Moskwie wybrańcy losu.

Lecz nie tylko to, oczywista, cechuje moskiewską niedzielę. Niedziela — to dzień poświęcony muzeom.

Istnieje w Moskwie szczególna kategorja ludzi. Nie rozumie się ona nic a nic na malarstwie, nie interesuje się architekturą i zachowuje olimpijską obojętność wobec pomników przeszłości. Ta kategorja ludzi zwiedza muzea wyłącznie dlatego, że znajdują się one w pięknych gmachach. Wałęsają się ci ludzie po olśniewających salach, zazdrosnem okiem oglądają malowane sufity, ruszają rękoma to, czego ruszać nie wolno, i bezustannie pomrukują:

— Ho-ho! Jak to dawniej mieszkano!

Nie obchodzi ich to, że ściany są pokryte przecudnemi freskami. Obchodzi ich natomiast, ile też mogło to kosztować poprzedniego właściciela willi. Na kominku stoi porcelana, lecz oni, nie zwracają na nią ani krzty uwagi, orzekają, że kominek to rzecz arcyniepraktyczna — pochłania zbyt wiele drzewa. W ozdobionym dębową boazerją stołowym nie dostrzegają wspaniałej rzeźby. Absorbuje ich jedna jedyna myśl: tutaj jadał poprzedni gospodarz-kupiec — ile też to mogłoby kosztować przy obecnej drożyźnie.

Dławiąc się łzami, biegła Liza wzdłuż ulicy. Popędzały ją własne myśli. Rozmyślała nadal nad swem szczęsnem, skromnem życiem:

„Gdybyśmy mieli jeszcze choćby tylko stół i dwa krzesła, byłoby już całkiem dobrze. I prymus trzebaby też koniec końców nabyć. Trzeba się jakoś urządzić".

Wracać do domu było nijako. Nie miała do kogo pójść. W kieszonce leżało dwadzieścia kopiejek. I Liza postanowiła rozpocząć samodzielny żywot od zwiedzenia „Muzeum mebli”. Po sprawdzeniu posiadanej gotówki weszła do westybulu.

W westybulu natknęła się Liza na człowieka o postrzępionej brodzie, który, przyglądając się uporczywie malachitowym kolumnom, cedził przez zęby:

— Z komfortem jednakże dawniej mieszkano!

Liza spojrzała z należnym respektem na kolumny i poszła na górę.

W maleńkich kwadratowych pokoikach, o tak niskich sufitach, że każdy wchodzący tam człowiek wydawał się niemal gigantem, — wałęsała się Liza dobre dziesięć minut.

Były to pokoje, umeblowane w stylu empire z czasów Pawła.

Stały tu poważne, przepiękne rycerskie meble z cesarskiego czerwonego drzewa i brzozy karelskiej. Dwie kwadratowe szafy, poprzez szklane drzwi których widać było skrzyżowane dziryty, stały naprzeciw biurka. Biurko było bezbrzeżne. Jak Plac Teatralny. Teatr Wielki z kolumnad i czwórką bronzowych rumaków, niosących Apollina na premjerę „Czerwonego Maku” — wyglądałby na biurku, jak przybór do pisania. Tak przynajmniej wydawało się Lizie, która nigdy nosa na świat szeroki nie wychylała. Słońce igrało na brzoskwiniowem obiciu foteli.

Liza zestawiła w myśli bezcenny fotel empire z tapczanem swym w czerwone pasy. Wcale nieźleby to jednak wyglądało... Przeczytała wiszącą na ścianie tabliczkę z naukowem i ideologicznem uzasadnieniem stylu cara Pawła, poczem srodze strapiona tem. że oboje z Kolą nie mają ani jednego pokoju w tym pałacu, poszła dalej i niespodzianie znalazła się w jakimś korytarzu.

Po lewej stronie tuż nad podłogą ciągnęły się niziutkie półokrągłe okna. Pod stopami ujrzała Liza olbrzymią białą salę kolumnową. Po sali tam i sam błądzili zwiedzający. Liza przystanęła. Nigdy dotąd nie widziała jeszcze sali pod swemi stopami. Zdumiona, z szeroko otwartemi ustami, patrzyła długo w dół. Nagle dostrzegła, że od krzeseł w kierunku biurka idą szybko jej nowi znajomi — Bender i jego towarzysz, reprezentatywny starzec.

— Doskonale — ucieszyła się Liza — nie będzie mi tak nudno.

Radośnie pobiegła na dół i od razu zabłądziła. Trafiła do czerwonego salonu, w którym stało ze czterdzieści sztuk krzeseł. Były to meble z orzecha o giętych nóżkach. Z salonu nie było innego wyjścia. Trzeba było wracać przez okrągłą komnatę.

Pędziła obok adamaszkowych foteli w stylu włoskiego renesansu, obok holenderskich szaf, obok szerokiego gotyckiego łoża z baldachimem na czarnych kolumnach. W łożu tem człowiek wydawałby się nie większy od orzecha. Sala była wciąż gdzieś pod stopami, może po prawej stronie, lecz trafić do niej było niepodobieństwem.

Wreszcie dostrzegła wycieczkowiczów, słuchających nieuważnie przewodnika, który demaskował imperialistyczne plany Katarzyny II w związku z upodobaniem zmarłej carycy do mebli i stylu rococo. Była to właśnie olbrzymia sala kolumnowa. Liza udała się do przeciwległego krańca, gdzie znany już jej towarzysz Bender konferował namiętnie ze swym wygolonym towarzyszem.

Podchodząc, usłyszała Liza dźwięczny głos:

— Meble w stylu chic-moderne. Lecz wydaje mi się jednak, że to nie to. Musimy wszystko systematycznie obejrzeć.

— Dzień dobry — rzekła Liza.

Odwrócili się obaj i skrzywili się niechętnie.

— Dzień dobry, towarzyszu Bender. Jak to dobrze, że was tu znalazłam. Będziemy razem zwiedzać.

Wspólnicy porozumieli się wzrokiem . Hipolit Matwiejewicz, powodowany próżnością, wyprostował się, choć niezbyt było mu miło, że przez Lizę może być na szwank narażona ważna sprawa poszukiwania brylantowych mebli.

— My jesteśmy typowymi prowincjałami — rzekł niecierpliwie Bender — lecz w jaki sposób pani, rdzenna moskiewka, znalazła się tutaj?

— Zupełnie przypadkowo. Posprzeczałam się z Kolą.

— No, może opuścimy tę salę — rzekł Ostap.

— A ja jej jeszcze nie zdążyłam obejrzeć. Bardzo ładniutka.

— Niema tu zupełnie co oglądać — oświadczył Ostap. Dekadentyzm, Epoka Kierenskiego.

— Mówili mi, że są tu gdzieś meble roboty mistrza Gambsa — oznajmił Hipolit Matwiejewicz — może tam pójdziemy.

Obecność Lizy bardzo krępowała wspólników. Podczas gdy oni jednym rzutem oka konstatowali, że w danym pokoju nie ma poszukiwanych mebli i bezwiednie podążali do następnego pokoju, Liza grzęzła w każdym oddziale. Bezwiednie i nie dostrzegając tego zupełnie, dopasowywała w myśli stojące tu meble do swego pokoju i do swych potrzeb. Gotyckie łoże nie przypadło jej do gustu. Zbyt wielkie było, jak na wąziutkie mieszkanko Lizy.

Sale ciągnęły się bez końca. Meble z epoki Aleksandra były bardzo licznie reprezentowane. Stosunkowo niewielkie ich rozmiary wprawiły Lizę w zachwyt.

— Popatrz pan, popatrz — krzyknęła z całem zaufaniem, ciągnąc Worobjaninowa za rękaw. — Widzi pan to biurko. Świetnie pasowałoby do naszego pokoju. Prawda?

— Prześliczne meble! — rzekł gniewnie Ostap . — Szkoda tylko, że dekadenckie.

Masy kanap, sekretarzyków, szaf, wszystkie style, wszystkie okresy, wszystkie epoki — oglądali kolejno nasi wspólnicy.

— A ja tu już byłam — rzekła Liza, wchodząc do czerwonego salonu — wydaje mi się, że nie warto tu zatrzymywać się.

Ku jej niebywałemu zdumieniu, obojętni dotąd towarzysze nietylko nie spieszyli dalej, ale zastygli, jak gdyby na warcie, koło drzwi.

— Zaraz — rzekł Hipolit Matwiejewicz, uwalniając się od jej ręki — momencik...

Olbrzymi pokój był dosłownie zawalony meblami. Pod ścianą i dokoła stołu stały krzesła roboty mistrza Gambsa. W kącie koło kanapy również stały krzesła. Gięte ich nóżki i wygodne oparcia były aż nadto dobrze znane Hipolitowi Matwiejewiczowi. Ostap przyglądał mu się badawczo. Hipolit Matwiejewicz zaczerwienił się, jak burak.

— Zapewne już się pani zmęczyła — rzekł do Lizy — proszę tu usiąść i odpocząć, a my sobie trochę pospacerujemy. Wydaje mi się, że to bardzo ciekawa sala.

Liza usiadła. Wspólnicy stanęli pod oknem.

— Te? — spytał Ostap.

— Jakgdyby te. Tylko inne obicie.

— Doskonale. Obicie mogli zmienić.

— Musimy dokładniej obejrzeć.

— Czy wszystkie krzesła są tutaj?

— Zaraz policzę. Momencik, momencik...

Worobjaninow zaczął przenosić wzrok z jednego krzesła na drugie.

— Za pozwoleniem — rzekł w reszcie — dwadzieścia cztery krzesła. To niemożliwe. Miało ich wszakże być raptem dziesięć.

— Niech się pan tylko dobrze przyjrzy. Może to inny garnitur.

— Oparcie jakgdyby inne, niż przy moich.

— A więc to nie te?

— Nie te.

Hipolit Matwiejewicz kompletnie zdruzgotany był.

— Trudno — rzekł Ostap — posiedzenie trwa nadal. Krzesło — to nie szpilka. Znajdzie się. Proszę o nakazy. Wypadnie nam nawiązać niezbyt miły kontakt z administracją muzeum. Siadaj pan obok tej dziewuszki i siedź. Zaraz wrócę.

[Hipolit Matwiejewicz, w towarzystwie][7] Bendera zatracał swą fizjognomję i nader szybko ginął w cieniu potężnego intelektu syna tureckiego obywatela. Teraz, gdy na chwilę został sam na sam z uroczą obywatelką Kałaczewą, zapragnął opowiedzieć jej o wszystkich swych troskach i nadziejach, lecz nie ważył się na to.

— Tak — rzekł, patrząc czule na swą towarzyszkę. — Takie to sprawy.

„Miłości legenda złota” — pomyślał ni stąd ni zowąd Hipolit Matwiejewicz, wpatrując się w miłą twarzyczkę Lizy. I stary marszałek szlachty tak gwałtownie zapragnął kobiecych pieszczot, których brak nader dotkliwie daje się we znaki, że, nie tracąc czasu, ujął łapkę Lizy w swe pomarszczone dłonie i zaczął jej z ferworem opowiadać o Paryżu. Zapragnął być bogaty, rozrzutny i zdobywczy.

— Pan zapewne jest robotnikiem nauki? — spytała Liza.

— Tak... do pewnego stopnia — odrzekł Hipolit Matwiejewicz, czując, że od chwili zawarcia znajomości z Benderem zachowuje się — wbrew naturze swej — coraz bezczelniej.

— A ile też — przepraszam za ciekawość — liczy pan sobie lat?

— Z nauką, którą w tej chwili reprezentuje, niema to żadnego związku.

— Kiedy znów będę miał szczęście oglądać panią? — spytał Hipolit Matwiejewicz.

— Czyż rozmowa ze mną sprawia panu tak wielką przyjemność?

— W więc kiedy? — pytał zniecierpliwiony. — Kiedy i gdzie spotkamy się? Dziś?

— A więc — dobrze. Proszę wstąpić do nas.

— Nie, spotkajmy się lepiej gdzieś na ulicy. Takie teraz prześliczne pogody.

„To jest wiosna, o której nam szepcą drzewa...“ A więc gdzie się spotkamy?

— Taki pan dziwny! Gdziekolwiek. Może obok kasy ogniotrwałej. Zauważył ją pan?

— Zauważyłem. W korytarzu. O której godzinie?

— Nie mamy zegara. Gdy się ściemni.

Hipolit Matwiejewicz zdążył zaledwie z całem namaszczeniem pocałować Lizę w rączkę, gdy wrócił Ostap. Ostap był bardzo zaaferowany.

— Pani wybaczy, — rzekł śpiesznie, — ani ja, ani przyjaciel mój nie możemy jej, niestety, odprowadzić. Musimy załatwić pewną drobną, lecz nader ważną sprawę. Musimy i to natychmiast udać się w pewne miejsce.

Hipolitowi Matwiejewiczowi aż zaparło dech w piersiach.

— Do widzenia, Elżbieto Piotrówna, — rzekł śpiesznie, — przepraszam , przepraszam i jeszcze raz przepraszam, mamy sprawę, nie cierpiącą zwłoki.

Poczem obaj wspólnicy znikli, zostawiając zdumioną Lizę w pokoju, zastawionym obficie dziełami mistrza Gambsa.

— Gdyby nie ja, — rzekł Ostap, gdy schodzili ze schodów, — byłaby z tego wszystkiego figa. Powinien pan codziennie pacierz za mnie mówić. Módl się pan, módl, głowa panu z karku nie spadnie!

— Znalazły się? — pisnął Worobjaninow.

— Wyobraź pan sobie, wyobraź, że w tym chaosie ocalały. Nie mają wartości muzealnej. To też wpakowano je do magazynu i dopiero wczoraj, akurat wczoraj wystawiono je — po siedmiu latach — na licytację. Hala licytacyjna Gław-nauki. I jeśli nie kupiono ich jeszcze wczoraj lub dziś rano — będą nasze! Zadowolony pan?

— Prędzej! — krzyknął Hipolit Matwiejewicz. — Fiakier!

Wsiedli, nie targując się o cenę.

— Paciorek na moją intencję niech pan zmówi, paciorek! Śmiało, marszałku! Wino, kobiety i karty — murowane. Wtedy też wyrównamy już rachunek za niebieską kamizelkę.

Do pasażu na Pietrowce, gdzie znajduje się hala licytacyjna, wbiegli nasi spólnicy żwawo, jak źrebaki.

W pierwszym zaraz pokoju znaleźli to, czego tak długo poszukiwali. Dziesięć krzeseł Hipolita Matwiejewicza stało wzdłuż przepierzenia. Nawet obicie na nich nie wyblakło, nie zbrukało się, ani też nie zepsuło. Krzesła były świeże i czyste, jakgdyby przed chwilą dopiero wyszły z pod starannej opieki schludnej Klaudji Iwanówny.

— Te? — spytał Ostap.

— Boże, Boże, — powtarzał w kółko Hipolit Matwiejewicz, — te, te. Te same. Tym razem nie mam najmniejszych wątpliwości.

— Dla pewności sprawdzimy, — rzekł Ostap, usiłując zachować pozorny spokój.

Podszedł do sprzedawcy.

— Jeśli się nie mylę, krzesła te pochodzą z muzeum mebli?

— Te? Tak.

— A czy są one na sprzedaż?

— Na sprzedaż.

— Cena?

— Ceny jeszcze nie wyznaczono. Pójdą z licytacji.

— Aha! Dziś?

— Nie. Dziś już handel skończony. Jutro od piątej.

— A teraz nie możnaby ich kupić?

— Nie, jutro od piątej.

Trudno było odejść tak odrazu od krzeseł.

— Czy pozwoli pan, — wybełkotał Hipolit Matwiejewicz, — obejrzeć je? Można?

Aferzyści długo oglądali krzesła, siadali nawet na nich, a dla niepoznaki oglądali też inne rzeczy. Worobjaninow sapał i ustawicznie trącał Ostapa łokciem.

— Paciorek zmów pan, — szeptał Ostap. — Paciorek, marszałku.

Hipolit Matwiejewicz gotów był nie tylko zmówić pacierz na intencję Ostapa, lecz nawet całować podeszwy jego malinowych trzewików.

— Jutro, — powtarzał — jutro, jutro, jutro.

Chciało mu się śpiewać.



ROZDZIAŁ PIĘTNASTY.
Europejski system wyborów.

Pobyt Worobjaninowa i wielkiego kombinatora pozostawił w mieście niezatarte ślady.

Spiskowcy starannie dochowywali tajemnicy.

Polesow odwiedzał regularnie wszystkich członków związku „miecza i lemiesza”. Wizyty te niepokoiły zwłaszcza ostrożnego właściciela odeskiej wytwórni „Moskiewskie obwarzanki”, obywatela Kislarskiego. Na widok Polesowa obywatel Kislarski dosłownie zzieleniał. Słowa o konieczności czynnego wystąpienia doprowadzały lękliwego kupca niemal do szału.

Pod koniec tygodnia zebrali się wszyscy u Heleny Stanisławówny w pokoju z papugą. Polesow gorączkował się.

— Ty, Wiktorze, nie miel jęzorem po próżnicy, — perswadował roztropny Djadjew, — po co całemi dniami wałęsasz się po mieście?

— Trzeba działać! — wrzasnął Polesow.

— Działać trzeba, ale krzyczeć całkiem nie trzeba. Jeśli Hipolit Matwiejewicz powiedział — to jak amen w pacierzu. I należy przypuszczać, że niedługo już wypadnie nam czekać. Nie musimy bynajmniej wiedzieć, jak to wszystko będzie się odbywało. Do tego są powołani wojskowi. A my jesteśmy cywilami — przedstawicielami miejskiej inteligencji i kupiectwa. O co przedewszystkiem dbać musimy? O to, by być w pogotowiu. A czy my co mam y? Mamy jakie władze? Nie. Kto stanie na czele miasta? Niewiadomo. A to, panowie, jest rzecz najważniejsza. Anglicy, jak głoszą ostatnie wieści, nie będą już dłużej patyczkować się z bolszewikami. To jakgdyby pierwsza jaskółka. Wszystko, proszę państwa, zmieni się i to bardzo już prędko. Zapewniam was.

— Cóż więc mamy teraz robić? — przerwał niecierpliwie Wiktor Michałowicz.

— Zaraz, — rzekł Djadjew, — weźcie przykład z towarzysza pana Worobjaninowa. Co za spryt! Jaka przezorność! Zauważyliście jak szybko skierował rozmowę na pomoc dla bezdomnych dzieci? Tak właśnie winniśmy działać. Pomagamy wyłącznie dzieciom . Panowie, proszę stawiać kandydatury.

— Hipolita Matwiejewicza Worobjaninowa proponujemy na marszałka szlachty! — wykrzyknęli młodzi Nikiesza i Wołodja.

Czarusznikow pobłażliwie chrząknął.

— Z księżyca spadliście?! Worobjaninow będzie conajmniej ministrem. A kto wie, może zajedzie jeszcze wyżej — dyktatorem będzie!

— Dajcie pokój, panowie, — mitygował Djadjew, — marszałek — to fraszka! O gubernatorze musimy pomyśleć, a nie o marszałku. Zaczniemy od gubernatora. Sadzę...

— Pana Djadjewa! — wrzasnął z zachwytem Polesow . — Któż jest godniejszy od niego, by sprawować rządy nad całą gubernją?

— Dziękuję panom za zaufanie... — zaczął Djadjew.

Czarusznikow oblał się nagle rumieńcem.

— Kwestję tę, proszę państwa, — rzekł zmienionym głosem — należałoby jeszcze przewentylować...

Starał się przytem nie patrzeć na Djadjewa.

Właściciel „Szybko-paku” oglądał dumnie swe buty, do których przylgnęły trociny.

— Nie oponuję, — rzekł, — przegłosujmy. Zarządzimy tajne czy też jawne głosowanie?

— Nie będziemy się chyba wzorowali na sowieckich zwyczajach, — rzekł urażony Czarusznikow. — Głosujmy uczciwie, po europejsku — tajnie.

Głosowano kartkami. Za kandydaturą Djadjewa padły cztery głosy, za kandydaturą Czarusznikowa — dwa. Ktoś wstrzymał się. Z wyrazu twarzy Kislarskiego widać było, że to on właśnie wstrzymał się od głosowania. Nie chciał zadzierać z przyszłym gubernatorem, ktokolwiek nim będzie.

Gdy drżący z emocji Polesow ogłosił wynik uczciwego europejskiego głosowania, zapanowała w pokoju przygnębiająca cisza. Starano się nie patrzeć na Czarusznikowa. Niefortunny kandydat na gubernatora siedział, jak obity pies.

Helenie Stanisławównie było go żal. To ona właśnie głosowała za nim. Drugi głos oddał na siebie sam — obznajmiony dokładnie z kwestjami wyborczemi — Czarusznikow. Ciszę przerwała zacna Helena Stanisławówna:

— A na burmistrza proponowałabym jednakże monsieur Czarusznikowa.

— Dlaczego „jednakże”? — odezwał się wspaniałomyślny gubernator, — nie „jednakże”, lecz jego właśnie i nikogo innego. Doskonale znamy wszyscy działalność społeczną pana Czarusznikowa.

— Prosimy, prosimy! — krzyknęli wszyscy.

— A więc mogę uważać wybór za dokonany?

Czarusznikow ożywił się i zdobył się nawet na protest:

— Nie przyjmuję, panowie, nie przyjmuję. Proszę przegłosować. Głosowanie nad osobą burmistrza jest nawet konieczniejsze, niż głosowanie na gubernatora. Jeśli chcecie, panowie, dać wyraz swemu zaufaniu do mnie, to — bardzo usilnie was proszę — poddajcie moją kandydaturę pod głosowanie!

Kartki wrzucano do pustej cukiernicy.

— Sześć głosów — za, — oznajmił Polesow, — jedna kartka pusta.

— Gratuluję panu burmistrzowi, — rzekł Kislarski, z wyrazem twarzy, z którego widać było, że i tym razem wstrzymał się od głosowania, — gratuluję!

Czarusznikow promieniał.

— Trzeba to, wasza ekscelencjo, oblać — zwrócił się do Djadjewa; — Polesow, możeby pan skoczył do „Października”. Ma pan forsę?

Polesow zrobił ręką tajemniczy gest i zniknął. Zarządzono przerwę. Dalsza część wyborów odbyła się już podczas kolacji.

Na kuratora okręgu szkolnego upatrzono ongi dyrektora szlacheckiego gimnazjum a obecnie księgarza — Raspopowa. Ogólnie go chwalono.

Kislarskiemu zaproponowano godność prezesa Rady giełdowej. Nie oponował przeciw temu, lecz podczas głosowania wrzucił — na wszelki wypadek — białą kartkę.

Wertując znajomych i krewnych, wybrano policmajstra, zarządcę mennicy, inspektora podatkowego i fabrycznego, wyznaczono prokuratora sądu okręgowego, prezesa, sekretarza i sędziów tegoż sądu, obsadzono stanowisko prezesów samorządu powiatowego, izby przemysłowo-handlowej, komitetu pomocy dzieciom i wreszcie stanowisko prezesa zarządu miejskiego. Helenę Stanisławównę obdarzono godnością kuratorki towarzystw „Kropla mleka” i „Biały kwiatek”. Nikieszę i Wołodję — ze względu na młody ich wiek — mianowano urzędnikami do specjalnych zleceń przy gubernatorze.

— Za pozwoleniem! — krzyknął nagle Czarusznikow. — Gubernatorowi przydzielono aż dwóch urzędników! A mnie?

— Burmistrz, — rzekł z całą delikatnością gubernator, — nigdy nie miewa urzędników do specjalnych zleceń.

— A więc proszę o wyznaczenie mi sekretarza.

Na to Djadjew zgodził się. Ożywiła się również Helena Stanisławówna.

— A może dałoby się... — zaczęła nieśmiało. — Mam na oku pewnego młodzieńca... Bardzo miły i dobrze ułożony chłopak. Syn madame Czerkiesowej... Bardzo, bardzo miły i bardzo zdolny. Jest teraz bezrobotny. Zarejestrowany na giełdzie pracy. Ma nawet książeczkę. Obiecano przyjąć go w tych dniach do związku... Czy mógłby pan dać mu u siebie zajęcie? Matka jego byłaby panu niezmiernie obowiązana.

— Przypuszczam, że da się to zrobić — łaskawie przychylił się do prośby Czarusznikow, — jak się państwo na to zapatrujecie? Tak... Sądzę, że nie powinno to napotkać na żadne trudności.

— A więc, — zauważył Djadjew, — wydaje mi się, że to jest w ogólnych zarysach... wszystko? Chyba wszystko?

— A ja? — rozległ się naraz cienki w zburzony głos.

Wszyscy odwrócili się. W kącie obok papugi stał rozdygotany całkiem Polesow. Na rzęsach Wiktora Michałowicza drżały łzy. Wszystkim zrobiło się nad wyraz przykro. Przypomnieli sobie nagle goście, że piją wódkę Polesowa i że wogóle jest on jednym z głównych organizatorów starogrodzkiej sekcji „Miecza i Lemiesza”.

— Wiktorze Michałowiczu! — jęknęli chórem. — Drogi, miły Wiktorze Michałowiczu! Wstydź się pan! Dlaczego stanął pan tak na uboczu? w kącie? Proszę się tu zaraz zbliżyć!

Polesow zbliżył się. Cierpiał. Nie spodziewał się takiego despektu od współtowarzyszy z pod znaku miecza i lemiesza.

Helena Stanisławówna nie wytrzymała.

— A czy, proszę państwa, nie mógłby Wiktor Michałowicz sprawować godnie obowiązków kuratora okręgu szkolnego lub policmajstra?

— Cóż, Wiktorze Michałowiczu? — spytał gubernator — Chce pan zostać kuratorem?

— Rozumie się, że Polesow będzie świetnym humanitarnym kuratorem! — poparł kandydaturę Polesowa burmistrz.

— A Raspo-opow ? — w trącił dotknięty do żywego Wiktor Michałowicz — Raspopowa przecież mianowaliście kuratorem?

— Racja, co począć z Raspopowem?

— Może zrobimy go komendantem straży ogniowej... Jak myślicie?

— Komendantem straży? — zerwał się nagle Wiktor Michałowicz.

Ukazały mu się naraz w wyobraźni wozy strażackie, łuna pożaru, usłyszał dźwięki pobudki, łomot bębnów... Błysnęły topory, zamigotały pochodnie, rozwarła się ziemia i gniade smoki poniosły go w stronę płonącego miejskiego teatru.

— Komendant straży? Ja chcę być komendantem straży!

— Doskonale! Gratuluję — jest pan komendantem straży!

— Niech żyje straż ogniowa! — wzniósł ironicznie toast przewodniczący Rady giełdowej.

Wszyscy zgodnie zaatakowali Kislarskiego.

— Pan zawsze był lewicowcem! Dobrze o tem wiemy!

— Panowie, czyż ja jestem lewicowcem?!

— Wiemy, wiemy!

— Lewicowiec!

— Wszyscy żydzi są lewicowcami.

— Jak mi Bóg miły, panowie, nie rozumiem tych żartów.

— Lewicowiec, lewicowiec, niech się pan nie zapiera!

— Śpi, a wre śnie śni mu się Milukow.

— Kadet! Kadet!

Kislarski nie mógł znieść tego gradu nieuzasadnionych oskarżeń. Blady, jak chusta, prezes Rady giełdowej oparł się o poręcz krzesła i rozdygotanym głosem, mrugając raz po raz oczkami, oświadczył:

— Byłem zawsze październikowcem i nadal nim pozostanę.

Potoczyła się rozmowa na temat wojny.

— Będzie wojna, będzie.

— Radzę wam, póki czas, zrobić jakie takie zapasiki.

— Czyżby? — zląkł się Kislarski.

— A cóż pan przypuszcza? Wydaje się panu, że w razie wojny można będzie choć cokolwiek zdobyć? Przedewszystkiem znika mąka ze sklepów! Srebrne monetki zapadają się jakgdyby pod ziemię — zaczynają kursować rozmaite świstki marki pocztowe i temu podobne śmiecie.

— Róbcie, jak uważacie, — rzekł Djadjew, — ja tam cały zapas gotówki zużyję na zakupno artykułów codziennej potrzeby.

— A pańska manufaktura?

— Manufaktura manufakturą, a mąka i cukier swoją drogą. I wam również to radzę. Gorąco radzę.

Rozeszli się dopiero po północy. Gubernator odprowadził burmistrza. Obaj dotrzymywali sobie przesadnie kroku.

— Gubernatorze! — mówił Czarusznikow. — Jaki z ciebie gubernator, jeśli nie jesteś generałem?

— Będę cywilnym gubernatorem, a ciebie zazdrość żre? Jeśli zechcę — wpakuję cię do kryminału. Posiedzisz sobie.

— Nie wolno mnie więzić. Jestem zaszczycony zaufaniem mas. Wybrany w tajnem głosowaniu.

— Gdy przymknę ciebie, nie będzie dziury w niebie!

— Wypra-a-szam sobie tego rodzaju żarty! — wrzasnął nagle Czarusznikow na całe gardło.

— Czego się drzesz! — spytał gubernator. — Chcesz nocować w milicji?

— Nie mogę nocować w milicji, — odrzekł burmistrz, — jestem sowieckim urzędnikiem...

Płonęły gwiazdy. Noc była pełna czarów. Na ulicy Sowieckiej toczył się zajadły spór pomiędzy gubernatorem i burmistrzem.



ROZDZIAŁ SZESNASTY.
Od Sewilli do Grenady.

Za pozwoleniem, a gdzież jest ojciec Fiodor? Gdzie się podział ogolony proboszcz parafji Froła i Ławra? Wybierał się bodaj do domu Nr. 34 przy ul. Winnej do obywatela Brunsa? Gdzież jest ten poszukiwacz skarbów w masce anioła i śmiertelny wróg Hipolita Matwiejewicza, czatującego właśnie z biciem serca w ciemnym korytarzu koło kasy ogniotrwałej?

Przepadł ojciec Fiodor, jak kamień w wodę. Licho go gdzieś poniosło. Powiadają, że widziano go na stacji Popasnaja w okręgu donieckim. Biegł po peronie z czajnikiem pełnym wrzątku.

Opętało coś ojca Fiodora. Zachciało mu się bogactwa. Ugania się po Rosji, szukając krzeseł generałowej Popowej, w których wyznać to trzeba bez ogródek, niema ani złamanego szeląga.

Jeździ ojcaszek po Rosji. I pisze, listy do żony.


LIST
ojca Fiodora, pisany na dworcu w Charkowie, do żony, przebywającej w powiatowem mieście N.

Kochanie moje, Katarzyno Aleksandrowna! Zawiniłem bardzo wobec ciebie. Porzuciłem ciebie, niebogo, w tych okropnych, niepewnych czasach.
Muszę ci wszystko dokumentnie opowiedzieć. Zrozumiesz mnie i bezwątpienia rozgrzeszysz.
A teraz czytaj uważnie. Wkrótce już zmieni się nasze życie na lepsze. Pamiętasz, mówiłem ci kiedyś o fabryce świec. Będzie jak amen w pacierzu i może jeszcze coś nie coś będzie.
A ty nie będziesz już musiała gotować sama obiady i trzymać jeszcze na dobitkę stołownika.
Do Samary pojedziemy. Służącą sobie przyjmiemy.
Sprawa, uważasz, jest taka..., lecz zachowaj to w wielkim sekrecie: nikomu, nawet Marji Iwanównie nie piśnij ani słówka.
Szukam skarbu. Przypominasz sobie nieboszczkę Klaudję Iwanównę Pietuchową, teściową Worobjaninowa?
Klaudia Iwanówna wyznała przed śmiercią, że w domu jej w Starogrodzie w jednem z krzeseł (jest ich raptem dwanaście) ukryła swe brylanty.
Nie pomyśl, uchowaj Boże, Katieńko, że jestem jakimś złodziejem. Brylanty te przekazała mi nieboszczka na łożu śmiertelnem i nakazała strzec je przed dręczycielem jej, Hipolitem Matwiejewiczem.
O to powody, dla których ciebie, niebożę, porzuciłem tak niespodzianie.
Już ty mi daruj me winy.
Przyjechałem do Starogrodu. Wyobraź sobie, ten stary rozpustnik też tam się znalazł. Dowiedział się jakimś cudem. Najwidoczniej torturował nieboszczkę przed śmiercią. Okropny człowiek! Jeździ z nim jakiś kryminalista z pod ciemnej gwiazdy, wynajął sobie, uważasz, bandytę. Poprostu napadli na mnie, chcieli mnie sprzątnąć. Lecz ze mną nie tak łatwo, lepiej nie zadzierać, nie dałem się.
Najpierw wpadłem na fałszywe ślady. W willi Worobjaninowa (znajduje się tam teraz zakład miłosierdzia) znalazłem jedno krzesło. Niosę ten mebel do siebie do hotelu „Sorbonna” aż tu naraz zza węgła rzuca się na mnie jakieś indywiduum, rycząc dziko, jak lew. Złapał za krzesło. Omal nie doszło do bójki. Chciano mnie, uważasz, skompromitować. Przyjrzałem mu się — wielkie nieba — Worobjaninow! Ostrzygł się, wyobraź sobie, łeb sobie zgolił. Aferzysta, kompromituje się na stare lata.
Połamaliśmy krzesło doszczętnie, lecz nic tam nie było. Dopiero potem zrozumiałem, że byłem na fałszywym tropie. A wtedy bardzo martwiłem się.
Dotknęło mnie to do żywego, to też wyłożyłem temu rozpustnikowi całą prawdę na talerz.
— A to, — powiadam, — hańba na stare lata. A to, powiadam, dzikie jakieś zwyczaje zapanowały teraz w Rosji. Marszałek szlachty, jako ów lew srogi, rzuca się na osobę duchowną i wymawia jej bezpartyjność? Pan, — powiadam, — jest podłym człowiekiem, dręczycielem Klaudii Iwanówny i amatorem cudzego mienia, które teraz jest już dobrem państwowem.
Wstyd mu się zrobiło i poszedł sobie — przysiągłbym, że do domu publicznego.
A ja wróciłem do siebie, do hotelu „Sorbonna” i zacząłem obmyślać plan działania na przyszłość. I w padłem na genjalny pomysł, na który ten golony dureń nigdyby nie wpadł. Postanowiłem odnaleźć człowieka, który z urzędu przydzielał zarekwirowane meble. Widzisz, Katieńko, nie napróżno kształciłem się na wydziale prawnym — przydało mi się to teraz. Odnalazłem tego człowieka. Nazajutrz już go odnalazłem. Bartłomiejewicz — bardzo godny staruszek. Żyje sobie — ciężką pracą na chleb powszedni zarabia. Dał mi wszystkie dokumenty. Musiałem go, oczywista, za tę przysługę odpowiednio wynagrodzić. Zostałem bez pieniędzy (ale o tem potem). Okazało się, że wszystkie dwanaście krzeseł z salonu Worobjaninowa nabył inżynier Bruns, zamieszkały przy ul. Winnej 1. 34. Zauważ, wszystkie krzesła są w posiadaniu jednego człowieka. A tego w żadnym wypadku nie spodziewałem się (obawiałem się, że krzesła będą w rozmaitych miejscach). To też bardzo się z tego powodu ucieszyłem. I znów, akurat w Sorbonnie, spotkałem się z tym łotrem Worobjaninowem. Zbeształem go, jak się patrzy, a i jego kamrata, tego bandyty, nie szczędziłem. Okropnie bałem się, by nie przeniknęli czasem mojej tajemnicy. To też przyczaiłem się w hotelu aż do chwili ich odjazdu.
Bruns, jak się okazało, w 1923 roku przeniósł się ze Starogrodu do Charkowa, gdzie otrzymał posadę. Od dozorcy domu dowiedziałem się, że zabrał z sobą wszystkie meble i że bardzo o nie dba. Powiadają, że to człowiek ogromnie solidny.
Siedzę teraz w Charkowie na dworcu i piszę z tej oto racji.
Po pierwsze, bardzo ciebie kocham i często wspominam, a po drugie Brunsa już tu niema.
Lecz nie martw się. Bruns, jak mnie poinformowano pracuje teraz w Rostowie, w Noworoscemencie. Pieniędzy starczy mi od biedy ledwo na drogę.
Wyjeżdżam za godzinę. A ty, moja kochana, wstąp, proszę cię, do zięcia, weź od niego pięćdziesiąt rubli (winien mi tę kwotę i przyrzekł oddać) i wyszlij do Rostowa — na poste restante dla Fiedora Joanowicza Wostrikowa. Przekaz — ze względów oszczędnościowych — wyszlij pocztą. Będzie cię to kosztować trzydzieści kopiejek.
Co słychać w mieście? Czy są jakie nowiny?
Czy była u ciebie Kondratjewna? Ojcu Cyrylowi powiedz, że lada dzień wrócę, że pojechałem, uważasz, do konającej ciotki do Woroneża.
Żyj oszczędnie. Czy Jewstigniewicz stołuje się nadal? Pozdrów go ode mnie. Powiedz, że pojechałem do ciotki.
Czy pogoda wam dopisuje? Tu, w Charkowie, mamy kompletne lato. Miasto wspaniałe. Stolica ukraińskiej republiki. Po naszej dziurze prowincjonalnej wydaje się człowiekowi, że znalazł się cudem za granicą.
Pamiętaj: 1) Letnią sutannę oddać do pralni (lepiej zapłacić 3 ruble za wypranie, niż rujnować się na nową), 2) szanuj zdrowie, 3) jeśli będziesz pisała do Gulenki, zaznacz od niechcenia, że pojechałem do ciotki do Woroneża.

Czule całuję ciebie, obejmuję i błogosławię.
Pozdrów wszystkich. Powiedz, że wkrótce wrócę.

Twój mąż Fiedia.

P. S. Gdzie też teraz myszkuje ten Worobjaninow?


Miłość zjada człowieka. Byk ryczy z namiętności. Kogut nie może znaleźć sobie miejsca. Marszałek szlachty traci apetyt.

Hipolit Matwiejewicz, zostawiwszy Ostapa w knajpie, udał się do różowego domku i stanął na czatach obok kasy ogniotrwałej. Słyszał turkot odchodzących do Kastylji pociągów i plusk odbijających od brzegu parostatków.

Nikną w oddali Alpuhary złote wieżyce...

Serce tłukło, jak dzwon na trwogę. W uszach dzwoniło...

Wyjdź, me kochanie, na zew gitary, ukój tęsknicę...

Niepokój unosił się w powietrzu. Bezlitosny był chłód kasy ogniotrwałej.

Od Sewilli do Grenady, poprzez cichej nocy lęk...

W „piórnikach” jęczały gramofony. Rozlegało się brzęczenie prymusów.

Słychać dźwięki serenady, słychać groźny mieczy szczęk...

Jednem słowem, Hipolit Matwiejewicz zakochał się po uszy w Lizie Kałaczewej.

Wielu ludzi mijało czatującego w korytarzu Hipolita Matwiejewicza, lecz zalatywał od nich zapach tytoniu, wódki, apteki albo też zapach kwaszonego barszczu.

Wskutek panujących w korytarzach ciemności można było rozróżniać ludzi jedynie według zapachu lub po krokach.

Liza nie przechodziła dotąd.

Co do tego Hipolit Matwiejewicz nie miał żadnych wątpliwości. Nie ćmiła przecież papierosów, nie piła wódki i nie nosiła butów, podkutych żelaznemi gwoździami.

Nie mogła pachnieć ani jodyną, ani wędzonką. Mógł od niej zalatywać jedynie najsubtelniejszy zapach ryżowej kaszy lub smacznie przyrządzonego siana, którem pani Nordman - Sjewierowa tak długo żywiła znakomitego malarza Ilję Rjepina.

Lecz oto rozległy się lekkie niepewne kroki. Ktoś, rozkosznie pomrukując, szedł przez korytarz, potykając się o jego elastyczne ściany.

— Czy to pani, Jelizaweto Pietrowna? — spytał Hipolit Matwiejewicz głosikiem, przypominającym podmuch zefiru.

W odpowiedzi rozległ się potężny bas:

— Przepraszam, gdzie tu mieszkają Pfefferkornowie? Ciemno tu, choć oko wykol.

Przerażony Hipolit Matwiejewicz zamilkł. Poszukiwacz Pfefferkornów, nie doczekawszy się odpowiedzi, poszedł po omacku dalej.

Liza nadeszła dopiero około dziewiątej. Wyszli na ulicę. Niebo powlekło się karmelkową zielenią.

— Dokąd pójdziemy? — spytała Liza.

Hipolit Matwiejewicz spojrzał na jej białą roziskrzoną twarzyczkę i zamiast powiedzieć poprostu — „tu, Inezyljo, pod oknem twem stoję”, — zaczął rozwlekle i nudno opowiadać o tem, że dawno już nie był w Moskwie i że Paryż stokrotnie przewyższa Moskwę, która, niech sobie ludzie mówią, co chcą, jest jeno dużą, lecz planowo rozrzuconą wsią.

— Pamiętam, Jelizawieto Pietrowna, owe czasy, gdy Moskwa nie była taka, jak teraz. Teraz na każdym kroku odczuwa się sknerstwo. A my w owych czasach nie liczyliśmy się z groszem. Hej, użyjmy żywota, wszak żyjem tylko raz. Piękna piosnka...

Po przez Preczystienski bulwar doszli do kościoła Zbawiciela. Tramwaje toczyły się poprzez mosty. Rzekę kryły łódki. Smętnie brzęczała samotna harmonijka.

Liza, ścisnąwszy dłoń Hipolita Matwiejewicza, opowiedziała mu o wszystkich swych strapieniach. O sprzeczce z mężem, o ciężkiej doli wśród podsłuchujących ustawicznie sąsiadów — dawnych chemików — i o monotonji jarskiej kuchni.

Hipolit Matwiejewicz słuchał i kombinował. Budziły się w nim demony. Marzył o niezwykłej jakiejś kolacji.

Doszedł do wniosku, że takie dziewczę trzeba koniecznie czemś olśnić.

W kieszeni miał Hipolit Matwiejewicz połowę kwoty, zarobionej przez aferzystów na starogrodzkim spisku. Dla odwykłego od komfortu Worobjaninowa była to zawrotna suma.

Podniecony nadzieją romansu, pragnął olśnić Lizę szerokim gestem. Uważał, iż ma po temu wspaniałe warunki.

Z dumą pomyślał o tem, jak łatwo ongi zdobył serce pięknej Heleny Bour.

Posiadał zdolność łatwego i nonszalanckiego wydawania pieniędzy. W całym Starogrodzie słynął z ogłady towarzyskiej i umiejętności prowadzenia rozmów z salonowemi lwicami. Śmieszną rzeczą wydawało mu się roztaczanie bogactwa swych walorów towarzyskich w celu zdobycia tego sowieckiego maleństwa, które prawdę mówiąc, niczego jeszcze, jak się patrzy, nie znało ani nie widziało.

Po krótkiej perswazji Hipolit Matwiejewicz zawiózł Lizę do wzorowej restauracji M. S. P. O. p. f. „Praga”. Był to, według słów Bendera, najlepszy lokal w Moskwie.

„Praga” olśniła Lizę mnóstwem luster, żyrandoli i kwiatów. Lizie można to było darować, albowiem nigdy dotąd w życiu nie bywała w dużych luksusowych restauracjach.

Lecz całkiem nieoczekiwanie sala lustrzana zdziwiła również Hipolita Matwiejewicza. Zacofaniec zapomniał z kretesem o zwyczajach światowych. Teraz wstydził się kompletnie swych buciorów o sfatygowanych mocno obcasach, wstydził się przedwojennych jeszcze spodni i księżycowej kamizelki, upstrzonej gęsto gwiazdami.

Oboje zmieszali się i stanęli, jak wryci, na progu. Towarzystwo — dość mieszane zresztą — bacznie im się przyglądało.

— Może siądziemy w tamtym kącie? — zaproponował Worobjaninow, mimo iż tuż koło estrady, na której orkiestra znęcała się nad „Bajaderą”, były wolne stoliki.

Liza, czując, że wszyscy na nią patrzą, szybko zgodziła się. Za nią, bardzo zmieszany, kroczył lew salonowy i zdobywca kobiet — Worobjaninow.

Wytarte spodnie salonowego lwa zwisały nakształt worka. Zdobywca kobiet zgarbił się i, pragnąc opanować zmieszanie, zaczął przecierać szkła.

Nikt nie podchodził do stołu. Tego Hipolit Matwiejewicz nie spodziewał się. I zamiast uprzejmą rozmową bawić swą damę, milczał, męczył się, nieśmiało stukał popielniczką i nieustannie chrząkał.

Liza ciekawie rozglądała się po sali, milczenie stawało się nieznośne, lecz Hipolit Matwiejewicz nie mógł wyksztusić ani słowa. Zapomniał z kretesem, co w takich okolicznościach zwykł był mówić.

Usta kneblowało mu to, że nikt ze służby nie podchodził do stolika.

— Proszę pana, — przywoływał przebiegających koło stolika robotników „nar - pita”[8].

— Momencik, — krzyczeli kelnerzy, mijając stolik.

W końcu przyniesiono kartę. Hipolit Matwiejewicz z widoczną ulgą pogrążył się w kontemplacjach nad nią.

— Patrzajcie, — bąknął, — sznycle cielęce dwa dwadzieścia pięć, filè — dwa dwadzieścia pięć, wódka — pięć rubli.

— Pięć rubli duża karafka, — zakomunikował kelner, niecierpliwiąc się najwidoczniej.

„Co się ze miną dzieje?” — przeraził się Hipolit Matwiejewicz. — „Staję się śmieszny”.

— Bardzo proszę, — zwrócił się do Lizy ze spóźnioną mocno uprzejmością, — może pani będzie łaskawa wybrać? Co pani rozkaże?

Lizie było przykro. Widziała, że kelner lekceważąco spogląda na jej towarzysza i rozumiała, że robi on coś nie tak, jak należy.

— Nie chcę mi się zupełnie jeść, — głos jej się załamywał, — albo — już wiem... Powiedźcie mi, towarzyszu, czy mogłabym dostać u was coś z jarskich potraw?

Kelner zaczął przestępować z nogi na nogę, jak koń.

— Nic jarskiego nie mamy. Możeby tak omlecik z szynką?

— Już wiem, — rzekł, powziąwszy nagle decyzję, Hipolit Matwiejewicz. — Proszę nam dać parówek. Jelizawieto Pietrówna, będzie pani przecież jadła parówki?

— Będę.

— Tak. Parówki. Te, po rubel dwadzieścia pięć. I butelkę wódki.

— Karafeczką tylko mogę służyć.

— A więc proszę o dużą karafkę.

Robotnik nar - pita rzucił okiem na bezbronną Lizę.

— Jakie zakąski każą państwo podać? Kawioru świeżego? Coś z ryb? A może paszteciki?

W Hipolicie Matwiejewiczu żachnął się urzędnik Z. A. G. S.-a.

— Nie trzeba, — burknął opryskliwie. — Po ile są u was kwaszone ogórki? Dobrze, poproszę o dwa.

Kelner zniknął i przy stoliku zapanowało znów milczenie. Ciszę Liza przerwała.

— Nigdy tu jeszcze nie byłam. Bardzo tu przyjemnie.

— Ta-a-k, — przytaknął Hipolit Matwiejewicz, obliczając w myśli cenę zamówionych potraw.

„Gdy tylko, — pomyślał sobie, — napiję się wódki — zaraz nabiorę animuszu. Bo to, doprawdy, tak jakoś nijako”.

Lecz, gdy napił się wódki i przegryzł ogórkiem to nie nabrał wcale animuszu, lecz jeszcze bardziej zasępił się. Liza nie tknęła wódki. Naprężenie nie znikło. Na dobitkę podszedł do stolika sprzedawca kwiatów i patrząc przymilnie na Lizę, zachęcał Worobjaninowa do kupna kwiatów.

Hipolit Matwiejewicz udał, że nie dostrzega wąsatego sprzedawcy, lecz ten nie dawał za wygraną. Zalecać się przy nim było absolutną niemożliwością.

Na pewien czas uratował sytuację rozpoczęły właśnie program. Na estradę wyszedł rozlazły mężczyzna w smokingu i lakierach.

— A więc znów mamy przyjemność widzieć się, — zwrócił się z nonszalancją do publiczności. — Jako kolejny numer naszego programu ukaże się światowej sławy śpiewaczka, wykonawczyni rosyjskich pieśni ludowych, powszechnie znana w Marjinej Roszczy Barbara Iwanowna Godlewska. Barbaro Iwanówno! Prosimy!

Hipolit Matwiejewicz pił wódkę i milczał. Ponieważ Liza nie piła i ciągle wyrywała się do domu, trzeba było śpieszyć się, żeby wypić całą karafkę.

Gdy na scenę wyszedł kuplecista w prążkowanej kurtce, który zajął z kolei miejsce śpiewaczki, znanej w Marjinej Roszczy, i zaśpiewał:


Wciąż w kółko chodzicie
I wszędzie łazicie.
A taka łazęga
To istna mordęga.
I kiszce waszej ślepej
Nie będzie ni krzty lepiej.


Hipolit Matwiejewicz porządnie już był podchmielony i razem ze wszystkimi gośćmi luksusowej restauracji, których tak niedawno jeszcze uważał za ordynarnych sowieckich bandytów i obrzydliwe sknery, — zaczął bić do taktu w dłonie i nucić do wtóru:


— Bo taka łazęga...
To istna mordęga...


Bardzo często zrywał się z miejsca i nie przepraszając swej towarzyszki, pędził do garderoby. Sąsiednie stoliki nazywały go już poufale stryjkiem i zapraszały na kufel piwa. Lecz Worobjaninow był nieczuły na te uprzejmości. Stał się naraz dumny i podejrzliwy. Liza stanowczo wstała od stołu:

— Ja idę. A pan niech sobie zostanie. Sama trafię.

— Nie, skądże znowu? Jako szlachcic, nie mogę na to pozwolić! Senior! Rachunek! Dra-nie!

Hipolit Matwiejewicz, kołysząc się na krześle, oglądał długo rachunek.

— Dziewięć rubli dwadzieścia kopiejek? — mamrotał. — A może dać wam jeszcze klucz od mieszkania, w którem leżą pieniądze?

Koniec był taki, że wyprowadzono Hipolita Matwiejewicza z sali, trzymając go troskliwie pod ręce. Liza nie mogła uciec, ponieważ kwit z garderoby był w posiadaniu salonowego lwa.

Na ulicy Hipolit Matwiejewicz, nie tracąc czasu, przyparł Lizę do muru i zaczął ją obłapiać. Liza, milcząc, broniła się.

— Panie! — mówiła. — Panie! Panie!

— Jedźmy do hotelu! — namawiał ją Worobjaninow.

Liza wydarła się wreszcie z objęć Worobjaninowa i małą piąstką trzepnęła zdobywcę kobiet prosto w nos. Momentalnie spadły mu z nosa złote binokle i szkła pod potężnym butem stłukły się na miazgę.

Chłodził tam skronie powiew zefiru...

Liza, dławiąc się łzami, pobiegła pędem do swego domu.

Szemrały wody Gwadalkiwiru...

Hipolit Matwiejewicz, pozbawiony szkieł, podreptał w przeciwnym kierunku, wrzeszcząc na całe gardło:

— Łapaj złodzieja!

Potem długo płakał i, wciąż płacząc, kupił od przekupki wszystkie obwarzanki razem z koszem. Wyszedł na Smoleński rynek, opustoszały i ciemny, i długo przechadzał się po nim, rozrzucając obwarzanki tak, jak siewca rzuca ziarna. Przy tem fałszywie nucił:


— Bo taka łazęga
To istna mordęga...


Następnie Hipolit Matwiejewicz zaprzyjaźnił się z dorożkarzem, duszę przed nim otworzył naoścież i mętnie opowiadał mu o brylantach.

— Wesoły gość! — krzyknął z uznaniem dorożkarz.

Hipolit Matwiejewicz istotnie rozweselił się. Najwidoczniej jednak wesołość jego miała nieco niewłaściwy charakter, albowiem o godzinie jedenastej rano obudził się w lokalu milicji. Z dwustu rubli, które miał w zanadrzu, zaczynając tak haniebnie szaloną noc uciech, pozostało mu zaledwie dwanaście.

Wydawało mu się, że umiera. Bolał go krzyż, dokuczała wątroba i głowa ciążyła jak ołów. Lecz najokropniejsze było to, że absolutnie nie mógł sobie przypomnieć, gdzie i w jaki sposób wydał tak zawrotną sumę. Po drodze do domu musiał jeszcze wstąpić do optyka, by wstawił mu nowe szkła do binokli.

Ostap w najwyższym zdumieniu oglądał długo stłamszoną figurę Hipolita Matwiejewicza. Nic jednak nie powiedział. Był spokojny i gotów do walki.



ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY.
Egzekucja.

Licytacja rozpoczynała się o piątej. Obywateli, pragnących obejrzeć rzeczy, znajdujące się na licytacji, wpuszczano od czwartej. Przyjaciele przyszli o trzeciej i calutką godzinę oglądali znajdującą się w tym samym gmachu wystawę z zakresu budowy maszyn.

— Widzi mi się, — rzekł Ostap, — że już jutro, jeśli zechcemy, będziemy mogli kupić sobie tę maszynę. Szkoda, że niema na niej ceny. Bądź co bądź, przyjemnie jest mieć własną maszynę.

Hipolit Matwiejewicz był zgnębiony. Jedynie tylko krzesła mogłyby go pocieszyć. Oddalił się od nich dopiero wtedy, gdy na katedrę wlazł brodaty jegomość w kraciastych spodniach „Stulecie” i kurtce z rosyjskiego kowerkotu.

Aferzyści nasi usiedli w czwartym rzędzie po prawej stronie. Hipolit Matwiejewicz zaczął się okropnie denerwować. Myślał, że licytację zaczną od krzeseł. Lecz w długim spisie stały one dopiero na czterdziestem trzeciem miejscu, i na pierwszy ogień — jak to zwykle na licytacji — poszła wszelaka starzyzna i rupiecie: pojedyńcze sztuki herbowych serwisów, sosjerka, srebrny kubek, pejzaż pędzla Pietunina, wyszywana koralikami torebka damska, zupełnie nowy palnik od prymusa, popiersie Napoleona, płócienne biustonosze, gobelin „Myśliwy, strzelający do dzikich kaczek” i temu podobna zbieranina.

Trzeba było cierpieć i czekać. Czekać było straszliwie ciężko. Wszystkie krzesła stały na widoku. Cel był bliski — osiągalny. Wystarczyło wyciągnąć tylko rękę.

„Zakotłowałoby się tutaj nieludzko” — pomyślał Ostap, oglądając zgromadzona publiczność, — „gdyby te ananasy dowiedziały się, jaka gratka przypadnie nabywcy tych krzeseł”.

— Rzeźba, wyobrażająca sprawiedliwość! — oznajmił celebrujący tę uroczystość licytator. — Bronz. W całkiem dobrym stanie. Pięć rubli. Kto da więcej? Sześć i pół po prawej, tam w końcu — siedem. Osiem rubli w pierwszym rzędzie nawprost. Po raz drugi osiem rubli nawprost. Po raz trzeci. W pierwszym rzędzie nawprost.

Do obywatela w pierwszym rzędzie pomknęła chyżo jakaś dziewoja, by za pokwitowaniem zainkasować należną od niego kwotę.

Stukał młotek. Sprzedano już popielniczki z pałacu, szkło baccarat, porcelanową puderniczkę. Czas dłużył się niemiłosiernie.

— Bronzowa figurka Aleksandra Trzeciego. Może służyć jako przycisk. Do niczego więcej chyba nie nadaje się. Kto kupi popiersie Aleksandra Trzeciego?

Wśród publiczności rozległ się śmiech.

— Kup sobie, marszałku, — zadrwił Ostap. — Pan przecież na to, jak na lato!

Hipolit Matwiejewicz nie odrywał oczu od krzeseł i milczał.

— Niema amatorów? Wycofujemy z licytacji bronzowe popiersie Aleksandra Trzeciego. Rzeźba, wyobrażająca sprawiedliwość. Najprawdopodobniej pendant do kupionej przed chwilą. Wasylu, pokażcie publiczności sprawiedliwość. Pięć rubli. Kto da więcej?

W pierwszym rzędzie nawprost rozległo się sapanie. Najwidoczniej obywatel z pierwszego rzędu pragnął mieć sprawiedliwość w komplecie.

— Pięć rubli sprawiedliwość z bronzu!

— Sześć! — powiedział obywatel.

— Sześć rubli nawprost. Siedem. Dziewięć rubli w końcu po prawej stronie.

— Dziewięć i pół — rzekł cicho amator sprawiedliwości, podnosząc rękę do góry.

— I pół nawprost. Po raz drugi — i pół nawprost. Po raz trzeci dziewięć i pół.

Młotek stuknął. Obywatela w pierwszym rzędzie znów zaatakowała dziewica z kwitkiem.

Zapłacił należność i udał się do sąsiedniego pokoju, aby odebrać swe bronzy.

— Dziesięć krzeseł z pałacu! — rzekł nagle urzędnik.

— Dlaczego z pałacu? — zdziwił się szeptem Hipolit Matwiejewicz.

Ostap rozgniewał się na dobre.

— Do stu djabłów! Siedź pan i nie ciskaj się!

— Dziesięć krzeseł z pałacu. Orzech. Epoka Aleksandra Drugiego. W doskonałym stanie. Z fabryki mebli Gambsa. Wasylu, proszę pokazać jedno krzesło.

Wasyl tak bezceremonialnie chwycił krzesło, że Hipolit Matwiejewicz aż podskoczył.

— A to ciężki idjota! Skaranie boskie! Siadaj pan! — syknął Ostap. — Siadaj, powiadam!

Hipolit Matwiejewicz wyciągnął szyję. Ostap zamienił się cały w słuch. Twarz mu się rozjaśniła.

— Dziesięć krzeseł. Orzech. Osiemdziesiąt rubli.

Sala ożywiła się. Sprzedawano rzecz, przydatną w gospodarstwie. Ręce podnosiły się jedna za drugą. Ostap nie tracił zimnej krwi.

— Czemu pan nie przystępuje do licytacji? — zaatakował go Worobjaninow.

— Precz! — odrzekł Ostap, zaciskając zęby.

— Sto dwadzieścia rubli w tylnych rzędach. Sto trzydzieści pięć także tam. Sto czterdzieści.

Ostap z całym spokojem odwrócił się plecami do katedry i z uśmiechem na ustach zaczął oglądać swych konkurentów.

Licytacja osiągnęła punkt kulminacyjny. Było tłoczno. Dama jakaś, stojąca akurat za Ostapem, zapłonęła chęcią zdobycia krzeseł i, naradziwszy się z mężem, (Prześliczna robota! Popatrz, złotko! Pałacowe meble!) podniosła rękę do góry.

— Sto czterdzieści pięć w piątym rzędzie naprawo. Po raz pierwszy.

Zainteresowanie zgasło. Zbyt drogie były te krzesła.

— Sto czterdzieści pięć. Po raz drugi.

Ostap obojętnie oglądał gzyms. Hipolit Matwiejewicz siedział z głową pochyloną i za każdym razem podskakiwał.

— Sto czterdzieści pięć. Po raz trzeci.

Lecz nim czarny lakierowany młoteczek stuknął o politurowaną katedrę, Ostap odwrócił się, podniósł rękę do góry i niezbyt głośno rzucił:

— Dwieście!

Wszystkie głowy odwróciły się, jak na komendę, w stronę naszych aferzystów. Zakołysały się czapki, kaszkiety i kapelusze. Licytator podniósł znudzone oblicze i spojrzał na Ostapa.

— Dwieście, po raz pierwszy, — rzekł — dwieście w czwartym rzędzie na prawo, po raz drugi. Czy nikt więcej nie staje do licytacji? Dwieście rubli pałacowy garnitur orzechowy, złożony z dziesięciu sztuk. Dwieście rubli po raz trzeci w czwartym rzędzie na prawo.

Ręka z młoteczkiem zawisła nad katedrą.

— Mało! — rzekł głośno Hipolit Matwiejewicz.

Ostap, zaróżowiony i spokojny, uśmiechał się. Młoteczek stuknął, wydając niebiański dźwięk.

— Sprzedane, — oznajmił licytator. — Pani się pofatyguje — w czwartym rzędzie na prawo.

— I cóż, marszałku, efektownie wypadło? — spytał Ostap. — Ciekaw jestem, jakby pan sobie dal radę bez technicznego doradcy?

Hipolit Matwiejewicz westchnął głęboko z nadmiaru szczęścia.

Galopem podbiegła do nich funkcjonariuszka.

— Panowie nabyli krzesła?

— My! — wrzasnął powstrzymujący się dotąd gwałtem Hipolit Matwiejewicz. — My, my. Kiedy można je będzie zabrać?

— To już od pana zależy. Choćby zaraz!

Refren — „Bo taka łazęga, to istna mordęga” — kołatał się uporczywie po głowie Hipolita Matwiejewicza. Krzesła są nasze, nasze, nasze! Krzyczał o tem cały jego organizm. Nasze! — krzyczała wątroba. Nasze! — potakiwała nerka.

Tak się ucieszył, że w najbardziej nieoczekiwanych miejscach zaczęły mu tłuc tętnice. Wszystko wibrowało, przewalało się i trzeszczało pod naporem niesłychanego szczęścia. Oczom jego ukazał się pociąg, zbliżający się do Sant-Gotardu. Na platformie ostatniego wagonu stał w białych spodniach Hipolit Matwiejewicz Worobjaninow i ćmił cygaro. Blask słońca padał na jego głowę, połyskując znów aluminjową siwizną. Hipolit Matwiejewicz jechał do Edem.

— A dlaczego dwieście trzydzieści, a nie dwieście? — usłyszał nagle Hipolit Matwiejewicz.

Mówił to Ostap, oglądając uważnie pokwitowanie.

— Dolicza się piętnaście procent komisowego — odrzekła panna.

— Trudna rada! Proszę!

Ostap wyciągnął portfel, odliczył dwieście rubli i zwrócił się do głównego dyrektora imprezy.

— Kochany panie, proszę wybulić trzydzieści rubelków, tylko raz dwa, widzi pan przecież, że niewiasta czeka. No!

Hipolit Matwiejewicz nie próbował nawet wyjąć pieniędzy.

— No? Czego pan na mnie tak gapi się, jak ciele na malowane wrota? Osłupiał pan ze szczęścia, czy co?

— Nie mam pieniędzy — wybełkotał wreszcie Hipolit Matwiejewicz.

— Kto niema? — spytał Ostap bardzo cicho.

— Ja nie mam.

— A dwieście rubli?

— Ja... hm... z-zgubiłem je.

Ostap spojrzał na Worobjaninowa, jednym rzutem oka ocenił jego zmięte oblicze, zieloną cerę i nabrzmiałe worki pod oczami.

— Daj pan pieniądze! — szepnął z nienawiścią — Stare bydlę.

— Czy pan ma zamiar zapłacić — spytała niewiasta.

— Momencik, — rzekł Ostap, uśmiechając się rozkosznie — maleńka zwłoka.

Była jeszcze odrobina nadziei. Można było nakłonić ich, by zaczekali na zapłatę.

Akurat Hipolit Matwiejewicz ocknął się z zadumy i, plując na wszystkie strony, wmieszał się gwałtem do rozmowy.

— Za pozwoleniem! — ryknął. — Za co komisowe? Nic nie wiemy o komisowem! Trzeba uprzedzać o takich rzeczach. Odmawiam zapłacenia tych trzydziestu rubli!

— Dobrze — rzekła grzecznie niewiasta — zaraz to załatwię.

Wziąwszy kwitek, pofrunęła w kierunku licytatora i mruknęła doń kilka słów. Licytator niezwłocznie wyprostował się. Broda jego połyskiwała w świetle jaskrawych lamp elektrycznych.

— Zgodnie z regulaminem licytacyj — oznajmił dobitnie — osoba, wzdragająca się przed zapłaceniem całkowitej kwoty za nabyty przedmiot, winna opuścić halę licytacyjną! Sprzedaż krzeseł niniejszym unieważniam.

Zdumieni przyjaciele siedzieli bez ruchu.

— Proszę państwa — rzekł licytator.

Efekt był piorunujący. Publiczność zaczęła się złośliwie śmiać. Ostap jednakże nie ruszał się z miejsca. Takich emocyj oddawna już nie doświadczał.

— Pro-o-szę państwa!

Licytator piszczał głosem, nieznoszącym sprzeciwu.

Śmiech na sali stał się głośniejszy.

I poszli oni. Niewielu ludzi wychodziło z hali licytacyjnej z tak gorzkiem uczuciem . Pierwszy szedł Worobjaninow. Zgiąwszy w pałąk kościste ramiona, szedł, jak żóraw w kusej marynarczynie i głupich buciorach; czuł na sobie ciepłe spojrzenie wielkiego kombinatora.

Aferzyści zatrzymali się w pokoju, sąsiadującym z halą licytacyjną. Teraz mogli obserwować przetarg jedynie poprzez szklane drzwi. Droga tam była już zamknięta. Ostap solidarnie milczał.

— Oburzające porządki — bełkotał tchórzliwie Hipolit Matwiejewicz — kompletny skandal! Do milicji trzeba pójść na skargę!

Ostap milczał.

— Nie, to doprawdy przechodzi już wszelkie pojęcie! — denerwował się w dalszym ciągu Worobjaninow — skórę zdzierają z ludu pracującego. Dalibóg!... Za jakieś tam używane dziesięć krzeseł dwieście trzydzieści rubli. Oszaleć można...

— Tak — bezdźwięcznie rzekł Ostap.

— Prawda? — upewnił się Worobjaninow. — O szaleć można!...

— Można.

Ostap podszedł do Worobjaninowa i, rozejrzawszy się dokoła, dał marszałkowi szlachty krótkie, silne i niedostrzegalne dla obcego oka uderzenie w bok.

— To za milicję! To za drożyznę krzeseł dla ludu pracującego wszystkich krajów! To za nocne włóczenie się po dziewczynkach! Świeczki w oczach ci staną! Ruski miesiąc popamiętasz!

Podczas całej tej egzekucji Hipolit Matwiejewicz ani pisnął.

Komuś obcemu mogłoby się wydać, że to syn rozmawia ze swym czcigodnym ojcem i dziwnieby jedynie mogło wydawać się, że ten ojciec z nadmiernem ożywieniem trzęsie głową.

— A teraz idź do stu djabłów!

Ostap odwrócił się tyłem do dyrektora imprezy i zaczął patrzeć na halę licytacyjną. Po chwili obejrzał się. Hipolit Matwiejewicz wyprężony na baczność stał wciąż jeszcze na tem samem miejscu.

— Duszo towarzystwa, jeszcze pan tu sterczy? Precz! No?

— Towa-a-rzyszu Bender — zaczął błagać Worobjaninow. — Towa-arzyszu Bender!

Ostap odwrócił się tyłem do dyrektora imprezy i zaczął patrzeć; tak mocno zainteresowało Bendera, że uchylił nieznacznie drzwi i zaczął przysłuchiwać się.

— Wszystko przepadło! — bąknął.

— Co przepadło? — spytał pojednawczo Worobjaninow.

— Krzesła sprzedają pojedynczo, psia krew! Może pragnie pan nabyć? Bardzo proszę. Nie zatrzymuję pana. Wątpię tylko, czy go puszczą. I o ile wiem, pieniądze się u pana nie przelewają.

W tym czasie w hali licytacyjnej działy się ciekawe rzeczy, licytator zorjentował się, że nie uda mu się wydębić od zebranych jednym zamachem dwustu rubli (zbyt wielka to była suma dla płotek pozostałych na sali), i postanowił wyrwać te dwieście rubli kawałkami.

— Cztery krzesła z pałacu. Orzech. Wyściełane. Robota Gambsa. Trzydzieści rubli. Kto da więcej?

Ostap odzyskał niezwłocznie zimną krew i panowanie nad sobą.

— Te, pupilku kobiet, stój tutaj i nigdzie się stąd nie ruszaj. Za pięć minut wrócę. A pan niech tu dopilnuje, kto i co. Żeby mi ani jedno krzesło nie wsiąkło.

W głowie Bendera zrodził się plan jedynie tylko możliwy w tak ciężkiej sytuacji.

Wybiegł na ulicę i skierował swe kroki do najbliższej budy, w której siedziała banda bezdomnych uliczników. Ostap wszczął z nimi fachową rozmowę.

Stosownie do obietnicy, wrócił do Hipolita Matwiejewicza po pięciu minutach. Ulicznicy stanęli w pogotowia przy wejściu do hali licytacyjnej.

— Sprzedają, sprzedają — wyszeptał Hipolit Matwiejewicz — cztery i dwa już sprzedali.

— To pana zasługa — rzekł Ostap — niech się pan cieszy, w rękach naszych prawie, uważa pan, mieliśmy, w rękach. Czy pan to rozumie?

W sali rozległ się skrzeczący głos, którym matka-natura obdarzyła tylko licytatorów, krupierów i szklarzy.

— I pół rubelka, po lewej stronie. Trzy. Jeszcze jedno krzesło z pałacu. Orzech. Całkiem niezniszczone... I pół nawprost. Po raz pierwszy — i pół napowrót.

Trzy krzesła sprzedano pojedyńczo. Licytator zapowiedział sprzedaż ostatniego krzesła. Wściekłość opanowała Ostapa. Znów zaatakował Worobjaninowa. Obelżywe jego uwagi były pełne goryczy. Kto wie, do czego doszedłby Ostap w swych sarkastycznych wycieczkach, gdyby nie przerwał mu nagle jakiś jegomość w branżowym garniturze z łódzkiego sukna. Wymachiwał pulchnemi rękami, pochylał się, skakał i cofał się, jakgdyby grał w tenisa.

— Powiedz mi pan — zagadnął śpiesznie Ostapa — doprawdy odbywa się tu licytacja? Tak? Licytacja? I doprawdy są tu rzeczy na sprzedaż? Ciekawe!

Nieznajomy odskoczył i przez twarz jego przewinęła się cała gama uśmiechów.

— Doprawdy — sprzedają tu rzeczy? I istotnie można tu tanio kupić? Pierwsza klasa! Ho, ho! Ach!...

Nieznajomy grubasek, kołysząc się w biodrach, przemknął tuż obok oszołomionych aferzystów i tak błyskawicznie kupił ostatnie krzesło, że Worobjaninow zdążył zaledwie chrząknąć.

Nieznajomy z kwitkiem w ręce pobiegł do paczkami.

— Czy krzesło to mogę odrazu zabrać? Ciekawe!... Ach!... Ach!...

Wykrzykując wciąż i żywo gestykulując, wpakował krzesło do dorożki i odjechał. Jeden z uliczników biegł za nim.

Powoli rozeszli się i rozjechali wszyscy nowonabywcy krzeseł. Za nimi biegli niepełnoletni agenci Ostapa. On sam też wreszcie poszedł. Hipolit Matwiejewicz lękliwie podążył za nim. Dzień dzisiejszy wydawał mu się snem. Wszystko odbyło się błyskawicznie i nie tak, jak tego oczekiwano.

Na Siwcewym Wrażku pianina, mandoliny i harmonje święciły nadejście wiosny. Okna były na oścież otwarte. Zdobiły je kwiaty w glinianych doniczkach. Opasły jegomość z koszulą rozchełstaną na owłosionej piersi, w szelkach stał w oknie i namiętnie śpiewał. Wzdłuż ściany przemykał wolno kot. W celkach migotały naftowe lampki.

Koło różowego domku przechadzał się Kola. Ujrzawszy idącego na przedzie Ostapa uprzejmie go pozdrowił i podszedł do Worobjaninowa. Hipolit Matwiejewicz serdecznie go powitał. Kola jednakże nie tracił napróżno czasu.

— Dobry wieczór — powiedział twardo i uderzył Hipolita Matwiejewicza w głowę.

Jednocześnie Kola wygłosił słowa całkiem banalne, według obserwującego tę scenę Ostapa.

— Taki los czeka każdego — rzekł Kola dziecinnym głosem — kto ośmieli się...

Na co właściwie ośmieli się, tego Kola nie dokończył. Stanął na palcach i, przymknąwszy oczy, trzasnął Worobjaninowa w gębę.

Hipolit Matwiejewicz podniósł zlekka rękę, lecz nie ważył się nawet pisnąć.

— Słusznie — rzekł Ostap — a teraz lu go w kark. Dwa razy. Tak. Trudna rada. Czasem jajko musi dać lekcję poglądową kurze... Jeszcze raz... Tak. Niech się pan nie krępuje. Po głowie proszę więcej nie bić. To jego najsłabsze miejsce.

Przypuszczać należy, że gdyby starogradzcy spiskowcy mogli ujrzeć tytana myśli i ojca rosyjskiej demokracji w owym tak krytycznym dlań momencie, to tajny związek „miecza i lemiesza” zakończyłby swój żywot.

— Starczy chyba — rzekł Kola, pakując rękę do kieszeni.

— Jeszcze tylko jeden jedyny raz — błagał go Ostap.

— Pal go licho! Popamięta teraz!

Kola odszedł. Ostap wszedł do Iwanopulo i spojrzał stamtąd na dół.

Hipolit Matwiejewicz stał naprzeciw, oparty o żelazne sztachety.

— Obywatelu! — krzyknął Ostap. — Wejdźcie do lokalu! Pozwalam łaskawie!

Gdy Hipolit Matwiejewicz wchodził do pokoju, był już zlekka ożywiony.

— Niesłychana bezczelność! — rzekł gniewnie. — Z trudem zapanowałem nad sobą!

— Aaj-aj-aj! — współczuł mu Ostap — jaka teraz młodzież! Okropna młodzież! Napastuje cudze żony! Sprzeniewierza cudze pieniądze... Kompletny upadek obyczajów!

I przypomniawszy sobie hałaśliwego nieznajomego, spytał:

— A proszę ja was, gdy tłuką po głowie — to naprawdę boli?

— Ja go wyzwę na pojedynek!

— Pycha! Mogę panu polecić mego dobrego znajomego. Zna kodeks honorowy na wyrywki i posiada dwie miotły nadające się akurat do walki nie na życie, lecz na śmierć. Na sekundantów można wziąć Iwanopulo i jego sąsiada z prawej strony. Jest to dawny honorowy obywatel miasta Krzywe Kąty i dotąd jeszcze pyszni się tą godnością. Można również zaimprowizować pojedynek na tasaki do mięsa — szykownie będzie. Każda rana śmiertelna — gwarantuję. Pokonany przeciwnik mechanicznie zmienia się w kotlet. Czy dogadza to panu, panie marszałku?

Akurat na ulicy rozległ się gwizd, wobec czego Ostap udał się, by zebrać informacje od swych przygodnych agentów.

Andrusy wyśmienicie wywiązali się z włożonych na nich zadań. Cztery krzesła powędrowały do teatru Kolumba. Ulicznik szczegółowo opowiedział, jak krzesła te wieziono w dorożce, potem wyładowano i wniesiono do gmachu przez boczne wejście. Miejsce, gdzie znajdował się teatr było Ostapowi dobrze znane.

Dwa krzesła zabrała na dorożce „szykowna lafirynda”, jak oznajmił drugi młodociany detektyw. Chłopak, jak widać, nie odznaczał się zbyt wielkiemi zdolnościami. Uliczkę, na którą przywieziono krzesła — ulicę Warsonofjewską — zapamiętał, zapamiętał również numer pokoju — siedemnasty, lecz numeru domu nie mógł sobie ani rusz przypomnieć.

— Bardzo prędko biegłem — oświadczył ulicznik — ulotniło mi się z pamięci.

— Nie dostaniesz pieniędzy — oznajmił impresarjo.

— Stry-yjku!... Toż wskażę ci jutro ten dom.

— Dobrze. Pal sęk. Pójdziemy razem.

Hałaśliwy jegomość mieszkał, jak się okazało, na Sadowo-Spasskiej ulicy. Dokładny jego adres zapisał sobie Ostap w notesie.

Ósme krzesło powędrowało do Domu Ludowego. Chłopak, pilnujący tego krzesła, okazał się nielada wygą.

Przezwyciężywszy wszelkie przeszkody w postaci komendantury i nader licznych kurjerów, dotarł do środka i przekonał się, że krzesło zostało nabyte przez administratora czasopisma „Warsztat”.

Brakowało jeszcze dwóch chłopców. Przybiegli zasapani niemal jednocześnie, padając kompletnie ze znużenia.

— Ulica Koszarowa, przy Czystych Stawach.

— Numer domu?

— Dziewiąty. I numer mieszkania również dziewiąty. W sąsiedztwie mieszkają tatarzy w podwórzu. Odniosłem tam to krzesło. Na piechotkę szliśmy.

Ostatni goniec przyniósł smutne wiadomości. Najpierw było wszystko dobrze, a potem zmieniło się wszystko na złe. Nabywca poszedł z krzesłem do składu towarowego na Październikowym dworcu i było zupełnem niepodobieństwem iść za nim dalej — na warcie stali strzelcy O. W. O. N. K. P. S.

— Napewno wyjechał — zakończył andrus swój raport.

Ostatnia wiadomość bardzo zaniepokoiła Ostapa. Techniczny dyrektor wynagrodził andrusów iście po królewsku — rubel na twarz, prócz oczywista gońca z Warsonofjewskiej ulicy, który zapomniał numeru (kazano mu stawić się nazajutrz wczesnym rankiem); następnie wrócił Ostap do domu i, nie odpowiadając na indagacje skompromitowanego sromotnie prezesa zarządu, zaczął kombinować, co dalej czynić należy.

Nic straconego jeszcze. Są adresy, a na to, by wydostać krzesła, istnieje wszakże mnóstwo starych, wypróbowanych sposobów: 1) zwykła znajomość, 2) miłosna intryga, 3) znajomość z włamaniem, 4) zamiana, 5) pieniądze. Ostatnie — najpewniejsze, lecz pieniędzy jest djablo mało.

Ostap spojrzał ironicznie na Hipolita Matwiejewicza. Wielki kombinator odzyskał już właściwą sobie rzeźkość umysłu i duchową równowagę. Pieniądze, rozumie się, można będzie wydostać. W zanadrzu miał jeszcze obraz pod tytułem „Bolszewicy piszą list do Chamberlaina”, sitko do herbaty i możność kontynuowania karjery wielożeńca.

Niepokoiło go tylko dziesiąte krzesło. Ślad, oczywista, był, lecz ślad mglisty, nieuchwytny!

— Ha! — rzekł głośno Ostap. — Przy takich szansach można ryzykować. Dziewięć kontra jeden. Posiedzenie trwa nadal! Słyszy pan? Hej, panie przysięgły.



ROZDZIAŁ OSIEMNASTY.
Dzikuska Lalusia.

Słownik Wiljama Szekspira — według obliczeń badaczy — liczy 14.000 słów. Słownik negra z plemienia ludożerców „Mumbo-Jumbo” liczy 300 słów.

Lalusi Szczukinej wystarczało w zupełności słów trzydzieści.

Oto słowa, zdania i wykrzykniki, kapryśnie wybrane przez nią z bogatego i potężnego rosyjskiego języka:

1. Bezczelność!

2. Ho-ho! (Zależnie od okoliczności oznacza — ironję, zdziwienie, zachwyt, nienawiść, radość, pogardę i zadowolenie).

3. Wspaniale.

4. Ponury. (Odnosi się do wszystkiego. Naprzykład: „Przyszedł ponury Pietia”, „Ponura pogoda”, „Ponure zdarzenie”, „Ponury kot” i t. d.).

5. Niesamowity. (Naprzykład o spotkaniu z dobrą znajomą: „Niesamowite spotkanie”).

6. Chłopczyna. (W stosunku do wszystkich znajomych mężczyzn, niezależnie od ich wieku i stanowiska społecznego).

7. Obejdzie się bez morałów.

8. Jak dziecko. (Biję go „jak dziecko” — przy grze w karty lub np. „ścięłam go, jak dziecko”).

9. Pych-cha!

10. Gruby i ładny. (Używa się, jako charakterystyki rzeczy zarówno nieżyjących jak i żyjących).

11. Weźmy dorożkę. (To mówi się do męża).

12. Weźmy taksówkę. (Do znajomych z pośród osób należących do płci brzydkiej).

13. Całe plecy ma pan ubielone. (Dowcip).

14. Patrzajcie!

15. Ula. (pieszczotliwe zakończenie imion (naprzykład: Gienula, Griszula).

17. Oho! (Ironja, zdziwienie, zachwyt, nienawiść, radość, pogarda i zadowolenie).

Reszta słów — nader skromna liczba — służyła do porozumiewania się Lalusi z subjektami magazynów konfekcyjnych.

Na fotografjach Lalusi Szczukinej, wiszących nad łóżkiem jej męża — inżyniera Ernesta Pawłowicza Szczukina — (jedna — en face, druga z profilu), można było dostrzec czoło wysokie i w miarę wypukłe, duże wilgotne oczęta, najrozkoszniejszy w Moskiewskiej gubernji nosek i podbródek z maleńką muszką.

Wzrost Lalusi pochlebiał mężczyznom. Była maleńka, to też najgorszy cherlak, stojąc obok niej, wyglądał na męża rosłego i barczystego.

Znaków szczególnych nie miała. Nie było ich zresztą potrzeba. Lalusia była ładna.

Dwieście rubli, które miesięcznie otrzymywał mąż jej w fabryce „Elektro-żyr” były dla Lalusi zniewagą. W żaden sposób nie mogły wystarczyć na tę nieustępliwą walkę którą Lalusia toczyła już od czterech lat, to znaczy od chwili, gdy w drabinie społecznej zajęła stanowisko żony Szczukina. Walka toczyła się z ogromnem natężeniem sił. Pochłaniała wszystkie oszczędności. Ernest Pawłowicz brał do domu nadprogramową robotę, odprawił służącą, rozpalał sam prymus, wynosił śmiecie, a nawet smarzył kotlety.

Lecz wszystko było daremne. Niebezpieczny wróg podminowywał gospodarstwo z każdym dniem coraz bardziej. Jak już wspomniano, przed czterema laty zauważyła Lalusia, że ma rywalkę za oceanem. Nieszczęście spadło na Lalusię w ów radosny wieczór, gdy przymierzała prześliczną krepdeszynową bluzeczkę. W stroju tym wyglądała niemal, jak bogini.

— Ho-ho — krzyknęła, zawierając w tym murzyńskim okrzyku zadziwiająco skomplikowane uczucia. Przetłumaczone na ludzki język oznaczało to: „Widok mój wytrąca mężczyzn z równowagi. Zadygocą. Pójdą za mną na kraj świata, urywanym głosem o miłości swej mi prawiąc. Lecz ja będę zimna. Czyż są oni warci mnie. Jestem najładniejsza. Takiej szykownej bluzeczki niema nikt na całej kuli ziemskiej”.

Lecz słów było raptem trzydzieści i Lalusia wybrała z nich najbardziej charakterystyczne — „ho-ho”.

W ową pamiętną godzinę przyszła do niej Fima Psiuk. Przyniosła z sobą mroźny powiew zimy i francuski żurnal mód. Lalusia nie mogła oderwać oczu od pierwszej stronicy. Spozierała stamtąd fotografja córki amerykańskiego miljardera Vanderbildta w stroju wieczorowym. Były tam futra i pióra, jedwab i perły, powiewność linij i niezwykła, dech w piersiach wstrzymująca, fryzura.

To zadecydowało o wszystkiem.

— Oho! — powiedziała Lalusia do siebie.

Oznaczało to: albo ja, albo ona.

Ranek następnego dnia zastał Lalusię u fryzjera. Pani Szczukina rozstała się tu ze swym prześlicznym czarnym warkoczem i pomalowała włosy na rudo. Następnie udało się jej podnieść o szczebelek wyżej na tej drabinie, która zbliżała Lalusię do czarującego raju, po którym przechadzają się córeczki miljarderów. Kupiła na raty psią skórkę, imitującą lisa. Użyła jej do przybrania toalety wieczorowej.

Mister Szczukin, marzący oddawna o nabyciu nowego rajsbretu, zlekka zasępił się...

Suknia, oblamowana psem, była pierwszą dotkliwą zniewagą dla zadzierającej nosa amerykanki. Wkrótce na dumną miljarderkę spadły jedna za drugą trzy zniewagi. Lalusia nabyła u kuśnierza Fimoczki Psiuk szenszylową etolę (rosyjski zając, zabity w Tulskiej gubernji), sprawiła sobie popielaty kapelusik z argentyńskiego pilśnia i nową marynarkę męża przerobiła na damską kamizelkę. Miljarderka straciła grunt pod nogami, lecz ocalił ją najwidoczniej czuły jej ojczulek — Vanderbildt.

Kolejny numer żurnalu mód zawierał cztery podobizny przeklętej rywalki: 1) w błękitnym lisie, 2) z brylantową gwiazdą na czole, 3) w stroju pilota — wysokie lakierki, cieniutka zielona kurtka i rękawiczki, których mankieciki były inkrustowane szmaragdami średniej wielkości oraz 4) w sukni balowej — kaskady złota i drogich kamieni oraz troszeczkę jedwabiu.

Lalusia zarządziła mobilizację. Szczukin zaciągnął pożyczkę w kasie wzajemnej pomocy. Nie dano mu więcej, niż trzydzieści rubli. Nowy potężny wysiłek podminował gospodarstwo. Trzeba było walczyć na wszystkich frontach. Niedawno nadeszły fotografje miss w nowym jej zamku na Florydzie. Wobec tego i Lalusia musiała sobie sprawić nowe meble. Kupiła na licytacji dwa wyściełane krzesła. Bez pozwolenia męża wzięła Lalusia pieniądze z sum, przeznaczonych na gospodarstwo. Do piętnastego było jeszcze dziesięć dni i cztery ruble.

Lalusia przywiozła te krzesła z szykiem na Warsonofjewską ulicę. Męża nie było w domu. Zresztą wkrótce nadszedł, niosąc pod pachą portfel-walizkę.

— Przyszedł ponury mąż, — rzekła wyraźnie Lalusia.

Wszystkie słowa wymawiała wyraźnie i bardzo rezolutnie.

— Jak się masz, Helenko, a to co? Skąd się wzięły te krzesła?

— Ho-ho!

— Nie, doprawdy?

— Pych-cha!

— Tak. Krzesła są ładne.

— Wspa-nia-łe!

— Czy je kto podarował?

— Oho!

— Jakto? Kupiłaś je? Za jakie pieniądze? Za gospodarskie? Miljon razy już ci mówiłem...

— Ernestula! To bezczelność!

— Czyż można tak postępować?!! Przecież nie będziemy mieli co do ust włożyć!

— Patrzajcie!..

— Przecież to niesłychane! Żyjesz nad stan!

— Żarty!

— Tak, tak. Żyjesz nad stan...

— Obejdzie się bez morałów!

— Nie, raz wreszcie pomówmy poważnie. Mam dwieście rubli miesięcznie.

— Skandal!

— Łapówek nie biorę. Pieniędzy nie kradnę i podrabiać ich nie potrafię...

— Niesamowite!

Ernest Pawłowicz umilkł.

— Słuchaj, — rzekł wreszcie, — tak dłużej być nie może.

— Ho-ho, — odrzekła Lalusia, siadając na nowem krześle.

— Musimy rozejść się.

— Patrzajcie!

— Mamy odmienne usposobienia. Ja...

— Ty jesteś grubym i ładnym chłopczyną.

— Tyle już razy prosiłem ciebie, byś nie nazywała mnie chłopczyną!

— Żarty!

— Skąd wytrzasnęłaś ten idjotyczny żargon?

— Obejdzie się bez morałów!

— Psiakrew! — zaklął inżynier.

— To bezczelność. Ernestula.

— Wiesz, rozejdźmy się bez scen.

— Oho!

— Nie przekonasz mnie! Ta sprzeczka...

— Pobiję cię, jak dziecko.

— Nie, to staje się nieznośne. Twoje argumenty nie mogą powstrzymać mnie od kroku, który zmuszony jestem zrobić. Zaraz idę po wózek.

— Żarty!

— Meble podzielimy na równe części...

— Niesamowite!

— Będziesz otrzymywała miesięcznie sto rubli. Nawet sto dwadzieścia. Pokój zatrzymasz dla siebie. Ułóż sobie życie, jak ci się podoba, ja już tak dłużej nie wytrzymam...

— Wspaniale, — rzekła pogardliwie Lalusia.

— Przenoszę się do Iwana Aleksejewicza.

— Oho!

— Wyjechał na wieś i całe swe mieszkanie oddał do mojej dyspozycji Dał mi klucz... Brak tam tylko mebli.

— Pych-cha!

Po pięciu minutach wrócił Ernest Pawłowicz w towarzystwie dozorcy domu.

— No, szafy nie zabiorę z sobą. jest tobie bardziej potrzebna, lecz bądź tak łaskawa i biurko... I jedno krzesło zechce pan także zabrać. Wezmę jedno z tych dwóch krzeseł. Sądzę, że mam chyba prawo?...

Ernest Pawłowicz związał swoje manatki w duży tobół, zawinął buty w gazetę i skierował kroki ku drzwiom.

— Całe plecy masz ubielone, — rzekła Lalusia głosem, przypominającym gramofon.

— Do widzenia, Heleno.

Spodziewał się, że żona przynajmniej teraz wstrzyma się od rzucania zwykłych metalicznych słówek. Lalusia również poczuła całą powagę chwili. W skupieniu ducha zaczęła szukać słów odpowiednich w chwili rozstania się. Szybko znalazła je.

— Pojedziesz taksówką? Pych-cha!

Inżynier, jak lawina, stoczył się ze schodów.

Wieczór spędziła Lalusia z Fimą Psiuk. Omawiały niezwykle ważne zdarzenia, mogące zaważyć na szalach gospodarki światowej.

— Zanosi się na to, że będą nosić długie i szerokie, — mówiła Fima, wtulając głowę w ramiona.

— Niesamowite!

I Lalusia spojrzała z szacunkiem na Fimę Psiuk. Mademoiselle Psiuk miała opinję kulturalnej panny — słownik jej liczył około stu osiemdziesięciu słów. Nadto znała jedno takie słówko, które Lalusi nie mogłoby się nawet przyśnić. Nadzwyczajnym tym wyrazem był — homoseksualizm. Fima Psiuk była, bezwątpienia, kulturalną panną.

Ożywiona rozmowa przeciągnęła się długo w noc.




O dziesiątej rano wielki kombinator znalazł się na Warsonofjewskiej ulicy. Przed nim biegł znany już nam andrus. Wskazał Ostapowi dom.

— Nie łżesz?

— Czyżbym śmiał... O tu, z frontu.

Bender wypłacił chłopakowi uczciwie zapracowanego rubla.

— Mało, mało, — targował się chłopak, naśladując dorożkarzy.

— Figę dostaniesz. Zgłoś się po nią u Puszkina. Zmykaj, fąflu.

Ostap zapukał do drzwi, nie zastanawiając się zupełnie nad tem, pod jakim pretekstem wejdzie tam. Przy rozmowach z kobietkami liczył przedewszystkiem na natchnienie.

— Oho? — rozległo się pytanie za drzwiami.

— Za interesem, — odrzekł Ostap.

Otworzono. Ostap wszedł do pokoju, w którym dobrze czuć się mogło jedynie stworzenie o ptasim mózgu. Na ścianie wisiały widokówki, laleczki i tambowskie gobeliny. Na tem pstrem tle, od którego bolały poprostu oczy, trudno było dojrzeć maleńką panią domu. Miała na sobie szlafroczek, przerobiony z bluzy Ernesta Pawłowicza, i oblamowany zagadkowem futrem.

Ostap z punktu zorjentował się, jak należy zachowywać się w wytwornem towarzystwie. Przymknął oczy i z lekka cofnął się.

— Prześliczne futro! — zawołał.

— Żarty! — rzekła łaskawie Lalusia. — To są amerykańskie oposy.

— Niemożliwe. Nabrali panią. Dali znacznie lepsze futro. To są szanghajskie rysie. Tak, tak! Poznaję po odcieniu. Widzi pani, jak to futro mieni się w słońcu!... Szmaragd, prawdziwy szmaragd!

Lalusia sama pofarbowała amerykańskie oposy na zielono i dlatego pochwały wczesnego gościa były tak miłe dla jej ucha.

Nie pozwalając pani domu opamiętać się, wyładował wielki kombinator wszystko, co kiedykolwiek w życiu słyszał o futrach. Następnie potoczyła się rozmowa o jedwabiach i Ostap przyrzekł uroczej Lalusi, że ofiaruje jej kilkaset kokonów jedwabnika, podarowanych mu przez prezesa Cik’a Uzbekistanu.

— Czego sobie chłopczyna życzy? — zapytała Lalusia po paru chwilach znajomości.

— Dziwi panią niewątpliwie tak wczesna wizyta nieznajomego mężczyzny?

— Ho-ho.

— Przyszedłem do pani w pewnej delikatnej materji.

— Żarty!

— Była pani wczoraj na licytacji i zrobiła na mnie kolosalne wrażenie.

— Bezczelność!

— Na miłość boską! Prawić bezczelności tak czarującej kobiecie byłoby rzeczą nieludzką.

— Niesamowite!

Rozmowa toczyła się nadal w taki, dający chwilami bajeczne efekty, sposób. Lecz komplementy Ostapa stawały się coraz krótsze i mniej treściwe. Spostrzegł, że w pokoju brak drugiego krzesła. Trzeba było szukać śladu. Przeplatając pytania kwiecistem wschodniem schlebianiem, dowiedział się Ostap o przebiega poprzedniego wieczora w życiu Lalusi.

„A to heca” — pomyślał, — „krzesła rozłażą się, jak karaluchy”.

— Dziewczę kochane, — rzekł Ostap niespodzianie, — sprzedaj mi to krzesło. Bardzo mi się podoba. Jedynie pani, dzięki właściwej kobietom subtelności, mogła wybrać tak artystyczny sprzęt. Sprzedaj, królowo, dam ci za nie siedem rubli.

— To bezczelność, chłopczyno, — rzekła przebiegle Lalusia.

— Ho-ho, — kombinował Ostap.

„Trzeba z nią spekulować na zamianę”, — postanowił.

— Czy wie pani, że w Europie i w bardziej znakomitych domach Filadelfji przywrócono obecnie dawny zwyczaj — znów rozlewają herbatę przez sitko. Wygląda to nadzwyczaj efektownie i elegancko.

Lalusia zamieniła się cała w słuch.

— Tak się akurat składa, że znajomy dyplomata przyjechał z Wiednia i przywiózł mi w prezencie. Ładne cacko.

— To musi być wspaniałe, — zainteresowała się Lalusia.

— Oho! Ho-ho! Może się zamienimy. Pani da mi krzesło, a ja dam pani sitko. Zgoda?

Mówiąc to, wyjął Ostap z kieszeni maleńkie pozłacane sitko.

W sitku odbijało się słońce. Po suficie skakały jasne plamy. Nieoczekiwanie rozświetlił się ciemny kąt pokoju. Przedmiot ten wywarł na Lalusię niezapomniane wrażenie. Tak samo działa stara puszka od konserw na ludożercę z plemienia Mumbo-Jumbo. W takich razach ludożerca wrzeszczy ze wszystkich sił, Lalusia natomiast cichutko jęknęła:

— Ho-ho!

Ostap, nie pozwalając Lalusi opamiętać się, położył sitko na stole, zabrał krzesło i, dowiedziawszy się od uroczej kobiety, gdzie zamieszkał jej mąż, pożegnał ją z szykiem.



ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY.
Awessałom Władimirowicz Iznurenkow.

W życiu naszych aferzystów zaczął się gorączkowy okres. Ostap dowodził, że należy kuć żelazo póki gorące. Hipolitowi Matwiejewiczowi darował Ostap jego przewiny, od czasu do czasu jednakże znęcał się zlekka nad nim:

— Djabli wiedzą, po co się pan mnie uczepił? Prawdę mówiąc, jest mi pan wcale a wcale niepotrzebny. Najlepiej będzie, jeśli pojedzie pan sobie do domu, do Z. A. G. S-u. Umrzyki tam na pan a czekają, noworodki. Miej pan litość. Jedź sobie.

Lecz w głębi duszy przywiązał się wielki kombinator do wykolejonego marszałka. „Bez niego życie jest znacznie mniej zabawne”, — rozmyślał Ostap. I spoglądał wesoło na Worobjaninowa, który bardzo w ostatnich czasach osiwiał.

Inicjatywie Hipolita Matwiejewicza pozostawiono szerokie pole. Gdy tylko cichy Iwanopulo wychodził z pokoju, usiłował Bender wbić w głowę swego spólnika najkrótsze drogi, wiodące do znalezienia skarbów.

— Działać trzeba odważnie. Nigdy o nic nie pytać. Jaknajwięcej cynizmu. Ludzie to lubią. Niczego nie załatwiać przez trzecie osoby. Niema już durniów na świecie. Nikt dla was nie będzie wygarniać gruszek z popiołu. Kryminału należy unikać. Trzeba szanować kodeks.

Mimo wszystko, poszukiwania szły nieświetnie. Przeszkadzał kodeks i mnóstwo burżuazyjnych przeżytków, którym hołdowali mieszkańcy stolicy. Nie znosili, naprzykład, nocnych wizyt przez okno. Z konieczności trzeba było postępować legalnie.

W pokoju studenta Iwanopulo, w dniu wizyty Ostapa u Lalusi Szczukinej, zjawiły się meble. Było to krzesło, uzyskane za cenę sitka do herbaty — trzecia z kolei zdobycz wypraw y. Dawno już minęły te czasy, gdy polowanie na brylanty wywoływało w obu spólnikach emocję, gdy pazurami szarpali krzesła i gryźli sprężyny.

— Jeśli nawet w krzesłach nic niema, — pocieszał się Ostap. — możemy jednak uważać, że zarobiliśmy przynajmniej dziesięć tysiączków. Każde zbadane krzesło zwiększa nasze szanse. Cóż z tego, że w krześle tej damulki nic nie znaleźliśmy? To jeszcze nie racja, by je niszczyć. Niech Iwanopulo umebluje się. Nam również będzie przyjemniej.

Tego samego dnia obaj spólnicy wyfrunęli z różowego domku i rozeszli się w różne strony. Hipolitowi Matwiejewiczowi przydzielono hałaśliwego jegomościa z Sadowo-Spasskiej ulicy, dano mu na wydatki 25 rubli. Kazano nie wstępować do knajp i bez krzesła nie wracać. Męża Lalusi pozostawił wielki kombinator dla siebie.

Trzęsąc się na obitej skórą ławeczce i podskakując aż pod sam lakierowany sufit, myślał Worobjaninow o tem , w jaki sposób możnaby się dowiedzieć nazwiska hałaśliwego jegomościa, pod jakim pretekstem wejść do niego, co powiedzieć na przywitanie i jak się wziąć do rzeczy.

Wysiadłszy przy Krasnych Wrotach, odszukał dom, wskazany mu przez Ostapa, i zaczął krążyć dokoła. Nie mógł się zdecydować, by wejść. Był to stary, brudny moskiewski hotel, przekształcony na dom mieszkalny, zajęty, jak wnioskować można było z obdrapanych ścian, przez uparcie zalegających z komornem lokatorów.

Hipolit Matwiejewicz stał długo naprzeciw bramy, podchodził do niej, nauczył się na pamięć wywieszonego na bramie ogłoszenia z pogróżkami pod adresem niepoprawnych lokatorów, i nic mądrego nie wymyśliwszy, wszedł na drugie piętro. Z korytarza prowadziły drzwi do poszczególnych pokojów. Powoli, jakgdyby podchodził do tablicy, by dowieść niezbyt dobrze wykutego twierdzenia, zbliżył się Hipolit Matwiejewicz do pokoju Nr. 41. Na drzwiach zwisał na jednej już tylko pluskiewce bilet wizytowy koloru brudnawego kołnierzyka:

„Awessałom Władimirowicz Iznurenkow”.

Kompletnie zmieszany, zapomniał Hipolit Matwiejewicz o tem , że należy zapukać, otworzył drzwi, zrobił trzy lunatyczne kroki i znalazł się na środku pokoju.

— Przepraszam, — rzekł zduszonym głosem, — czy mógłbym się zobaczyć z towarzyszem Iznurenkowem?

Awessałom Władimirowicz nie odpowiadał. Worobjaninow podniósł głowę i dopiero teraz spostrzegł, że w pokoju nikogo nie było.

Z zewnętrznego wyglądu nie można było w żaden sposób wnioskować o upodobaniach gospodarza. Jasne było jedynie to, że jest on kawalerem i nie ma służby. Na oknie leżał papierek z ogryzkami kiełbasy. Tapczan pod ścianą zarzucony był gazetami. Na maleńkiej półeczce stało parę zakurzonych książek. N a ścianach pełno było kolorowych fotografij kotów, kotków i koteczek. Na środku pokoju tuż obok wykrzywionych trzewików stało orzechowe krzesło.

Wszystkie meble, nie wyłączając krzesła, pochodzącego ze starogradzkiej willi, opatrzone były czerwonemi pieczęciami.

Lecz Hipolit Matwiejewicz nie zwrócił na to uwagi. Z punktu zapomniał o kodeksie karnym i radach Ostapa i — jednym susem znalazł się obok krzesła.

Gazety na tapczanie poruszyły się. Hipolit Matwiejewicz zląkł się. Gazety zaczęły się posuwać i spadły na podłogę. Jak gdyby nigdy nic. Wylazł z pod nich kotek. Spojrzał obojętnie na Hipolita Matwiejewicza i zaczął łapką trzeć ucho i pyszczek.

— Tfu, — splunął Hipolit Matwiejewicz.

Złapał krzesło i zmierzał z niem ku drzwiom. Drzwi otworzyły same. Na progu stał gospodarz pokoju — hałaśliwy jegomość z hali licytacyjnej. Miał na sobie palto, z pod którego wyłaziły liljowe kalesony. W ręce trzymał spodnie.

O Awessałomie Władimirowiczu Iznurenkowie można było powiedzieć z całą pewnością, że takiego człowieka, jak on, nie ma w całej republice. Przynosił jej ogromny pożytek. I mimo wszystko, pozostał nieznany, chociaż w swoim rodzaju był równie niedościgniony, jak Szalapin w śpiewie, Gorkij — w literaturze, Capablanca — w grze w szachy, Mielnikow — w sporcie łyżwiarskim i najbardziej bronzowy asyryjczyk, urzędujący w najlepszym punkcie przy zbiegu ulic Twerskiej i Kamerherskiej, — w czyszczeniu butów żółtą pastą.

Szalapin śpiewał. Gorkij pisał obszerną powieść. Capablanca przygotowywał się do rozgrywki z Aljochinem. Mielnikow osiągał rekordy. Asyryjczyk doprowadzał do tego, że but lśnił, jak słońce. Awessałom Iznurenkow — robił dowcipy.

Nigdy nie robił dowcipów bezcelowo, ot z łaski na uciechę. Na barkach swych dźwigał nader odpowiedzialne kampanje. Zaopatrywał większość moskiewskich humorystycznych pism w tematy do rysunków i feljetonów.

Wielkim ludziom udaje się zazwyczaj nie więcej niż dwa dowcipy w życiu. Dowcipy te przysparzają im sławy i przechodzą do historji. Iznurenkow robił w ciągu miesiąca nie mniej niż sześćdziesiąt pierwszorzędnych dowcipów, które wszyscy z uśmiechem powtarzali, lecz autor ich pozostawał nieznany. Jeśli pod jakimś rysunkiem figurował dowcip Iznurenkowa, to zaszczyt przypadał w udziale malarzowi. Nazwisko malarza podpisywano pod rysunkiem. Nazwiska Iznurenkowa nie było.

— To okropne! — wrzeszczał. — Niepodobna podpisać się. Pod czem podpisać się? Pod dwoma wierszami?

I dalej nie ustawał w walce z wrogami społeczeństwa: kiepskimi spółdzielcami, defraudantami, Chamberlainem, biurokratami. Gnębił swemi dowcipami nieudolnych administratorów, kupców, kierowników, chuliganów wszelakich, obywateli, nie chcących obniżyć cen, czy też wyłamujących się z ram polityki ekonomicznej.

Po ukazaniu się dzienników powtarzano dowcipy Iznurenkowa na arenie cyrkowej, przedrukowywano je — bez wskazania źródła — w prasie wieczornej i częstowano niemi publiczność po kabaretach.

Iznurenkow po trafił robić dowcipy na takie tematy, o których, zdawałoby się, nic śmiesznego powiedzieć niepodobna było. Z takiego suchotniczego tematu, jak statystyka kosztów utrzymania, potrafił Iznurenkow wycisnąć około setki świetnych dowcipów. Heine załamałby ręce, gdyby mu zaproponowano powiedzieć coś dowcipnego a zarazem pożytecznego dla społeczeństw a z powodu wprowadzenia niewłaściwej taryfy towarowej; Marek Twain zwiał-by przed takim tematem. Lecz Iznurenkow trwał na posterunku.

Biegał po pokojach redakcyjnych, przewracał kosze na śmiecie i swoim zwyczajem pokrzykiwał. W ciągu dziesięciu minut temat był opracowany, rysunek obmyślony i tytuł wynaleziony.

Ujrzawszy w swym pokoju człowieka, zabierającego z sobą opieczętowane krzesło, Awessałom Władimirowicz podrzucił w górę dopiero co odprasowane u krawca spodnie, podskoczył i zatrajkotał:

— Oszalał pan! Zakładam protest! Nie ma pan prawa! Chwalić Boga, mamy jeszcze ustawy! Chociaż nie są one przeznaczone dla cymbałów, lecz może obiło się panu o uszy, że meble mogą stać jeszcze w ciągu dwóch tygodni! Wniosę skargę do prokuratora! Zapłacę, do kroćset!

Hipolit Matwiejewicz stał, jak w ryty, a Iznurenkow zrzucił z siebie palto i, nie odchodząc ode drzwi, włożył spodnie. Nogi miał grube, jak Czyczykow. Iznurenkow był grubawy, lecz twarz miał szczupłą.

Worobjaninow nie wątpił, że złapią go zaraz za kark i zaprowadzą do milicji. To też był niezwykle zdziwiony, gdy gospodarz pokoju, uporawszy się z toaletą, nieoczekiwanie uspokoił się.

— Niech pan zrozumie, — zaczął pojednawczo, — że nie mogę się na to zgodzić.

Hipolit Matwiejewicz, gdyby był na miejscu Iznurenkowa, teżby ostatecznie nie mógł się z tem zgładzić, by w biały dzień kradł mu ktoś krzesło. Lecz nie wiedział, co mówić i dlatego milczał.

— To nie jest moja wina. Winien jest muz-pred. Owszem, przyznaję. W ciągu ośmiu miesięcy nie płaciłem rat za pianino, lecz nie sprzedałem go przecież, choć mogłem to z łatwością zrobić. Ja postąpiłem uczciwie, a oni po łajdacku. Niedość, że zabrali mi instrument, ale zaskarżyli mnie jeszcze do sądu i zajęli meble. Niczego u mnie nie może komornik zająć. Meble moje — to narzędzie produkcji. I krzesło również jest narzędziem produkcji!

Hipolit Matwiejewicz zaczął coś nie coś kombinować.

— Oddaj pan krzesło! — wrzasnął nagle Awessałom Władimirowicz. — Słyszy pan ? Co? Nieznośny biurokrato!

Hipolit Matwiejewicz postawił pokornie krzesło i wybełkotał:

— Przepraszam za nieporozumienie, taka to służba.

Iznurenkow strasznie ucieszył się. Zaczął biegać po pokoju i nucić: „I uśmiech promienny na ustach jej zginął”... Nie wiedział, co począć z rękoma. Były one w ustawicznym ruchu. Zaczął wiązać krawat i nie dokończył. Potem złapał gazetę i, niczego się z niej nie dowiedziawszy, cisnął na podłogę.

— A może nie zabierze mi pan dziś mebli... Doskonale!... Ach! ach!...

Hipolit Matwiejewicz, korzystając z pomyślnego obrotu rzeczy, skierował swe kroki ku drzwiom.

— Momencik! — krzyknął nagle Iznurenkow. — Czy widział pan kiedy takiego kota? Prawda, że jest on niezwykle puszysty?

Kotek znalazł się ni stąd, ni zowąd, w drżących rękach Hipolita Matwiejewicza.

— Pierwsza klasa! — mamrotał Awessałom Władimirowicz, nie wiedząc, co począć z nadmiarem energji. — Ach!... Ach!...

Rzucił się do okna, klasnął w dłonie i zaczął się raz po raz kłaniać dwum pannom , stojącym w oknie przeciwległego domu. Przestępował z nogi na nogę i słał głębokie westchnienia.

— Dziewczęta z przedmieść! Przedmiot marzeń!... Pierwsza klasa!... Ach!... I uśmiech promienny na ustach jej igrał...

— Pójdę już, obywatelu, — rzekł głupio główny dyrektor koncesji.

— Zaraz, zaraz!... — zakrząknął się nagle Iznurenkow. — Momencik tylko!... Ach! — A kotek? Prawda, że jest on niezwykle puszysty?... Zaraz!... Chwileczkę tylko!...

Zaczął z zażenowaniem grzebać we wszystkich kieszeniach, znikł, wrócił, wykrząknął coś, zajrzał przez okno, znów znikł i znów wrócił.

— Pozwolisz, kochasiu, — rzekł do Worobjaninowa, który podczas tych wszystkich manipulacyj stał z rękoma po żołniersku złożonemi.

Mówiąc to, wsunął marszałkowi w garść rubla.

— Nie, nie, bardzo proszę, niech mi pan tylko nie odmawia. Za każdą pracę należy się zapłata.

— Rączki całuję — rzekł Hipolit Matwiejewicz, sam zdziwiony swem zachowaniem.

— Dzięki ci, kochanie, dzięki, mój drogi!...

Idąc przez korytarz, słyszał Hipolit Matwiejewicz rozlegające się w pokoju Iznurenkowa gwizdanie, śpiewy i niesamowite okrzyki. Na ulicy przypomniał sobie Worobjaninow o Ostapie i zadrżał ze strachu.




Ernest Pawłowicz Szczukin chodził po pustem mieszkaniu, odstąpionem mu uprzejmie na lato przez przyjaciela i biedził się nad tem, czy się dziś kąpać, czy też nie.

Trzypokojowe mieszkanie znajdowało się pod samym dachem dziesięciopiętrowego domu. Całe umeblowanie stanowiło: biurko, krzesło Worobjaninowa oraz toaleta. Słońce odbijało się w lustrze i raziło oczy. Inżynier oparł głowę na biurku, lecz zaraz zerwał się. Wszystko było rozżarzone.

— Umyję się chyba — postanowił.

Rozebrał się, ochłonął nieco; przejrzał się w lustrze i poszedł do łazienki. Ogarnął go miły chłód. Wlazł do wanny, nalał wody do niebieskiego emanowanego garnczka, oblał się i obficie namydlił. Pokryty pianą, wyglądał, jak święty Mikołaj.

— Świetnie! — powiedział Ernest Pawłowicz.

W ogóle było świetnie. Upał już nie dokuczał. Żony nie było. W perspektywie — niczem niekrępowana wolność. Inżynier przykucnął i odkręcił kran, aby zmyć mydło. W kranie zabulgotało. Wody nie było. Ernest Pawłowicz wsunął śliski od mydła palec do otworu w kranie. Kapnęło trochę wody i koniec.

Ernest Pawłowicz zasępił się, wyszedł z wanny i poszedł do kuchni. Lecz z kuchennego kranu nie udało się również nic wydoić.

Ernest Pawłowicz poczłapał do pokoju i stanął przed lustrem. Piana gryzła oczy, plecy swędziły, mydło kapało na posadzkę. Ernest Pawłowicz, stwierdziwszy raz jeszcze, że w dy w łazience niema, postanowił zawołać dozorcę domu.

„Każę mu chyba przynieść wody” — postanowił inżynier, przecierając oczy, — „kompletny skandal”.

Wyjrzał przez okno. Na samym dnie podwórza - studni bawiły się dzieci.

— Dozorca! — krzyknął Ernest Pawłowicz. — Dozorca!

Nikt nie odezwał się.

Wtedy Ernest Pawłowicz przypomniał sobie, że dozorca domu mieszka pod schodami frontowemi. Wszedł na zimne stopnie i przytrzymując drzwi ręką, przechylił się przez poręcz. Na dziewiątem piętrze było tylko jedno mieszkanie i Ernest Pawłowicz nie obawiał się tego, że może go kto zobaczyć w dziwnym stroju z piany mydlanej.

— Dozorca! — rzucił w otchłań schodów.

Słowo padło i z hukiem potoczyło się po stopniach.

— Hu-hu! — odpowiedziały schody.

— Dozorca! Dozorca!

— Bum-bum! Bum-bum!

Jak na złość, bosy inżynier, przestępujący niecierpliwie z nogi na nogę, poślizgnął się i, usiłując zachować równowagę, puścił z rąk drzwi. Ściana zadygotała. Rozległ się trzask miedzianego języczka przy amerykańskim zamku i drzwi zamknęły się. Ernest Pawłowicz, nie zdając sobie jeszcze sprawy z grozy sytuacji, pchnął drzwi. Drzwi nie ustąpiły. Inżynier — oszołomiony — pchnął jeszcze parę razy, przyczem wciąż nadsłuchiwał z bijącem coraz głośniej sercem. Była cicha godzina zmierzchu. Poprzez różnobrawne szyby górnego okna sączyło się nikłe światło.

„A to sytuacja” — pomyślał Ernest Pawłowicz.

— Kanalja! — cisnął pod adresem drzwi.

Na dole głosy ludzkie wybuchały, jak petardy. Potem jakiś psiak pokojowy zaszczekał, jak głos w radjo. Po schodach pchano na górę dziecinny wózek.

Ernest Pawłowicz zaczął się tchórzliwie kręcić w kółko:

— Oszaleć można!

Wszystko to wydawało mu się zbyt niesamowite by mogło rzeczywistością. Podszedł znów do drzwi i zaczął nasłuchiwać. Usłyszał jakieś nowe dźwięki. Z początku wydawało mu się, że ktoś chodzi po mieszkaniu.

— A może ktoś wszedł kuchennemi schodami? — pomyślał, chociaż wiedział, drzwi kuchenne są zamknięte i nikt wejść nie może.

Monotonny szmer nie ustawał. Inżynier wstrzymał dech w piersiach. Zorjentował się, że szmer ten — to plusk wody. Najwidoczniej woda lała się strumieniami ze wszystkich kranów. Ernest Pawłowicz miał ochotę wyć. Sytuacja była okropna.

W Moskwie, w centrum miasta, na pomoście dziesiątego piętra stał dorosły wąsaty człowiek z wyższem wykształceniem, kompletnie nagi, pokryty pianą mydlaną; Nie miał dokąd pójść. Zgodziłby się raczej pójść do więzienia, niż w takim stanie pokazać się ludziom. Pozostawało tylko jedno — powiesić się. Piana pękała i piekła plecy. Na rękach i na twarzy zastygła już i ściągała skórę, jak ałun.

Upłynęło tak pół godziny. Inżynier tarł się o mur, jęczał i parę razy bezskutecznie usiłował nadłamać drzwi. Wyglądał niechlujnie, okropnie.

Szczukin postanowił za wszelką cenę zejść na dół do dozorcy.

— Innego wyjścia niema. Trzeba będzie ukryć się u dozorcy.

Sapiąc i zasłaniając się ręką tak, jak to zazwyczaj czynią mężczyźni wchodząc do wody, Ernest Pawłowicz zaczął powoli przekradać się wzdłuż poręczy. Znalazł się na pomoście pomiędzy ósmem i i dziewiątem piętrem.

Padł na niego odblask słońca. Różnokolorowe romby i kwadraty okna sprawiły, iż wyglądał, jak Arlekin, podsłuchujący rozmowę Kolombiny z Pajacem. Miał właśnie zamiar zejść, lecz nagle zamek mieszkania niżej położonego trzasnął i wyszła stamtąd jakaś panna z walizeczką. Nie zdążyła jeszcze zrobić nawet kroku, gdy Ernest Pawłowicz znalazł się już na swym pomoście. Okropne bicie serca kompletnie go ogłuszyło.

Dopiero po upływie pół godziny inżynier opanował się i mógł zaryzykować nowy wypad. Tym razem postanowił nieodwołalnie zbiec błyskawicznie na dół i na nic nie zwracając uwagi, dotrzeć do upragnionej portjerni.

Tak właśnie zrobił. Skacząc cichutko po cztery stopnie i zlekka pojękując, członek sekcji inżynierów i techników zaczął zbiegać ze schodów. Na pomoście szóstego piętra zatrzymał się na chwilę. To go zgubiło. Ktoś się z dołu gramolił.

— Nieznośny brzdąc! — rozległ się kobiecy głos, wielokrotnie wzmożony przez echo. — Setki razy już mu mówiłam...

Ernest Pawłowicz, kierowany już nie przez rozum, lecz przez instynkt, jak kot gnany przez psy, wpadł na dziewiąte piętro.

W tym miejscu brakuje tekstu z początku odcinka nr 61 powieści zamieszczonego w gazecie "Robotnik" z dnia 30 maja 1929 roku.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY.
Klub automobilistów.

W tym miejscu brakuje tekstu z końca odcinka nr 61 powieści zamieszczonego w gazecie "Robotnik" z dnia 30 maja 1929 roku.

Rysownik pobiegł do swego działu. Chwycił skrawek papieru i naszkicował ołówkiem chudego psa. Na psi łeb wetknął pikelhaubę. A potem zabrał się do napisów. Na tułowiu zwierzęcia napisał drukowanemi literami słowo „Niemcy”, na ogonie „korytarz gdański”, na szczęce „marzenia odwetowe”, na obroży „Plan Dawesa” i na wysuniętym języku — „Stresemann”. Przed psem postawił Poincarego z kawałkiem mięsa w ręce. Na kawałku tym zamierzał artysta zrobić również napis, lecz mięsa było tak mało, że napis nie mógł się na niem w żaden sposób zmieścić. Człowiek mniej rzutki, niż karykaturzysta, zmieszałby się, lecz artysta nasz przyczepił do mięsa, bez namysłu, coś nakształt recepty i na niej już napisał maczkiem: „Francuskie propozycje gwarancyjne”. Aby nikt nie mógł pomylić się co do osoby Poincarego i nie wziąć go czasem za jakiego innego działacza państwowego, umieszczono na jego brzuchu napis: „Poincare”. Szkic był skończony.

W dziale artystycznym leżały na stole zagraniczne czasopisma, duże nożyce oraz słoiki z tuszem i bielidłami. Na podłodze poniewierały się skrawki fotografij — jakieś ramię, jakieś nogi i kawałki pejzażu. Pięciu artystów skrobało fotografje brzytwami „Gillette”. Nadawali oni zdjęciom ostrość, barwili je tuszem i bielidłami, a na odwrotnej stronie umieszczali podpis i wymiar 3¾ kw., 2 kolumny i t. d. — wskazówki dla cynkografów.

W pokoju redaktora siedziała zagraniczna delegacja. Tłumacz redakcyjny patrzył w twarz cudzoziemca i, zwracając się do redaktora, mówił:

— Towarzysz Arno pragnie dowiedzieć się...

Tematem rozmowy była struktura sowieckiej gazety.

Podczas, gdy tłumacz wyjaśniał redaktorowi, czego pragnąłby się dowiedzieć towarzysz Arno, sam Arno w aksamitnych spodniach sportowych, jak również pozostali cudzoziemcy, przyglądali się ciekawie czerwonej obsadce ze stalówką nr. 86, która stała w kącie pokoju. Stalówka dotykała niemal sufitu, a obsadka w dolnej swej części nie ustępowała średniej tuszy człowiekowi. Obsadką tą można było pisać — stalówka była najprawdziwsza w świecie, mimo, iż była większa od sporego szczupaka.

— Oho-ho! — śmieli się cudzoziemcy. — Kolossal!

Obsadka ta była darem rab-korów dla redakcji „Warsztatu”.

Redaktor, siedzący na krześle Worobjaninowa, uśmiechał się i wskazując ruchem głowy obsadkę, robił honory domu.

Hałas w sekretarjacie nie ustawał. Persicki przyniósł artykuł Siemaszki i sekretarz wyrzucał na gwałt z trzeciej kolumny kącik szachowy. Mistrz Sudejkin nie kruszył już kopji o cudowną kombinację Nieunywako. Usiłował zachować chociażby rozwiązanie. Po walce bardziej wyczerpującej, niż walka jego z Capablancą na turnieju szachowym w San-Sebastjano, wywalczył sobie mistrz mały kącik kosztem sprawozdania „Z sali sądowej”.

Siemaszkę dano do składania. Sekretarz znów zatonął we wstępnym artykule. Postanowił przeczytać go za wszelką cenę poprostu dla sportu — nie mógł tego dokonać w ciągu dwuch godzin.

Gdy doszedł do miejsca:

„ ...Jednakże treść ostatniej konwencji jest taka, że jeśli Liga Narodów zarejestruje ją, to trzeba będzie uznać, że,” — zauważył nadejście brodatego mężczyzny — „Sali sądowej”. Sekretarz czytał dalej, nie patrząc celowo w stronę „sali sądowej” i robiąc w artykule wstępnym całkiem zbędne poprawki.

„Sala sądowa” podeszła z drugiej strony i z urazą powiedziała:

— Nie rozumiem.

— No, no, — mamrotał sekretarz, grając na zwłokę, — o co idzie?

— Idzie o to, że w środę „sali sądowej” nie było, w piątek „sali sądowej” nie było, we czwartek z całego składu dano tylko sprawę o alimenty, a w sobotę wyrzucają proces, o którym dawno piszą gazety, i tylko my...

— Gdzie piszą? — wrzasnął sekretarz. — Nie czytałem.

— Jutro ukaże się wszędzie, a my znów spóźnimy się.

— A kiedy poleciliśmy wam dostarczyć nam wiadomości, to nie raczyliście... Ani jednego wiersza nie można się doprosić. Myślicie. że nie wiem? Pisaliście o czubarowcach, ale do „Kurjerka”.

— Skąd wiecie o tem?

— Wiem. Mówiono mi.

— W takim razie wiem już, kto wam mówił. Mówił to wam Persicki, który z całą bezczelnością korzysta z telefonu redakcyjnego, aby dawać materjał do Leningradu.

— Pasza! — rzekł cicho sekretarz. — Zawołajcie Persickiego.

„Sala sądowa” siedziała obojętnie na oknie. Przez okno widać było ogród pełen ptaków.

Spór „Sali sądowej” z Persickim rozpatrywano bardzo długo. Gdy konflikt zbyt się zaostrzył, sekretarz przeciął go sprytnem posunięciem: wyrzucił szachy i zamiast nich, wstawił zrehabilitowaną „Salę sądową”. Persickiemu udzielono nagany.

Była godzina piąta po południu. Praca w redakcji wrzała. Nad rozgrzanemi maszynami do pisania unosiły się smugi dymu. Dzienni karze dyktowali na gwałt przykremi w skutek pośpiechu głosami. Starsza maszynistka beształa nicponiów, podrzucających niepostrzeżenie materjały poza kolejką. Po korytarzu kręcił się redakcyjny poeta.

Zalecał się do maszynistki, której wąskie biodra rozpętywały jego poetyczne uczucia. Prowadził ją na sam koniec korytarza i tam pod oknem, pomiędzy miest-komem i damską garderobą, wyznawał jej swą miłość, na co panienka odpowiadała:

— Mam dziś nadprogramową robotę i jestem bardzo zajęta.

Oznaczało to, że kocha innego.

Poeta plątał się pod nogami i nagabywał wszystkich znajomych w zdumiewająco jednakowy sposób:

— Pożyczcie mi osiem kopiejek na tramwaj!

Szukając tej kwoty, zawędrował do działu rab-korów[9]. Pokręcił się tam najpierw nieco koło stołów, przy których ślęczeli „czytacze”, pomacał rękami stosy korespondencji, poczem wznowił swe próby. „Czytacze”, ludzie najbardziej posępni z całej redakcji (wpłynęła tak na nich konieczność czytania stu listów dziennie) — milczeli.

Poeta powałęsał się po ekspedycji i ostatecznie wylądował w administracji. Lecz tam nietylko nie wydębił ośmiu kopiejek, lecz nawet naraził się na atak ze strony komsomolca Awdotjewa. Zaproponowano poecie, by wstąpił do sekcji automobilistów. Rozmiłowaną duszę zasnuły opary benzyny. Cofnął się o dwa kroki wstecz, poczem z zawrotną szybkością znikł z oczu.

Incydent ten bynajmniej nie zniechęcił Awdotjewa. Wierzy on w triumf automobilizmu. W sekretarjacie przeszkodził sekretarzowi, kończącemu właśnie czytanie wstępnego artykułu.

— Słuchaj, Aleksandrze Józefowiczu! Sprawa, uważasz, poważna — zaczął Awdotjew, sadowiąc się przy biurku sekretarza. — zorganizowaliśmy klub automobilowy. Automobilu wprawdzie nie mamy jeszcze, lecz chcemy go nabyć. Jak myślisz, czy redakcja nie dałaby nam pięciuset rubli na przeciąg ośmiu miesięcy?

— Nie łudź się.

— Co? Przypuszczasz, że to nierealne?

— Nie przypuszczam, lecz wiem. Ile też macie członków w tej waszej sekcji?

— O bardzo wielu.

Sekcja składała się jak dotąd z jednego tylko jedynego organizatora, lecz Awdotjew nie uważał za wskazane rozpowiadać o tem.

— Za pięćset rubli kupimy sobie maszynę. Jegorow już upatrzył. Remont, powiada, nie wyniesie więcej, niż pięćset. Cała parada — tysiąc rubli. Zamierzam właśnie zebrać dwudziestu chłopa, na każdego wypadnie raptem pół setki. Pierwsza klasa będzie. Jegorowa zrobimy szefem. I za trzy miesiące w sierpniu potrafimy już kierować, będzie maszyna i każdy kolejno będzie sobie jeździł, gdzie go oczy poniosą. Można nawet puścić się naprawdę w podróż! Nie wykrzywiaj gęby. Całkiem realna kombinacja.

— A pięćset rubli na maszynę?

— Kasa samopomocy da nam na procent. Spłacimy. A więc — zapisać ciebie?

Sekretarz był już łysawy, dużo pracował, przyzwyczaił się do rodziny i mieszkania, lubił leżeć po obiedzie na sofce, a przed zaśnięciem czytać „Prawdę”. Zastanowił się i odmówił.

— Wstydź się! — rzekł Awdotjew. — Dziad! Zobaczysz, będziemy sobie jeździć pod twemi oknami. Umyślnie będziemy trąbić byś nie mógł zasnąć!

Awdotjew podchodził do każdego biurka i wygłaszał płomienne przemówienia. Na staruszkach, za których uważał wszystkich współpracowników, liczących ponad dwadzieścia lat, słowa jego wywierały wątpliwy efekt. Odmawiali mu z kwaśną miną, podkreślając, że należą już do przyjaciół dzieci i wpłacają regularnie po dwadzieścia kopiejek rocznie na akcję pomocy dla biednych maleństw. Prawdę mówiąc, zgodziliby się na wstąpienie do nowego klubu, ale...

— Jakie ale? — wrzeszczał Awdotjew. — Gdyby auto dziś już było? Co? Gdyby wam tak wetknąć w łapę niebieskiego sześciocylindrowego Paccard’a za piętnaście kopiejek rocznie, a benzynę i smary dać na rachunek państwa?!

— Zmykaj, zmykaj! — mówili staruszkowie. — Przeszkadzasz nam w pracy!

Według wszelkich oznak na niebie i ziemi, imprezę Awdotjewa spotkało zupełne fiasco. Idea automobilowa stopniowo przygasała i zaczynała kopcić. W końcu znalazł się pionier tej idei. Persicki odskoczył z hałasem od telefonu, wysłuchał Awdotjewa i powiedział:

— Niezły interes. Zapisuję się. Ilu już masz kandydatów?

Tym razem Awdotjew nie blagował.

— Źle bierzesz się do rzeczy — skrytykował Persicki — daj-no mi listę. Zaczniemy od początku.

I Persicki razem z Awdotjewem rozpoczął nową wędrówkę.

— Słuchaj, niedołęgo — zagadnął Persicki niebiesko-okiego młodzieńca — możesz nie dawać nawet na to pieniędzy. Masz obligacje z 27 roku? Na ile? Na pięćdziesiąt? Doskonale. Dasz nam te obligacje do klubu. Z obligacyj powstanie kapitał. Do sierpnia zrealizujemy wszystkie obligacje i nabędziemy auto.

— A jeśli na mój numer padnie wygrana? — bronił się młodzian.

— Ile chcesz wygrać?

— Pięćdziesiąt tysięcy.

— Za te pięćdziesiąt tysięcy kupimy moc automobili. I gdybym ja wygrał — także kupimy. I gdyby Awdotjew — także. Jednem słowem, na którąkolwiek obligację padnie wygrana — forsa idzie na zakup maszyn.

— Zrozumiałeś teraz? Ej, ty dzieciaku! Własną maszyną jeździć sobie będziesz po Wojenno - Gruzińskiej drodze! Góry! Durniu!

A za tobą na własnych maszynach pędzi „sala sądowa”, kronika, dział wypadków i tamta, wiesz damulka, ta, co to pisze o kinie!... No i cóż? Zalecać się będziesz!...

Posiadacz obligacyj w głębi duszy nie wierzy nigdy w możliwość wygranej. Cechuje go jednak zawiść w stosunku do sąsiadów i znajomych posiadających obligacje. Jak ognia boi się tego, że wygrają oni, a on, zawodowy pechowiec, zostanie z kwitkiem. Dlatego też obawa przed tem, iż wygra którykolwiek kompan redakcyjny, pchała nieubłaganie posiadaczy obligacyj w objęcia nowego klubu. Powstrzymywała ich jedynie obawa, że na żadną obligację nie padnie wygrana. Lecz niewiadomo dlaczego, wydawało się to niezbyt prawdopodobne, a zresztą klub automobilistów nie tracił: dzięki stworzonemu z obligacyj kapitałowi jedna maszyna z „demobilu” była murowana.

W ciągu pięciu minut zapisało się dwadzieścia osób. Gdy sprawa była już sfinalizowana, zjawił się sekretarz, do którego dotarły wieści o ponętnych perspektywach, otwierających się przed klubem automobilistów.

— Jak sądzicie, chłopcy — zagadnął — może i ja-bym się zapisał?

— Zapisz się, stary — odrzekł Awdotjew — tylko nie do nas. Mamy już, niestety, komplet i zapis nowych członków odroczyliśmy do 1929 roku Zapisz się lepiej do „przyjaciół dzieci”. Tanio i przyjemnie. Dwadzieścia kopiejek rocznie, i nigdzie nie trzeba jeździć.

Sekretarz zmieszał się, pomyślał o tem, że istotnie starzeje się już, westchnął i poszedł przeczytać wreszcie do końca frapujący wstępny artykuł.

— Przepraszam towarzyszu — zatrzymał go na korytarzu piękny młodzian o czerkieskich rysach — gdzie tu jest redakcja „Warsztatu”?

Był to wielki kombinator.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY.
Rozmowa z nagim inżynierem.

Przybycie Ostapa Bendera do redakcji poprzedzał cały szereg doniosłych wydarzeń.

Wielki kombinator nie zastał Ernesta Pawłowicza w domu (mieszkanie było zamknięte, inżynier zaś był najwidoczniej w biurze), wobec czego postanowił odwiedzić go nieco później, a tymczasem wałęsał się po mieście. Trawiony gorączką czynu, przebiegał ulice, zatrzymywał się na placach, sypał oko do milicjanta, pomagał paniom przy wsiadaniu do autobusów i wogóle tak się zachowywał, jakgdyby calutka Moskwa wraz z pomnikami, tramwajami, cerkwiami, dworcami i słupami elektrycznemi przyszła do niego na raut. Kręcił się między gośćmi, uprzejmie gawędził z nimi i dla każdego znajdował miłe słówko. Przyjęcie tak wielkiej liczby gości znużyło nieco wielkiego kombinatora. Pozatem zbliżała się już godzina szósta i trzeba było spieszyć do inżyniera Szczukina.

Lecz tak się złożyło, że — nim Ostap spotkał się z Ernestem Pawłowiczem — musiał zmarudzić aż dwie godziny na podpisanie krótkiego protokołu.

Na Placu Teatralnym dostał się wielki kombinator pod konia. Zupełnie niespodzianie wpadło na niego nieśmiałe zwierzę o białej maści i pchnęło go kościstą piersią. Bender, zlany potem — upadł. Było bardzo gorąco. Biała szkapa gromkim głosem prosiła o przebaczenie. Ostap żwawo wstał. Krzepkie jego ciało nie doznało żadnego szwanku.

Tem większy, oczywista, był powód do zrobienia skandalu.

Gościnny i uprzejmy gospodarz Moskwy zmienił się nie do poznania. Kołysząc się, podszedł do zafrasowanego staruszka - woźnicy i trzepnął go pięścią po wywatowanych plecach. Staruszek cierpliwie zniósł tę karę. Przybiegł milicjant.

— Żądam spisania protokułu ! — wrzasnął z patosem Ostap.

Głos jego był metaliczny. Był to głos człowieka, obrażonego w swych najświętszych uczuciach. I pod murami Teatru Małego, w tem samem miejscu, w którem kiedyś stanie pomnik wielkiego rosyjskiego dramaturga Ostrowskiego, podpisał Ostap protokuł i udzielił krótkiego wywiadu Persickiemu. Persicki nie gardził czarną robotą. Zapisał dokładnie w notesie nazwisko i imię poszkodowanego i pobiegł dalej.

Ostap ruszył dumnie w drogę. Wciąż jeszcze przeżywając w pamięci atak białego konia i czując spóźniony żal, że nie zdążył dać woźnicy uczciwie po karku dotarł, skacząc po dwa stopnie, na siódme piętro domu, w którym mieszkał Szczukin. Nagle spadła mu na głowę ciężka kropla. Spojrzał w górę. Prosto w oczy kapnął z górnego pomostu mały wodospadzik brudnej wody.

— Za takie kawały należy prać po gębie — zadecydował Ostap.

Pobiegł w górę. Pode drzwiami, wiodącemi do mieszkania Szczukina siedział nagi człowiek, pokryty białemi liszajami. Siedział wprost na kaflowych płytach , trzymając się za głowę i kiwając na wszystkie strony. Dokoła nagusa zbierała się woda, sącząca się przez szczeliny we drzwiach.

— O-o-o, — jęczał nagus — o-o-o...

— Do licha, dlaczego pan leje wodę? — spytał poirytowany Ostap — Czy to jest miejsce do kąpania się? Oszalał pan, czy co?

Nagus spojrzał mętnie na Ostapa i beknął.

— Słuchajcie, obywatelu, zamiast beczeć, możebyście lepiej poszli do łazienki? Jak pan wygląda?! Poprostu jak jakiś picador!

— Klucz! — wystękał inżynier, kłapiąc zębami.

— Jak i klucz? — spytał Ostap.

— Od m-miesz-sz-ka-a-a-nia.

— W którem leżą pieniądze?

Nagus miał rozpaczliwą czkawkę.

Nic nie mogło zbić z tropu Ostapa. Zaczynał kombinować. I gdy w reszcie skombinował, porwał go taki śmiech, że o mały włos nie spadł ze schodów. Z takim śmiechem walczyć było rzeczą zgoła bezcelową.

— A więc nie może się pan dostać do mieszkania? Przecież to takie proste.

Wymijając starannie nagusa, by się o niego nie zabrudzić, podszedł Ostap do drzwi, wsunął w szparę amerykańskiego zamka długi żółty paznokieć dużego palca i zaczął nim ostrożnie manewrować.

Drzwi bezgłośnie rozwarły się i nagus z radosnym wyciem wbiegł do zalanego wodą mieszkania.

Krany hałasowały. W stołowym woda tworzyła wiry. W sypialni utworzyła spokojny staw, po którym dostojnie, nakształt łabędzi, płynęły nocne pantofle.

Krzesło Worobjaninowa stało w stołowym, gdzie był najsilniejszy prąd wody. Białe pęcherzyki tworzyły się koło jego czterech nóżek. Krzesło zlekka dygotało i wydawało się, że lada chwila uciekając przed swym prześladowcą popłynie z prądem. Ostap siadł na nim po turecku. Ernest Pawłowicz oprzytomniał i, krzycząc ,,pardon! pardon!” zamknął krany, umył się, poczem stanął przed Benderem nagi do pasa, w podwiniętych do kolan mokrych spodniach.

— Pan mnie poprostu uratował! — krzyczał w podnieceniu. — Przepraszam, nie mogę panu podać ręki, jestem cały mokry. Wie pan, omal nie zwarjowałem.

— Zanosiło się, jak widzę, na to.

— Znalazłem się w okropnej sytuacji.

I Ernest Pawłowicz, na nowo przeżywał straszliwe zdarzenie, opowiadając z przejęciem wielkiemu kombinatorowi wszystkie szczegóły nieszczęścia.

— Zginąłbym bez pana — zakończył inżynier.

— Tak — powiedział Ostap — i mnie kiedyś przytrafiła się akurat taka sama historja. Nawet trochę gorsza.

Szczukina do tego stopnia interesowało wszystko, co dotyczyło podobnych historyj, że cisnął nawet wiadro, którem zbierał wodę, i zaczął uważnie przysłuchiwać się.

— Zupełnie tak, jak z panem — zaczął Bender — lecz było to zimą i nie w Moskwie, lecz w Mirgrodzie, podczas rozkosznej przerwy pomiędzy Machną i Tiutiunnikiem w dziewiętnastym roku. Mieszkałem wtedy przy pewnej rodzinie. Okropne „chochły” to były! Typowi burżuje — jednopiętrowy budynek i mnóstwo rozmaitych gratów. Zauważcie sobie, że jeśli mowa o kanalizacji i pozostałych wygodach to w Mirgrodzie były wykopane tylko doły. A więc, uważacie, wyskoczyłem kiedyś w nocy, w samej tylko bieliźnie, wprost na mróz — przeziębienia nie bałem się — toż to przecie chwilka tylko. Wyskoczyłem i machinalnie zatrzasnąłem za sobą drzwi. Mróz siarczysty — dwadzieścia stopni. Pukam — nie otwierają. Na miejscu ustać niepodobna — zmarznięcie pewne. Pukam i biegam , pukam i biegam — nie otwierają. I co najważniejsze — w domu nikt nie śpi. Okropna noc. Psy wyją. Gdzieś tam strzelają. A ja biegam po dołach w letnich kalesonach. Calutką godzinę pukałem. Kopyta już wybiegałem. I, jak wam się zdaje, dlaczego oni nie otwierali? Mienie chowali „kierenki” do poduszki zaszywali. Myśleli, że to rewizja. Omal ich potem nie ukatrupiłem.

Inżynier doskonale to rozumiał.

— Tak, rzekł Ostap — a więc to pan jest inżynier Szczukin?

— Ja. Tylko niech już pan, z łaski swej, nikomu o tem nie mówi. Przykro mi, doprawdy.

— Za kogo mnie pan ma! Entre nous, téte-à-téte. W cztery oczy, jak powiadają Francuzi. Przyszedłem tu za interesem, towarzyszu Szczukin.

— Rad jestem, że mogę się panu przysłużyć.

— Grand merci. To bagatela. Małżonka pańska prosiła mnie, bym wstąpił do pana i wziął stąd krzesło. Mówiła mi, że jest jej koniecznie potrzebne do pary. A ona panu zato przyszle fotel.

— Z miłą chęcią! — zgodził się Ernest Pawłowicz. — Bardzo się cieszę! Po co się pan będzie fatygował? Sam zaniosę. Dziś jeszcze.

— Nie, pocóż? Dla mnie to błahostka. Mieszkam w pobliżu, nie sprawi mi to żadnego kłopotu.

Inżynier wielce zaaferowany odprowadził wielkiego kombinatora do samych drzwi, których przekroczenie napawało go panicznym lękiem, mimo, iż klucz schował przezornie do kieszeni mokrych spodni.

Były student Iwanopulo otrzymał w prezencie jeszcze jedno krzesło. Wprawdzie obicie było zlekka uszkodzone, lecz bądź co bądź krzesło było wspaniałe i akurat takie samiuteńkie jak pierwsze.

Było to czwarte z kolei krzesło. Ostapa jednak przerażało niepowodzenie. Znał wszystkie zasadzki losu.

„Szczęście" — rozmyślał — zawsze przychodzi w ostatniej chwili. Jeśli chce kto, naprzykład, wsiąść przy Smoleńskim rynku do tramwaju Nr. 4, a tam, prócz czwórki kursują jeszcze piątka, siedemnastka, piętnastka, trzydziestka, trzydziesty pierwszy. B, G, i dwie linje autobusowe, to gotów jestem założyć się, że najpierw nadejdzie G, potem dwie piętnastki, jedna za drugą, co wogóle nie jest rzeczą normalną, następnie siedemnastka, trzydziestka, parę B, znów G, trzydziesty pierwszy, piątka, znów siedemnastka i znów B. I gdy zacznie człek przypuszczać, że czwórki niema już chyba — na świecie, nadejdzie sobie wolniutko, od strony Brjańskiego dworca. Wdarcie się do zapchanego wagonu jest dla doświadczonego pasażera tramwajowego fraszka. Najważniejsze jest, by tramwaj nadszedł. Jeśli natomiast chce ktoś wsiąść do piętnastki, to jest rzeczą pewną, że najpierw przejdzie mnóstwo innych numerów, przeklęta czwórka przejedzie osiem razy raz za razem, a piętnastka, która dopiero co kursowała co pięć minut, zjawiać się będzie nie więcej niż raz na dobę. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać. Cierpliwością a pracą ponoć ludzie się bogacą...”

W tym logicznym systemie wniosków, którego założeniem był przypadek, przykrą lukę stanowiło krzesło, które zniknęło w przepastnej otchłani październikowego dworca. Myśl o tem krześle była nieprzyjemna i rodziła przykre wątpliwości.

Wielki kombinator przypominał gracza hazardowego, stawiającego wyłącznie na numery, mogące przynieść wygranę, wynoszącą 36 razy więcej, niż stawka. Sytuacją jego była nawet gorsza. Aferzyści grali w taką ruletkę, gdzie na dwanaście numerów przypadało jedenaście zer. A na dobitkę dwunasty numer był poza polem widzenia, przepadł licho wie gdzie i, nie było wyłączone, że ukrywał w sobie cudowną wygraną.

Łańcuch tych niewesołych dumań przerwało przyjście głównego dyrektora... Już sam jego widok wzbudził w Ostapie niemiłe uczucia.

— O-o! — odezwał się techniczny kierownik — widzę, że pan robi postępy. Tylko bez żartów. Dlaczego zostawił pan krzesło za drzwiami? Chce mnie pan zaintrygować?

— Towarzyszu Bender — wybełkotał marszałek.

— Ach, dlaczego gra mi pan na nerwach! Przynieś je pan tu prędzej, przynieś! Widzi pan przecież, że nowe krzesło, na którem właśnie siedzę, zwielokrotniło znacznie wartość pańskiej zdobyczy.

Ostap przechylił głowę i zmrużył oczy.

— Dość już — wrzasnął wreszcie basem — gdzie jest krzesło? Dlaczego pan go nie przyniósł?

Mętnemu raportowi Hipolita Matwiejewicza towarzyszyły okrzyki z miejsca, ironiczne oklaski i zabójcze pytania. Worobjaninow zakończył swój raport wśród ogólnego śmiechu audytorjum.

— A moje instrukcje? — spytał grzecznie Ostap. — Tyle razy mówiłem panu, że kradzież jest śmiertelnym grzechem! Już wówczas, gdy w Starogrodzie chciał pan okraść żonę moją, madame Grycacujewą, już wówczas zrozumiałem, że jest pan kryminalistą pośledniejszego gatunku. Nigdy nic się panu nie stanie. Ręczę za to. Sześć miesięcy bez surowej izolacji — to maksimum, do którego mogą pana doprowadzić jego upodobania. Jak na giganta myśli i ojca rosyjskiej demokracji skala niezbyt rozległa. To też widzimy teraz rezultaty. Krzesło, które pan miał w rękach, wyślizgnęło się. Mało tego — zepsuł pan łatwą robotę! Niech-no pan sprobuje teraz zaatakować go drugą wizytą. Toż ten Awassałom Iznurenkow głowę panu by urwał. Całe szczęście, że pomógł panu idjotyczny zbieg okoliczności, inaczej siedziałby pan za kratkami i daremnie czekał na wałówkę. Wałówek nosić panu nie będę, niech pan to sobie zapamięta. Co mnie obchodzi Hekuba? Ostatecznie nie jest mi pan ani bratem, ani swatem.

Hipolit Matwiejewicz, rozumiejąc całą swą nicość, stał doszczętnie zdruzgotany.

— Uważasz, kochasiu, widzę teraz, że wspólna nasza praca jest najzupełniej bezcelowa. W każdym razie pracować z tak mało kulturalnym spólnikiem, jak pan, na czterdzieści procent wydaje mi się absurdem. Wolens - nie - wolens muszę postawić nowe warunki.

— Hipolit Matwiejewicz zasapał. Dotychczas starał się nie oddychać.

— Tak, stary przyjacielu, choruje pan na organizacyjne niedołęstwo i niemoc. Proporcjonalnie do tego zmniejsza się udział pana w naszej imprezie. Było nie było — chce pan dwadzieścia procent.

Hipolit Matwiejewicz potrząsnął stanowczo głową.

— Nie chce pan? Dlaczego? Mało?

— M-mało.

— Ależ przecie wynosi trzydzieści tysięcy rubli! Ileż pan chce?

— Zgadzam się na czterdzieści.

— Rozbój na równej drodze! — rzekł Ostap, przedrzeźniając ton głosu marszałka podczas historycznego ubijania interesu na portierni.

— Trzydzieści tysięcy to jeszcze mało? Potrzeba panu może jeszcze klucza od mieszkania?!

— To panu potrzeba klucza od mieszkania — wybełkotał Hipolit Matwiejewicz.

— Bierz pan dwadzieścia, pókim dobry, bo mogę się jeszcze rozmyśleć. Niech pan korzysta z mego dobrego humoru.

Worobjaninow oddawna już zatracił tę pewność, z którą ongi rozpoczynał poszukiwania brylantów.

Lody, które ruszyły jeszcze w portierni, lody, które huczały, pękały i uderzały o granitowe brzegi, oddawna już pokruszyły się i stajały. Nie było już lodów. Były natomiast szeroko rozlane wody, które niedbale na falach swych niosły Hipolita Matwiejewicza, przerzucając go z boku na bok, uderzając nim o polana, zderzając go z krzesłami, to znów unosząc go het daleko od nich. Nieznośny strach ogarnął Hipolita Matwiejewicza, wszystko go przerażało. Rzeka unosiła z sobą odpadki, resztki kurników, zdechłe ryby, jakiś okropny kapelusz... Może był to kapelusz ojca Fiodora, porwany przez wiatr w Rostowie?... Kto wie? Kres drogi jeszcze daleki. Brzegu nie widać, a płynąć przeciw prądowi dawny marszałek szlachty nie miał ani sił, ani ochoty. Fale niosły go do otwartego morza przygód.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI.
Dwie wizyty.

Wyjęte z powijaków niemowlę ustawicznie bez chwili wypoczynku otwiera i zaciska woskowe piąsteczki, rusza nóżętami, kręci główką nie większą niż duże jabłko, przystrojone w czepeczek — bez przerwy ślini się. Tak samo Awessałom Iznurenkow był w stanie wiecznego niepokoju: Manewrował pulchnemi nóżkami, kręcił wygolonym podbródkiem, wydawał okrzyki i owłosionemi rękami robił takie ruchy, jakgdyby wykonywał ćwiczenia gimnastyczne.

Prowadził bardzo czynny żywot — wyrastał wszędzie, jak z pod ziemi, i proponował coś, po ulicy pędził, jak nastroszona kwoka, i bardzo prędko i głośno mówił do siebie. Istota jego życia i działalności polegała na tem, że organicznie nie mógł zająć się jakąś sprawą, przedmiotem czy myślą dłużej niż minutę.

Jeżeli dowcip nie podobał się i nie wywoływał natychmiast śmiechu, Iznurenkow nie przekonywał bynajmniej redaktora, jak to usiłowali czynić inni, że dowcip jest dobry i dla należytej oceny wymaga jedynie krótkiej chwili zastanowienia. Zaraz na poczekanie częstował innym dowcipem.

— Jak źle, to źle — powiadał — trudno.

W sklepach robił Awessałom Władimirowicz taki rwetes, tak szybko zjawiał się i znikał z oczu przerażonym subjektom, z takim rozmachem kupował pudełko czekoladek, że kasjerka spodziewała się, że taki klijent kupi towaru conajmniej za trzydzieści rubli. Lecz Iznurenkow, balansując koło kasy i chwytając za krawat, jakgdyby się dusił, rzucał na szklany blat stołu zniszczoną trzyrublówkę i, swoim zwyczajem pokrzykując, uciekał.

Gdyby ten człowiek potrafił zatrzymać siebie, chociażby na dwie godziny, mogłoby dojść do najbardziej nieoczekiwanych wydarzeń. Kto wie, może Iznurenkow usiadłby przy biurku i napisał wspaniałą powieść, a może prośbę do kasy samopomocy o bezzwłoczną pożyczkę, albo też jaki nowy paragraf do ustawy o korzystaniu z przestrzeni mieszkalnej, lub może podręcznik „O dobrym tonie i sposobie zachowania się w towarzystwie”.

Lecz zrobić tego nie mógł. Pracujące wściekle nogi porywały go z miejsca: z poruszającej się ręki wylatywał ołówek, jak strzała; myśli skakały.

Iznurenkow biegał po pokoju i pieczęcie na meblach trzęsły się, jak kolczyki tańczącej cyganki. Na krześle siedziała jakaś śmieszka z przedmieścia.

— Ach, ach! — pokrzykiwał Awessałom Władimirowicz — bosko! „Królowa uczty jest ozdobą”... Ach, ach! Pierwsza klasa!... Jesteś — królową Margot.

Królowa przedmieścia, nie rozumiejąca z tego nic a nic, śmiała się z szacunkiem.

— Proszę, jedz czekoladki, bardzo cię proszę!... Ach, ach!... Uroczo!...

Co chwilę całował rączki królowej, zachwycał się jej skromną suknią, pchał jej pod nos kota i pytał:

— Prawda, wygląda jak papuga? Lew! Lew! Prawdziwy lew! Prawda, istotnie jest niezwykle puszysty?... A ogon! Ogon! Prawda, to jest duży ogon? Ach!

Następnie Awessałom Władimirowicz cisnął kota w kąt i, przyłożywszy dłonie do pulchnej swej piersi, zaczął kłaniać się komuś przez okno. Naraz w głowie jego odemknęła się jakaś klapka i zaczął wyzywająco dowcipkować na temat fizycznych i duchowych cech swego gościa.

— Czy broszka ta jest doprawdy szklana? Ach! ach! Co za blask!... Olśniłaś mnie, słowo honoru!... A czy Paryż jest doprawdy dużem miastem? Doprawdy jest tam wieża Eiffla?... Ach! Ach!... Co za ręce!.. Co za nosek!... Ach!...

Nie obejmował dziewczynki. Wystarczało mu prawienie komplementów. To też prawił je bez wytchnienia. Potok ten przerwała wizyta Ostapa.

Wielki kombinator trzymał w ręce świstek papieru i surowo indagował:

— Czy tu mieszka Iznurenkow? To pan?

Awessałom Władimirowicz lękliwie wpatrywał się w kamienne oblicze gościa. Z oczu jego starał się wyczytać, z jakiemi właściwie zgłasza się pretensjami. Czy ma to być kara za stłuczone podczas rozmowy w tramwaju szkło, czy wezwanie do sądu ludowego z racji zaległego czynszu czy też może składka na czasopismo dla ślepych.

— Cóż to ma znaczyć, towarzyszu — rzekł oschle Bender — jakiem prawem wyrzucił pan stąd funkcjonariusza państwowego?

— Jakiego funkcjonariusza? — przeraził się Iznurenkow.

— Sami wiecie, jakiego. Zaraz zabiorę stąd meble. Obywatelko, proszę uwolnić krzesło od swej osoby.

Obywatelka, przed którą deklamowano przed chwilą wiersze najbardziej lirycznych poetów, wstała z miejsca.

— Nie! Siedź! — wrzasnął Iznurenkow, zasłaniając krzesło własnem ciałem. — Oni nie mają prawa!

— Co do praw, to milczcie lepiej, obywatelu. Uświadomionym trzeba być. Proszę uwolnić mebel od swej osoby! Trzeba przestrzegać prawa!

Mówiąc to, złapał krzesło i potrząsnął niem kilkakrotnie w powietrzu.

— Zabieram meble! — oświadczył stanowczo Bender.

— Nie, nie zabierze ich pan!

— Jakto nie zabiorę — uśmiechnął się Ostap, wychodząc z krzesłem do korytarza.

Awessałom pocałował królową w rękę i z pochyloną głową pobiegł za surowym sędzią. Ten schodził już ze schodów.

— A ja powiadam, że nie ma pan prawa. W myśl ustawy meble mogą stać w ciągu dwóch tygodni, a moje są opieczętowane raptem od trzech dni! A może ja zapłacę?!

Iznurenkow krążył koło Ostapa, jak pszczoła. W ten sposób obaj w końcu znaleźli się na ulicy. Awessałom Władimirowicz bieg za krzesłem do samego rogu. Tutaj ujrzał gromadę wróbli, fruwających dokoła kupy gnoju. Spojrzał na nie rozjaśnionym wzrokiem wymamrotał coś, klasnął w ręce i, zaśmiewając się, orzekł:

— Pierwsza klasa! Ach!... Ach!... kapitalny manewr!...

Iznurenkow pochłonięty nowym tematem, obrócił się wesoło na pięcie i, podskakując, pobiegł do domu. O krześle przypomniał sobie dopiero w domu, gdy zastał dziewczę z przedmieścia, stojące na środku pokoju.

Ostap odwiózł krzesło dorożką.

— Ucz się pan — powiedział Hipolitowi Matwiejewiczowi. — Zdobyłem to krzesło gołemi rękami. Darmo. Rozumie pan?

Umeblowanie pokoju Iwanopulo powiększyło się jeszcze o jedno krzesło. Po zbadaniu krzesła Hipolit Matwiejewicz sposępniał.

— Szanse nasze wciąż się zwiększają — rzekł Ostap — lecz o pieniądzach ani słychu. Mój panie, a czy ta nieboszczka teściowa nie lubiła czasem żartować?

— Bo co?

— Może żadnych brylantów niema?

Hipolit Matwiejewicz zaczął się tak od tej myśli opędzać, że aż uniosła się marynarka.

— A więc doskonale. Miejmy nadzieję, że dobytek Iwanopulo zwiększy się jeszcze tylko o jedno krzesło.

— A o was, towarzyszu Bender, pisano dziś w gazetach — rzucił przypochlebnie Hipolit Matwiejewicz.

Ostap spochmurniał. Nie lubił, gdy nazwisko jego wywoływało wrzawę w prasie.

— Co pan plecie? W jakiej gazecie?

Hipolit Matwiejewicz rozłożył z dumą „Warsztat”.

— O tutaj. W dziale „Wypadki i kradzieże”.

Ostap uspokoił się nieco, ponieważ jak ognia obawiał się tylko notatek w demaskujących działach „Krzywe zwierciadło” i „Aferzyści — pod sąd”.

Istotnie, w dziale „wypadki i kradzieże” było wydrukowane:

Wpadł pod dorożkę.

Wczoraj na placu Swierdłowa wpadł pod dorożkę Nr. 8974 obyw. O. Bender. Ofiara nie doznała wprawdzie żadnego szwanku, lecz bardzo się przestraszyła.

— To dorożkarz bardzo się przestraszył, a nie ja, — burknął O. Bender. — Idjoci! Piszą, piszą, a sami nie wiedzą, co piszą. Aha! To „Warsztat”? Bardzo, bardzo przyjemnie. Czy wie pan. panie Worobjaninow, że notatkę tę mógł ktoś pisać, siedząc na naszem krześle? Komiczna historja.

Wielki kombinator zamyślił się.

Pretekst do złożenia wizyty w redakcji znalazł się.




Dowiedziawszy się od sekretarza, że wszystkie pokoje po prawej i po lewej stronie korytarza należą do redakcji, Ostap udając greka, udał się na obchód biur redakcyjnych. Chciał się koniecznie dowiedzieć, w którym pokoju stoi krzesło.

Najpierw wlazł do miest-komu, w którym rozpoczęło się już posiedzenie młodych automobilistów i ponieważ odrazu zorjentował się, że krzesła tam niema, powędrował do sąsiedniego lokalu. W administracji udawał, że czeka na rezolucję, w dziale rab-korów dopytywał się, gdzie tu — zgodnie z ogłoszeniem — możnaby kupić trochę makulatury. W sekretarjacie informował się co do warunków prenumeraty, a w pokoju felietonistów dowiadywał się, gdzie przyjmują ogłoszenia o zgubieniu dokumentów. W ten sposób dotarł do gabinetu naczelnego redaktora, który, siedząc na krześle Worobjaninowa, rozmawiał przez telefon.

— Tu, towarzyszu redaktorze, wydrukowano prawdziwe oszczerstwo, — powiedział Bender.

— Jakie oszczerstwo? — spytał redaktor.

Ostap powoli rozkładał numer „Warsztatu”. Spojrzawszy na drzwi, dostrzegł amerykański zamek. Gdyby się wycięło kawałek szyby w drzwiach, to możnaby z łatwością wpakować rękę i otworzyć zamek od środka.

Redaktor przeczytał wskazaną mu przez Ostapa notatkę.

— W czem wy tu, towarzyszu, dopatrujecie się oszczerstwa?

— Jakto! O tu: „Ofiara... bardzo się przestraszyła”.

— Nie rozumiem.

Ostap spojrzał życzliwie na redaktora i na krzesło.

— Czyż to jest do pomyślenia, bym się bał jakiegoś tam dorożkarza! Skompromitowaliście mnie przed całym światem. Żądam sprostowania.

— Proszę was, obywatelu, — rzekł redaktor, — nikt was nie kompromitował, i sprostowań w takich błahych sprawach nie dajemy.

— Jak uważacie, lecz ja tej sprawy płazem nie puszczę, — zapowiadał Ostap, wynosząc się z gabinetu.

Zobaczył już wszystko, czego mu było potrzeba.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI.
Przedziwny koszyczek.

Starogradzki oddział nieistniejącego „Miecza i lemiesza” wraz z zuchami z „Bystroupadku” utworzył długi ogonek przed składem „Chlebproduktu”. Przechodnie zatrzymywali się.

— Za czem tu stoją? — pytali obywatele.

W kolejce, stojącej przed składem, zawsze znajdzie się jakiś człowiek, którego swędzi język tem więcej, im dalej stoi od drzwi składu. A najdalej stał Polesow.

— Ładne czasy, — mówił komendant straży ogniowej, — trawą chyba wkrótce żywić się zaczniemy. Nawet w dwudziestym roku nie było tak źle. Mąki w mieście starczy raptem na cztery dni.

Obywatele nieufnie podkręcali wąsy, wdawali się z Polesowem w dyskusję i powoływali się na „Starogradzką Prawdę”. Udowodniwszy Polesowowi czarno na białem, że w mieście jest mąki wbród i że niema najmniejszego powodu do paniki, biegli ci obywatele do domu, brali z sobą całą gotówkę i przyłączali się do mącznego ogonka.

Zuchy z „Bystroupaku", skupiwszy całą mąkę, rzucili się na towary kolonjalne i utworzyli cukrowo-herbacianą kolejkę.

W ciągu trzech dni nastąpił w Starogradzie kryzys żywnościowy.

Do chwili przybycia znajdujących się w drodze transportów żywności, ograniczono sprzedaż towarów do jednego funta cukru i pięciu funtów mąki na osobę.

Nazajutrz znalazło się antidotum.

W kolejce cukrowej pierwszy stanął Alchen. Za nim — żona jego, Saschchen, Pasza Emiljewicz, czterej Jakowlewicze i wszystkie piętnaście pupilek — staruszek w tandetnych szarych strojach. Wypompowawszy ze składu Star-giko pół puda cukru, powiódł Alchen swoją gromadkę do innej kooperatywy. Po drodze sklął siarczyście Paszę Emiljewicza, który zdążył już wsunąć przypadającą na niego rację cukru. Pasza sypał sobie cukier na rękę a następnie wsypywał do swej szerokiej paszczęki. Alchen uwijał się calutki dzień. Celem uniknięcia straty na wadze wskutek przetrzymywania towaru, wyłączył z kolejki Paszę Emiljewicza i poruczył mu przenoszenie zdobyczy na rynek. Tam Alchen z zażenowaniem sprzedawał do prywatnych sklepików zdobyte przed chwilą cukier, mąkę, herbatę i markizetę.

Polesow wystawał w ogonkach głównie dla zasady. Pieniędzy nie miał i tak czy owak nabyć niczego nie mógł. Wędrował z jednego ogonka do drugiego, przysłuchiwał się rozmowom, robił zjadliwe uwagi, znacząco marszczył brwi i prorokował. Skutek jego półsłówek był taki, że w mieście zaczęły krążyć głuche wieści o przyjeździe spiskowej organizacji.

Gubernator Djadjew zarobił w ciągu jednego dnia dziesięć tysiączków. Ile zarobił prezes rady giełdowej, Kislarski, nie wiedziała nawet jego żona.

Świadomość, że należy do tajnej organizacji, nie dawała Kislarskiemu spokoju. Szerzące cię po mieście pogłoski przeraziły go ostatecznie. Spędziwszy bezsennie noc, prezes rady giełdowej zadecydował, że jedynie szczere przyznanie się do winy może wpłynąć na skrócenie okresu kary więziennej.

— Słuchaj, Henrjeto, — powiedział do żony, — manufakturę trzeba będzie przenieść do szwagra.

— Bo co, czy przyjdą? — spytała Henrjeta Kislarska.

— Mogą przyjść. Gdy w kraju niema wolności handlu, to muszą mnie chyba kiedyś wreszcie przymknąć?

— A więc, przygotować ci bieliznę? Biada mi, biada! Ciągle nosić do więzienia „wałówki”. Właściwie, dlaczego ty nie wstępujesz do służby sowieckiej? Przecież szwagier należy do związku zawodowego i — nic! A temu zachciewa się na gwałt być czerwonym kupcem!

Henrjeta nie wiedziała o tem, że los wysunął jej męża na stanowisko prezesa rady giełdowej. Dlatego też była stosunkowo spokojna.

— Gdybym nie wrócił na noc, — powiedział Kislarski, — to przynieś mi jutro „wałówkę”. Tylko — bardzo cię proszę — nie przynoś mi czasem pierożków. Jaki smak mogą mieć zimne pierożki?!

— A możebyś wziął z sobą prymus?

— Tobie się wydaje, że pozwolą mi na trzymanie w celi prymusa! Daj mi mój koszyczek.

Kislarski miał specjalny, zrobiony na zamówienie, koszyk. Był to uniwersalny koszyk. Gdy się go rozkładało zupełnie, mógł służyć jako łóżko, gdy się rozkładało do połowy — jako stolik, pozatem zastępował z powodzeniem szafę — były tam półeczki wszelakie, haki i szufladki. Żona włożyła do uniwersalnego koszyka zimną kolację i świeżą bieliznę.

— Możesz mnie nie odprowadzać, — rzekł doświadczony małżonek, — jeżeli Rubens przyjdzie po pieniądze, powiedz, że niema pieniędzy. Do widzenia. Rubens może zaczekać.

I Kislarski z całą powagą wyszedł na ulicę, trzymając w ręce koszyk.

— Dokąd spieszycie, obywatelu Kislarski? — zagadnął go Polesow.

Polesow stał koło słupa telegraficznego i głośnemi okrzykami zagrzewał robotnika, wspinającego się po słupie i pragnącego dotrzeć do izolatorów.

— Idę przyznać się, — odrzekł Kislarski.

— Do czego?

— Do miecza i lemiesza.

Wiktor Michajłowicz oniemiał. A Kislarski z wysuniętym naprzód jajowatym brzuszkiem, przepasanym szerokim pasem z kieszonką na zegar, zmierzał wolnym kroczkiem do gub-prokuratury.

Wiktor Michajłowicz załopotał skrzydłami i pocwałował do Djadjewa.

— Kislarski jest prowokatorem! — zawołał komendant straży. — Przed chwilą poszedł zasypać nas. Jeszcze go widać.

— Jakto ? I koszyk wziął z sobą? — przeraził się starogradzki gubernator.

— Wziął.

Djadjew pocałował żonę, zapowiedział, by Rubensowi, jeśli przyjdzie, pieniędzy nie dawać i, jak strzała, wybiegł na ulicę.

Wiktor Michajłowicz pokręcił się chwilę, jęknął, jak kura, która zniosła jajko, poczem pobiegł do Wołodii i Nikieszy.

Tymczasem obywatel Kislarski spacerowym krokiem zbliżał się do gub-prokuratury. Po drodze spotkał Rubensa i długo z nim gawędził.

— A jak będzie z pieniędzmi? — spytał Rubens.

— Po pieniądze zgłosi się pan do żony.

A dlaczego wziął pan z sobą koszyk? — wypytywał nieufnie Rubens.

— Idę do łaźni.

— No, to wszystkiego dobrego.

Następnie wstąpił Kislarski do cukierni S. S. P. O., dawnej „Bonbons de Varsovie”, pokrzepił się filiżanką kawy i drożdżowem ciastkiem. Czas już był wykonać powzięty zamiar: iść i przyznać się. Prezes rady giełdowej wszedł do poczekalni gub-prokuratury. Było tam pusto. Kislarski podszedł do drzwi, n a których wisiał napis: „Gubernialny prokurator” i uprzejmie zapukał.

— Proszę! — rozległ się dobrze znany Kislarskiemu głos.

Kislarski wszedł i ze zdumienia stanął, jak wryty. Jajowaty jego brzuszek oklapł odrazu i pomarszczył się, jak figa. To, co ujrzał, było dla niego całkiem nieoczekiw ane.

Biurko, przy którem siedział prokurator, otaczali członkowie potężnej organizacji „Miecza i lemiesza”. Wnioskując z ich gestów, przyznawali się do wszystkiego.

— Mamy go, — zawołał Djadjew, — on jest najważniejszy, to październikowiec.

— Po pierwsze, — rzekł Kislarski, stawiając na podłodze koszyk i zbliżając się do biurka, — po pierwsze, nie jestem październikowcem. Następnie zawsze byłem zwolennikiem sowieckiej władzy, a po trzecie, — najważniejszy nie jestem ja, lecz towarzysz Czarusznikow, który mieszka...

— Ulica Czerwonej Gwardji! — krzyknął Djadjew.

— Liczba trzy! — zakomunikowali chóralnie Wołodia i Nikiesza.

— W podwórzu na lewo, — dodał Wiktor Michajłowicz, — mogę wskazać.

W ciągu dwudziestu minut przywieziono Czarusznikowa, który przedewszystkiem oświadczył, że nikogo z osób obecnych w gabinecie, nigdy w życiu nie widział. Następnie jednym tchem zadenuncjował Helenę Stanisławównę.

Prezes rady giełdowej odczuł prawdziwą ulgę dopiero wówczas, gdy, znalazłszy się w celi więziennej, zmienił bieliznę i wyciągnął się na swymi koszyku.

Madame Grycacujewa-Bender zdążyła podczas kryzysu zaopatrzeć się w produkty żywnościowe i towary do swego kramiku, conajmniej na cztery miesiące. Pozbywszy się kłopotów, zaczęła znów tęsknić do młodego małżonka, trawiącego czas na posiedzeniach małego Sownarkomu. Wizyta u wróżki nie przyniosła jej żadnej ulgi.

Helena Stanisławówna, przestraszona zniknięciem całego starogradzkiego areopagu, stawiała kabałę z oburzającem niedbalstwem. Karty zwiastowały bądź koniec świata, bądź dodatek do pensji, bądź też spotkanie z mężem w rządowym domu i w obecności nieżyczliwego króla pik.

Samo wróżenie też dziwnie się jakoś skończyło. Przyszli agenci — królowie z kart i uprowadzili wróżkę do rządowego domu — do prokuratora.

Wdowa została sam na sam z papugą. Wielce przerażona miała właśnie zamiar wyjść, gdy nagle papuga uderzyła dziobem o pręty klatki i po raz pierwszy w życiu przemówiła ludzkim językiem:

— „Doczekaliśmy się!” — powiedziała szyderczo, nakryła głowę skrzydłem i wydarła sobie piórko.

Madame Grycacujewa-Bender rzuciła się ze strachu do drzwi. Za nią biegły namiętne i szybkie słowa papugi. Wiekowy ptak tak był wstrząśnięty wizytą agentów i uprowadzeniem gospodyni do rządowego domu, że zaczął wykrzykiwać wszystkie znane słowa. Najwięcej miejsca w repertuarze jego zajmował Wiktor Michajłowicz Polesow.

— Ewentualnie aczkolwiek, — rzekł wzburzony ptak.

I zawisnąwszy na pręcie głową na dół, mrugnął na skamieniałą pod drzwiami wdówkę, jakgdyby mówiąc: „No i cóż ty na to, wdówko?“

— Rany boskie! — jęknęła Grycacujewa.

— W jakim pułku pan służył? — spytała papuga głosem Bendera. — Europa przyjdzie nam z pomocą.

Po ucieczce wdowy papuga otrząsnęła się i wypowiedziała te słowa, które ludzie usiłowali bezskutecznie wydobyć z niej w ciągu trzydziestu lat:

— Dureń, dureń!

Wdowa biegła po ulicy i zawodziła A w domu czekał na nią pokraczny staruszek. Był to Bartłomiejewicz.

— Na skutek ogłoszenia, — oświadczył Bartłomiejewicz, — już dwie godziny czekam na pannę.

Ciężkie kopyto przeczucia uderzyło Grycacujewą wprost w serce.

— Och! — westchnęła wdowa. — Ledwo już żyję.

— To panią, jeśli się nie mylę, opuścił obywatel Bender? Pani dała ogłoszenie do gazety?

Wdowa upadła na worki z mąką.

— Delikatne ma pani zdrowie, — rzekł słodko Bartłomiejewicz, — chciałbym nasamprzód wedle wynagrodzenia pomówić...

— Och!... Wszystko sobie zabierz! Niczego mi już teraz nie żal! — zawołała sentymentalnie wdowa.

— A więc. Wiadome mi jest miejsce pobytu synka pani O. Bendera. Jaką za to otrzymam nagrodę?

— Wszystko sobie zabierz, — powtórzyła wdowa.

— Dwadzieścia rubli, — rzucił oschle Bartłomiejewicz.

Wdowa wstała z worków. Cała była ubabrana mąką. Mrugała oczami raz po raz.

— Ile? — spytała ponownie.

— Piętnaście rubli, — opuścił Bartłomiejewicz.

Przeczuwał, że nie będzie rzeczą łatwą wyrwać choćby trzy ruble od tej nieszczęsnej kobiety.

Potykając się o paki, nacierała wdowa na starego, wzywała siły niebieskie na świadków i z ich pomocą dobiła wreszcie targu.

— Ho, trudno, niech już będzie pięć rubli. Tylko naprzód poproszę o pieniądze. Takie już mam zasady.

Bartłomiejewicz wyjął z notesu dwa wycinki z gazet i, nie puszczając ich z rąk, zaczął czytać:

— Zechce pani posłuchać, po kolei. A więc, pisała pani, — „Błagam... wyszedł z domu towarzysz Bender... zielony garnitur, żółte trzewiki, niebieska kamizelka...” Zgadza się? To było w „Starogradzkiej Prawdzie”. A teraz niech pani posłucha, co o jej synku piszą w stołecznych gazetach. Zaraz... „wpadł po konia...” Tylko nie lamentujcie, paniusiu, posłuchajcie dalej... „wpadł pod konia...” Ależ żyje, żyje! Powiadam, że żyje. Czyż miałbym czelność brać pieniądze za umrzyka?... A więc, „wpadł pod konia. Wczoraj na placu Swierdłowa wpadł pod dorożkę Nr. 8947 obywatel O. Bender. Ofiara nie poniosła żadnego szwanku, tylko bardzo się przestraszyła...” A więc przedłożę pani te dokumenciki, tylko wpierw proszę mi dać pieniążki. Takie już mam zasady.

Wdowa z bekiem wręczyła pieniądze. Mąż, jej drogi mąż w żółtych trzewikach leżał hen na dalekiej moskiewskiej ulicy i spieniony rumak dorożkarski tłukł go kopytem w błękitną pierś.

Wrażliwa dusza Bartłomiejewicza zadowoliła się przyzwoitem wynagrodzeniem. Wyniósł się, wytłumaczywszy wdowie, że dodatkowe ślady znajdą się niewątpliwie w redakcji gazety „Warsztat” gdzie, oczywista, wiedzą o wszystkiem, co się dzieje na świecie.

∗             ∗

Wówczas, gdy jedni bohaterzy powieści przekonani byli, że czas nie zając, inni zaś przypuszczali, że czas ucieka — czas mijał całkiem normalnie. Po dusznym moskiewskim maju nastąpił duszny czerwiec. W powiatowem mieście N. samochód państwowy Nr. 1 wskutek uszkodzenia stał już od dwóch tygodni przy zbiegu Staropańskiego rynku i ulicy imienia tow. Biurokracego. Od czasu do czasu wypuszczał kłęby dymu i zasnuwał niemi okolicę. Ze starogradzkiej defensywy wychodzili gęsiego zawstydzeni uczestnicy spisku „Miecza i lemiesza” — zobowiązali się oni pisemnie do nieopuszczania miasta. Wdowa Grycacujewa wróciła do swego kolonialnego sklepiku, nałożono na nią karę w wysokości piętnastu rubli za to, że nie wywiesiła na widocznem miejscu cennika na mydło, pieprz, farbkę i inne drobiazgi — roztargnienie, które łatwo można darować kobiecie o gorącem sercu.


LIST
ojca Fiodora, pisany w Rostowie w herbaciarni „Mleczna droga” do żony, przebywającej w powiatowem mieście N.

Droga moja Katiu!
Spadło na mnie nowe zmartwienie, ale o tem potem. Pieniądze otrzymałem na czas, za co serdecznie ci dziękuję. Po przybyciu do Rostowa pobiegłem odrazu według wskazanego adresu. „Noworoscement” — bardzo duża instytucja — nikt tam nie znał inżyniera Brunsa. Byłem kompletnie zrozpaczony, lecz dano mi dobrą radę. Idź, bracie, powiedzieli, do biura adresowego, niech tam poszperają. Poszedłem do tego biura. Poprosiłem. Tak, powiedzieli mi, był taki u nas, odpowiedzialne miał stanowisko, lecz, niestety, powiadają, w ubiegłym roku odszedł od nas. Przekazali go do Baku, do służby w Aznafcie, w charakterze speca do spraw techniki bezpieczeństwa.
Jak widzisz, złotko moje, podróż moja zanosi się na dłużej, niż myśleliśmy. Piszesz mi, że oszczędności nasze kończą się. Trudna rada, Katarzyno Aleksandrówna. Już rychło będzie koniec. Uzbrój się w cierpliwość, pomódl Panu Bogu i sprzedaj mój studencki mundur. Większe jeszcze trzeba będzie ponieść ofiary. Bądź na wszystko gotowa.
Drożyzna w Rostowie okropna. Za numer w hotelu zapłaciłem 2 rb. 25 kop. Pieniędzy starczy mi zaledwie na podróż do Baku. Stamtąd w razie powodzenia, zatelegrafuję.
Dziś mamy tu bardzo skwarno. Palto trzymam na ręce. Boję się zostawić je w hotelu — ani się obejrzę, jak mi świsną. Ludziska tu nie budzą zaufania.
Nie podoba mi się miasto Rostów. Co do liczby ludności i położenia geograficznego pozostaje daleko w tyle za Charkowem. Lecz to nic, droga moja, da Bóg pojedziemy sobie jeszcze razem do Moskwy. Zobaczysz — Moskwa — to prawdziwie europejskie miasto. A potem zamieszkamy na stałe w Samarze — w pobliżu naszej fabryczki.
Czy Worobjaninow już wrócił? Gdzie też on teraz węszy? Czy Ewstigniejew stołuje się jeszcze u nas? Jak po praniu wygląda moja sutanna? Wszystkich znajomych upewniaj, że jestem przy wezgłowiu chorej ciotki. Guleńce napisz to samo.
Prawda! Z kretesem zapomniałem opowiedzieć ci o strasznym wypadku, który mnie dziś spotkał.
Rozkoszując się ciszą Donu, stałem na moście, pogrążony w marzeniach o naszym przyszłym dobrobycie. Nagle zerwał się wiatr i poniósł do rzeki kapelusz brata twego, piekarza. Przepadł bez śladu. Musiałem ponieść nowy wydatek — kupiłem sobie angielską czapkę za 2 rb. 30 kop. Bratu twemu, piekarzowi, nie mów nic o tem zdarzeniu. Zapewnij go, że jestem w Woroneżu.
Kiepsko tylko, uważasz, z bielizną. Wieczorem piorę ją, a jeśli nie zdąży wyschnąć do rana, wkładam wilgotną. Przy obecnym upale jest to nawet przyjemne.

Całuję ciebie i ściskam.

Do grobowej deski mąż twój Fiedia.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY.
Kurka i światowy kogucik.

Reporter Persicki gorliwie szykował się do dwóchsetnego jubileuszu wielkiego matematyka Izaaka Newtona.

— Newtona biorę na siebie. Dajcie mi tylko miejsce, — oświadczył.

— Pamiętajcie, Persicki, — zrzędził sekretarz. — obsłużcie tylko Newtona po ludzku.

— Niech was o to głowa nie boli. Wszystko będzie, jak się patrzy.

— Żeby tylko nie było tak, jak z Łomonosowem. W Przeglądzie wieczornym była fotografja prawnuczki Łomonosowa, pionierki, a u nas...

— Ja w tem palców nie maczałem. Po co dawaliście taką odpowiedzialną robotę temu rudemu Iwanowowi! Miejcie teraz do siebie pretensję.

— A cóż wy mi przyniesiecie?

— Jakto co? Artykuł z Gław-nauki; mam tam stosunki sto razy lepsze, niż Iwanow. Biografję weźmiemy z Brockhausa. No i podobiznę zamieścimy wspaniałą. Wszyscy hurmem rzucą się po fotografję do Brockhausa, a ja sobie wytrzasnę coś znacznie oryginalniejszego. W „Księdze Międzynarodowej” wyszperałem drzeworyt, że tylko paluszki lizać!... Ale muszę dostać zaliczkę!... No, idę po Newtona!

— A czy nie będziemy fotografować Newtona? — spytał fotograf, który przyszedł pod koniec rozmowy.

Persicki dał sygnał ostrzegawczy, mający oznaczać:

„Baczność, uważajcie, co teraz zrobię”.

Cały sekretarjat zamienił się w słuch.

— Jakto? Dotychczas jeszcze nie sfotografowaliście Newtona?! — napadł Persicki na fotografa.

Fotograf na wszelki wypadek zaczął się bronić.

— Spróbujcie go złapać, — powiedział.

— Dobry fotograf jużby go złapał! — warknął Persicki.

— A więc trzeba zrobić to zdjęcie czy nie trzeba?

— Rozumie się, że trzeba! Śpieszcie się! Napewno tłoczą się już tam wysłannicy wszystkich redakcyj!

Fotograf wpakował sobie na plecy aparat.

— Siedzi teraz w „Gos-szwal-maszynie”. Nie zapomnijcie tylko — Newton, Izaak, imienia ojca nie pamiętam. Sfotografujcie go z racji jubileuszu. Tylko bardzo was proszę — nie przy pracy. Wszyscy u nas siedzą przy stołach i czytają jakieś papierki. Zdejmcie go w ruchu. Lub w o toczeniu rodziny.

— Jeśli mi dadzą zagraniczne klisze, to będę mógł fotografować także w ruchu. No, idę już.

— Spieszcie się! Już szósta!

Fotograf poszedł fotografować wielkiego matematyka z racji jego dwuchsetnego jubileuszu, a współpracownicy redakcji pokładali się ze śmiechu.

Akurat w tym wesołym momencie wszedł Stiopa z „Nauki i życia”. Za nim wlokła się pulchna jakaś jejmość.

— Słuchaj, Persicki, — rzekł Stiopa, — obywatelka ta ma do ciebie interes. Pozwólcie, obywatelko, towarzysz ten wszystko dokumentnie wam wytłumaczy.

Stiopa, śmiejąc się, zwiał.

— Słucham, — odezwał się Persicki. — Czem mogę służyć?

Madame Grycacujewa (była to ona) spojrzała na reportera zamglonym wzrokiem i bez słów wsunęła mu w rękę jakiś świstek.

— Tak, — rzekł Persicki, — ...wpadł pod dorożkę... bardzo się przestraszył... O co idzie?

— Adres — rzekła błagalnie wdowa. — czy mogłabym tu dostać adres?

— Czyj adres?

— O. Bendera.

— A skądże ja mam go znać?

— A tamten towarzysz mówił, że pan ma jego adres.

— Nic nie wiem. Niech się pani zwróci do biura adresowego.

— A może pan sobie przypomni, towarzyszu? W żółtych był trzewikach.

— Ja sam mam żółte trzewiki. Oprócz nas obu jeszcze dwieście tysięcy osób w Moskwie ma żółte trzewiki. Ciekawa pani może jest ich adresów? Z miłą chęcią. Cisnę swoją robotę i zajmę się tą sprawą. Za pół roku będzie pani wiedziała wszystko. Jestem zajęty, obywatelko.

Lecz wdowa, która odnosiła się do Persickiego z dużym szacunkiem, szła za nim po korytarzu krok w krok i, szeleszcząc nakrochmaloną mocno halką, powtarzała swe prośby.

„Ten Stiopa to łajdak” — pomyślał Persicki, — „ale nic — naślę na niego wynalazcę „perpetuum mobile”, to mu się odechce kawałów”.

— No i cóż mogę zrobić? — denerwował się Persicki, zatrzymując się przed wdową — Skądże mogę znać adres obywatela O. Bendera? Czyż jestem koniem, który go przejechał?

Wdowa odpowiedziała niewyraźnym bełkotem , w którym rozróżnić można było jedynie słowa „towarzyszu” i „bardzo proszę”.

Praca w Domu Ludowym już się skończyła. Biura i korytarze opustoszały. Gdzieś jeszcze tłukła ostatnią stronicę maszyna do pisania.

— Pardon, obywatelka widzi, że jestem zajęty?

Mówiąc to, schował się Persicki w garderobie. Pospacerował tam z dziesięć minut i wesoło wyszedł. Grycacujewa cierpliwie szeleściła halkami przy zbiegu dwóch korytarzy. Ujrzawszy Persickiego, ożywiła się.

Reporter zbaraniał.

— Słuchajcie, matko, — powiedział, — cóż robić, powiem wam. gdzie ten wasz O. Bender podziewa się. Idźcie wprost przed siebie, potem skręćcie na prawo i znów potem idźcie prosto. Będą tam drzwi. Spytajcie o Czerepiecznikowa. On powinien wiedzieć.

I Persicki zadowolony ze swego pomysłu tak szybko znikł, że wykrochmalona wdówka nie zdążyła nawet zasięgnąć dodatkowych informacyj.

Madame Grycacujewa poprawiła kiecki i poszła wzdłuż korytarza.

Korytarze w Domu Ludowym były tak długie i wązkie, że idący po nich mimowoli przyśpieszali kroku. Po każdym przechodniu można było poznać, ile już przeszedł. Jeśli szedł zlekka zaledwie przyśpieszonym krokiem, oznaczało to, że dopiero co rozpoczął pielgrzymkę. Ci, którzy przeszli już dwa lub trzy korytarze, pędzili truchcikiem. A czasem można było ujrzeć człowieka, biegnącego kłusem — było to stadjum piątego korytarza. Obywatel zaś, który miał poza sobą osiem korytarzy, mógł śmiało rywalizować co do szybkości z ptakiem, koniem wyścigowym i championem świata, szybkobiegaczem Nurmi.

Skręciwszy na prawo, madame Grycacujewowa zaczęła biec. Trzeszczała pod nią podłoga.

Naprzeciw niej szedł szybko brunet w niebieskiej kamizelce i żółtych trzewikach. Z twarzy Ostapa można było wnioskować, że wizytę w Domu Ludowym o tak późnej godzinie wywołały nadzwyczajne związane z imprezą okoliczności. Najpewniej, w planach technicznego kierownika nie było przewidziane spotkanie z ukochaną. Dostrzegłszy wdówkę, Bender odwrócił się i, nie oglądając się, rozpoczął odwrót.

— Towarzysz Bender! — krzyknęła wdowa w zachwyceniu. — Dokąd?

Wielki kombinator przyspieszył kroku. Wdowa także wytężyła siły.

— Czekajcie, niech-no tylko słówko wam powiem, — prosiła.

Lecz słowa jej nie docierały do Ostapa. W uszach jego huczał już i poświstywał wiatr. Pędził przez czwarty korytarz, przeskakiwał pomosty wewnętrznych żelaznych schodów. Ukochanej swej pozostawił tylko echo, które długo jeszcze powtarzało spieszne jego kroki.

„A to heca”, — pomstował Ostap, siedząc na piątem piętrze, — akurat mam czas na rendez-vous. Kto też mógł tu przysłać tę upalną paniusię? Najwyższy już czas likwidować moskiewski oddział naszego przedsiębiorstwa, bo ni mniej ni więcej, jeszcze gotów wpaść na mój trop samotny rycerz z motorem”.

Tymczasem Grycacujewa, oddzielona od Ostapa trzema piętrami, tysiącem drzwi i tuzinem korytarzy, otarła rozpaloną twarz halką i rozpoczęła na nowo poszukiwania. Chciała jaknajprędzej znaleźć męża i rozmówić się z nim. W korytarzach zapaliły się mętne lampy, wszystkie lampy, wszystkie korytarze i wszystkie drzwi były jednakowe. Wdowę ogarnął strach. Chciała wydostać się stąd.

Ulegając progresji korytarzowej, szła ze zwiększającą się wciąż szybkością. Po upływie pół godziny nie mogła poprostu zatrzymać się. Drzwi prezydjów, sekretarjatów, miest-komów, org-oddziałów i redakcyj z hałasem przebiegały po obu stronach jej obfitego ciała.

Po drodze sztywnemi swemi spódnicami przewracała blaszane kosze do śmieci, które z brzękiem toczyły się za nią. Przy skrzyżowaniu korytarzy tworzyły się wichry i wiry. Trzaskały drzwiczki. Palce, namalowane na ścianach wskazywały wprost na biedną naszą podróżną.

Wreszcie znalazła się Grycacujewa na pomoście wewnętrznych schodów. Było tam ciemno, lecz wdowa, przezwyciężywszy strach, zbiegła nadół i pchnęła szklane drzwi. Drzwi były zamknięte. Wdowa rzuciła się z powrotem. Lecz drzwi, przez które dopiero co przeszła, były już zamknięte czyjąś troskliwą ręką.

W Moskwie lubią zamykać drzwi.

Tysiące frontowych wejść zabito od środka deskami, i setki tysięcy obywateli dostaje się do swych mieszkań przez kuchenne schody. Dawno już minął osiemnasty rok, mgła niepamięci przesłoniła pojęcie — „najście na mieszkanie”, znikła straż domowa, organizowana wówczas przez lokatorów dla zapewnienia bezpieczeństwa, teraz uważacie, rozwiązują problem ruchu ulicznego, budują olbrzymie stacje elektryczne, robią kolosalne wynalazki w dziedzinie nauki, lecz niema człowieka, któryby życie swoje poświęcił na rozwiązanie problemu zamkniętych drzwi.

Któż rozwiąże zagadkę kin, teatrów i cyrków?

Trzy tysiące ludzi ma w ciągu dziesięciu minut wejść do cyrku przez jedne, jedyne, do połowy tylko otwarte drzwi. Pozostały dziesiątek drzwi, przystosowanych specjalnie do przepuszczania wielkich fal ludzkich — zamknięty. Któż zgadnie, dlaczego drzwi te są zamknięte? Możliwe, że przed dwudziestu laty skradziono ze stajni cyrkowej uczonego osiołka i odtąd dyrekcja w wielkim strachu zamyka wszystkie spusty, wszelakie wygodne wejścia i wyjścia. Możliwe również, że kiedyś „zawiało” wskutek przeciągu słynnego „króla powietrza”, i zamknięte drzwi są tylko słabem echem zrobionego wówczas przez „króla” skandalu.

W teatrach i kinach wypuszczają publiczność małemi partiami, rzekomo w celu uniknięcia tłoku. Uniknąć tłoku można bardzo łatwo — wystarczy tylko otworzyć drzwi, których jest poddostatkiem. Lecz zamiast tego administracja używa siły. Służba, chwyciwszy się za ręce, tworzy żywą barjerę, i w ten sposób więzi osaczoną publiczność conajmniej pół godziny. A drzwi, wymarzone drzwi, zamknięte jeszcze za czasów Pawła Pierwszego, zamknięte są i dziś jeszcze.

Piętnaście tysięcy miłośników piłki nożnej, rozentuzjazmowanych wspaniałą grą drużyny reprezentacyjnej Moskwy musi przeciskać się do tramwaju przez dziurę tak wąską, że jeden lekko uzbrojony rycerz mógłby sam jeden powstrzymać natarcie czterdziestu tysięcy barbarzyńców, zaopatrzonych na dobitkę w dwie baszty oblężnicze.

Stadjon nie ma w prawdzie dachu, lecz ma parę bram. Otwarta jest tylko mała furtka. Wyjść jednak można dopiero po wyłamaniu bramy. Po każdych większych zawodach wyłamują ją. Lecz osoby pełne troski o świętą tradycję, za każdym razem dokładnie naprawiają bramę i szczelnie ją zamykają.

Jeśli niema absolutnie żadnej możliwości, by przybić drzwi (dzieje się to wówczas, gdy niema do czego ich przybić), używają do tego celu ukrytych drzwi wszelkich rodzajów. A więc

1. Barjery.

2. Ogrodzenia.

3. Przewrócone ławki.

4. Zabraniające przejścia napisy.

5. Sznurki.

Barjery mają duże zastosowanie we wszelakiego rodzaju instytucjach.

Bronią one dostępu do właściwego urzędnika. Interesant chodzi, jak tygrys, wzdłuż barjery i znakami stara się zwrócić na siebie uwagę. Nie zawsze się to udaje. A może przybyły przyniósł pożyteczny wynalazek? A może chce poprostu zapłacić podatek dochodowy? Lecz na zawadzie stanęła barjera — wynalazek pozostał nieznany, a podatek niezapłacony.

Ogrodzenia znów bywają stosowane na ulicy.

Ustawiają je na wiosnę na najbardziej ruchliwych punktach rzekomo w celu odgrodzenia naprawianego akurat chodnika. I jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej ludna ulica pustoszeje. Przechodnie zdążają do swych zajęć innemi ulicami. Muszą codziennie robić niepotrzebny kilometr, lecz skrzydlata nadzieja nie opuszcza ich. Mija lato. Więdną liście. A ogrodzenie wciąż stoi. Remontu nie zrobiono. A ulica świeci pustkami.

Przewrócone ławki ogrodowe bronią dostępu do moskiewskich zieleńców, które wskutek oburzającego niedbalstwa ich twórców nie są zaopatrzone w mocne drzwi.

Napisy znów bywają dwojakie: bezpośrednie i pośrednie. Do bezpośrednich można zaliczyć: „Wstęp wzbroniony”, „Osobom obcym wstęp wzbroniony” i „niema przejścia”. Napisy takie wywiesza się czasami na drzwiach instytucyj, szczególnie często odwiedzanych przez publiczność.

Pośrednie napisy są najbardziej zabójcze. Nie zabraniają wstępu, lecz wyjątkowy chyba śmiałek odważy się wykorzystać swe prawo. Haniebne te napisy głoszą: „Nie wchodzić bez zameldowania”, „Nie przyjmuje się”, „Wizytą swą przeszkadzasz pracującym”.

Tam, gdzie nie można postawić barjery lub ogrodzenia, przewrócić ławki, lub wywiesić napisu, zabraniającego przejścia — przeciąga się sznurek. Przeciąga się go według widzimisię w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Jeśli przeciągnięto go na wysokości ludzkiej piersi, cała spraw a sprowadza się do lekkiego przestrachu i trochę nerwowego śmiechu. Przeciągnięty natomiast mniej więcej na poziomie łydki — powoduje niechybnie bardzo przykre dla ofiary konsekwencje.

Precz z drzwiami! Precz z ogonkami przy wejściach do teatrów! Pozwólcie nam wchodzić bez zameldowania! Błagamy, usuńcie ogrodzenie, postawione przez gnuśnego administratora przed jego rozkopanym chodnikiem! Precz z przewróconemi ławkami! Postawcie je na miejsce! W zieleńcu przyjemnie jest siedzieć właśnie w nocy. Powietrze jest wtedy czyste i do głowy cisną się mądre myśli!

Nie o tem jednak rozmyślała madame Grycacujewa, siedząc na schodach przed zamkniętemi oszklonemi drzwiami w samym środku Domu Ludowego. Myślała o swej wdowiej doli — niedoli drzemała chwilami i oczekiwała świtu. Z oświetlonego korytarza poprzez szklane drzwi spływało na wdowę żółte światło lamp elektrycznych.

Szary świt sączył się przez okna klatki schodowej.

Była owa cicha chwila, gdy zaułek jest jeszcze czysty i świeży. W owej chwili Grycacujewa usłyszała kroki na korytarzu. Wdowa szybko wstała i przylgnęła do szklanych drzwi. Na końcu korytarza mignęła niebieska włóczkowa kamizelka. Pomarańczowe trzewiki były zaprószone sztukaturką. Lekkomyślny syn tureckiego obywatela, strzepując kurz z marynarki, zbliżał się do szklanych drzwi.

— Kotku! — zawołała wdowa. — Kot-e-e-eczku!

Przytulona do szyby, wzdychała z niewysłowioną tkliwością. Szyba zmatowiała od wilgoci, zagrała barwami tęczy. W szybie tej mieniły się niebieskie i pomarańczowe dziwy.

Ostap nie dosłyszał gruchania wdowy. Drapał się w plecy i z zafrasowaniem kiwał głową. Jeszcze chwila i zniknąłby na zakręcie.

Z jękiem „towarzyszu Bender” biedna małżonka zaczęła bębnić po szybie. Wielki kombinator obejrzał się.

— A, — powiedział, widząc, że dzielą go od wdowy zamknięte drzwi, — i pani tu jest?

— Jestem, jestem. — powtarzała uszczęśliwiona wdowa.

— Uściskaj mnie, moje szczęście, tak długo już nie widzieliśmy się, — zaproponował techniczny dyrektor.

Wdowa jakgdyby upiła się radością. Podskakiwała za drzwiami, jak czyżyk w klatce. Spódnice, które uspokoiły się nieco w ciągu nocy, znów zaczęły szeleścić. Ostap otworzył ramiona.

— Czemu tak długo każesz mi czekać, kurko? Twój zamorski kogucik zmęczył się bardzo na posiedzeniu Małego Sownarkomu.

Wdowa była dokumentnie pozbawiona fantazji.

— Koteczku, — rzekła po raz piąty. — Otwórz mi drzwi, towarzyszu Bender.

— Ciszej, dziewico! Największą ozdobą kobiety jest skromność. Na co te skoki?

Wdowa zmartwiła się.

— No, i poco się pani dręczy? — dopytywał się Ostap. — Co jej dokucza?

— Najpierw odjechał, a teraz pyta!!

Wdowa zaszlochała.

— Obetrzyjcie oczęta, obywatelko. Każda wasza łezka — to molekuła w kosmosie...

— A ja czekałam, czekałam, handel nawet zamknęłam. Po ciebie tu przyjechałam, towarzyszu Bender.

— No i jak teraz powodzi się pani na schodach? Nie wieje czasem?

Wdowa zaczynała powoli kipieć, jak duży familijny samowar.

— Zdrajca! — rzuciła, dygocąc z pasji.

Ostap miał jeszcze trochę wolnego czasu. Zabębnił po szybie i miarowo kiwając się, zanucił:

— Djable bywają to figle, gdy kobiecy czar w piersiach wznieca żar...

— A bodajbyś pękł! — życzyła wdowa Ostapowi po skończeniu kupletu. — Bransoletkę ukradłeś, mężowski prezent. A krzesło pocoś zabrał?

— Jeśli się nie mylę, obraża mnie pani? — zauważył zimno Ostap.

— Ukradłeś, ukradłeś! — powtarzała w kółko wdowa.

— Posłuchaj, dziewico, zakarbuj to sobie na nosie, że Ostap Bender nigdy niczego nie kradł.

— A sitko kto wziął?

— Ach, sitko! I łaskawa pani uważa to za kradzież? W takim razie, nasze poglądy na życie są biegunowo różne.

— Zabrał, — gruchała wdowa.

— A więc jeżeli młody zdrowy człowiek, pożyczył sobie od prowincjonalnej babci niepotrzebny jej wskutek słabego zdrowia, sprzęt kuchenny, to jest już złodziejem? Czy tak mam rozumieć?

— Złodziej, złodziej!

— W takim razie musimy się rozstać. Zgadzam się na rozwód.

Wdowa przypuściła atak do drzwi. Szyby zadrżały. Ostap zrozumiał, że czas już odejść.

— Niema już czasu na czułości — powiedział. — Żegnaj, kochanie! Rozstaliśmy się, jak okręty na morzu.

— Na pomoc!!! — zawyła wdowa.

Lecz Ostap był już na końcu korytarza. Stanął we framudze okna, zeskoczył ciężko na wilgotną, po nocnym deszczu ziemię i ukrył się we wspaniałych fiz-kulturnych ogrodach.

Na krzyk wdowy przywlókł się zbudzony ze snu dozorca. Wypuścił mimowolnego jeńca i zagroził karą.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY.
Autor „Gawryljady”.

W chwili, gdy madame Grycacujewa opuszczała niegościnne progi Domu Ludowego, zaczynali już powoli schodzić się funkcjonariusze najniższych kategoryj: gońcy, panny od dziennika, dyżurne telefonistki i młodsi pomocnicy buchalterów.

Pośród nich znajdował się również Nikifor Lapis, bardzo młody człowiek o kręconych mocno włosach i nieskromnem wejrzeniu.

Nieokrzesane gbury, ludzie uparci albo po raz pierwszy odwiedzający Dom Ludowy, wchodzili przez główne wejście. Nikifor Lapis dostał się do gmachu przez ambulatorjum. W Domu Ludowym czuł się, jak u siebie w domu i znal najkrótsze drogi, wiodące do oaz, gdzie w cieniu rozłożystych dzienników biją jasne potoki honorarjów.

Przedewszystkiem Nikifor Lapis poszedł do bufetu. Niklowana kasa przy akompanjamencie dźwięków tanecznych wyrzuciła trzy czeki. Nikifor zjadł porcję zsiadłego mleka i ciastko kremowe, wyglądające, jak kwietnik. Wszystko to popił herbatą. Następnie, nie spiesząc się zbytnio, zaczął zwiedzać swe włości.

Pierwszą wizytę złożył redakcji miesięcznika łowieckiego „Gierasim i Mumu”. Towarzysza Napiernikowa jeszcze nie było, wobec czego Nikifor Lapis skierował swe kroki do „Wiadomości Higroskopijnych”, tygodniowego głośnika za pomocą którego „robotnicy farmacji” komunikowali się ze światem zewnętrznym.

— Moje uszanowanie — rzekł Nikifor. — Napisałem wspaniałe wiersze.

— O czem? — spytał kierownik lit-działu. — Na jaki temat? Wiecie przecież, Trubecki, że pismo nasze...

Celem subtelniejszego określenia istoty „Higroskopijnych wiadomości” strzelił kierownik palcami.

Trubecki - Lapis spojrzał na swe spodnie z białego płótna, podniósł dumnie głowę i śpiewnym głosem zakomunikował:

— „Ballada o gangrenie”.

— To ciekawe — zauważył łaskawie higroskopijny dygnitarz, — czas już najwyższy w popularnej formie przemycać ideję profilaktyki.

Lapis z punktu zadeklamował:

— Dostał Gawryła raz gangreny.
Gangrenę ciężką chłop nasz miał...

Dalej w równie wytwornych jambach opisany był Gawryła, który wskutek ciemnoty nie poszedł w porę do apteki i zginął marnie dlatego, że nie posmarował ranki jodyną.

— Robicie postępy, — pochwalił dyrektor — lecz nie spoczywajcie na laurach... Rozumiecie mnie?

Strzelił palcami, lecz okropną balladę wziął, przyrzekłszy wypłacić należne honorarjum we wtorek.

W redakcji „Życie Telegrafisty” przywitano Lapisa bardzo serdecznie.

— Dobrze, że was widzę, Trubecki. Akurat potrzeba nam wierszy. Tylko koniecznie, koniecznie coś obyczajowego. I bez żadnej liryki. Słyszycie, Trubecki? Coś z życia pocztowców, a przy tem, rozumiecie?...

— Wczoraj rozmyślałem o życiu pocztowców. I zrodził się we mnie taki poemat. Nazywa się „Ostatni list”. Posłuchajcie...

Roznosił pocztę nasz Gawryła,
Gawryła listonoszem był...

Dzieje Gawryły opiewał poeta w siedemdziesięciu dwóch wierszach. W końcu ballady listonosz Gawryła, ugodzony kulą faszysty, doręcza list — mimo wszystko — adresatowi.

— Gdzie się to działo? — spytano Lapisa.

Pytanie było, całkowicie uzasadnione. W SSSR niema faszystów, a zagranicą niema żadnego Gawryły, członka związku robotników łączności.

— O co wam idzie? — powiedział Lapis. — Rzecz dzieje się oczywista, u nas, a faszysta jest przebrany.

— Wiecie. Trubecki, możebyście lepiej napisali nam coś o radjo - stacji?

— A dlaczego nie chcecie listonosza?

— Niech sobie poleży. Bierzemy go warunkowo.

Zmartwiony niepowodzeniem Nikifor Lapis-Trubecki poszedł znów do redakcji „Gerasima i Mumu”. Napiernikow siedział już przy swem biurku. Na ścianie wisiał, znacznie powiększony, portret Turgieniewa w pince-nez, wysokich sportowych butach i z flintą przewieszoną przez ramię. Przed Napiernikowem stał konkurent Lapisa — wierszokleta z przedmieścia.

Zaczęła się znów stara piosenka o Gawryle, lecz tym razem w sosie myśliwskim. Twór ten nazywał się — „Modlitwa kłusownika”.

Gawryła czyhał na zająca.
Pif - paf — i zając martwy padł...

— Wyśmienicie, Trubecki! — powiedział dobry Napiernikow. — Przewyższyliście w tym wierszu samego Enticha. Trzeba będzie tylko coś niecoś poprawić. Po pierwsze — wyrzućcie do licha tę „modlitwę”.

— I zająca, — wtrącił konkurent.

— A dlaczego zająca? — zdziwił się Napiernikow.

— Dlatego, że to nieodpowiednia pora do polowania na zające.

— Słuchajcie, Trubecki, może zastąpić czemkolwiek tego zająca?

Poemat w zmienionej formie nazywał się „Do kłusownika”, a zające zastąpiono bekasami. Potem okazało się, że i na bekasy latem nie poluje się. W ostatecznej formie wiersz brzmiał: „Gawryła czyhał na ptaszęta, Pif-paf, i ptaszę martwe już”... I tak dalej.

Po śniadaniu, spożytym w gospodzie, wziął się Lapis znów do roboty. Białe jego spodnie raz po raz ukazywały się w głębi ciemnych korytarzy. Wchodził do rozmaitych redakcyj i sprzedawał wieloosobowego Gawryłę. Do „Fletu spółdzielczego” zaniósł Gawryłę pod tytułem: „Harfa Eola”.

Subjektem w sklepie był Gawryła,
Każdemu w rękę wtykał flet...

Prostacy z solidnego czasopisma „Las, jako taki”, nabyli od Lapisa niewielki poemacik „Na skraju lasu”. Zaczynał się w ten sposób:

Gawryła szedł gęstwiną leśną,
Drzewo Gawryła w znoju ciął...

Ostatni — w dniu tym — Gawryła był z zawodu piekarzem. Znalazł się dla niego kącik w redakcji „Robotnika bułki”. Poemat miał długi i smętny tytuł: „O chlebie, jego produkcji i o ukochanej”. Poemat był dedykowany tajemniczej Chinie Czlek. Początek, jak zwykle, był epicki:

Piekarzem dzielnym był Gawryła.
Gawryła smaczne bułki piekł...

Dedykację, po delikatnej walce, udało się wyrzucić.

Najsmutniejsze było to, że Lapis nigdzie nie dostał honorarium. Jedni przyrzekli mu pieniądze na wtorek, inni na czwartek lub piątek, inni jeszcze za dwa tygodnie. Z konieczności trzeba było udać się po pożyczkę do obozu wrogów, — tam, gdzie Lapisa nigdy nie drukowano.

Lapis zszedł z piątego piętra na drugie i skierował swe kroki do sekretariatu „Warsztatu”. Na swe nieszczęście natknął się odrazu na Persickiego.

— A! — zawołał Persicki. — Lapsus!

— Słuchajcie, — zaczął Nikifor Lapis przyciszonym głosem, — pożyczcie mi trzy ruble, „Gierasim i Mumu” winni mi są moc pieniędzy.

— Pół rubla gotów wam jestem dać. Zaczekajcie. Zaraz wrócę.

I Persicki wrócił, prowadząc z sobą tuzin współpracowników „Warsztatu”.

Wszczęła się ogólna rozmowa.

— No, jakże się udał handel? — spytał Persicki.

— Napisałem wspaniałe wiersze!

— O Gawryle? Coś z życia wsi? Gawryła wyszedł orać rankiem, kocha Gawryła wierny pług?

— Co tam Gawryła! — bronił się Lapis. — Napisałem teraz o Kaukazie.

— A czyście byli na Kaukazie?

— Za dwa tygodnie pojadę.

— I nie boicie się. Lapsus? Przecież tam są szakale!

— Nic a nic się nie boję! Przecież na Kaukazie nie są one jadowite.

Po tej odpowiedzi wszyscy zamienili się w słuch.

— Powiedzcie, Lapsus — spytał Persicki — jak, według was, wyglądają szakale?

— Wiem, doskonale wiem, odczepcie się!

— No, to powiedzcie, jeśli wiecie!

— Takie, uważacie... Podobne do żmii.

— Tak, tak, macie, jak zwykle, słuszność. Według was przecie, comber sarni (po ros. siodło) podaje się do stołu ze strzemionami.

— Jako żywo, nigdy tego nie mówiłem! — wrzasnął Trubecki.

— Istotnie, nie mówiliście tego. Wyście to pisali. Mówił mi Napiernikow, że staraliście się wpakować mu te wierszydła (rzekomo z życia myśliwych) dla „Gierasima i Mumu”. Powiedzcie mi uczciwie, Lapsus, dlaczego pisujecie o tem, czegoście nigdy w życiu nie widzieli i o czem nie macie zielonego pojęcia? Dlaczego w wierszu waszym p. t. „Kanton” peniuar — to suknia balowa? Dlaczego?!

— Jesteście filistrem — rzekł wyniośle Lapis.

— Dlaczego w wierszu „Zawody konne o puhar Budiennego”, dżokej wasz zaciska popręgi, poczem siada na koźle? Czy widzieliście kiedykolwiek popręgi?

— Widziałem.

— Powiedzcież mi — jak wyglądają?

— Odczepcie się. A to piła!

— A jak się siedzi na koźle — widzieliście? Byliście kiedy na zawodach?

— Nie wszędzie trzeba koniecznie być, — wrzeszczał Lapis. — Puszkin pisał tureckie wiersze, a nigdy nie był w Turcji.

— O tak, Erzerum leży przecie w Tulskiej gubernji.

Lapis nie zrozumiał ironji. Z przejęciem tłumaczył:

— Puszkin, pisząc, korzystał z istniejących materjałów. Przeczytał historję buntu Pugaczowa, a potem pisał. A o zawodach konnych wszystko dokładnie opowiedział mi Entich.

Persicki wysłuchał tej wspaniałej obrony, poczem protestującego gwałtownie Lapisa zaciągnął do sąsiedniego pokoju. Widzowie poszli za nimi. Na ścianie wisiał duży wycinek z gazety, okolony żałobną obwódką.

— Opowiadanie to napisaliście do „Głosu marynarza”?

— Napisałem.

— Jeśli się nie mylę, jest to wasz debjut w prozie? Winszuję! „Fale przewalały się przez brzeg i opadały gwałtownym daumkratem”... A to dogodziliście „Głosowi Marynarza”.

— O co idzie?

— Idzie o to, że... Wiecie, co to jest daumkrat?

— Rozumie się, wiem, odczepcie się ode mnie...

— Jak wyobrażacie sobie taki daumkrat? Opiszcie własnemi słowami.

— Taki, wiecie... Opada, jednem słowem.

— Daumkrat opada. Zapamiętajcie to. Daumkrat gwałtownie opada! Zaczekajcie chwilkę, Lapsus, zaraz wam przyniosę forsę. Nie puszczajcie go stąd!

Lecz i tym razem pożyczki Lapis nie dostał. Persicki przywlókł z biura informacyjnego dwudziesty pierwszy tom Brockhausa, od Domicjana do Jewreinowa.

Między jakąś twierdzą w wielkiem księstwie Meklemburg-Schwerin i Dommel — rzeka w Belgji i Niderlandach, odnaleźli poszukiwane słowo.

— Słuchajcie! „Daumkrat (niem. Daumkraft) — jedna z maszyn, służących do podnoszenia znacznych ciężarów. Zwykły nieskomplikowany D., używany do podnoszenia wozów i t. p., składa się z ruchomego zębatego pasa, wprawianego w ruch przez koła, obracane przy pomocy korby”. I tak dalej, i tak dalej. „John Dickson w 1879 ustawił obelisk, znany pod nazwą „Igły Kleopatry” przy pomocy czterech robotników, posługujących się czterema hydraulicznemi D.“

— I podług was, ten przyrząd posiada zdolność gwałtownego opadania? A więc Brockhaus i Efron okłamywali ludzkość w ciągu pięćdziesięciu łat? Dlaczego wy tak niemiłosiernie bujacie, zamiast wziąć się do nauki? No?

— Potrzeba mi pieniędzy.

— Ależ przecie i tak ich nigdy nie macie. Wiecznie węszycie, skądby wytrzasnąć rubla.

— Kupiłem dużo mebli i dlatego jestem chwilowo w tarapatach.

— Za wasze bujdy płacą wam tyle, ile są warte — grosze!

— Ładne grosze! Kupiłem sobie takie krzesło na licytacji...

— W kształcie żmiji?

— Nie. Pałacowe. Lecz spotkało mnie nieszczęście. Wróciłem wczoraj w nocy do domu...

— Od Chiny Czlek? — krzyknęli chórem obecni.

— China!... Z Chiną oddawna już rozszedłem się. Wracałem z prelekcji Majakowskiego. Przychodzę. Okno otwarte. Ani Chnutowa, ani Ibrahima niema w domu. Odrazu poczułem, że coś się stało.

— Oj-oj-joj! — rzekł Persicki, zakrywając twarz rękami, — czuję, towarzysze, że ukradli Lapsusowi jego najlepszy utwór.

— Posadę stróża wziął Gawryła, Gawryła nocnym stróżem był.

— Pozwólcie mi dokończyć. Zdumiewające łajdactwo! Do pokoju mego dostali się jacyś obwiesie i odpruli obicie krzesła. Może kto z was pożyczy mi na naprawę pięć rubli?

— W tym celu ułóżcie nowego Gawryłę. Mogę wam nawet dać początek. Czekajcie, czekajcie... Zaraz... Jest! Gawryła kupił sobie krzesło, Gawryła kiepskie krzesło miał. Czemprędzej zapiszcie. Można to z zyskiem sprzedać do „Głosu Komody”...

Ech, Trubeckoj, Trubeckoj!... Właściwie, lapsus, dlaczego wy jesteście Trubeckoj? Czy nie możecie wziąć sobie lepszego pseudonimu? Dołgorukij, naprzykład! Nikifor Dołgorukij! Albo Nikifor Valois? Albo jeszcze lepiej — obywatel Nikifor Sumarokow - Elson? Jeśli popełnicie odrazu trzy wiersze do „Gier-Mumu - to będziecie mieli wspaniałe wyjście. Pod jednem majaczeniem podpisze się Sumarokowa, pod drugą makulaturą — Elsona, a pod trzecią — Jusupowa. Ech, bujaczu!... Trzymajcie go, towarzysze! Opowiem mu nadzwyczajną historję. Słuchajcie uważnie, Lapsus! W waszym fachu może się to przydać.

Po korytarzu przechadzali się pracownicy, zajadając wielkie pajdy chleba. Była akurat przerwa na śniadanie. Z pokoju do pokoju biegał Awdotjew, zwołując miłośników automobilizmu na nadzwyczajne zebranie. Lecz wszyscy niemal przyjaciele automobilu siedzieli w sekretarjacie i słuchali Persickiego, opowiadającego historję, którą usłyszał kiedyś w gronie malarzy.


Opowiadanie o nieszczęśliwej miłości.

W Leningradzie, na Wasiljewskim Ostrowie, na Drugiej linji, mieszkało biedne dziewczę o wielkich niebieskich oczach. Nazywała się Klotylda.

Dziewczę lubiło czytać Schillera, marzyć nad brzegiem Newy i jeść na obiad nawpół surowe befsztyki.

Lecz dziewczę było biedne. Schillera było bardzo dużo, a mięsa wcale nie było. Dlatego też, jak również dlatego, że noce były białe, Klotylda zakochała się. Człowiek, który uderzył ją swą pięknością, był rzeźbiarzem.

Siedząc na oknie modelarni, spoglądali na czarny kanał i całowali się.

Po kanale płynęły gwiazdy, a może i gondole. Tak przynajmniej wydawało się Klotyldzie.

— Popatrz, Wasja — mówiła dziewczyna — to Wenecja! Zielona zorza świeci hen za tym zamkiem z czarnego marmuru.

Wasja nie zdejmował dłoni z kibici dziewczęcia. Zielone niebo różowiało, potem stawało się żółte, a zakochani w ciąż jeszcze nie opuszczali framugi okna.

— Powiedz, Wasja — pytała Klotylda — czy sztuka jest nieśmiertelna?

— Nieśmiertelna — odpowiadał Wasja — umiera człowiek, zmienia się klimat, nowe ukazują się planety, giną dynastje, lecz sztuka jest nieśmiertelna. Jest nieśmiertelna

— Tak — mówiło dziewczę — Michał Anioł!

— Tak — powtórzył Wasja, wdychając zapach jej włosów. — Praksyteles!

— Canova!

— Benvenuto Cellini!

I znów wędrowały po niebie gwiazdy, tonęły w wodach kanału i niknęły w blaskach nadchodzącego dnia.

Zakochani nie schodzili z okna. Mięsa było całkiem mało. Lecz sercom ich wystarczały imiona genjuszów.

We dnie rzeźbiarz pracował. Rzeźbił popiersia. Lecz trud jego był osłonięty mrokiem nieprzeniknionej tajemnicy. W czasie pracy nie wolno było Klotyldzie w chodzie do pracowni. Daremnie błagała:

— Wasja, pozwól mi popatrzeć, jak tworzysz!

Lecz rzeźbiarz był niewzruszony. Wskazując popiersie, okryte mokrem płótnem, mówił:

— Jeszcze nie teraz, Klotyldo, jeszcze nie teraz. Szczęście, sława i pieniądze czekają na nas w przedsionku. Niechaj zaczekają.

Płynęły gwiazdy.

Pewnego razu szczęśliwe dziewczę otrzymało bilet do kina. Wyświetlano obraz pod tytułem „Gdy serce musi zamilknąć”. W pierwszym rzędzie tuż przed ekranem siedziała Klotylda. Wychowana na Schillerze, była niezwykle wstrząśniętą treścią obrazu:

„Rzeźbiarz Hans rzeźbił posągi. Sława zmierzała doń wielkiemi krokami. Żona jego była piękna. Lecz posprzeczali się kiedyś. W gniewie piękna kobieta strzaskała młotkiem rzeźbę — wielkie działo rzeźbiarza Hansa, nad którem pracował trzy lata. Sława i bogactwo przepadły z kretesem. Rozpacz Hansa była okropna. Powiesił się, lecz skruszona żona wyjęła go w porę z pętli. Poczem błyskawicznie zrzuciła z siebie suknie.

— Lep mnie! — krzyknęła. — Na całym świecie niema ciała piękniejszego niż moje.

— O! — zawołał Hans. — Byłem ślepcem!

I, ogarnięty natchnieniem, stworzył posąg żony. I był to taki posąg, że świat cały zadrżał z radości. Hans i jego piękna małżonka zdobyli sławę i w szczęściu dotrwali do końca dni swoich”.

Klotylda wstrząśnięta powyższym widokiem poszła wprost z kina do pracowni Wasji. Wszystko się pomieszało. Schiller i Hans, gwiazdy i marmur, aksamit i szmaty.

— Wasja! — zawołała.

Wasja był w pracowni. Rzeźbił swą tajemniczą rzeźbę — człowieka z długiemi wąsami, w marynarce. Rzeźbił go... podług fotografji.

— Wszak żywot nasz cały jest walką! — nucił rzeźbiarz, wykańczając ostatecznie rzeźbę.

Akurat w tej chwili rzeźba z łoskotem padła pod strasznem uderzeniem młotka. Klotylda dokonała swego dzieła. Wyciągając do Wasji rękę, zabrudzoną gipsem, rzekła wyniośle:

— Proszę mi oczyścić paznogcie!

I odeszła. Do uszu jej dotarły dziwne dźwięki. Zrozumiała: to wielki rzeźbiarz płakał nad zniszczonem swem dziełem.

Nazajutrz Klotylda przyszła, by kontynuować rozpoczęte dzieło: wyjąć z pętli wstrząśniętego do głębi Wasję, zrzucić z siebie suknię i powiedzieć:

— Lep mnie! Na całym świecie niema ciała piękniejszego, niż moje!

Weszła i ujrzała: Wasja nie wisiał. Siedział na wysokim tabureciku tyłem do przybyłej Klotyldy i coś robił.

Lecz dziewczyny nie zbiło to z tropu. Zrzuciła z siebie szaty i pokryta gęsią skórką, szczękając zębami, krzyknęła:

— Lep mnie, Wasja, na całym świecie niema ciała piękniejszego, niż moje.

Wasja odwrócił się. Piosnka zamarła na jego ustach.

I wtedy dopiero ujrzała Klotylda co robił: rzeźbił tajemnicze popiersie — człowieka z długiem: wąsiskami, w marynarce. Fotografja stała na stoliku. Wasja wykańczał rzeźbę.

— Co ty robisz? — spytała Klotylda.

— Rzeźbię popiersie zarządzającego kooperatywą Nr. 28.

— Lecz wczoraj przecież strzaskałam je! — wybełkotała Klotylda. — Dlaczegoś się nie powiesił? Mówiłeś przecież, że sztuka jest nieśmiertelna. Ja zniszczyłam twą nieśmiertelną sztukę. Dlaczegóż żyjesz jeszcze, człowieku?

— Nieśmiertelna, oczywista, nieśmiertelna — odrzekł Wasja — lecz zamówienie trzeba chyba wykonać? Jak myślisz?

Wasja był zwykłym, przeciętnym wyrobnikiem.

A Klotylda zbyt wiele czytała Schillera...

— A więc, Lapsus, nie straszcie Chinoczki Czlek swoim kunsztem. To delikatna kobieta. Wierzy w wasz talent. Nikt bodaj więcej wam nie wierzy. Lecz jeśli jeszcze miesiąc będziecie biegać po „Wiadomościach Higroskopijnych”, to i China odwróci się od was. A propos, rubla wam nie dam. Idźcie sobie już, Lapsus.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY.
Potężne pióro. — Poszukiwacze złota.

Jak można się tego było spodziewać, opowiadanie o Klotyldzie nie wywołało w baraniej duszy Lapisa żadnych emocji.

Z okrzykiem „ofiara zbirów”, „napastnicy uszli” i „tajemnica gabinetu redaktora” — wbiegł do pokoju Stiepa.

— Persicki — powiedział — pędź czem prędzej na miejsce wypadku i pisz w „Wypadkach i kradzieżach”. Sensacyjny wypadek na pięć wierszy petitem.

Okazało się, że redaktor po przyjściu do swego gabinetu ujrzał ogromne pióro ze stalówką Nr. 80 na podłodze. Stalówka utkwiła w dolnej części kanapy. A nowe, nabyte na licytacji krzesło redaktora tak wyglądało, jakgdyby je podziobały wrony. Całe obicie było rozerwane, pakuły wyrzucone na podłogę i sprężyny wysuwały się jak żmije, gotowe do ukąszenia.

— Drobna kradzież — rzekł Persicki — jeśli wydarzą się jeszcze trzy kradzieże, damy notatkę na trzy wiersze.

— O to idzie, że to właśnie nie jest kradzież. Nic nie ukradli, tylko krzesło poniszczyli.

— Całkiem jak u Lapsusa — zauważył Persicki — gotów jestem przypuścić, że Lapsus nie skłamał.

— Aha, widzicie — rzekł z dumą Lapsus — dajcie mi rubla.

Przyniesiono wieczorną gazetę. Persicki zaczął ją przeglądać.

Zwykły czytelnik czyta gazetę. Dziennikarz najpierw ogląda ją, jak obraz. Interesuje go kompozycja.

— Mimo wszystko, takbym nie łamał — rzekł Persicki — czytelnik nasz nie jest przygotowany do amerykańskiego układu... Karykatura, oczywista, Chamberlaina... Szkic o Sucharewskiej baszcie... Lapsus, moglibyście i wy nagryzmolić coś niecoś o Sucharewskim rynku — dziewiczy temat — poświęca mu się raptem tylko czterdzieści szkiców rocznie... Następnie...

Persicki z lekką pogardą zaczął czytać dział wypadków, robiony według jego stronniczego zdania bardzo nieudolnie.

— Zgrzybiały materiał!... Ten defraudant był już u nas... Nieudała kradzież w teatrze Kolumba! E-e-e, towarzysze, to jest coś nowego... Słuchajcie!

I Persicki głośno przeczytał:


NIEUDAŁA KRADZIEŻ W TEATRZE KOLUMBA.

Dwaj nieznani sprawcy przedostali się do rekwizytorni teatru Kolumba i porwali stamtąd cztery staroświeckie krzesła.

Na podwórzu złodzieje zostali spłoszeni przez stróża nocnego, wobec czego, rzuciwszy krzesła, ukryli się.

Warto zaznaczyć, że krzesła zostały nabyte w związku z zupełnie nową wystawą „Ożenku” Gogola.


— Nie, w tem coś jest. Toż to jakaś sekta rabusiów krzeseł.

— Manjacy!

— Daj spokój. Działają całkiem normalnie. Byli już u Lapisa, u nas, w teatrze.

— Tak!

— Towarzysze, oni czegoś szukają.

Przy tych słowach Nikifor Lapis zmienił się na twarzy. Cichutko wyszedł z pokoju i pobiegł wzdłuż korytarza. Po pięciu minutach kołyszący się tramwaj wiózł go w kierunku Pokrowskich wrót.

Lapis mieszkał w domu Nr. 9 przy Koszarowej ulicy, wspólnie z dwoma młodymi ludźmi, posiadaczami szerokich miękkich kapeluszy. Lapis miał kapitańską czapkę z godłem Neptuna — pana mórz. Pokój Lapisa był przechodni. Obok mieszkała liczna rodzina tatarska .

Gdy Lapis wszedł do siebie, Chuntow siedział na oknie i przeglądał „Informator teatralny”.

Był to człowiek idący z duchem czasu. Robił to wszystko, czego duch czasu żądał.

Duch czasu żądał wierszy i Chuntow pisywał je w wielkiej obfitości.

Zmieniały się gusta. Zmieniały się żądania. Duch czasu i współcześni żądali bohaterskiej powieści o wojnie domowej. I Chuntow pisał bohaterskie powieści.

Później domagano się powieści obyczajowych. Idący z duchem czasu Chuntow brał się i do tego rodzaju powieści.

Duch czasu żądał bardzo wiele, lecz niewiadomo dlaczego nic od Chuntowa nie brał.

Teraz duch czasu domagał się sztuki teatralnej. Dlatego też Chuntow siedział teraz na oknie i przeglądał teatralny informator. Po człowieku, mającym zamiar napisać sztukę, można się spodziewać, że zacznie studjować zwyczaje tej warstwy społecznej, którą zamierza przedstawić na scenie. Można się spodziewać, że autor mającej być napisanej sztuki zacznie obmyślać temat, kreślić w myśli charaktery występujących w niej osób i układać poszczególne sytuacje. Lecz Chuntow zaczął od drugiego końca — od ściśle arytmetycznych obliczeń. Mając w ręce plan teatrów, obliczał przeciętny dochód z przedstawienia w każdym z nich. Pulchne, sympatyczne jego oblicze marszczyło się od natężenia, brwi unosiły się i spadały.

Chuntow szybko przekreślał w notesie kolumny cyfr — mnożył liczbę miejsc przez przeciętną cenę biletu, przyczem dokonywał obliczeń dwukrotnie i podług cen podwyższonych i podług cen zwyczajnych.

Na czele moskiewskich lokali widowiskowych ze względu na ilość miejsc i ceny stał Wielki Akademicki Teatr. Chuntow rezygnował z niego z wielkim żalem. Na to, by dostać się do Wielkiego Teatru, trzeba napisać operę lub balet. Lecz duch czasu domagał się teraz akurat dramatu. I Chuntow wybrał najlepszy teatr — Moskiewski Artystyczny Akademicki. Kaczałow, marzył, i Moskwin pod reżyserją Stanisławskiego zrobią kasę. Chuntow obliczył tantjemy autora. Według jego obliczeń sztuka powinna była pójść w sezonie conajmniej sto razy. Szła przecież „Biała gwardja”, rozmyślał. Honorarjum zapowiadało się wspaniałe. Nigdy jeszcze żadna impreza nie rokowała Chuntowowi tak wielkich zysków.

Trzeba było napisać sztukę. Lecz to najmniej niepokoiło Chuntowa. Widz — to dureń, orzekł.

— Niezwykły temat! — oznajmił Lapis, podchodząc do człowieka idącego trop w trop za duchem czasu.

Chuntowowi potrzeba było tematu, to też żywo zapytał:

— Jaki klimat?

— Pierwszorzędny — odrzekł Lapis.

Chuntow czekał z ołówkiem w ręce, by zanotować słowa Lapisa, lecz podejrzliwy autor wieloosobowego Gawryły umilkł.

— No! Mów-że!

— E, buchniesz mi jeszcze!

— Czy buchnąłem ci już kiedy jakikolwiek temat?

— A opowieść o komsomolcu, który wygrał sto tysięcy rubli?

— Tak, lecz przecież nie wzięli jej.

— A czy od ciebie wogóle co brano?! A ja mogę napisać wspaniały poemat.

— No, nie rób z tata warjata! Gadaj!

— A nie buchniesz mi?

— Słowo honoru.

— Temat pierwszorzędny. Uważasz, taka historja. Sowiecki wynalazca wynalazł promienie śmierci, notatki ukrył w krześle. I umarł. Żona nic o tem nie wiedziała i sprzedała krzesła. A faszyści zaczęli szukać tych krzeseł. A jeden z konsomolców dowiedział się o krzesłach i zaczęła się walka. Można tu teraz tyle nablagować, ile dusza zapragnie.

Chuntow zaczął biegać dokoła wypatroszonego krzesła Worobjaninowa.

— Dasz mi ten temat.

— Przypuśćmy.

— Lapis! Zastanów się! Ten temat nie nadaje się na poemat. To wymarzony temat na sztukę teatralną.

— Nie szkodzi. To nie twoja sprawa. Poemat jest mój.

— W takim razie napiszę sztukę teatralną wpierw, nim ty zdążysz napisać tytuł swego poematu.

Kłótnię między młodymi ludźmi przerwało przyjście Ibrahima.

Był to człowiek nader swobodny w obejściu, ruchliwy i wesoły. Korpulentny. Kołnierzyki dusiły go. Na twarzy, szyi i rękach migotały piegi. Włosy miały kolor jajecznicy. Z ust buchały kłęby dymu. Ibrahim palił cygara „Figaro” — 2 sztuki 25 kopiejek. Miał na sobie płócienną imitację żakietu, z którego kieszeni wychylały się zwoje nut. Kapelusz panama sterczał na jego głowie, jak koszyczek. Z Ibrahima spływał obficie brudny pot.

— O co kłócicie się? — spytał przenikliwym głosem.

Kompozytor Ibrahim zawdzięczał swą egzystencję uprzejmości siostry. Przysypała mu regularnie z Warszawy nowe fox-trotty. Ibrahim przepisywał je, zmieniał tytuł „Miłość w oceanie” na „Ambrozja” lub „Flirt w metro” na „Singapurskie noce” i, opatrzywszy nuty w wiersze Chuntowa, spławiał na rynku muzycznym.

— O co kłócicie się? — powtórzył.

Rywale odwołali się do bezstronności Ibrahima. Historję o faszystach opowiedziano po raz drugi.

— Dlatego właśnie trzeba napisać... — dowodził Lapis — Trubeckoj.

— Sztukę! — wrzeszczał Chuntow.

Lecz Ibrahim błyskawicznie rozstrzygnął spór.

— Opera! — rzekł, sapiąc. — Z tego będzie prawdziwa opera z baletem, chórami i wspaniałemi partjami solowemi.

Poparł go Chuntow. Przypomniał sobie bowiem natychmiast ogrom dochodów Wielkiego Teatru. Ociągającego się wciąż jeszcze Lapisa skusili perspektywą bajońskich zysków. Chuntow uderzał raz po raz w „Informatora” i wykrzykiwał liczby, podważające wszystkie pojęcia Lapisa o bogactwie.

Zaczął się podział obowiązków twórczych. Opracowanie scenariusza i prozaicznych ustępów podjął się Chuntow. Wiersze przypadły w udziale Lapisowi. Muzykę miał skomponować Ibrahim. Postanowili odrazu bez zwłoki wziąć się do pisania.

Chuntow siadł na okaleczonem krześle i wyraźnemi literami napisał u góry arkusza: „Akt pierwszy”.

— Słuchajcie, przyjacioły — rzekł Ibrahim — nim tam nagryzmolicie swoje kawałki, opiszcie mi główne osoby, występujące w tej sztuce. Przygotuję sobie tym czasem niektóre melodje. To konieczne.

Poszukiwacze złota zaczęli kreślić poszczególne charaktery. Nakreślono takie — mniej więcej — osoby:

Ugdino — wielki mistrz związku faszystów (bas).

Alfonsyna — jego córka (sopran koloraturowy).

T. Mitin — sowiecki wynalazca (baryton).

Sforza - książę — faszysta (tenor).

Gawryła — wiejski komsomolec (przebrany mezzo-sopran).

Nina — komsomołka, córka popa (sopran liryczny).

(Faszyści, „samogonszczycy”, kapelani, żołnierze, majordomowie, technicy, sycylijczycy, laboranci, cień Mitna, pionierzy i inni).

— Skomponuję, — rzekł Ibrahim, który ujrzał przed sobą, wdzięczne perspektywy — skomponuję tymczasem chór kapelanów i tańce sycylijskie. A wy napiszcie pierwszy akt. Wysadźcie jaknajwięcej aryj i duetów.

— A jak nazwiemy operę? — spytał Lapis.

Lecz w tej chwili rozległo się w korytarzu stukanie kopyt o zgniłą posadzkę, ciche parskanie i zwykłe kłótnie lokatorów. Drzwi do pokoju poszukiwaczy złota otworzyły się i obywatel Szarinow, sąsiad, wprowadził do pokoju chudą, kościstą szkapę, o długim ogonie i siwiejącej grzywie.

— Hou! — krzyknął Szarinow na szkapę. — A niechże cię.

Szkapa przerażona, odwróciła się i pchnęła Lapisa.

Poszukiwacze złota byli tak zdumieni, tym widokiem, że w strachu przylgnęli do ściany. Szarinow powlókł szkapę do swego pokoju, z którego powyskakiwało mnóstwo zielonkawych tatarczuków. Koń stanął dęba i trzasnął kopytem. Kwadracik posadzki wyskoczył, jak z procy, i wirując, wyleciał przez otwarte okno.

— Fatyma! — wrzasnął okropnym głosem Szarinow, — pchaj z tyłu!

Z całego domu zbiegli się lokatorzy do pokoju poszukiwaczy złota, Lapis wył w niebogłosy. Ibrahim ironicznie pogwizdywał „Ambrozję”. Chuntow wymachiwał spisem osób. Szkapa rozglądała się trwożliwie, lecz nie ruszała się z miejsca.

— Hou! — rzekł bezbarwnie Szarinow. — O-o-o, skaranie boskie!...

Lecz wreszcie poszukiwacze złota opamiętali się i zażądali wyjaśnień. Przyszedł upraw-dom w asyście dozorcy.

— Co wy wyrabiacie? — spytał upraw-dom. — To niesłychane! Jak można wprowadzać konia do zamieszkałego lokalu?

Szarinow nagle rozzłościł się.

— A co to ciebie obchodzi? Kupiłem sobie konia i już. Gdzie go postawię? Z podwórza gotowi buchnąć!

— W tej chwili zabierzcie mi stąd konia! — krzyczał histerycznie upraw-dom. — Jeśli potrzeba wam koniny — to kupujcie ją sobie w muzułmańskiej jatce.

— W jatce drogo. — rzekł Szarinow. — Hou! Te! Przeklęta!... Fatyma!...

Koń zaczął się cofać i zgodził się wreszcie iść tam, gdzie go prowadzono.

— Zabraniam wam, — mówił upraw-dom, — zaskarżę do sądu.

Nie bacząc na to, Szarinow wprowadził konia do swego pokoju i, hamując wciąż jego zapędy, przywiązał go do okna. Po chwili przebiegła przez pokój Fatyma z dużą wiązką siana w ręce.

— Czyż można tu mieszkać, mając w sąsiedztwie konia? Komponujemy operę, ten koń nam przeszkadza! — zawył Lapis.

— Nie trapcie się, — powiedział, wychodząc upraw-dom, — pracujcie sobie dalej.

Poszukiwacze złota, nasłuchując bicia kopyt, wzięli się znów do roboty.

— A więc, jak nazwiemy tę operę? — spytał Lapis.

— Proponuję nazwać ją „Żelazna róża”.

— Skądże znów róża?

— Można inaczej. Naprzykład, „Miecz Ugolina”.

— Także niewspółczesne.

— A więc jak nazwać?

Zdecydował się wreszcie na wspaniałą intrygującą nazwę — „Promień śmierci”. Pod słowami „akt pierwszy” napisał Chuntow ręką, która mu ani nie drgnęła: „Wczesny ranek. Scena przedstawia moskiewską ulicę; nieprzerwana fala aut, autobusów i tramwajów. Na skrzyżowaniu ulic — Ugolino. Z nim — Sforza”.

— Sforza w pyjamie, — wtrącił Lapis.

— Nie przeszkadzaj, durniu! Pisz lepiej libretto do arji Mitina. Na ulicy nie nosi się pyjamy!

I Chuntow pisał dalej: „z nim — Sforza w stroju komsomolca”.

Dalej niepodobna było pisać. Upraw-dom z dwoma milicjantami zaczęli wyprowadzać konia z pokoju Szarinowa.

— Fatyma! — krzyczał Szarinow, — trzymaj, Fatyma!

Lapis złapał ze stołu suszkę i tchórzliwie trzepnął szkapę po gnatach.

— Ciągnij. — wył upraw-dom.

Koń machnął ogonem naprawo i nalewo. Milicjanci ciężko sapali. Fatyma z braćmi - tatarczukami obejmowała chude nogi konia. Obywatel Szarinow beznadziejnie pokrzykiwał „hou”!

Poszukiwacze złota pośpieszyli z pomocą przedstawicielom władzy i malownicza grupa z hałasem wyniosła się do przedpokoju.

W opustoszałym pokoju unosił się zapach stajni cyrkowej. Nagły wiatr porwał ze stołu arkusiki z operą i razem ze słomą unosił je po pokoju.

Arja towarzysza Mitina wirowała pod sufitem. Chór kapelanów i projekt sycylijskich tańców hasały na oknie.

Na schodach rozlegały się krzyki i rżenie konia. Poszukiwacze złota, milicjanci i przedstawiciele administracji domu wytężali resztki sił. Uporawszy się z upartym bydlakiem zebrali autorzy rozwiane świstki i pisali dalej bez poprawek.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY.
W teatrze Kolumba.

Gdy Hipolit Matwiejewicz patrzył na Ostapa, w oczach jego zaczynały migotać błękitne żandarmskie ogniki.

W pokoju Iwanopulo było tak gorąco, że zeschnięte krzesła Worobjaninowa trzeszczały, jak szczapy w piecu. Wielki kombinator, podłożywszy pod głowę błękitną kamizelkę, wypoczywał.

— Słuchajcie, — rzekł nagle wielki kombinator — jak wołano na was w dzieciństwie?

— A poco to wam?

— Tak! Nie wiem, jak was nazywać. Worobjaninow — już mi obrzydło, a Hipolit Matwiejewicz to znów zbyt ponure. Jakże was nazywano? Hipa?

— Kisa, — odrzekł z uśmiechem Hipolit Matwiejewicz.

— Kapitalne! A więc, Kisa, popatrzcie proszę, co mi się tam zrobiło na plecach. Boli mnie w okolicy łopatek.

Ostap ściągnął przez głowę koszulę. Kisa Worobjaninow ujrzał szerokie plecy zaściankowego Antinousa — plecy o cudownym kształcie, lecz nieco brudnawe.

— Oho, — rzekł Hipolit Matwiejewicz, — zaczerwienienie jakieś.

Między łopatkami wielkiego kombinatora grały wszystkiemi barwami tęczy siniaki o dziwnych zarysach.

— Słowo honoru, cyfra osiem, — zawołał Worobjaninow. — Po raz pierwszy widzę taki siniak.

— A drugiej cyfry tam niema? — spytał spokojnie Ostap.

— Jakgdyby litera P.

— Więcej pytań nie mam. Wszystko jasne. Przeklęte pióro! Widzicie, Kisa, jak ja cierpię, na jakie narażam się niebezpieczeństwa dla tych waszych krzeseł. Te znaki arytmetyczne to ślady dużego automatycznie spadającego pióra ze stalówką Nr. 86. Trzeba wam wiedzieć, że przeklęte pióro spadło mi na plecy akurat w tym momencie, gdym zanurzył rękę w bebechach krzesła redaktorskiego.

— A ja też... Ja też ucierpiałem! — spiesznie wtrącił Kisa.

— Kiedyż to? Gdy dostawialiście się do cudzej żony? O ile sobie przypominam, ten nieszczęsny flirt skończył się niezbyt pomyślnie! Albo — może podczas pojedynku z obrażonym Kolą?

— Niczego porządnie zrobić nie potraficie... Dlaczego musieliśmy uciekać z teatru? Przez was! Licho was natchnęło sterczeć, jak wartownik, nie ruszając się z miejsca. Robiliście to, rozumie się, po to, by zwrócić powszechną uwagę. A z krzesłem Iznurenkowa kto nawarzył piwa, które ja potem musiałem wypijać? Pomijam już milczeniem licytację. A ja? Zastanówcie się tylko! Krzesło wdówki — to moja robota! Dwa Szczukinów — moja! Krzesło Iznurenkowa w ostatecznym rachunku moje obciąża konto! Do redakcji i do Lapisa ja poszedłem! I tylko jedno jedyne krzesło doprowadziliście do zwycięskiego końca, lecz nie bez wydatnej pomocy naszego wielebnego wroga — arcybiskupa!

Wielki kombinator zaczął snuć dalsze plany. Cichutko na bosaka chodząc po pokoju, techniczny dyrektor pouczał pokornego Kisę.

Krzesło, które zniknęło w otchłani Październikowego dworca, było wciąż ciemną plamą w różowych planach naszych aferzystów. Cztery krzesła w teatrze Kolumba były zupełnie pewną zdobyczą. Lecz teatr udawał się w tournee po Wołdze na reklamującym pożyczkę państwową parostatku „Skrjabin” i dziś na zamknięcie sezonu wystawiał premjerę „Ożenek”. Trzeba było zdecydować — czy zostać w Moskwie i szukać krzesła, które zniknęło w przepastnej czeluści dworca, czy też wraz z trupą udać się na gościnne występy.

— A może podzielimy się pracą? — spytał Ostap. — Ja pojadę z teatrem, a wy może tu zostaniecie i poszukacie tamtego krzesła.

Lecz Kisa tak tchórzliwie mrugał oczami, że Ostap nie nalegał.

— Z dwóch zajęcy, — rzekł, — wybiera się zazwyczaj bardziej tłustego. Jedźmy razem. Lecz wydatki będą bardzo znaczne. Potrzeba będzie pieniędzy. Pozostało mi sześćdziesiąt rubli. A wy ile macie? Prawda, zapomniałem! W waszym wieku miłość dziewczęca djablo drogo kosztuje!...

Decyduję się: dziś wieczorem idziemy do teatru na premierę „Ożenku”. Nie zapomnijcie włożyć fraka. Jeżeli krzesła są na miejscu, to jutro już wyjedziemy. Pamiętajcie o tem, Worobjaninow, że następuje ostatni akt komedji p. t. „Skarby mojej teściowej”. Zbliża się finita - la - commedia. Wstrzymajcie dech, mój stary przyjacielu! Wszyscy na scenę! O, młodości moja! O, kulis zapachu! Ileż wspomnień! Ile intryg! Jakim talentem błysnąłem w swoim czasie w roli Hamleta! Jednym słowem — posiedzenie trwa nadal!

Ze względów oszczędnościowych poszli do teatru pieszo. Było jeszcze całkiem jasno, lecz latarnie roztaczały już wokół zwykłe cytrynowe światło. W oczach po prostu ginęła wiosna. Tumany kurzu wypędzały ją z placów miejskich, gorący wietrzyk wypychał w zaułki. Tam staruszeczki hołubiły czule ślicznotkę i przy okrągłych stołach popijały z nią herbatkę. Lecz życie wiosny skończyło się — na świat szeroki nie puszczano jej. A ona aż się rwała do pomnika Puszkina, pod którym paradowali młodzi ludzie w pstrokatych czapeczkach, spodniach - harmonijkach, krawatach „psia radość” i trzewikach „Jimmy”.

Dziewczęta wymalowane na liljowo, krążyły pomiędzy świątynią MSPO i kooperatywą „Komunard” (pomiędzy d. Filipowem i d. Jelisiejewem). Dziewczęta głośno wymyślały sobie. W owej godzinie przechodnie zwalniali kroku, lecz nietylko dlatego, że ulica Twerska stawała się ciasna. Moskiewskie konie nie były lepsze od starogradzkich — tak sam o umyślnie stukały kopytami po bruku ulicznym. Cykliści bezgłośnie pędzili z Tomskiego stadjonu, z pierwszego międzynarodowego meczu. „Lodziarz” toczył swój zielony kuferek spozierając lękliwie na milicjanta, lecz milicjant, przykuty do świecącego semafora, za pomocą którego regulował ruch uliczny, był całkiem niegroźny.

W kołowrocie tym znaleźli się dwaj przyjaciele. Pokusy czyhały na nich na każdym kroku. W maleńkich naczyniach pośrodku ulicy pieczono szaszłyki tatarskie, kaukaskie i polędwicowe. Gorący ostry dym unosił się pod jasne stropy niebios. Z piwiarń, knajpek i kina „Wielki Niemy” donosiły się dźwięki muzyki. Przy przystanku tramwajowym irytował się głośnik.

— „...Młody ziemianin i poeta Lenski kocha się w córce dziedzica Oldze Łarinej. Eugenjusz Onegin, pragnąc dokuczyć przyjacielowi, udaje, iż zaleca się do młodej Olgi. Proszę posłuchać uwertury. Włączam widownię”.

Głośnik zakończył szybko strojenie instrumentów, stuknął pałeczką dyrygenta o pulpit i sypnął na oczekujący tramwaju tłum pierwsze takty uwertury. Z męczeńskim jękiem nadszedł tramwaj Nr 6. Podniosła się kurtyna, już stara Łarina, patrząc pokornie na pałeczkę dyrygenta i nucąc swą partję „czarowała” nad konfiturami, a tramwaj wciąż jeszcze w żaden sposób nie mógł się oderwać od bombardującego go tłumu. Odszedł wśród ryku i płaczu pozostałych dopiero przy śpiewie Lenskiego — „W waszym domu”.

Trzeba było śpieszyć się. Przyjaciele weszli do gwarnego przedsionka w teatrze Kolumba. Worobjaninow podbiegł do kasy i przeczytał ceny miejsc.

— Jednak, — rzekł on, — bardzo tu słono. Szesnasty rząd trzy ruble.

— Okropnie nie lubię, — zauważył Ostap, — tych drobnomieszczan, tych prowincjonalnych dudków! Gdzie wy leziecie? Czy nie widzicie, że to kasa?

— A gdzież mam stanąć, przecież bez biletu nie wpuszczą!

— Kisa, jesteście skończonym prostakiem... W każdym porządnym teatrze bywają dwa okienka. Do okienka kasowego zwracają się tylko zakochani i bogaci spadkobiercy. Pozostali obywatele (jak nietrudno zauważyć, jest ich przytłaczająca większość) zwracają się bezpośrednio do okienka administratora.

I rzeczywiście, przed okienkiem kasowym stało zaledwie pięć skromnie ubranych osób. Możliwe, że byli to bogaci spadkobiercy lub zakochani. Natomiast przed okienkiem administratora panowało ogromne ożywienie. Stała tam pstra kolejka. Młodzi ludzie w szykownych marynarkach i spodniach tak skrojonych, że mogłyby się prowincjonalnemu elegantowi chyba tylko przyśnić, wymachiwali nonszalancko bilecikami od znajomych reżyserów, artystów, redakcyj, teatralnego krawca, naczelnika obwodu milicji i innych, blisko teatru stojących osób, jako to: członków zrzeszenia teatralnych i kinowych krytyków, towarzystwa „Łzy biednych matek”, samorządu szkolnego „Szkoły cyrkowych eksperymentów” i jakiegoś „Fortiubrasa przy Umsłompogas’ie”. Osiem osób miało bileciki od Espera Eklerowicza.

Ostap wdarł się w kolejkę, wypchnął „fortiubrasowców” i, krzycząc — „ja tylko po informację, widzicie przecież, że nie zdjąłem nawet kaloszy” — dostał się do okienka i zajrzał do środka.

Sekretarz harował, jak koń. Brylantowe krople potu błyszczały na jego tłustej twarzy. Telefon niepokoił go co chwilę i dzwonił tak uporczywie, jak tramwaj, usiłujący się przedostać przez Smoleński rynek.

— Tak! — wrzeszczał. — Tak, tak! Osiem trzydzieści!

Z hałasem wieszał słuchawkę po to, by za chwilę znów ją chwycić.

— Tak! Teatr Kolumba! Ach, to pani, Segidyljo Markowna? Jest, jest, rozumie się, jest. Loża, parter! A Buka nie przyjdzie? Dlaczego? Grypa? Co pani mówi? No, dobrze! Tak, tak, do widzenia, Segidyljo Markowna.

— Teatr Kolumba!!!! Nie! Dziś żadne passe-partout nieważne. Tak, lecz co ja na to poradzę ? Mos-sowiet zakazał!...

— Teatr Kolumba!!!! Co-o? Michał Grygorjewicz? Powiedzcie Michałowi Grygorjewiczowi, że we dnie i w nocy czeka na niego w teatrze Kolumba trzeci rząd, fotel koło przejścia.

Tuż obok Ostapa, hałasując, obruszał się jakiś mężczyzna o pełnej twarzy i brwiach ustawicznie podnoszących się i opadających.

— To mnie nie obchodzi! — mówił mu sekretarz.

Chuntow (był to człowiek, idący z duchem czasu) z zażenowaniem prosił o kartkę do kasy.

— Niemożliwe! — perswadował sekretarz. — Zrozumcież, — Mos-sowiet!

— Tak, — bąkał Chuntow, — lecz Moskiewska sekcja Leningradzkiego Towarzystwa autorów i kompozytorów scenicznych uzgodniła z Pawłem Fiodorowiczem...

— Nie mogę, absolutnie nie mogę! Następny!

— Przepraszam, Jakóbie Menelausowiczu, ale mówiono mi w moskiewskiej sekcji Leningradzkiego towarzystwa autorów i kompozytorów scenicznych...

— No i cóż ja na to poradzę? Nie, nie dam! Czem mogę wam służyć, towarzyszu?

Chuntow poczuł, że sekretarz taje, to też zaczął bełkotać:

— Pomyślcie, Jakóbie Menelausowiczu, Moskiewska sekcja j Leningradzkiego towarzystwa autorów i kompozy...

Tego sekretarz już nie wytrzymał. Wszystko ma jakieś granice. Łamiąc ołówki i biorąc raz po raz słuchawkę telefoniczną, znalazł wreszcie dla Chuntowa miejsce pod samym żyrandolem.

— Prędzej, — krzyknął pod adresem Ostapa, — gdzie kartka?

— Dwa miejsca, — rzekł bardzo cicho Ostap, — na parterze.

— Dla kogo?

— Dla mnie!

— A kim pan jest, bym dawał mu bilety?

— A ja, jednak, sądzę, że mnie pan zna?

— Nie poznaję.

Lecz spojrzenie nieznajomego było tak niewinne, tak jasne, że sekretarz własnoręcznie wyznaczył Ostapowi dwa miejsca w jedenastym rzędzie.

— Rozmaici pętają się, — skonstatował sekretarz, wzruszając ramionami, — licho wie, kim są! A może to z Narkompros’u? Wydaje mi się, że widziałem go w Narkomprosie. Gdzie też ja mogłem go widzieć?

I wydając machinalnie kartki uszczęśliwionym krytykom kinowym i teatralnym, Jakób Menelausowicz rozpamiętywał w skupieniu, gdzie mógł widzieć te jasne, niewinne oczy.

Gdy wydano już wszystkie kartki i światło w foyer przyciemniono, Jakób Menelausowicz przypomniał sobie: te niewinne oczy, to pewne siebie spojrzenie widział w 1922 roku w Taganskiem więzieniu, gdy siedział tam za jakąś błahostkę.

Widownia w teatrze Kolumba była niewielka, foyer nieproporcjonalnie duże, a palarnia znalazła schronienie pod schodami. Na suficie były wymalowane mitologiczne łowy. Teatr był młody i do tego stopnia hołdował eksperymentom , że odmówiono mu subwencji. Istniał już drugi rok głównie dzięki letnim występom gościnnym.

W jedenastym rzędzie, tam gdzie siedzieli nasi aferzyści, rozległ się śmiech. To Ostap demonstrował swe zadowolenie z muzycznego wstępu, wykonanego przez orkiestrę na butelkach, saksofonach i dużych bębnach. Gwizdnął flet i kurtyna rozsunęła się.

Ku zdumieniu Worobjaninowa, który przywykł do klasycznej interpretacji „Ożenku”, Podkolesina na scenie nie było. Rozejrzawszy się, ujrzał Hipolit Matwiejewicz zwisające z sufitu tekturowe prostokąty, pomalowane według zasadniczych barw słonecznego widma. Ani drzwi, ani granatowych okien nie było. Pod różnobarwnymi prostokątami tańczyły paniusie w dużych, wyciętych z czarnego kartonu, kapeluszach. Jęki butelek zwabiły na scenę Podkolesina, który, jadąc na Stepanie, wdarł się w tłum. Stepan był wystrojony w mundur. Podkolesin, rozpędziwszy paniusie słowami, których nie było wcale w tekście, zawył:

— Stepa-a-n!

Równocześnie zeskoczył na bok i zastygł w nader trudnej pozycji.

— Step-a-a-n! — powtórzył Podkolesin, skacząc po raz wtóry. Lecz ponieważ Stepan, stojący tuż obok i odziany w skórę lamparta, nie odpowiedział ani słowem, Podkolesin tragicznie zapytał:

— Czemu milczysz, jak Liga Narodów?

— Okrutecznego stracha napędził mi Chamberlain, — odpowiedział Stepan, gładząc skórę.

Wyczuwało się, że Stepan zepchnie Podkolesina na dalszy plan i sam stanie się główną osobą „uwspółcześnionej” sztuki.

— No i cóż, czy krawiec szyje marynarkę?

Skok. Brzęk metalowych krążków. Stepan z wysiłkiem stanął na rękach i w tej pozycji odrzekł:

— Szyje!

Orkiestra odegrała pot-pouri z „Czio-czio-sau”. Przez cały ten czas stał Stepan na rękach. Do głowy uderzyła mu krew.

— Cóż, — spytał Podkolesin, — czy nie pytał krawiec, na co też potrzeba twemu panu takiego dobrego sukna?

Stepan, który tymczasem znalazł się już w orkiestrze i obejmował czule dyrygenta, odrzekł:

— Nie, nie pytał. Czyż jest posłem w angielskim parlamencie?

— A nie pytał czasem krawiec, czy nie zamierza twój pan żenić się?

— Pytał krawiec, czy nie zamierza pan płacić alimentów!

Poczem światło zgasło i publiczność zaczęła tupać nogami. Tupała tak długo, aż ze sceny rozległ się głos Podkolesina:

— Obywatele! Zachowajcie spokój! Światło zgaszono umyślnie, wypada tak z toku sztuki. To niezbędny warunek naszej reżyserji.

Publiczność skapitulowała. Światła nie zapalono już do końca aktu. W zupełnych ciemnościach grzmiały bębny. Z latarniami przeszedł przez scenę oddział żołnierzy w liberji szwajcarów hotelowych. Potem, najwidoczniej na wielbłądzie, przyjechał Koczkarew. Wnioskować o tem wszystkiem można było z następującego djalogu:

— Och, przeraziłeś mnie setnie! W dodatku wjechałeś tu na wielbłądzie!

— Zauważyłeś, pomimo tych egipskich ciemności?

Podczas antraktu aferzyści nam przeczytali afisz.


OŻENEK

Tekst — N. W. GOGOLA, wiersze — M. SZERSZELAFAMOWA, foto-montaż — J. ANTIOCHIJSKIEGO, muzyczna ilustracja — H. IWANOWA.

Autor sztuki — Nik. SIESTRIN.

Reżyserja — Symbijewicz-Syndyjewicz. Światło — Platon-Płaszczuk. Realizacja dźwiękowa — Gałkina, Pałkina, Małkina, Czałkina i Załkinda. Charakteryzaja — pracownia Krult. Peruki — Tomasz Koczura. Meble — składy Fortiubrasa przy Umsopogasie im. Baltazara. Instruktor akrobatyki — Żorżetta Tyraspolskich. Prasa hydrauliczna pod zarządem montera Miecznikowa.

Afisz złożony i odbity w szkole F. Z. U. KRUK.


— Podoba się wam? — spytał nieśmiało Hipolit Matwiejewicz.

— A wam?

— Bardzo interesujące, tylko Stepan dziwny jakiś.

— A mnie nie podoba się, — rzekł Ostap, — zwłaszcza to, że meble ich pochodzą z jakiejś pracowni Wogopasa. Czy nie przerobili oni czasem naszych krzeseł na swoją modłę?

Obawy te okazały się płonne. Na początku drugiego aktu murzyni w cylindrach wynieśli na scenę wszystkie cztery krzesła.

Największe zaciekawienie na widowni wzbudziła scena swatów. W chwili, gdy na przeciągniętym przez całą salę drucie zaczęła spuszczać się Agafja Tiechanowna, straszliwa orkiestra H. Iwanowa narobiła takiego hałasu, że chociażby w skutek tego powinna była Agafja Tiechanowna spaść na zgromadzoną publiczność. Lecz Agafja trzymała się na scenie wyśmienicie. Miała na sobie cielisty trykot i męski cylinder. Balansując zieloną parasolką z napisem: „Ja chcę Podkolesina”, — szła po drucie, i wszyscy widzieli brudne jej stopy. Z drutu zeskoczyła wprost na krzesło. Równocześnie wszyscy murzyni, Podkolesin, Koczkarew i swatka w stroju maszynisty zrobili karkołomne salto. Następnie wszyscy odpoczywali w ciągu pięciu minut, dla ukrycia czego ponownie zgaszono światło.

Oblubieńcy byli bardzo śmieszni — zwłaszcza Jajecznica. Zamiast niego wynoszono na scenę dużą jajecznicę na patelni. Marynarz miał na sobie maszt i żagiel.

Daremnie kupiec Starikow krzyczał, że gnębią go patenty i podatki. Nie przypadł do gustu Agafji Tichonownie. Wyszła za mąż za Stepana. Oboje zaczęli wcinać jajecznicę, którą podał im — przekształcony w lokaja — Podkolesin. Koczkarew i Fiekła odśpiewali kuplety o Chamberlainie i o alimentach, które brytyjski minister ściąga z Niemiec. Na krążkach odegrano marsz pożegnalny. Poczem kurtyna opadła.

— Jestem zadowolony z przedstawienia, — rzekł Ostap, — krzesła w porządku. Lecz musimy śpieszyć się. Jeżeli Agafja Tichonowna będzie tak codzień skakać po krzesłach, to niedługo one pociągną.

Roześmiani młodzieńcy w szykownych żakietach, tłocząc się i popychając, omawiali szczegóły dekoracji i realizacji dźwiękowej.

Na schodach rozległ się protekcyjny głos Chuntowa.

— Tak. Komponuję operę. W moskiewskiej sekcji Leningradzkiego towarzystwa autorów i kompozytorów scenicznych mówiono mi...

I długie jeszcze chwile rozchodząca się publiczność słyszała trajkotanie człowieka, idącego z duchem czasu:

— Przyznacie chyba, że Moskiewska sekcja Leningradzkiego towarzystwa autorów i kompozytorów scenicznych...

— A teraz, — powiedział Ostap, — pójdziecie, Kiciuniu, lulać. Jutro skoro świt trzeba stanąć w kolejce przed kasą biletową. Teatr wyjeżdża o siódmej wieczór pośpiesznym do Niżniego Nowogrodu. Kupicie na Kurskim dworcu dwa bilety trzeciej klasy do Niżniego. Wytrzymamy jakoś. Raptem jedna noc.




Nazajutrz cały teatr Kolumba siedział w bufecie na Kurskim dworcu. Symbijewicz-Syndyjewicz, upewniwszy się, że dekoracje pojadą tym samym pociągiem, pokrzepiał się przy stoliku. Umoczywszy w piwie usta, wypytywał trwożliwie montera:

— A czy nie połamie mi czasem w drodze hydraulicznej prasy?

— Kłopot mamy z tą prasą, — odpowiedział Mieczników, — korzystamy z niej pięć minut, a wlec z sobą musimy przez całe lato.

— A czy lżej ci było z tą machiną ze sztuki „Proszek ideologji?”

— Oczywista, lżej. Była wprawdzie znacznie większa, lecz przynajmniej nie taka krucha.

Przy sąsiednim stoliku siedziała Agafja Tichonowna — młodziutkie dziewczę o nogach twardych, jak żelazo. Dokoła niej krzątała się realizacja dźwiękowa — Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkind.

— Nie pilnowaliście wczoraj wcale taktu, — skarżyła się Agafja Tichonowna, — mogę jeszcze spaść z drutu.

Realizacja muzyczna zaterkotała:

— Trudna rada! Pękły dwie opaski Esmarcha!

— Czy można teraz dostać zagraniczne opaski Esmarcha? — obruszył się Pałkin.

— Wejdźcie kiedy do Gosmedtorgu. Nawet termometru nie można tam dostać! — pośpieszył z pomocą Gałkin.

— Na termometrach także gracie? — przeraziło się dziewczę.

— Na termometrach nie grywamy, — zauważył Załkind, — lecz przez te przeklęte opaski poprostu człek choruje i musi potem mierzyć sobie temperaturę.

Autor widowiska i główny reżyser Nik. Sietrin przechadzał się z żoną po peronie. Podkolesin i Koczkarew wychylili trzy kieliszki i nagwałt zalecali się do Żorżetty Tyraspolskich.

Aferzyści nasi zjawili się na dwie godziny przed odejściem pociągu i poraz piąty już okrążali skwer przed dworcem.

Hipolit Matwiejewicz dostawał już zawrotu głowy. Pogoń za krzesłami wchodziła w decydującą fazę. Wydłużone cienie kładły się na rozżarzony asfalt. Kurz osiadał na spoconych, zakurzonych twarzach. Jeden za drugim zajeżdżały pojazdy. Unosił się zapach benzyny. Z taksówek wysiadali pasażerowie. Naprzeciw nim, polując na walizki, wybiegali numerowi z połyskującemi w słońcu blachami. Nieznane dale porywały ludzi w swe szpony.

— Czas na nas, — zadecydował Ostap.

Hipolit Matwiejewicz posłusznie zawrócił i oko w oko zetknął się z mistrzem cechu karawaniarzy Berenczukiem.

— Berenczuk! — zdumiał się niepomiernie, — skąd się tu wziąłeś?

Berenczuk zdjął czapkę i osłupiał z radości.

— Pan Worobjaninow! — zawołał. — Kłaniam się uniżenie szanownemu panu!

— Co słychać?

— Źle słychać, — odrzekł mistrz karawaniarski.

— Dlaczego?

— Szukam klijenteli. Niema klijenteli.

— „Nimfa” ci sprząta z przed nosa?

— Nic podobnego! Czyż mnie może ona cośkolwiek sprzątnąć?

— Niema klijentów. Po waszej, świeć jej Panie, teściowej jeden jedyny tylko Pierre i Konstantin przespacerował się.

— Co powiadasz? Umarł?

— Ano przespacerował się. Na posterunku, pracę swoją pełniąc. Golił właśnie naszego aptekarza Leopolda. Ludziska powiadali, że coś mu się we wnętrzu oberwało, a wedle mego głupiego rozumu, nieboszczyk nie zdzierżył poprostu zaduchu tych lekarstw, któremi był przesiąknięty aptekarz i przejechał się.

— Aj-aj-aj! — mamrotał Hipolit Matwiejewicz, — aj-aj-aj! I tyś go właśnie pochował?

— Ja właśnie chowałem. Któżby zaś inny?

Czyż „Nimfa”, niech ją jasny piorun strzeli, daje towar?

— A więc zwyciężyłeś?

— Zwyciężyłem. Tłukli mnie tylko potem. Siarczyście. Omal mi płuc nie odbili. Milicja obroniła. Dwa dni leżałem. Spirytusem leczyłem się.

— Nacierania robiłeś?

— Ej, co zaś bym się nacierał?!

— A na co cię tu teraz licho przyniosło?

— Przywiozłem towar.

— Jaki towar?

— Mój towar. Znajomy konwojent ułatwił mi darmowe przewiezienie w wozie pocztowym. Po znajomości.

Hipolit Matwiejewicz teraz dopiero zauważył, że niedaleko Berenczuka stał na ziemi szereg trumien. Jedne były z palmami, inne bez palm. Jedną z nich Hipolit Matwiejewicz natychmiast poznał. Była to duża zakurzona trumna z berenczukowskiej wystawy.

— Osiem sztuk, — wskazał z godnością Berenczuk, — jak ulał. Dobry towar.

— A komu tu trzeba twego towaru? Dość tu miejscowych majstrów.

— A grzyb?

— Jaki grzyb?

— Epidemja. Mówił mi Prusis, że w Moskwie grzyb tak szaleje, że niema w czem ludzi grzebać. Skończyły się już wszystkie zapasy. A więc postanowiłem poprawić tu swe interesa.

Ostap, przysłuchający się ciekawie rozmowie, wtrącił:

— Słuchaj ojcze. To w Paryżu szaleje grypa[10].

— W Paryżu?

— A tak. Jedź do Paryża. Tam sobie użyjesz! Prawda, będą pewne trudności z uzyskaniem wizy, lecz o to, ojcze, nie trap się.

Jeżeli Brand polubi ciebie, będzie ci się wcale niezgorzej wiodło — zostaniesz nadwornem karawaniarzem paryskiej gminy. A tutaj wystarczą miejscowi karawaniarze.

Osowiały Berenczuk rozejrzał się po placu. Rzeczywiście, mimo zapewnień Prusisa trupy po ulicach nie poniewierały się, ludzie krzepko trzymali się na nogach i niektórzy z nich nawet śmieli się

Pociąg dawno już odszedł wraz z aferzystami, teatrem Kolumba i resztą publiczności, a Berenczuk wciąż jeszcze, jak oszalały sterczał nad swemi trumnami. W zapadających ciemnościach oczy jego świeciły się żółtym niegasnącym blaskiem.



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY.
Czarowna noc na Wołdze.

Na lewo od pasażerskiej przystani Wołżańskiej Państwowej Żeglugi Rzecznej stał wielki kombinator z przyjacielem swym i najbliższym pomocnikiem — Kisą Worobjaninowem.

Nad przystaniami łopotały flagi. Dym, skłębiony, jak kalafior walił z kominów. Służba okrętowa wpijała żelazne szpony w bele bawełny. Na przystani żelazne garnczki tworzyły czworobok, leżały wilgotne skóry, paki drutu, skrzynie z taflami szklanemi, kłębki szpagatu do wiązania snopów, kamienie młyńskie, dwubarwne kościste maszyny rolnicze, drewniane widły, obszyte parcianką, kobiałki z czereśniami i beczki śledzi.

„Skrjabina” nie było. Niepokoiło to bardzo Hipolita Matwiejewicza.

— Jak się czujecie? — spytał Ostap. — Wyobraźcie sobie, że Skrjabin jest już tutaj. No, w jaki sposób dostaniecie się tam? Gdybyście nawet mieli pieniądze na kupno biletu, to i wówczas byłyby z tego nici. Statek ten bowiem nie zabierze żadnych pasażerów.

Ostapowi jeszcze w pociągu udało się pokonferować z zawhydropasem, monterem Miecznikowem, i zasięgnąć od niego języka. Statek „Skrjabin”, wynajęty przez Narkan, miał odbyć przejażdżkę do Stalingradu, zatrzymując się koło każdej przystani i dokonując ciągnienia pożyczki państwowej. W tym celu wyjechała z Moskwy cała ekspedycja — komisja pożyczki państwowej, kancelarja, orkiestra dęta, kino — operator, korespondentki pism stołecznych i teatr Kolumba. Zadaniem teatru było wystawiać po drodze sztuki, popularyzując ideę pożyczek państwowych.

Aż do Stalingradu miał teatr być na kompletnem utrzymaniu komisji pożyczkowej, a następnie na własne ryzyko i odpowiedzialność udać się z gościnnemi występami na Kaukaz i Krym.

Przybyły z Moskwy aparat propagandowy rozbił tymczasem namioty na przystani.

Delikatne stworzenia z walizeczkami i pledami podróżnemi siedziały na pakach drutu, pilnując swych Underwoodów i ze strachem spoglądając na tragarzy podnoszących hakiem ciężary. Na kamieniu młyńskim rozłożył się obywatel z hiszpańską bródką. Na kolanach jego leżał szpikulec z emaljowanemi tabliczkami. Na górnej — każdy kto ciekaw mógł przeczytać — „Oddział rozrachunkowy”. Biurka na słupkach i rozmaite stoły — stały jedno na drugiem.

Koło opatrzonej pieczęciami kasy ogniotrwałej stał na warcie szyldwach. Reprezentant „Warsztatu”, Persicki, obserwował przez powiększającą ośmiokrotnie lornetkę Zeissa plac jarmarczny, potem pokręcił się, dowiedział się, że „Skrjabin” nadejdzie dopiero za pięć godzin i udał się do miasta.

W cieniu prasy hydraulicznej na krześle Worobjaninowa siedziała Agafja Tichonowna i flirtowała z grającym na bałałajce wirtuozem, dobrze ułożonym młodzieńcem o europejskim wyglądzie.

Wirtuoz czuł się doskonale w pokrewnem środowisku. Z wdziękiem usiadł na jednym z worobjaninowskich krzeseł, nie bacząc na to, że Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkind zmuszeni są kontentować się w piątkę dwoma tylko krzesełkami.

Dokoła krzeseł krążyli, jak szakale, nasi aferzyści. Ostapa oburzał zwłaszcza wirtuoz od bałałajki.

— Co to za ptaszek? — szeptał do Hipolita Matwiejewicza. — Byle osioł siedzi sobie na waszych krzesłach. Wszystko to są skutki waszego ordynarnego psiarstwa!....

— Czego się mnie czepiasz? — bąknął Worobjaninow. — Nawet słowa takiego nie znam — psiarstwo.

— Szkoda. Psiarstwo — to zalecanie się do młodych dziewcząt w nieczystych zamiarach. Wypieranie się wasze jest bezczelne. Liza wszystko mi opowiedziała. Cała Moskwa pokłada się ze śmiechu. Wszyscy wiedzą o waszych psich zalotach.

Spólnicy, wymyślając sobie pocichu, kręcili się dokoła krzeseł.

Wirtuoz zaprosił Agafję Tichonownę na obiad do „Paryskiej Komuny”.

Realizacja dźwiękowa westchnęła i powlokła się do knajpy „Pod tratwą”. Aferzyści ożywili się.

— Może zaryzykujemy? — rzekł nagle Ostap, zbliżając się bezwiednie do krzeseł. — Wy — dwa, ja — dwa i — drapaka! Co? Rajsko by to było, do kroćset!

Obejrzał się. Uciekać trzeba było wzdłuż wału, aż do zatarasowanej wozami ulicy Rożdziestwienskiej. A i poprzez tłum tragarzy niełatwo byłoby przecisnąć się. Na dobitkę Kaczkarew i Podkolesin wałęsali się w pobliżu. Oczywista, wszczęliby okropny hałas, gdyby tylko dostrzegli zamach na meble, rzekomo pochodzące z wytwórni Fortinbrasa przy Umsłompogasie imienia Baltazara. Ostap oklapł.

— Trzeba będzie jechać! Lecz w jaki sposób? W ostateczności możnaby było wsiąść na „Paryską Komunę”, dojechać do Caricyna i tam czekać na trupę, lecz forsa, forsa! Ach, Kisa, Kisa, niech was djabli porwą! Czy zrozumieliście już ogrom swego łajdactwa?

Przyjaciele pobiegli na przystań, do której już zbliżał się, idąc przeciw prądowi parostatek „Skrjabin”. Na pokładach jego sterczały drewniane tarcze z olbrzymiemi wizerunkami tęczowych obligacyj. Statek ryknął, naśladując krzyk mamuta, a może innego zwierzęcia, zastępującego w przedhistorycznych czasach syrenę okrętową.

Finansowo - teatralny biwak ożył. Biegli na wyścigi pracownicy loterji. W tumanach kurzu toczył się w stronę statku pulchniutki Platon Płaszczuk. Gałkin, Pałkin, Czałkin i Załkind wybiegli z knajpy „Pod tratwą”.

Koło kasy ogniotrwałej uwijali się już tragarze. Instruktor akrobatyki, Żorżetta Tyraspolskiem — sprężystym krokiem zbiegła po kładce. Symbijewicz-Syndyjewicz w trosce serdecznej o dekoracje, wzywając niebo na świadka, wyciągał błagalnie dłonie do stojącego na mostku kapitana. Kino - operator niósł swój aparat wysoko ponad głowami tłumu i w drodze jeszcze domagał się, by na laboratorium przydzielono mu czteroosobową kajutę.

Przez pomost przemaszerowali muzykanci, uzbrojeni w miedziane trąby. Z obrzydzeniem spoglądali oni na saksofony, fleksatony, butelki od piwa i opaski Esmarcha, w które była zaopatrzona dźwiękowa realizacja.

— Zafajdana banda, rzucił klarnet, zrównawszy się z piątką.

Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkin nic nie odrzekli, lecz w duszy poprzysięgli zemstę.

Koła loteryjne przywieziono na Fordzie. Była to wielce skomplikowana machina złożona z sześciu wirujących, połyskujących od miedzi i szkła, cylindrów.

W sali loteryjnej urządzono na gwałt estradę, przybijano do ścian plakaty i transparenty, ustawiano drewniane ławy dla zwiedzających i łączono przewodniki elektryczne z kołami loteryjnemi. Biurka umieszczono na rufie, w kajucie maszynistek rozległo się — przeplatane śmiechem — stukanie maszyn do pisania. Blady człowiek z hiszpańską bródką chodził po całym statku i do poszczególnych drzwi przybijał emaljowane tabliczki: „Oddział rozrachunkowy”, „Dział osobowy”, „Kancelarja”, „Maszynownia”. Do dużych tablic człowiek z bródką dodawał mniejsze tabliczki: „Wchodzić tylko za interesem”, „Nie przyjmuje się”, „Obcym wstęp wzbroniony”, „Wszelkich informacyj udziela Kancelarja”.

Salon pierwszej klasy był przeznaczony na wystawę znaków pieniężnych i bonów. Wywołało to wybuch oburzenia Gałkina, Pałkina, Małkina, Czałkina i Załkinda.

— Gdzie wobec tego będziemy jadać? — obruszali się. — A jeśli będzie deszcz?

— Oj, — rzekł Nik. Siestrin do swego pomocnika, — nie wytrzymam!... Jak myślisz, Sierjoża, a może obeszlibyśmy się bez realizacji dźwiękowej?

— Niemożliwe, Nikołaju Konstantynowiczu! Artyści przyzwyczaili się do rytmiki.

Akurat zaczął się nowy rwetes. Piątka wywąchała, że autor widowiska capnął wszystkie cztery krzesła do swojej kajuty.

— Tak, tak, — mówiła ironicznie Piątka, — próbę odbywać będziemy na łóżkach wiszących, na czterech krzesłach usadowi się Nikołaj Konstantynowicz z żoną swą Gustą, która nadomiar jest po za nawiasem naszej spólnoty. A może i my chcielibyśmy zabrać w podróż swoje żony!

Wielki kombinator spoglądał z brzegu z pasją na propagandowy statek.

Nowy wrzask dotarł do uszu spólników.

— Dlaczego przedtem nie powiedzieliście mi o tem? — krzyczał członek komisji.

— A skądże mogłem wiedzieć, że on zachoruje.

— Skandal! Jedźcie niezwłocznie do Rabisu i zażądajcie, by odkomenderowali nam malarza.

— Pocóż będę tam jeździł?

Jest już godzina szósta. Rabis dawno zamknięty. A i statek odchodzi za pół godziny.

— A więc sami musicie rysować. Podjęliście się udekorowania statku — ponoście teraz z łaski swej konsekwencje.

Ostap biegł już po kładce, rozpychając łokciami tragarzy, dziewczynki i zwykłych gapiów. Przy wejściu zatrzymano go.

— Ależ ja tylko do tego obywatela.

— Wszystko jedno. Trzeba mieć przepustkę.

— Towarzyszu! — wrzasnął Bender. — Pst! Pst! Grubasku! Panie, któremu potrzeba malarza!

Po pięciu minutach wielki kombinator siedział już w kajucie grubaska, kierownika gospodarczego pływającej pożyczki, i omawiał warunki pracy.

— A więc, towarzyszu, — klarował tłuścioszek, — żądamy od was: wykonania artystycznych plakatów i napisów oraz wykończenia transparentu. Zaczął go robić nasz malarz, lecz rozchorował się nagle i zmuszeni będziemy zostawić go tutaj w szpitalu. No i oczywista, należeć do was będzie ogólny nadzór nad częścią artystyczną. Możecie się tego podjąć? Uprzedzam — roboty huk.

— Tak, mogę się tego podjąć! Miewałem już tego rodzaju robotę.

— I możecie natychmiast jechać z nami?

— Niezbyt łatwe to, lecz postaram się.

Kierownikowi gospodarczemu spadł wielki ciężar z piersi. Promiennym wzrokiem, z dziecinną niefrasobliwością spoglądał tłuścioch na nowego malarza.

— Warunki? — spytał zuchwałe Ostap. — Proszę wziąć pod uwagę, że nie jestem zakładem pogrzebowym.

— Warunki ustalone przez związek. Według cennika Rabisa.

Ostap skrzywił się, co go niemało kosztowało.

— Oprócz tego bezpłatny wikt, — dorzucił spiesznie tłuścioch, i osobna kajuta.

— Niech już tam, — westchnął ciężko Ostap, — zgadzam się. Lecz mam z sobą chłopaka asystenta.

— Co do chłopaka to już nie wiem. Na chłopaka nie dali mi kredytów. Jeśli chcecie wziąć go na własny rachunek — z miłą chęcią. Niech sobie mieszka w waszej kajucie.

— No, niech już i tak będzie. Chłopak zahartowany. Przyzwyczaił się do spartańskiego trybu życia. Strawy dacie mu?

— Niech przychodzi do kuchni, może się tam co znajdzie.

Ostap dostał przepustkę dla siebie i dla chłopca, włożył do kieszeni klucz od kajuty i wyszedł na gorący pokład. Niemałe zadowolenie odczuwał przy dotknięciu klucza. Po raz pierwszy w życiu. Klucz i mieszkanie miał. Nie miał tylko pieniędzy. Lecz były one tuż obok w krzesłach. Wielki kombinator wpakował ręce do kieszeni i spacerował po pokładzie, nie dostrzegając pozostałego na brzegu Worobjaninowa.

Hipolit Matwiejewicz najpierw dawał milcząco znaki, a potem ośmielił się zlekka piszczeć. Lecz Bender był głuchy. Odwróciwszy się tyłem do marszałka imprezy, obserwował uważnie proces opuszczenia prasy hydraulicznej na dno okrętu.

Robiono ostatnie przygotowania do odbicia statku.

Rozległ się drugi sygnał. W skutek straszliwych tylu dźwięków stłoczyły się jakgdyby obłoki. Słońce sponsowiało i zginęło za horyzontem. W mieście zapalono lampy i latarnie. Od strony rynku słychać było skrzek gramofonów, popisujących się wobec ostatnich klijentów. Ogłuszony i samotny Hipolit Matwiejewicz krzyczał, lecz nie było go nic a nic słychać. Turkot kołowrotu zagłuszał wszystkie inne dźwięki.

Ostap Bender lubił efekty. Dopiero przed trzecim sygnałem, gdy Hipolit Matwiejewicz nie miał już ani krzty wątpliwości, że pozostawiono go na łasce losu, Ostap raczył to dostrzec.

— Czego stoicie, jak urzeczony? Myślałem, że oddawna już jesteście na statku! Zaraz zdejmą kładkę! Pędźcie czemprędzej! Przepuśćcie tego obywatela! Proszę oto jego przepustka.

Hipolit Matwiejewicz, płacząc niemal, wbiegł na statek.

— To ma być wasz chłopak? — spytał podejrzliwie zeno-choz.

— Chłopak, — odrzekł Ostap, — „może zły”? Typowy chłopak. Ten, kto odważy się powiedzieć, że to dziewczyna, niechaj rzuci we mnie kamieniem.

Tłuścioch odszedł srodze zasępiony.

— No, Kisa, zauważył Ostap, — trzeba będzie od samego rana zakasać rękawy. Przypuszczam, że potraficie rozrabiać farby, zauważcie sobie: jestem malarzem, skończyłem Wchutemas, a wy jesteście moim pomocnikiem. Jeśli wydaje się wam, że tak nie jest, to zmykajmy stąd czemprędzej.

Z pod rufy buchnęła czarno zielona piana. Statek drgnął, klasnęły miedziane talerze, flety, klarnety i basy wykonały dźwięczny marsz, poczem miasto, kręcąc się i balansując, przewędrowało na lewą stronę burty.

Dygocąc wciąż, przyjął odpowiedni kierunek i popłynął szybko z prądem. Z tyłu migotały gwiazdy, lampy i portowe różnobarwne znaki. W ciągu minuty statek tak się oddalił od brzegu, że światła miejskie wyglądały, jak rozżarzone główki szpilek.

W kajucie pierwszej klasy Ostap rozciągnął się jak długi — w butach — na skórzanej kanapie i, patrząc w zamyśleniu na pas ratunkowy, obciągnięty w zielone żaglowe płótno, wypytywał Hipolita Matwiejewicza:

— Umiecie rysować? Wielka szkoda. I ja, niestety, nie potrafię.

— A jak z literami? Też nie potraficie? Całkiem niedobrze! Przecież dostaliśmy się tutaj, jako malarze. W ciągu dwóch dni będziemy jakoś kręcić, a potem wyrzucą nas. W ciągu tych dwóch dni musimy zrobić wszystko, czego nam potrzeba. Sprawa komplikuje się nieco. Dowiedziałem się, że krzesła są w kajucie reżysera. Lecz i to ostatecznie nic strasznego. Najważniejsze jest to, że jesteśmy na statku. Póki nas nie wyrzucą, musimy obejrzeć dokumentnie wszystkie krzesła. Dziś już późno. Reżyser śpi w swej kajucie...



ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY.
Uparci poszukiwacze.

Z rana pierwszy zjawił się na pokładzie reporter Persicki. Zdążył już wziąść tusz i poświęcił dziesięć minut na ćwiczenia gimnastyczne. Ludzie spali jeszcze, lecz rzeka wiodła już swój zwykły żywot. Płynęły tratwy — olbrzymie płaty belek z izbami na nich. Maleńki statek, na którego łupinie widniała dumna nazwa — „Władca burz” ciągnął trzy inne powiązane z sobą statki z naftą. „Skrjabin”, mierząc głębokość wody prążkowaną żerdzią, zaczął opisywać koło, zawracając przeciwko prądowi.

Persicki przywarł do lornetki i zaczął patrzeć na przystań.

— „Barmino”, — przeczytał na szyldzie.

Życie na statku zaczęło zwolna budzić się. Rzucono na przystań ciężarek ze sznurem. Przy pomocy tego sznura ludzie z przystani przyciągnęli do siebie gruby koniec liny, służącej do przywiązywania statku. Śruby zaczęły się obracać w przeciwnym kierunku. Pół rzeki pokryło się szumiącą pianą. „Skrjabin” zadrżał od ostrych uderzeń i oparł się burtą o przystań. Było jeszcze zbyt wcześnie. Ciągnienie loterji postanowiono rozpocząć o dziesiątej rano.

Praca na „Skrjabinie” rozpoczynała się, tak jak na lądzie — punktualnie o dziewiątej. Nikt nie zmienił swych zwyczajów. Ten, kto na lądzie spóźniał się do biura, spóźniał się i tutaj, mimo, iż spał przecież w samej instytucji. Do nowych stosunków stany wędrowne Narkomfilmu przywykły bardzo szybko.

Woźni zamiatali kajuty równie obojętnie, jak biura w Moskwie.

Sprzątaczki roznosiły herbatę, gońcy biegali z aktami z dziennika podawczego do działu osobowego, nie dziwiąc się zupełnie temu, że dział osobowy znajduje się na rufie, a dziennik podawczy na dziobie. Z kajuty „rozrachunków” słychać było klekot liczydeł i zgrzytanie arytmometru.

Wielki kombinator, parząc bose stopy, uwijał się dokoła podłużnego, wąskiego pasa czerwonej tkaniny, malując na nim hasło, które raz po raz sprawdzał z wypisanym na świstku papieru tekstem:

„Kup los. Każdy człowiek pracy winien mieć w kieszeni obligację pożyczki państwowej”.

Wielki kombinator starał się gorliwie wywiązać z zadania, lecz zupełny brak zdolności w tym kierunku widoczny był — mimo wszystko — na pierwszy rzut oka. Napis zjechał w dół i cały ten kawał materjału był, jak się wydawało, bezpowrotnie zniszczony. To też Ostap, przy pomocy ucznia Kisy, odwrócił materjał na drugą stronę i znów wziął się do malowania. Był już teraz ostrożniejszy. Nim zaczął chlastać litery, pobielonym kredą sznurkiem nakreślił dwie równoległe linje i klnąc po cichu bogu ducha winnego Worobjaninowa, wziął się do malowania liter.

Hipolit Matwiejewicz spełniał sumiennie obowiązki chłopaka na posyłki. Pędził na dół po gorącą wodę, rozpuszczał, kichając klej w garnku, wsypywał do wiaderka farby i usłużnie zaglądał w oczy wymagającemu malarzowi. Skończony i wyschnięty transparent znieśli spólnicy na dół i przymocowali do burty.

Z kajuty wyszedł zaspany operator kinowy Pałkin. Ustawiał długo swój aparat, oglądał niebo, poczem, odwróciwszy się tyłem do zebranego już na przystani tłumu, nakręcił dziesięć metrów z kierownika działu osobowego. Kierownik, by wyjść bardziej naturalnie, próbował spacerować swobodnie przed aparatem, — lecz Pałkin sprzeciwił się temu:

— Nie wychodźcie, towarzyszu, z ram. Stójcie na miejscu. I rękami, bardzo was proszę, nie wymachujcie.

Kierownik założył ręce po napoleońsku i w tej posągowej pozie został sfilmowany. Po tem Pałkin znikł w swem laboratorjum.

Tłuścioch, który zaangażował Ostapa, pobiegł na brzeg i stamtąd obejrzał robotę nowego malarza. Litery były najrozmaitszej grubości, a przytem trochę krzywe. Tłuściochowi przeszło przez myśl, że nowy malarz, tak bardzo pewny siebie, mógłby to jednak trochę staranniej zrobić. Nie było jednak żadnego wyjścia i z konieczności trzeba się było tem kontentować.

O pół do dziesiątej udała się na brzeg orkiestra dęta i zaczęła wydmuchiwać namiętne marsze. Dźwięki muzyki zwabiły dziatwę z całego Barmina. Za dzieciakami ruszyli z sadów owocowych również chłopy i baby. Orkiestra grzmiała do chwili zejścia na brzeg członków komisji pożyczkowej. Zaczął się wiec. Z ganku gospody Korobkowa rozległy się pierwsze słowa referatu o położeniu międzynarodowem.

„Kolumbowcy” gapili się na zgromadzenie ze statku. Widać stąd było białe chusteczki bab, bojaźliwie trzymających się na boku, nieruchomy tłum chłopów, słuchających uważnie mówcy, oraz samego mówcę, giestykulującego od czasu do czasu rękami. Potem zagrała muzyka. Orkiestra odwróciła się i, nie przestając grać, ruszyła ku kładce. Za nimi cisnął się tłum.

— Momencik! — krzyknął z burty grubas. — Zaraz towarzysze, rozpocznie się ciągnienie loterji. Zapraszamy wszystkich na statek. Po skończonem ciągnieniu odbędzie się koncert. Proszę nie rozchodzić się po zakończeniu ciągnienia, lecz zgromadzić się na brzegu i stamtąd przyglądać się widowisku. Artyści będą grać na pokładzie!

Popychając się wzajemnie, pobiegli wszyscy na statek i udali się do sali loteryjnej. Komisja pożyczkowa i dokooptowani przedstawiciele gminy Barmino siedli na estradzie. Członkowie komisji zrobili to z godnością, nabytą przy podobnych tego rodzaju ceremonjach, natomiast przedstawiciele gminy (było ich dwóch), w łapciach i pasiastych granatowych koszulach z powagą taką, jakgdyby szli do młocki, udali się w kierunku stołu i siedli na brzeżku.

Po sprawdzeniu pieczęci na maszynie, zażądano dziecka z pośród publiczności.

Koła zaczęły obracać się, mrugając szklanemi okienkami. Zatrzymały się. Bosy chłopak, truchlejąc ze strachu, kładł rękę kolejno do każdego cylindra, wyjmował stamtąd, wyglądające jak papierosy bilety, i wręczał je członkom komisji.

Aparat loteryjny wyrzucał metodycznie kombinacje cyfr. Koła obracały się, wykrzykiwano numera, wieśniacy przyglądali się realizacji dźwiękowej, poruszonej ogromnie procesem ciągnienia, nabyli do spółki jedną obligację i po każdem oznajmieniu rezultatu wzdychali z ulgą:

— Chwała Bogu, nie nasz numer!

— Czego się cieszycie? — zdziwił się N. K. Sutkin. Przecież nie wygraliście?

— Wielka parada — dostać dwadzieścia rubli! — wrzasnęła dzielna Piątka. — Przecież na tę obligację można wygrać pięćdziesiąt tysięcy. Całkiem prosty rachunek.

— Wiecie co, przyjaciele — rzekł reżyser, — do większych wygranych jeszcze daleko — nie macie tu co do roboty. Idźcie przygotować się do występu.

Na chwilę wpadł Ostap, upewnił się, że wszyscy mieszkańcy statku siedzą w sali loteryjnej i znów pobiegł na pokład.

— Worobjaninow, — szepnął, — mam dla was niecierpiącą zwłoki robotę malarską. Stańcie u wylotu korytarza pierwszej klasy i nućcie. Jeżeli będzie kto podchodził — nućcie głośniej.

Stary zbaraniał:

— A cóż mam nucić?

— W każdym razie nie „Boże caria chrani”. Coś namiętnego — „Jabłuszko” lub „Serce dziewczyny”. Uprzedzam, że będzie z wami krucho, jeśli nie zaśpiewacie na czas tej arji! To nie eksperymentalny teatr! Stłuką na kwaśne jabłko!...

Wielki kombinator, człapiąc bosemi stopami, wybiegł na korytarz, wykładany wiśniowem drzewem. Duże zwierciadło, stojące na końcu korytarzu, odbiło w pewnej chwili jego postać. Czytał szyldzik na drzwiach:


NIK. SIESTRIN

Reżyser teatru Kolumba


Lustro opróżniło się, następnie ukazał się w niem znów wielki kombinator. Trzymał w ręce krzesło o giętych nóżkach. Przebiegł przez korytarz, wyszedł na pokład i, mrugnąwszy na Hipolita Matwiejewicza, udał się z krzesłem na górę do budki sternika. W oszklonej budce nikogo nie było. Ostap odniósł krzesło na rufę i raczył poinformować Worobjaninowa:

— Krzesło będzie tu stało aż do nocy. Wszystko obmyślałem. Nikt tu prawie, prócz nas, nie bywa. Zakryjemy krzesło plakatami, a gdy zmrok zapadnie, zapoznamy się spokojnie z jego zawartością.

Po chwili krzesło, zawalone deseczkami i skrawkami czerwonej materji, przestało być widoczne.

Hipolita Matwiejewicza znów ogarnęła gorączka złota.

— A dlaczego właściwie nie bierzemy go do naszej kajuty? — spytał ze zniecierpliwieniem. Moglibyśmy je odrazu wypatroszyć. I gdybyśmy znaleźli brylanty, to odrazu dalibyśmy dęba na brzeg...

— A gdybyśmy tam nie znaleźli? Co wtedy? gdzie je podziejemy? Może odnieść je z powrotem do obywatela Siestrina i uprzejmie powiedzieć darujcie, buchnęliśmy wam, uważacie, krzesełko, lecz, niestety, nic w niem nie znaleźliśmy, wobec czego, uważacie, zwracamy wam je w pozostawiającym nieco do życzenia stanie. Tak chcecie postąpić?

Wielki kombinator miał, jak zwykle, słuszność. Hipolit Matwiejewicz opanował w zburzenie dopiero wówczas, gdy na pokładzie rozległy się dźwięki uwertury, wykonywanej na kankach Esmarcha i baterjach pustych butelek.

Operacje pożyczkowe były skończone. Widzowie ulokowali się na pochyłości wybrzeża i wbrew wszelkim oczekiwaniom wyrażali hałaśliwie uznanie swe dla murzyńsko - aptecznego widowiska. Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkind spozierali wokół z dumą, jakgdyby mówiąc: „Aha, widzicie! A powiadaliście, że szerokie masy nie zrozumieją. Sztuka, uważacie, zawsze dociera!”

Następnie na zaimprowizowanej estradzie odegrali kolumbowcy lekki wodewil ze śpiewem i tańcami. Treścią tego wodewilu było opowiadanie o tem, jak prostak jakiś wygrał pięćdziesiąt tysięcy i co z tego wynikło. Aktorzy, wyzwoliwszy się z więzów nik-siestrinskiego konstruktywizmu, grali wesoło, tańczyli z temperamentem i śpiewali bardzo miłemi głosami. Brzeg był całkowicie zadowolony.

Jako następny numer programu popisywał się wirtuoz na bałałajce. Żakiet jego i przedział na głowie wywoływały w widzach zdumienie i ironiczne okrzyki.

Wirtuoz siadł na ławce, poprawił poły żakietu i zwolna zaczął grać węgierską rapsodję Liszta. Stopniowo przyśpieszając tempo, wzniósł się na szczyty techniki bałałajkowej. Sceptycy byli pokonani, lecz w tłumie nie odczuwało się entuzjazmu. Wtedy wirtuoz zagrał „Bubliczki”. Brzeg zaczął się uśmiechać.

„Kupujcie bubliczki” — grał wirtuoz, „gorące bubliczki”...

Bałałajka nabrała rozmachu. Przelatywała za plecy artysty i z poza pleców już słychać było: „Tę prośbę mam jedną, nim gwiazdy wkrąg zbledną...” Bałałajka unosiła się w górę i w czasie krótkiego swego lotu wykonywała niemało trudnych warjacyj.

∗             ∗

Nadeszła kolej na Żorżettę Tyraspolskich. Wyprowadziła ona z sobą stadko dziewcząt w sarafanach[11]. Koncert zakończył się tańcami ludowemi.

Znów rozległ się głos syreny i znów słońce ze strachu uciekło. Nadchodziła druga noc.

W stronę mostku kapitana toczył się kierownik gospodarczy. Za nim szedł techniczny dyrektor brylantowej koncesji.

— To jest nasz malarz powiedział — zaw-choz[12] — robimy tu transparent. Czy nie możnaby go umieścić na kapitańskim mostku? Będzie wtedy widoczny ze wszystkich stron.

Kapitan stanowczo wyrzekł się przyozdobienia mostku.

— Obok, jeśli łaska!

Zawchoz zwrócił się do Ostapa:

— A czy wam, towarzyszu - malarzu, wygodnie będzie obok kapitańskiego mostku?

— Wygodnie — westchnął Bender.

— No to pamiętajcie! Od rana weźmiecie się do roboty.

Ostap ze strachem myślał o jutrzejszym ranku. Miał wyciąć z tektury postać siewcy, rozrzucającego obligacje.

Ten artystyczny wyczyn przekraczał możliwości wielkiego kombinatora. Z literami radził sobie Ostap od biedy, czuł jednak, że artystyczne przedstawienie siewcy jest zupełnie niewykonalne.

— Weźcie to pod uwagę — uprzedzał grubas — od Wasjukowa począwszy urządzamy ciągnienia w porze wieczornej: bez transparentu ani rusz.

— Możecie być zupełnie spokojni — oświadczył Ostap, licząc raczej na dzisiejszy wieczór, niż na jutrzejszy ranek — transparent będzie gotów.

∗             ∗

Nadeszła gwiaździsta wietrzna noc. Mieszkańcy loteryjnej arki usnęli.

Lwy z komisji pożyczkowej spały. Spały jagnięta z działu osobowego, kozły z buchalterji, króliki z „wzajemnych rozrachunków”, hjeny i szakale realizacji dźwiękowej i gołębice z maszynami.

Nie spała tylko jedna grzeszna para, wielki kombinator wyszedł ze swej kajuty o pierwszej w nocy. Za nim podążał bezgłośny cień wiernego Kisy.

— Jedno z dwojga — rzekł Ostap — albo, albo.

Przedostali się na górny pokład i cichutko podeszli do krzesła, ukrytego pod warstwą desek. Ostap zdjął je ostrożnie, przewrócił krzesło, poczem zacisnąwszy szczękę, odpruł obicie obcęgami i wpakował dłoń pod siedzenie.

Wicher hulał po górnym pokładzie. Na niebie leciutko poruszały się gwiazdy. Pod nogami głęboko w dole szemrała czarna woda. Brzegów nie było widać. Hipolit Matwiejewicz dygotał.

— Jest! — rzekł Ostap zduszonym głosem.

— Trzymajcie!

∗             ∗


List ojca Fiedora, pisany w Baku w umeblowanych pokojach „Waluta” do żony swej w powiatowem mieście N.

Droga moja i luba żono!
Z każdą godziną zbliżamy się do naszego szczęścia. Piszę do Ciebie z umeblowanych pokojów „Waluta” po załatwieniu już wszystkich mych spraw. Miasto Baku jest bardzo duże. Słyszałem, że wydobywają tu naftę, lecz trzebaby do tego miejsca jechać koleją elektryczną, a ja nie mam pieniędzy. Malownicze miasto leży nad morzem Kaspijskiem. Przyznać trzeba, że jest ono istotnie bardzo duże. Skwar tu okropny. W jednej ręce trzymam palto, w drugiej marynarkę — a mimo to — gorąco. Ręce pocą się. Wciąż tylko popijam herbatkę. Pieniędzy prawie już nie mam. Lecz to nic. Kochana moja Katierino Aleksiejewna, będziemy wkrótce mieli pieniędzy w bród. Zajrzymy tu i tam, a potem osiedlimy się już na dobre w Samarze, obok naszej fabryczki i będziemy sobie popijać nalewkę. Zresztą przejdźmy do sprawy.
Ze względu na położenie geograficzne i na liczbę ludności miasto Baku przewyższa znacznie miasto Rostów. Jednakże pod względem ruchu ustępuje miastu Charkowowi. Bardzo tu dużo mniejszości. Zwłaszcza dużo Ormian i Persów. Blisko stąd, Matuchno moja, do Turcji. Byłem między innemi na bazarze. I widziałem dużo tureckich przedmiotów i szali. Pragnąłem kupić Ci w prezencie muzułmańską zasłonę, lecz nie miałem pieniędzy. I pomyślałem sobie, że gdy zbogacimy się (a rzecz to już bardzo bliskiej przyszłości), — to i na muzułmańską zasłonę można będzie się zdobyć.
Zapomniałem ci, Matuchno, napisać o dwóch okropnych wypadkach, które spotkały mnie w mieście Baku: 1) Marynarka brata twego, piekarza, wpadła do morza Kaspijskiego i 2) plunął we mnie na bazarze dromader. Oba te zdarzenia nader mnie zdumiały. Dlaczego władze pozwalają na takie nieprzyzwoitości wobec przyjezdnych, tem bardziej, iż dromadera nie tknąłem nawet, wprost przeciwnie — zrobiłem mu przyjemność — połaskotałem patykiem nozdrza. A marynarkę ratowaliśmy całą gromadą, ledwie - ledwie wyłowiliśmy ją, ale jak na złość ociekała cała naftą. Sam już nie wiem, co powiedzieć bratu twemu, piekarzowi. Ty, Kochanie, trzymaj tymczasem język za zębami. Czy jada jeszcze Jewstigniejew?
Przeczytałem list i spostrzegłem, że o interesie naszym nic Ci dotąd nie zdążyłem opowiedzieć. Inżynier Bruns rzeczywiście pracuje w Az-nafcie. Tylko w mieście Baku niema go teraz. Wyjechał na urlop do miasta Batum. Rodzina jego przebywa stale w Batumie. Rozmawiałem tu z rozmaitymi ludźmi i dowiedziałem się, od nich, że istotnie całe umeblowanie ma Bruns w Batumie. Mieszka tam w willi za miastem, na Zielonym Przylądku, jest tam takie letnisko (powiadają, że bardzo drogie). Droga stąd do Batumu kosztuje 15 rubli z kopiejkami. Wyślij mi tu dwadzieścia rubli telegraficznie, a ja z Batum wszystkie Ci prześlę. Rozpowiadaj w mieście, że ja wciąż jeszcze przebywam u wezgłowia ciotuni w Woroneżu.

Do grobowej deski mąż Twój Fiedia.

Post scriptum: Gdym odnosił list do skrzynki, skradziono mi z pokojów „Waluta” palto brata twego, piekarza. Jestem niepocieszony! Dobrze przynajmniej, że mamy teraz lato. Bratu nic nie mów.



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY.
Wygnanie z raju.

Hipolit Matwiejewicz wziął w rozdygotane dłonie płaską drewnianą skrzyneczkę. Ostap zaś po ciemku grzebał dalej w krześle. Błysnęło światło Latarni morskiej. Złocisty słupek odbił się w wodzie i popłynął za parowcem.

— Kie licho! — rzekł Ostap. — Nic więcej niema!

Worobjaninow z zapartym tchem padł na kolana i zanurzył po łokieć rękę w krześle. Poczuł między palcami deski, do których przymocowane były sprężyny. Nic twardego więcej nie było. Krzesło wydawało suchą szkaradną woń nieruszanego długo kurzu.

— Niema? — spytał Ostap.

— Niema.

Wtedy Ostap podniósł krzesło i wyrzucił je hen za burtę. Słychać było ciężki plusk. Spólnicy, dygocąc w skutek nocnego chłodu, wrócili rozczarowani do swej kajuty.

— Tak! — rzekł Bender. — Coś niecoś jednak znaleźliśmy.

Hipolit Matwiejewicz wydostał z kieszeni skrzyneczkę i osowiale spojrzał na nią.

— Dawajcie, dawajcie! Czego wybałuszacie ślepia?

Otworzyli skrzynkę. Na dnie jej leżała miedziana spleśniała blaszka z napisem:


MAJSTER GAMBS KRZESŁEM TYM ROZPOCZYNA
NOWĄ SERJĘ MEBLI.
1865 r.Sankt-Petersburg.


Napis ten przeczytał Ostap głośno.

— A gdzież są brylanty? — spytał Hipolit Matwiejewicz.

— Podziwiam waszą domyślność, kochany łowco taburetów — brylantów, jak widzicie, niema.

Na Worobjaninowa żal było poprostu patrzeć. Wąsy, które zdążyły już odrosnąć, zaczęły się poruszać, szkła okularów powlekły się mgłą. Wydawało się, że z rozpaczy bije się wąsami po twarzy.

Zimny, rozważny głos wielkiego kombinatora wywarł zwykły magiczny skutek. Worobjaninow stanął na baczność i umilkł.

— Cicho, Kiso, ukój żal swój! Nadejdzie jeszcze chwila, gdy śmiać się będziemy z głupiego ósmego krzesła, w którem znaleziemy idjotyczną deszczułkę. Nie poddawajcie się. Są tu jeszcze trzy krzesła — dziewięćdziesiąt dziewięć na sto!

W ciągu nocy na policzku strapionego okrutnie Hipolita Matwiejewicza wyskoczył pryszcz. Wszystkie cierpienia, wszystkie niepowodzenia, wszystkie męki pościgu za brylantami — wszystko to, zdawało się, skoncentrowało się w tym pryszczu i mieniło się teraz różem, fjoletem i błękitem.

— Czy to umyślnie tak ? — spytał Ostap.

Hipolit Matwiejewicz ciężko westchnął i wysoki, zlekka pochylony, poszedł po farby. Zaczęło się szykowanie transparentu. Wspólnicy pracowali na głównym pokładzie.

I zaczął się trzeci dzień podróży.

Zaczął się od krótkiej zwady między orkiestrą dętą a realizacją dźwiękową o miejsce na próby.

Po śniadaniu jednocześnie z dwóch stron udali się na tył okrętu krzepkie zuchy z miedzianemi trąbami i chudzi rycerze Esmarchowskich opasek. Pierwszy zdążył usiąść na ławie Gałkin. Następnie przybiegł klarnet z dętej orkiestry.

— Zajęte — oznajmił ponuro Gałkin.

— Przez kogo? — spytał złowrogo klarnet.

— Przezemnie, Gałkina.

— I jeszcze przez kogo?

— Przez Pałkina, Małkina, Chałkina i Załkinda.

— A Jałkina niema czasem u was? To jest nasze miejsce.

Z obu stron nadeszły posiłki. Trzykrotnie opasany miedzianym wężem, stał helikon — najpotężniejsza machina w orkiestrze. Kołysała się zwolna waltornia. Trombony stały gotowe do boju. Słońce przeglądało się w rynsztunku bojowym.

Szaro i mizernie wyglądała realizacja dźwiękowa. Migotało gdzieniegdzie szkło butelek, połyskiwały blado lewatywy. Saksofon — oburzająca parodja instrumentu dętego, ekstrakt nasienny z prawdziwej trąby — miał wygląd nader żałosny.

— Ten zafajdany bataljon — zaczął przekorny klarnet — miejsce chce nam sprzątnąć.

— Banda z pod ciemnej gwiazdy — zauważył pogardliwie pierwszy bas.

— Wy — rzekł Załkind, starając się znaleźć najbardziej obraźliwe przezwisko — wy, wy, konserwatorzy muzyki!...

— Nie przeszkadzajcie nam podczas próby!

— To wy nam przeszkadzacie!

— Bo to wam można przeszkadzać! Im mniej prób odbywa się na waszych nocnikach, tem ładniej wychodzi.

— A na waszych samowarach z próbą, czy bez próby — uszy puchną.

Nie osiągnąwszy porozumienia, obie strony pozostały i uparcie zaczęły grać — każda swoje. Popłynęły w dół rzeki dźwięki, które mógłby chyba jedynie wydać tramwaj, ruszający się zwolna po szkle. Orkiestrowicze grali marsz Keksholmskiego pułku gwardyjskiego, a realizacja dźwiękowa — taniec murzyński „Antylopa u źródeł Zambezi”. Kres skandalowi położyła osobista interwencja prezesa komisji pożyczkowej.

Dnia tego parowiec zatrzymał się dwukrotnie. W Kazmodiejańsku stał aż do zmierzchu. Odbyły się zwykłe ceremonje: wstępny miting, ciągnięcie loterji, występ teatru Kolumba, bałałajka i tańce na wybrzeżu. Przez cały ten czas pracowali wspólnicy w pocie czoła. Kilkakrotnie zaglądał do nich zawchoz i, otrzymawszy zapewnienia, że do wieczora wszystko będzie skończone, wracał spokojnie do swych bezpośrednich prac.

O godzinie 11-ej wielka praca była skończona. Cofając się w tył, Ostap i Worobjaninow zanieśli transparent w stronę kapitańskiego mostku. Przed Worobjaninowem, z rękami wzniesionemi ku gwiazdom, biegł grubas — kierownik gospodarczy. Wspólnemi siłami przymocowano transparent do poręczy. Górował nad pasażerskim pokładem, wyglądał jak ekran. W ciągu pół godziny przeprowadził elektrotechnik do wnętrznej strony transparentu druty elektryczne i ustawił wewnątrz trzy lampki. Trzeba było tylko przekręcić taster.

Przed statkiem po prawej stronie migotały już ognie miasta Wasjuki.

Na uroczystość iluminacji transparentu zwołał zawchoz wszystkich mieszkańców parowca. Hipolit Matwiejewicz i wielki kombinator, stając po bokach nieoświetlonego jeszcze transparentu, przyglądali się ciekawym zgóry.

Każde wydarzenie na parowcu wywoływało w pływającej instytucji nader żywy oddźwięk. Maszynistki, gońcy, odpowiedzialni pracownicy, kolumbowcy i komenda parowca — stłoczyli się na pokładzie pasażerskim i, zadarłszy głowy, gapili się na transparent.

— Już — zakomenderował grubas.

Transparent rozświetlił się.

Ostap spojrzał na dół w tłum. Różowawe światło padało na twarze. Widzowie śmieli się. Potem zaległa cisza. I surowy głos z dołu spytał:

— Gdzie zaw-choz?

Głos był tak władczy, że zawchoz, nie licząc stopni, zbiegł na dół.

— Spojrzyjcie — rzekł głos — podziwiajcie waszą robotę!

— Zaraz nas stąd wykurzą! — szepnął Ostap do Hipolita Matwiejewicza.

Jak jastrząb wpadł na górny pokład grubas.

— No, jak wypadł transparencik? — spytał bezczelnie Ostap. — Udał się?

— Zabierajcie manatki — wrzasnął zawchoz.

— Dlaczego taki gwałt?

— Za-bie-raj-cie manatki! Żeby mi tu śladu po was nie było!

— Bardzo wam z tem, grubasku, do twarzy.

— Precz!

— Tak? A odprawa?

— Pod sąd pójdziecie! Nasz naczelnik nie lubi żartować.

— Wypędźcie go! — rozległ się na dole władczy głos.

— Doprawdy, nie podoba się wam transparent? Uważacie, że to kiepski transparent?

Nie miało najmniejszego sensu prowadzić dalej gry. „Skrjabin” przybił już do Wasjuków i z parowca można było widzieć oszołomione twarze stłoczonych na brzegu wasjukińców. Wypłaty pieniędzy kategorycznie odmówiono. Na wyniesienie się wyznaczono pięć minut.

— Koński przemysł! — odezwał się Symbijewicz - Syndejewicz, gdy wspólnicy schodzili na przystań. — Trzeba było mnie powierzyć realizację transparentu. Takbym go zrobił, że żaden Meyerhold nie dorównałby mi.

Na przystani wspólnicy przystanęli i popatrzyli w górę.

Na tle czarnego nieba świecił się transparent.

— T-tak — rzekł Ostap — transparencik dość cudaczny. Kiepskie wykonanie!

Rysunek, chlaśnięty ogonem nieposłusznego muła, wydawałby się w porównaniu z transparentem Ostapa, skarbem muzealnym. Zamiast siewcy, rozrzucającego obligacje, narysował Ostap jakiś kloc z głową cukru i cienkiemi biczyskami - rękoma.

Za wspólnikami został parowiec pełen światła i hucznej muzyki, a przed nimi, na wysokim brzegu, była ciemność małomiasteczkowej nocy, ujadanie psów i dźwięki dalekiej harmonji.

— Krótkie resume naszej sytuacji — rzekł Ostap zuchowato — passywa: ani grosza w kieszeni, trzy krzesła odpływają w dal, niema gdzie nocować i niema ani jednego znaczka na komitet pomocy dzieciom. Aktywa: przewodnik po Wołdze z 1926 roku (trzeba było z konieczności pożyczyć go sobie z kajuty monsieur Symbijewicza). Bilans bezdeficytowy bardzo trudno przeprowadzić. Nocować trzeba będzie na przystani.

Wspólnicy rozłożyli się na ławkach. Przy podłem świetle naftowej latarni przeczytał Ostap z przewodnika:

„Na prawym, wysokim brzegu miasto Wasjuki. Wywożą stąd produkty leśne, smołę, łyko, rogoże, a przywożą przedmioty codziennego użytku dla okolic, odległych o 50 kilometrów od kolei, mieszkańców 18.000, państwowa fabryka tektury, zatrudniająca 320 robotników, mała odlewnia żelaza, browar i garbarnia. Z zakładów naukowych, oprócz szkół ogólno-kształcących, szkoła gospodarstwa leśnego”.

— Sytuacja znacznie poważniejsza, niż przypuszczałem, — rzekł Ostap. — Wydębienie od wasjukinców pieniędzy wydaje mi się, jak dotąd, zadaniem ponad siły. A potrzeba nam conajmniej trzydziestu rubli. Po pierwsze — musimy odżywiać się, a po drugie — musimy wyprzedzić tę loteryjną balję i spotkać się z kolumbowcami na lądzie — w Carycynie.

Hipolit Matwiejewicz zwinął się w kłębek, jak stary chudy kot po utarczce z młodym rywalem — pełnym temperamentu władcą dachów, strychów i facjat.

Ostap przechadzał się pomiędzy ławkami, rozważając coś w duchu i kombinując wszelakie możliwości.

O pierwszej w nocy wspaniały plan był gotów. Bender położył się obok spólnika i zasnął.



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY.
Międzyplanetarny kongres szachistów.

Od samego rana chodził po ulicach m. Wasjuki wysoki chudy starzec w złotych binoklach i w bardzo brudnych, powalanych farbą, butach.

Naklejał na murach pisane ręką plakaty:


22 czerwca 1927 r.
w lokalu klubu „TEKTUROWIE"
odbędzie się odczyt na temat:
ZWYCIĘSKA IDEA DEBIUTU
i
SEANS RÓWNOCZESNEJ GRY W SZACHY
Na 160 szachownicach grossmeistra (starszy mistrz)
O. Bendera.
Każdy przychodzi ze swoją szachownicą.
Opłata za grę — 50 kop.
Opłata za wstęp — 20 kop.
Początek punktualnie o godz. 6 wiecz.
Administrator K. MICHELSON.


Sam grossmeister również nie tracił czasu. Wynająwszy klub za trzy ruble, machnął się do szach-sekcji, która niewiadomo dlaczego mieściła się w korytarzu administracji stajni wyścigowej.

W szach-sekcji siedział jednooki jegomość i czytał powieść Spielhagena w wydaniu Pantelejewa.

— Jestem grossmeister O. Bender! — przedstawił się Ostap, siadając na stole. — Urządzam u was seans równoczesnej gry w szachy.

Jedyne oko wasjukinskiego szachisty rozszerzyło się tak, jak tylko pozwala na to matka-przyroda.

— Momencik, towarzyszu grossmeister! — krzyknął jednooki. — Spocznijcie, proszę. Zaraz wrócę.

I jednooki zniknął. Ostap obejrzał lokal szachistów. Na ścianach wisiały fotografje koni wyścigowych, a na stole leżała zakurzona i książka kancelaryjna z napisem: „Wyniki Wasjukinskiej szach-sekcji w 1925 roku”.

Jednooki powrócił z tuzinem obywateli w najrozmaitszym wieku. Wszyscy po kolei podchodzili, przedstawiali się i z szacunkiem ściskali dłoń grossmeistra.

— W przejeździe do Karamei, — mówił Ostap lakonicznie, — tak, tak, seans dziś wieczór, bardzo proszę. A teraz, darujcie, zmęczony jestem po karlsbadzkim konkursie.

Wasjukinscy szachiści słuchali Ostapa z iście synowską miłością. Ostapa zaczęło ponosić. Poczuł przypływ nowych sił i idej szachowych.

— Trudno poprostu uwierzyć, — mówił, — jak daleko posunęła się myśl szachowa. Wiecie, Laskier zszedł na psy, niepodobna z nim teraz grać. Dym z cygar puszcza prosto w nosy swych przeciwników, i naumyślnie pali tandetę, by dym był bardziej obrzydliwy. Świat szachistów jest tem poważnie zaniepokojony.

Grossmeister skierował rozmowę na tematy miejscowe.

— Dlaczego na prowincji brak polotu myśli? Ot, weźmy dla przykładu waszą szach-sekcję. Tak właśnie nazywa się — szach-sekcja. Nieciekawe to, mi mili! Dlaczego, doprawdy, nie nazwiemy i jej jakoś ładniej, tak jak szachistom przystoi. Wciągnęłoby to do sekcji masę związkowców. Gdybyście nazwali naprzykład waszą sekcję — „Klub szachowy czterech koni” lub „Utrata jakości przy zysku tempa”. Ładnie-by było! Melodyjnie!

Idea ta miała powodzenie.

— Istotnie, — przytaknęli wasjukincy, — dlaczego nie przemianować naszej sekcji na klub „Czterech koni”?

Ponieważ sekretarjat szach-sekcji znajdował się na miejscu, przeto zorganizował Ostap pod swym honorowym przewodnictwem króciutkie posiedzenie, na którem sekcję przechrzczono jednomyślnie na szach-klub „Czterech koni”. Grossmeister własnoręcznie, korzystając z doświadczenia nabytego na „Skrjabinie”, artystycznie na arkuszu tektury namalował szyldzik z czterema końmi i odpowiednim napisem.

Doniosły ten czyn rokował rozkwit myśli szachowej w Wasjukach.

— Szachy! — prawił z zapałem Ostap. — Czy wiecie, czem są szachy? Przyczyniają się do postępu zarówno kultury, jak i ekonomiki! Czy wiecie, że wasz klub szachistów pod wezwaniem „Czterech koni”, może — przy należytem postawieniu sprawy — przekształcić najzupełniej miasto Wasjuki?

Ostap nic przez cały dzień nie jadł. Dlatego też krasomówstwo jego nie miało poprostu granic.

— Tak! — krzyczał. — Szachy wzmagają dobrobyt kraju! Jeśli zaaprobujecie mój projekt, to z miasta na przystań schodzić będziecie po marmurowych schodach! Wasjuki staną się stolicą dziesięciu gubenij! Co słyszeliście przedtem o mieście Semmeringu? Nic! A teraz mieścina ta zbogaciła się i zasłynęła szeroko tylko dlatego, że zorganizowano tam międzynarodowe zawody. Dlatego powiadam wam: w Wasjukach trzeba koniecznie urządzić międzynarodowe zawody szachistów.

— Jakto! — wrzasnęło audytorjum.

— Sprawa ta jest całkowicie realna, — odrzekł grossmeister,— moje stosunki osobiste i wasza inicjatywa — oto wszystko, czego potrzeba i co wystarcza do zorganizowania międzynarodowych zawodów w Wasjukach. Pomyślcie tylko, jak pięknie brzmieć będzie — „Międzynarodowe zawody w Wasjukach w 1928 r.“ ! Przyjazd Hose-Raula, Capablanki, Emanuela Laskiera, Aljochina, Nimcowicza, Reti’ego, Rubinsteina, Marrozzi’ego, Tarrasza, Widmara i dr. Grigorjewa — zapewniony . Nadto zapewniony byłby również mój udział!

— Lecz pieniądze! — jęknęli wasjukincy. — Przecież wszystkim trzeba płacić pieniądze! Grube tysiące! Skąd je wziąć?

— Moce niebieskie wszystko przewidziały! — oświadczył O. Bender. — Pieniądze będziemy mieli ze sprzedaży biletów!

— Któż u nas może płacić takie szalone ceny? Wasjukincy...

— Ależ nie Wasjukincy! Wasjukincy nie będą płacić, pieniędzy. Będą je zato otrzymywać! Przecież to wszystko jest ogromnie proste. Wszak na zawody, w których uczestniczyć będą takie światowe asy, zjadą się miłośnicy szachów ze wszystkich stron świata. Setki tysięcy ludzi, bogatych, zasobnych ludzi, zdążać będzie do Wasjuków. Po pierwsze wobec takiego nawału pasażerów komunikacja wodna okaże się niedostateczna i N. K. P. S. wybuduje nową linję kolejową Moskwa — Wasjuki. To jest punkt pierwszy. Punkt drugi — hotele i drapacze chmur dla gości. Punkt trzeci — podniesienie się kultury rolnej w promieniu tysiąca kilometrów, — gości trzeba wszak zaopatrywać w żywność — jarzyny, owoce, kawior, karmelki czekoladowe. Pałac, w którym odbywać się będą zawody — punkt czwarty. Punkt piąty — budowa garaży na samochody naszych gości. Celem nadawania na świat cały sensacyjnych rezultatów zawodów — konieczne stanie się wybudowanie gigantycznej radjostacji. To jest punkt szósty. Teraz co do budowy linji kolejowej Moskwa — Wasjuki. Niewątpliwie poza granice możliwości wykraczałoby przewiezienie do Wasjuków wszystkich chętnych. Stąd logiczna konieczność wybudowania portu lotniczego „Wielkie Wasjuki”, regularna komunikacja powietrzna samolotów pocztowych ze wszystkiemi punktami świata, nie wyłączając Los Angelos i Melbourne...

Olśniewające perspektywy ukazały się wasjukinskim miłośnikom gry szachowej. Rozszerzyły się poprostu granice pokoju. Przegniłe ściany gniazda wyścigowego rozpadły się, a zamiast nich wystrzelił w błękity szklany trzydziestopiętrowy gmach myśli szachowej. W każdej sali, w każdym pokoju, a nawet w mknących błyskawicznie windach, siedzieli zamyśleni ludzie i grali w szachy na inkrustowanych malachitem szachownicach.

Marmurowe schody, istotnie, wiodły aż do modrych fal Wołgi. Na rzece stały parowce oceaniczne. Do miasta zdążali pyskaci cudzoziemcy, szachowe ladies, austrjaccy zwolennicy indyjskiej obrony, hindusi w białych turbanach, stronnicy hiszpańskiej partji, Niemcy, Francuzi, nowo-zelandczycy, mieszkańcy doliny Amazonki oraz, zazdroszczący wasjukincom, — mieszkańcy Moskwy, Leningradu, Kijowa, Odessy i Syberji. Pomiędzy dwoma rzędami marmurowych hoteli ciągnął się długi sznur samochodów. Nagle — wszystko stanęło. Z luksusowego hotelu „Pionek” wyszedł światowej sławy champion Hose-Raul Capablanca - i - Granpera. Otaczały go damy. Milicjant, specjalnie po-szachowemu ubrany (frencz — kraciasty z wyhaftowanemi na kołnierzu słoniami), uprzejmie zasalutował. Z godnością podszedł do championa jednooki prezes wasjukinskiego klubu „Czterech koni”. Rozmowę dwóch gwiazd, prowadzoną w języku angielskim, przerwało przybycie doktora Grygorjewa i światowej sławy championa Aljochina. Krzyki powitalne grzmiały w całem mieście. Hose - Raul Capablanca - i - Granpera skrzywił się. Na skinienie dłoni jednookiego przystawiono do aeroplanu marmurowe schody. Doktór Grigorjew zbiegł po nich, uprzejmie wymachując nowym kapeluszem i omawiając po drodze ewentualny błąd Capablanki w mającym się odbyć match’u między Capablanką i Aljochinem.

Nagle ukazał się na horyzoncie czarny punkcik. Zbliżał się szybko i rósł, zmieniając się w ogromny szmaragdowy płatowiec. Znajdujący się tam człowiek z walizeczką wyglądał, jak duża rzodkiewka.

— To on! — krzyknął jednooki. — Hurra! Hurra! Hurra! Poznaję wielkiego filozofa-szachistę, doktora Laskiera. Na całym świecie on jeden jedyny nosi takie zielone skarpetki!...

Hose - Raul - Capablanca - i - Graupera znów skrzywił się.

Zwinnie przystawiono do maszyny Laskera marmurowe schody, i rzeźki eks-champion, strzepnąwszy z lewego rękawa pyłek, który osiadł na nim w czasie przelotu nad Śląskiem, — padł w objęcia jednookiego. Jednooki otoczył Laskiera ramieniem, zaprowadził go do championa i rzekł:

— Pogódźcie się! Proszę was o to w imieniu olbrzymich rzesz wasjukinców! Pogódźcie się!

Hose - Raul westchnął hałaśliwie i, potrząsając dłoń starego weterana, rzekł:

— Zawsze uchylałem czoła przed pańskim pomysłowym krokiem w hiszpańskiej partji: z b5 na c4!

— Hurra — wrzasnął jednooki. — Proste i przekonywujące, godne championa!

I cały niezmierzony tłum zawtórował:

— Hurra! Vivat! Banzaj! Proste i przekonywujące, godne championa!!!!

Entuzjazm doszedł do zenitu. Dostrzegłszy mistrza Dusa-Chocimirskiego i mistrza Pierekatowa, którzy unosili się nad miastem w owalnym pomarańczowym samolocie, machnął jednooki ręką. Dwa i pół miljona ludzi zaczęło w natchnionym uniesieniu śpiewać dumny hymn szachistów.

Ekspresy zajeżdżały na dwanaście wasjukinskich dworców, przywożąc wciąż nowe i nowe rzesze miłośników gry szachowej.

Do jednookiego podbiegł kurjer:

— Panika na gigantycznej radjo - stacji. Pomoc pańska niezbędna.

Na radjo-stacji inżynierowie spotkali jednookiego okrzykami:

— Alarmujące sygnały! Alarmujące sygnały!

Jednooki wpakował na uszy słuchawki i cały zamienił się w słuch:

— Uau, uau, uau! — drgało powietrze od rozpaczliwych krzyków. — SOS! Ratujcie nasze dusze!

— Kim jesteś, człowieku, błagający o ratunek? — krzyknął surowo w przestrzeń jednooki.

— Jestem młodym Meksykaninem ! — poinformowały fale powietrzne. — Ratujcie moją duszę.

— Czy macie jaki interes do klubu szachistów pod wezwaniem „Czterech koni”?

— Najpokorniejszą prośbę!...

— O co idzie?

— Jestem młodym Meksykaninem Torre. Dopiero co wypisałem się z domu warjatów. Pozwólcie mi być obecnym na zawodach! Pozwólcie!

— Och! Nie mam czasu na takie błahostki! — odrzekł jednooki.

— SOS! SOS! SOS! — wrzasnęła przestrzeń powietrzna.

— No, zgoda! Może pan tu przylecieć.

— Nie mam pienię-ę-ę-dzy! — rozległ się głos u wybrzeży Meksykańskiej zatoki.

— Och! Jakże męczący jednak są ci młodzi szachiści! — westchnął jednooki. — Poślijcie po niego moją motopowietrzną drezynę! Niechaj przyjedzie!

Niebo rozgorzało już mnóstwem reklam świetlnych, gdy wzdłuż ulic miejskich przeprowadzono białego konia. Był to jedyny koń, który ocalał po zmechanizowaniu wasjukinskich środków transportowych. Była to powszechnie znana klacz. W drodze jednak specjalnej uchwały została przemianowana na konia. Zwolennicy gry szachowej witali go, wymachując gałązkami palmowemi i szachownicami.

— Bądźcie spokojni, — rzekł Ostap, — projekt mój zapewni waszemu miastu niebywały poprostu rozwit sił produkcyjnych. Pomyślcie tylko, co się stanie wówczas, gdy zawody będą zakończone i wszyscy goście rozjadą się. Mieszkańcy Moskwy, duszący się w skutek kryzysu mieszkaniowego, dokonają najścia na wasz wspaniały gród. Wasjuki staną się automatycznie stolicą kraju. Tutaj przeniesie się rząd. Wasjuki zostaną przemianowane na New - Moskwę, a Moskwa na Stare Wasjuki. Charkowianie zgrzytać będą zębami, lecz będą bezsilni. New - Moskwa stanie się najwytworniejszą stolicą w Europie, a następnie w całym świecie...

— W całym świecie!! — jęknęli oszołomieni do cna wasjukincy.

— Tak! A potem — potem — we wszechświecie. Idea szachów, która zdołała miasto powiatowe przekształcić w stolicę kuli ziemskiej, przekształci się w naukę stosowaną i wynajdzie sposoby międzyplanetarnej komunikacji. Z Wasjuków posyłać się będzie sygnały na Marsa, Jupitera i Neptuna. Komunikacja z Wenerą stanie się równie łatwa, jak przejazd z Rybińska do Jarosławia. A potem, kto wie, może za lat już osiem, odbędzie się w Wasjukach pierwszy od stworzenia świata międzyplanetarny kongres szachistów...

Ostap otarł pot ze swego szlachetnego czoła. Był tak wściekle głodny, że gotów był zjeść pieczonego konia z szachów.

— T-e-e-k, — wydusił z siebie jednooki, wodząc oszalałym wzrokiem po zakurzonym lokalu, — lecz w jaki sposób zrealizować praktycznie ten pomysł, założyć, że tak powiem, fundamenta?

Obecni patrzyli wyczekująco na grossmeistra.

— Powtarzam, praktyczne wykonanie tej sprawy zależy jedynie i wyłącznie od waszej inicjatywy. Stroną organizacyjną, powtarzam, ja sam się zajmę. Kosztów żadnych, prócz, oczywista, wydatków na telegramy.

Jednooki trącał swych towarzyszy broni.

— I cóż? — pytał. — Co wy na to?

— Urządzimy! Urządzimy! — potakiwali wasjukincy.

— Ileż potrzeba tych pieniędzy na... te... telegramy?

— Śmieszna suma — rzekł Ostap, — sto rubli.

— Mamy w kasie zaledwie dwadzieścia jeden rubel szesnaście kopiejek. Rozumiemy, oczywista, że jest to znikoma sumka...

Lecz okazało się, że grossmeister był chwackim organizatorem.

— Dobrze, — powiedział, — dajcie te wasze dwadzieścia rubli.

— A czy starczy? — spytał jednooki.

— Na początkowe telegramy starczy. A potem zaczną napływać ofiary i nie będzie poprostu gdzie chować pieniędzy.

Grossmeister schował pieniądze do zielonej podróżnej marynarki, poczem nieomieszkał przypomnieć zebranym o swym odczycie i pokazie równoczesnej gry na 160 szachownicach. Następnie uprzejmie pożegnał się i skierował swe kroki do klubu „Tekturowiec”, gdzie wyznaczył sobie spotkanie z Hipolitem Matwiejewiczem.

— Głodny jestem, — wyszeptał Worobjaninow.

Siedział przy okienku kasowem, lecz nie zebrał jeszcze dotąd ani grosza i nie mógł kupić choćby chleba. Przed nim leżał zielony druciany koszyczek, przeznaczony na pieniądze. W takich koszyczkach w średnio - zamożnych domach przechowują zazwyczaj noże i widelce.

— Wiecie, Worobjaninow, — krzyknął Ostap, — zaniechajcie na jakie półtorej godzinki swych operacyj kasowych. Idziemy na obiad do Nar - pitu. Po drodze naszkicuję sytuację. Racja, musicie się ogolić i oczyścić. Wyglądacie, jak oberwaniec. Grossmeister nie może mieć tak podejrzanych znajomych.

— Ani jednego biletu nie sprzedałem, — zakomunikował Hipolit Matwiejewicz.

— Nie trapcie się. Wszyscy zejdą się wieczorem. Miasto ofiarowało mi już dwadzieścia rubli na zorganizowanie międzynarodowych zawodów szachowych.

— A więc poco pokaz jednoczesnej gry? — szepnął administrator. — Mogą nas zbić na kwaśne jabłko. A, mając dwadzieścia rubelków, możnaby zaraz wsiąść na parowiec (przyszedł akurat „Karol Liebknecht”), pojechać spokojnie do Stalingradu i oczekiwać tam przyjazdu teatru. Może uda się nam wypatroszyć krzesła. Będziemy wtedy bogaczami i wszystko do nas należeć będzie.

— O pustym żołądku nie należy mówić takich głupstw. Wpływa to negatywnie na mózg. Za dwadzieścia rubli uda się nam może nawet dojechać do Stalingradu. Lecz za co będziemy jeść? Witamin, drogi towarzyszu - prezesie, nikomu darmo nie dają. Natomiast z pełnych ekspansji wasjukinców można będzie za seans i odczyt wydoić ze trzydzieści rubli.

— Pobiją nas! — powiedział gorzko Worobjaninow.

— Oczywista, jest w tem sporo ryzyka. Mogą nas zbić na kwaśne jabłko. Zresztą, mam pewną kombinacyjkę, która w każdym bądź razie przynajmniej was uchroni przed niebezpieczeństwem. Lecz o tem potem. Tymczasem chodźmy pokosztować tutejszych specjałów...




O godzinie szóstej wieczór grossmeister syty, ogolony i pachnący wodą kolońską wszedł do kasy klubu „Tekturowiec”. Syty i ogolony Worobjaninow sprzedawał żwawo bilety.

— Jakże tam? — spytał szeptem grossmeister.

— Biletów wstępu — trzydzieści i biletów uczestnictwa — dwadzieścia, — odrzekł administrator.

— Szesnaście rubli, słabo, słabo!

— Ależ, Bender, spojrzyjcie na ten ogonek przed kasą! Ani chybi — zbiją nas!

— Nie myślcie teraz o tem. Będziecie beczeć, gdy będą bić, a tymczasem nie marudźcie! Uczcie się handlu!

Po upływie godziny było już w kasie trzydzieści pięć rubli. Publiczność niecierpliwiła się w sali.

— Zamykajcie okienko! Dajcie forsę! — rzekł Ostap. — A teraz słuchajcie. Macie tu pięć rubli, idźcie na przystań, wynajmijcie łódkę na dwie godziny i oczekujcie mnie na brzegu poniżej śpichrza. Urządzimy sobie wieczorną przejażdżkę. O mnie możecie być całkiem spokojni. Jestem dziś w dobrej formie.

Grossmeister wszedł do sali. Czuł się doskonale i wiedział z całą pewnością, że pierwsze posunięcie e2 — e4 nie grozi mu żadnemi komplikacjami. Pozostałe wprawdzie posunięcia przedstawiały się nader mglisto, lecz wielkiego kombinatora nie zbijało to bynajmniej z tropu. Obmyślił zupełnie nieoczekiwany sposób wyjścia z najbardziej nawet beznadziejnej partji.

Grossmeistra przywitano oklaskami. Niedużą salkę klubową zdobiły różnobarwne papierowe chorągiewki. Przed tygodniem odbyła się tu zabawa „Towarzystwa pomocy tonącym”, czego widomym śladem było między innemi hasło na ścianie: „Ratowanie tonących — winno być dziełem samych tonących”.

Ostap ukłonił się, zrobił przytem gest, zastrzegający się jakgdy-by przed niezasłużonemi oklaskami i wszedł na estradę.

— Towarzysze! — zaczął wspaniałym głosem. — Towarzysze i bracia moi w szachach, tematem mego odczytu jest to, o czem przed tygodniem czytałem i, przyznać muszę, nie bez korzyści, w Niźnim Nowogrodzie. Temat mego odczytu — to zwycięska idea debiutu. Towarzysze, co to jest debiut i co to jest idea? Debiut, towarzysze. — to „Quasi una fantasia”. A co to jest, towarzysze, uważacie, idea? Idea, towarzysze, — to myśl ludzka, przyobleczona w logiczny kształt szachowy. Nawet przy znikomych siłach można opanować całą szachownicę. Wszystko zależy od tego, z jakiem indywiduum mamy do czynienia. Weźmy, naprzykład, tego blondynka w trzecim rzędzie. Przypuśćmy, że gra dobrze...

Blondyn z trzeciego rzędu zarumienił się.

— A tamten, naprzykład, brunet, gra, uważacie, gorzej.

Wszyscy odwrócili się i obejrzeli również bruneta.

— Cóż więc widzimy, towarzysze? Widzimy, że blondyn gra dobrze, a brunet gra źle. I żadne odczyty nie zmienią tego układu sił, jeśli każde indywiduum zosobna nie będzie się ustawicznie trenowało we władaniu szabl... pardon, chciałem powiedzieć — szachami... A teraz, towarzysze, opowiem wam parę pouczających historyj z praktyki naszych czcigodnych hyper-modernistów — Capablanki, Laskiera i doktora Grygorjewa.

Ostap podzielił się z audytorjum kilkoma przedpotopowemi anegdotkami, przeczytanemi jeszcze w dzieciństwie w „Przyjacielu dzieci”, i na tem zakończył swe intermezzo.

Zwięzłość odczytu wywołała śród obecnych lekkie zdumienie. Jednooki nie spuszczał swego jedynego oka z butów grossmeistra.

Jednakże przewidziany w programie seans równoczesnej gry położył chwilowo tamę podejrzeniom, nurtującym jednookiego szachistę. Wraz z innymi ustawiał stoły w podkowę. Do gry z grossmeistrem zasiadło raptem trzydziestu amatorów. Niektórzy z pośród nich byli straszliwie zmieszani i raz po raz zaglądali do podręczników gry szachowej, odświeżając w pamięci rozmaite kombinacje, które pozwoliłyby im poddać się grossmeistrowi z honorem: przynajmniej po dwudziestem drugiem posunięciu.

Ostap zerknął najpierw na szeregi „czarnych”, które otaczały go ze wszystkich stron, potem na zamknięte drzwi i — wziął się do roboty. Podszedł do jednookiego, który siedział przy pierwszej szachownicy, i przesunął królewski pionek z e2 na e4.

Jednooki wsparł natychmiast głowę na dłoniach i zaczął z natężeniem myśleć. W szeregach amatorów rozległ się szept:

— Grossmeister przesunął pionek z e2 na e4.

Ostap nie psuł swych przeciwników rozmaitością posunięć. Na pozostałych dwudziestu dziewięciu szachownicach dokonał tej samej operacji: przesunął królewski pionek z e2 na e4. Miłośnicy jeden po drugim łapali się za głowę i pogrążali w gorączkowych rozmyślaniach. Nie biorący udziału w grze spoglądali na grossmeistra.

Jedyny w mieście fotograf-amator wgramolił się właśnie na krzesło, lecz gdy zamierzał już zapalić magnezję, machnął Ostap gniewnie ręką i donośnie krzyknął:

— Zabierzcie stąd tego fotografa! Przeszkadza mi w skupieniu myśli szachowych!

„Z jakiej racji mam zostawić w tej marnej mieścinie swą fotografię? Nie lubię mieć do czynienia z milicją”, — pomyślał.

Syk oburzonych miłośników zmusił fotografa do wyrzeczenia się zamiaru. Gniew ich był tak wielki, że fotografa wykurzono nawet z lokalu.

Przy trzeciem posunięciu okazało się, że grossmeister gra osiemnaście hiszpańskich partyj. W pozostałych dwunastu czarni zastosowali przestarzałą już wprawdzie, lecz dość celową obronę Filidora. Ostap byłby niepomiernie zdziwiony, gdyby dowiedział się, że gra takie trudne partje i walczy z tak wypróbowaną obroną. Sedno w tem, że wielki kombinator grał w szachy po raz drugi w życiu.

Z początku miłośników, a przedewszystkiem jednookiego ogarnęło przerażenie. Podstęp grossmeistra był niewątpliwy. Z nadzwyczajną niefrasobliwością i, niewątpliwie, drwiąc w duszy niemiłosiernie z amatorów miasta Wasjuki, — poświęcał grossmeister pionki oraz ważne i mniej ważne figury. Zdyskwalifikowanemu podczas odczytu brunetowi ofiarował nawet damę.

Brunet przeraził się do tego stopnia, że chciał niezwłocznie poddać się. Niemało wysiłku kosztowało go dalsze kontynuowanie gry.

Po pięciu minutach spadł jakgdyby grom z jasnego nieba.

— Mat! — bąknął przerażony śmiertelnie brunet — Daję wam mata, towarzyszu grossmeistrze.

Ostap zanalizował sytuację, „damę” nazwał haniebnie „królową” i górnolotnie powinszował brunetowi wygranej. Śród miłośników rozległ się szmer.

„Trzeba wyrywać!” — pomyślał Ostap, krążąc spokojnie dokoła stołów i niedbale przesuwając figury.

— W sposób niewłaściwy postawił pan konia, towarzyszu grossmeistrze, — wykrztusił jednooki. — Koniem tak się nie chodzi.

— Pardon, pardon, darujcie, — odrzekł grossmeister, — jestem nieco znużony odczytem.

W ciągu następnych dziesięciu minut przegrał grossmeister jeszcze dziesięć partyj.

W klubie „Tekturowiec” zaczęły się raz po raz rozlegać okrzyki zdumienia. Konflikt powoli dojrzewał. Ostap przegrał jedna po drugiej jeszcze piętnaście partyj, a wkrótce — jeszcze trzy. Pozostał na placu jeden już tylko jednooki. Na początku gry zrobił ze strachu mnóstwo błędów i teraz z trudem zdążał do zwycięskiego końca. Ostap zdjął nieznacznie z szachownicy czarną wieżę i schował ją do kieszeni.

Szum zwarł się dokoła grających.

— Dopiero co stała tu moja wieża! — krzyknął, rozglądając się dokoła, jednooki. — A teraz już jej niema.

— Niema, a więc nie było! — odrzekł gburowato Ostap.

— Jak to — nie było? Doskonale pamiętam!

— Oczywista, nie było.

— A gdzież się w takim razie podziała? Wygraliście ją?

— Wygrałem.

— Kiedy? Przy jakiem posunięciu?

— Czego mi zawracacie głowę z waszą wieżą! Powiedzcie poprostu, że chcecie się poddać!

— Ależ, towarzysze, wszystkie posunięcia mam zapisane!

— W kancelarjach piszą! — rzekł Ostap.

— To oburzające! — zawył jednooki. — Oddajcie mi moją wieżę!

— Poddajcie się, poddajcie, co to za hocki-klocki!

— Oddajcie wieżę!

Przy tych słowach grossmeister zrozumiał, że zwłoka równa się śmierci, wziął przeto w garść parę figur i cisnął je w głowę jednookiego przeciwnika.

— Towarzysze! — wrzasnął jednooki. — Biorę was na świadków! Biją amatora.

Szachiści miasta Wasjuki zbaranieli.

Ostap, nie tracąc drogiego czasu, cisnął szachownicą w lampę i, waląc po ciemku po łbach jakichś i gębach, wybiegł na ulicę. Wasjukińscy miłośnicy, popychając się wzajemnie, skoczyli za nim.

Noc była księżycowa. Ostap mknął po oświetlonej srebrnym blaskiem ulicy, unosząc się nad grzeszną ziemią lekko, jak anioł. Ponieważ przemiana Wasjuków w centrum wszechświata nie została jeszcze dokonana, przeto uciekać trzeba było drogą, wiodącą nie pomiędzy dwoma rzędami pałaców, lecz między drewnianemi domkami, zaopatrzonemi w zewnętrzne okiennice. Za Ostapem biegli pędem miłośnicy gry szachowej.

— Trzymajcie grossmeistra! — ryczał jednooki.

— Łotr! — przytakiwali pozostali.

— Durnie! — rewanżował się grossmeister, zdwajając szybkość.

— Milicja! — wrzeszczeli, dotknięci do żywego szachiści.

Ostap dopadł już schodów, prowadzących na przystań. Pozostawała jeszcze do przebycia przestrzeń czterystu stopni. Na szóstym pomoście czatowali już na Ostapa dwaj amatorzy, którzy pobiegli na przełaj. Ostap obejrzał się. Zgóry, nakształ sfory psów, toczyła się grupa rozwścieczonych zwolenników obrony Filidora. Rejterada była niemożliwa. Dla tego też Ostap pędził przed siebie.

— Popamiętacie mnie jeszcze, dranie! — warknął pod adresem zuchowatej pikiety, pędząc jak strzała z piątego pomostu.

Przerażony patrol wrzasnął z przestrachu, fiknął kozła za poręcz i potoczył się gdzieś w dół po zboczach i górkach. Droga była wolna.

— Trzymajcie grossmeistra! — słychać było z góry.

Kroki prześladowców na drewnianych schodach przypominały stuk spadających kręgli.

Znalazłszy się na brzegu, zboczył Ostap na prawo, szukając wzrokiem łódki z wiernym sobie administratorem.

Hipolit Matwiejewicz siedział idyllicznie na łódce. Ostap skoczył gwałtownie na ławkę i zaczął wściekle wiosłować w kierunku przeciwnym od brzegu. Po chwili do łódki posypały się kamienie. Jeden z nich trafił Hipolita Matwiejewicza. Tuż nad wiadomym pryszczem wyskoczył guz. Hipolit Matwiejewicz wtulił głowę w ramiona i beknął:

— Patrzajcie go! Mnie omal głowy nie urwali. A ja — nic. Wesół jestem i dobrej myśli. Jeśli zaś weźmiemy pod uwagę pięćdziesiąt rubli czystego zysku, to przyznać musimy, że za jeden guz na waszej głowie jest to wcale przyzwoite honorarjum.

Tymczasem prześladowcy, którzy dopiero teraz zrozumieli, że plan przekształcenia Wasjuków w New-Moskwę runął, i że grossmeister wywozi z miasta pięćdziesiąt rubli wasjukińskiej krwawicy — wpakowali się do dużej łodzi i z hałasem wypłynęli na środek rzeki. Do łodzi wpakowało się ze trzydziestu ludzi. Każdy pragnął wziąć osobiście udział w wymierzeniu sprawiedliwości grossmeistrowi.

Ekspedycją kierował jednooki. Jedyne jego oko świeciło w nocy, jak latarnia morska.

— Trzymać grossmeistra! — wyli w przeładowanej barce.

— Wiejmy, Kisa! — rzekł Ostap. — Jeśli nas dopędzą — nie ręczę za całość waszych binokli.

Obie łódki szły z prądem w dół rzeki. Odległość między niemi wciąż się zmniejszała. Ostap wytężał resztki sił.

— Nie wymkniecie się, dranie! — odgrażano się z barki.

Ostap nie odpowiadał. Nie miał na to czasu. Zapamiętale wiosłował. Fontanny biły z pod szalejących wioseł i wpadały do łódki.

— Prędzej! — szeptał Ostap do siebie.

Hipolit Matwiejewicz zmordował się do cna. Barka triumfowała. Kadłub jej mijał już łupinę spólników z lewej strony, pragnąc przycisnąć grossmeistra do brzegu. Nie wesoły los czekał spólników. Na barce zapanowała tak wielka radość, że wszyscy szachiści przeszli na prawy bok, aby, zrównawszy się z łódką, natrzeć przeważającemi siłami na niegodziwego grossmeistra.

— Pilnujcie binokli, Kisa! — krzyknął w rozpaczy Ostap, rzucając wiosła, — zaraz zacznie się!

— Panowie! — pisnął nagle Hipolit Matwiejewicz kogucim głosem. — Doprawdy będziecie nas bić?

— I jeszcze jak! — huknęli wasjukińscy amatorzy, szykując się do opanowania wrogiej łódki.

Lecz w tym czasie zaszedł wypadek, krzywdzący ogromnie szachistów całego świata. Barka przechyliła się na prawo i wlała się do niej woda.

— Ostrożnie! — pisnął jednooki kapitan.

Lecz było już za późno. Zbyt wielu miłośników gry szachowej stłoczyło się na prawym brzegu wasjukińskiego dreadnoughta. Wobec przesunięcia środka ciężkości, barka przestała się kołysać i zgodnie z prawem fizyki przewróciła się.

Wspólny jęk przeszył ciszę nocną.

— Uau! — pojękiwali szachiści.

Aż trzydziestu szachistów znalazło się w wodzie. Szybko wypływali na wierzch i jeden za drugim czepiali się przewróconej barki. Ostatni przypłynął jednooki.

— Durnie! — krzyczał w upojeniu Ostap. — Dlaczego nie bijecie waszego grossmeistra? Jeśli się nie mylę, zamierzaliście mnie bić?

Ostap opisał koło dokoła rozbitków:

— Rozumiecie chyba, cni obywatele miasta Wasjuków, że mógłbym was jednego po drugim potopić, jak szczenięta, lecz ja daruję wam życie. Żyjcie, obywatele. Tylko, na miłość boską, nie grajcie w szachy! Przecież wy nie macie zielonego pojęcia o grze! Ech, durnie, durnie! Jedziemy dalej, Hipolicie Matwiejewiczu! Żegnajcie, jednoocy miłośnicy! Zaczynam się lękać, że Wasjuki nie staną się wszechświatową stolicą. Nie sądzę, by mistrze gry szachowej przyjechali do takich kpów, jak wy, choćbym ja sam nawet ich o to prosił. Żegnajcie, amatorzy silnych wrażeń szachowych! Niech żyje klub „Czterech koni”!



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI.
I in-n!...

Ranek spotkał spólników niedaleko Czeboksarów. Ostap drzemał przy sterze, Hipolit Matwiejewicz poruszał sennie wiosłami. Nocny chłód przejmował obu dreszczem. Na wschodzie rozkwitały różowe pąki. Binokle Hipolita Matwiejewicza stawały się coraz jaśniejsze. Podłużne szkła zaczęły mienić się. Odzwierciadlały się w nich kolejno oba brzegi. Semafor z lewego brzegu załamał się w podwójnie wklęsłem szkle. Błękitne kopuły Czeboksarów płynęły nakształt okrętów. Ogród na wschodzie potężniał z każdą chwilą. Pąki przekształciły się w wulkany i zaczęły wyrzucać z siebie lawę najwspanialszych barw karmelkowych. Ptaszki na lewym brzegu zaczęły głośno awanturować się. Złota część binokli rozjarzyła się i oślepiła grossmeistra. Wzeszło słońce.

Ostap otworzył oczy i przeciągnął się; przechyliła się przytem łódka.

— Dzień dobry, Kisa — rzekł, ziewając na potęgę. — Pokłon ci niosę i wieść radosną: już słońce blaski nam śle gorące, słońce lękliwie wciąż drżące...

— Przestań — oznajmił Hipolit Matwiejewicz.

Ostap wyciągnął z zanadrza przewodnik i sprawdził:

— Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa — są to Czeboksary. Tak, tak... „Zwracamy uwagę na bardzo malowniczo położone miasto Czeboksary”... Kisa, czy doprawdy jest ono malowniczo położone? „Ludność w Czeboksarach wynosi obecnie 7.702 mieszkańców”... Kisa! Wiecie co, może przestaniemy już uganiać się za brylantami i zwiększymy ludność Czeboksar do 7.704 osób”... Co wy na to? Byłoby to nader efektowne... Otworzymy tu „Petit Cheveau” i z tego „Petit Cheveau” będziemy mieć całkiem pewny grand-kawał chleba. Jedźmy dalej! „W mieście, zbudowanem w 1555 roku, zachowało się parę bardzo ciekawych kościołów. Oprócz instytucyj rządowych Czuwaszskiej republiki, są tutaj: uniwersytet robotniczy, szkoła partyjna, instytut pedagogiczny, dwie szkoły wyższe, muzeum, towarzystwo naukowe i bibljoteka. Na czeboksarskiej przystani i na bazarze spotyka się czuwaszów i czeremisów, wyróżniających się zewnętrznym wyglądem”.

Lecz zanim przyjaciele zbliżyli się do przystani, na której spotyka się czuwaszów i czeremisów, uwagę ich zwrócił przedmiot, płynący z prądem po rzece.

— Krzesło! — krzyknął Ostap. — Administratorze! Nasze krzesło tam płynie!

Spólnicy popłynęli w kierunku krzesła. Kołysało się ono, przewracało, zanurzało w wodzie i znów wypływało, oddalając się od łódki spólników. Woda bez przeszkód napełniała jego rozprute wnętrze.

Było to krzesło, reperowane na „Skrjabinie”, i teraz dążące zwolna do Kaspijskiego morza.

— Witaj, przyjacielu! — krzyknął Ostap. — Kupę czasu już nie widzieliśmy się. Wiecie, Worobjaninow, krzesło to przypomina mi nasze życie. My również płyniemy z prądem. Zatapiają nas, my wypływamy na powierzchnię, choć — widzimisię — nikt się z tego nie cieszy. Nikt nas nie lubi, oprócz wywiadu kryminalnego, który również nas nie lubi. Nikogo nic a nic nie obchodzimy. Gdyby miłośnikom gry szachowej udało się nas wczoraj zatopić, pozostałby po nas jedynie protokół oględzin zwłok naszych. „Oba ciała mają nogi wyciągnięte na południo - wschód, a głowy na północo - zachód. Rany szarpane, zadane najwidoczniej jakiemś tępem narzędziem”. Miłośnicy tłukliby nas, oczywista, szachownicami. Narzędzie, co tu gadać, do niczego. „Pierwszy — to trup mężczyzny mniej-więcej pięćdziesięciopięcioletniego, odzianego w podartą alpagową marynarczynę, stare spodnie i stare buty; w kieszeni marynarki dowód na nazwisko Konrada Karłowicza Michelsona”... To wszystko, Kisa, coby o was napisano.

— A o was coby napisano? — spytał gniewnie Worobjaninow.

— A! O mnie pisanoby całkiem inaczej. O mnie pisanoby tak:

„Drugi trup był to mężczyzna dwudziestosiedmioletni. Kochał i cierpiał. Kochał pieniądze i cierpiał w skutek ich braku. Głowa jego o wysokiem czole, obramowanem granatowo - czarnemi puklami, zwrócona jest do słońca. Wytworne nogi, czterdziesty drugi numer trzewików, skierowane są w stronę północnej zorzy. Ciało obleczone w nieskazitelnie białe szaty, na piersiach złota harfa inkrustowana — masa perłowa — oraz nuty romansu „Żegnaj, o wsi ma luba”. Zmarły młodzian zajmował się wypalaniem na drzewie, o czem wnioskować można ze znalezionego w kieszeni fraka dowodu, wydanego 23. VIII 24 r. przez związek chałupników„Pegaz i Parnas” za L. 86 — 1562”. I pochowają mnie, Kisa, uroczyście z orkiestrą i mowami i na pomniku mym wyryją: „Tu spoczywa znany żarotechnik i niszczyciel Ostap - Sulejman - Berta - Marja - Benderbej, którego ojciec był obywatelem tureckim i zmarł, nie pozostawiając w spadku synowi swemu Ostapowi - Sulejmanowi ani grosza. Matka nieboszczyka była hrabiną i żyła z lekkich zarobków”.

Gwarząc w ten sposób, przybili spólnicy do Czeborskiego brzegu.

Wieczorem, powiększywszy kapitał o pięć rubli (dzięki sprzedaży wasjukińskiej łódki), wsiedli przyjaciele na statek „Urycki” i popłynęli do Stalingrodu. Liczyli na to, że uda im się w drodze przegonić ślamazarny parowiec i spotkać się z trupą kolumbowców w Stalingrodzie.

Jarzący się gigant poniósł spólników w dół rzeki. Minęli Kazań, Tietjusze, Uljanowsk, Sengilej, sioło Nowodiewiczje i pod wieczór na stępnego dnia zbliżyli się do Żyguli.

Setki już razy w tej powieści nadchodził wieczór, zachodziło słońce i świeciły gwiazdy, lecz ani razu jeszcze nie wydawał się tak łagodny i nie zwiastował tak doniosłych zdarzeń.

Pokłady„Uryckiego” zapełniły się pomarańczowym — o blaskach zachodzącego słońca — tłumem pasażerów. Niewysokie góry Żygulewskie zieleniały z prawej strony. Pasażerów ogarnęła emocja.

Ostap, który cudem jakimś przepchał się z trzeciej klasy na dziób okrętu, wyciągnął przewodnik i dowiedział się z niego, że droga wzdłuż Żyguli daje ogromne zadowolenie.

— „Statek” — czytał Ostap na głos, — „płynie tuż przy brzegu, przecinając padające na rzekę cienie szczytów przybrzeżnych. Puszysty kobierzec zielonej o rozmaitych odcieniach roślinności nęci wędrowca, by zanurzył się w dziewiczą gęstwę lasów i rozkoszował odsłaniającemi się perspektywami i potężną krasawicą — Wołgą; nęci, by podumać o tych dawnych czasach, gdy niezorganizowane buntownicze elementy”...

Pasażerowie stłoczyli się dookoła Ostapa.

— „Niezorganizowane buntownicze elementy, czując swą niemoc wobec istniejącego porządku społecznego, „hulali” w tych okolicach, napędzając strachu kupcom i urzędnikom, zdążającym ku Wołdze, nader ważnemu traktowi handlowemu. Nie bez powodu zachował lud dotąd w swej pamięci niemało legend, pieśni i bajek, związanych z imionami częstych gości: Żygul — Jermana Timofjejewicza, Iwana Kolca, Stiepana Razina i in.”

— I in!... — powtórzył Ostap, upojony wieczorem.

— I in-n! — jęknął tłum, wpatrując się w niknące w cichej zmierzchu godzinie miny.

— I in! — gwizdnęła syrena na statku, oznajmiając o legendach, pieśniach i bajkach, spoczywających na szczytach Żyguli.

Księżyc, jak balon dziecinny, zawisł na niebie. Blask jego padł na górę.

Było to ponad siły ludzkie.

Z wnętrza statku dobiegało brzdąkanie gitary i namiętny głos kobiecy:


Z pośród skał rzecznego brzegu
Na szerokie morze fal
Wypływają gibkie czółna,
Gnając przez nieznaną dal...


Szereg głosów podchwycił melodję. Entuzjazm ogarnął statek. Wszyscy dumali „o dawnych czasach, gdy niezorganizowane buntownicze elementy hulały w tych okolicach, napędzając strachu”...

Księżyc i Żygule sprawiały niezapomniane wrażenie.

Gdy „Urycki” wymijał „Dwóch braci”, śpiewali wszyscy. Oddawna już nie było słychać gitary. Wszystko ginęło w grzmiących tonach:


— Dzień weselny Stieńkę z księżną
Na wieczyste czasy skuł...


Tymczasem „Urycki” dogonił statek loteryjny. Zdaleka można było myśleć, że na statku powstał bunt marynarzy — rozlegały się jęki, przekleństw a i przedśmiertne rzężenia. Wydawało się, że na „Skrjabinie” stłuczono już beczki z rumem powywieszano pasażerów pierwszej i drugiej klasy, a kapitan z rozbitą czaszką poniewiera się przed drzwiami z napisem: „Dział rozrachunkowy”.

W istocie zaś i załoga i pasażerowie pierwszej, drugiej i trzeciej klasy z niezwykłym hałasem i animuszem śpiewali ostatnią zwrotkę:


— Cóż milczycie, oniemieli?
Niech gra wino, śmiechy, hej,
Zaśpiewajcie pieśni kurhanną...


„Uricki”, który dopędził Skrjabina, znajdował się w centrum rozśpiewanego cyklonu. Pasażerowie gromadnie wyrzucali za burtę perską księżniczkę.

Stłoczyły się statki, służące lokalnej komunikacji. Przepełnione były tutejszymi mieszkańcami, którzy wzrastali w obliczu Żyguli. Nie bacząc na to również i tutejsi ludzie śpiewali „Stieńkę Razina”:


— Wołgo, Wołgo, rzeko święta
Przyjm dziewczynę cudnych kras...


W wodzie odzwierciadlały się czworokątne okna salonów na statku migotały latarenki statków lokalnych. Grzmiała pieśń i wydawało się, że na rzece odbywa się bal.

„Uricki” rozminął zręcznie parowiec loteryjny. Wspólnicy patrzeli z ufnością na swe pierwsze pływające schronienie. W blaskach świateł, pośród zakazujących napisów i urzędowej krzątaniny, stały w kajucie reżysera trzy krzesła. „Skrjabin” oddalał się tak powoli, że aż do samej Samary widać było jego światła.

∗             ∗

„Skrjabin” przyszedł do Stalingradu w początkach lipca. Przyjaciele oczekiwali go na przystani, ukryci za skrzyniami. Przed wyładowaniem statku odbyło się ostatnie ciągnienie.

Na krzesła trzeba było czekać cztery godziny. Najpierw wysypali się ze statku kolumbowcy i urzędnicy loteryjni. Następnie, po wyładowaniu prasy hydraulicznej, zaczęto wynosić dekoracje.

Krzesła wyniesiono, gdy już ściemniało się. Kolumbowcy załadowali się na pięć dwukonnych wozów, i, pokrzykując wesoło, pojechali wprost na dworzec.

— Wydaje mi się, że w Stalingradzie nie będą grali — rzekł Hipolit Matwiejewicz.

Myśl ta zaniepokoiła Ostapa.

— Trzeba będzie jechać — postanowił, — lecz za co jechać? Zresztą, chodźmy na dworzec, a tam zorjentujemy się.

Na dworcu zdawało się, że teatr jedzie do Piatigorska przez Mineralne wody. Pieniędzy starczyło wspólnikom raptem na jeden bilet.

— Umiecie jeździć na gapę? — spytał Ostap Worobjaninowa.

— Spróbuje — odrzekł nieśmiało Hipolit Matwiejewicz.

— Pal was licho! Lepiej nie próbujcie! Jeszcze raz wam daruję. Była nie była — ja pojadę na gapę.

Hipolit Matwiejewicz jechał za biletem w niewygodnym, nie posiadającym miejscówek, wagonie; wagonem tym przybył dawny marszałek szlachty na ozdobioną oleandrami w zielonych donicach stację „Mineralne wody” w północno - kaukaskiej dyrekcji kolejowej i, starając się nie w padać w oczy wysiadającym z wagonu kolumbowcom, udał się na poszukiwania Ostapa.

Teatr, ulokowawszy się w nowiutkich wagonach letniskowych, pojechał sobie już dawno do Patigorska, a Ostapa wciąż jeszcze nie było. Przyjechał dopiero pod wieczór i zastał Worobjaninowa całkiem rozklekotanego.

— Gdzieście byli? — lamentował marszałek. — Tak się już zmordowałem.

— To wy niby, mając bilet kolejowy w kieszeni — zmordowaliście się? A ja, na ten przykład, nie zmordowałem się? A więc to nie mnie na jednej ze stacyj przepędzano z buforów waszego pociągu? A więc to nie ja przesiedziałem tam, jak dureń, trzy godziny, oczekując pociągu towarowego z pustemi butelkami? Jesteście skończona świnia, obywatelu prezesie. Gdzie teatr?

— W Piatigorsku.

— A więc — jazda! Coś nie coś zwędziłem po drodze. Czysty dochód kalkuluje się w kwocie trzech rubli. Rozumie się, nie jest to wiele, lecz na zaopatrzenie się w narzan[13] i bilety kolejowe — wystarczy.

Pociąg lokalny z wielkim hałasem dowiózł podróżników w ciągu pięćdziesięciu minut. Minąwszy „Żmijkę” i „Besztau”, przybyli wspólnicy do podnóża Maszuka...



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI.
Widok na malachitowy księżyc.

Był czysty, przejrzysty wieczór niedzielny. Wydawało się nawet, że Maszuk, którego zbocze pokryte jest krzakami i gajami, był starannie jakoś rozczesany i sączył zapach górskiego weżetalu.

Na lilipucim peronie migały białe spodnie z najrozmaitszych materjałów: z rogoży, ze skóry, z płótna żaglowego i delikatnej flaneli. Noszono tu sandały i koszule „apasz”. Wspólnicy w ciężkich brudnych buciorach, w ciężkich zakurzonych spodniach, ciepłych kamizelkach i rozpalonych marynarkach czuli się tu zupełnie obco. Wśród mnóstwa jaskrawych perkalików, któremi popisywały się przyjezdne wykwintnisie, najjaskrawszy i najwytworniejszy zarazem był strój zawiadowczyni stacji. Ku zdumieniu wszystkich przyjezdnych zawiadowcą stacji była kobieta. Z pod czerwonej czapki z dwoma galonami na obramowaniu, sterczały niesforne rude pukle. Zawiadowczyni miała na sobie biały przepisowy kitel i białą spódnicę.

Wędrowcy nasi popatrzyli z lubością na zawiadowczynię, przeczytali świeżo nalepiony afisz o gościnnych występach w Piatigorsku teatru „Kolumba”, wypili dwie szklanki narzanu, poczem tramwajem „Dworzec — kwietnik” dostali się do miasta. Za wstęp na „kwietnik” wzięto dziesięć kopiejek.

Na „kwietniku” było dużo muzyki, dużo wesołych jegomościów i bardzo mało kwiatów. W białej muszli orkiestra symfoniczna grała „Tańce komarów”. W galerji Lermonotowa sprzedawano narzan. Narzan sprzedawano w kjoskach, bądź też roznoszone wśród publiczności.

Nikogo nic a nic nie obchodził lot dwuch brudnych poszukiwaczy brylantów.

Pierwszą noc w uzdrowisku spędzili wspólnicy koło źródła narzanu. Dopiero tu, w Piatigorsku, gdy teatr „Kolumba" pokazał zdumionym obywatelom „Ożenek” swój po raz trzeci, zrozumieli wspólnicy całą trudność pogoni za brylantami. Przedostać się, jak to początkowo planowali, do teatru — nie było rzeczą łatwą. Za kulisami nocowali: Gałkin, Pałkin, Małkin, Czałkin i Załkind, którym djety markowe nie pozwalały na zamieszkanie w hotelu. Mijały dni jeden za drugim i przyjaciele tracili poprostu siły, nocując w miejscu, wsławionem pojedynkiem Lermontowa i żyjąc z tego co kapało im za przenoszenie bagaży turystów.

Szóstego dnia udało się Ostapowi zawrzeć znajomość z monterem Miecznikowem, kierownikiem hydroprasy.

Mecznikow, który w owym czasie, w skutek braku pieniędzy, upijał się codziennie narzanem, doszedł do okropnego stanu i według spostrzeżeń Ostapa, sprzedawał na rynku niektóre rekwizyty teatralne. Sprawa została ostatecznie przypieczętowana przy rannem piciu wody źródlanej. Monter Miecznikow nazywał Ostapa duszyczką i na wszystko zgadzał się.

— Zrobi się — mówił, — zrobi się, duszko. Z najmilszą chęcią, duszko.

Ostap odrazu zorjentował się, że monter kuty jest na wszystkie boki.

Kontrahenci patrzyli sobie w oczy, obejmowali się czule, klepali po ramieniu i uprzejmie uśmiechali się.

— A więc! — rzekł Ostap. — Za cały ten kram gotów jestem dać dziesiątkę.

— Duszko! — zdumiał się monter. — Nie drażnijcie mnie. Do cna wymęczył mnie już narzan.

— A ileż chcielibyście?

— Wybulcie pół setki. Tożto mienie państwowe. Jestem człowiekiem znużonym.

— Zgoda! Dam wam dwadzieścia! Zgoda? No, po oczach widzę, że zgadzacie się.

— Zgoda jest to produkt absolutnego niesprzeciwiania się stron.

— Dobrze, łajdak, klaruje — szepnął Ostap nieznacznie do Hipolita Matwiejewicza. — Bierzcie przykład!

— A więc kiedy przyniesiecie krzesła?

— Dacie forsę — dam wam krzesła.

— Zrobi się — rzekł bez namysłu Ostap.

— Najpierw forsa — oświadczył monter — zrana forsa — wieczorem krzesła, albo wieczorem forsa, a nazajutrz zrana — krzesła.

— A możeby tak dziś krzesła, a jutro pieniądze? — próbował Ostap.

— Wiesz przecież, duszko, że jestem człekiem zmęczonym. Warunków takich dusza ma nie przyjmuje.

— Toż ja jutro dopiero — targował się Ostap — otrzymam telegraficznie pieniądze.

— No to wtedy pogadamy — kończył rozmowę uparty monter, — a tymczasem, duszko, życzę powodzenia przy źródle. Uciekam już. Mam huk roboty z tą prasą. Symbijewicz dusi mnie. Już mi sił brak. A czy można poprzestać na piciu narzanu?

I Mieczników, oświetlony wspaniale słońcem, poszedł sobie.

Ostap spojrzał surowo na Hipolita Matwiejewicza.

— Czas — rzekł, — który mamy, to pieniądz, którego nie mamy. Kiso, musimy zrobić karjerę. Leży przed nami sto pięćdziesiąt tysięcy rubli. Potrzeba nam tylko dwudziestu rubli, by posiąść ten skarb. Nie można teraz gardzić żadnemi środkami. Albo, albo!

Ostap w zamyśleniu krążył dokoła Hipolita Matwiejewicza.

— Zdejmcie marynarkę, prezesie, żywiej — rzekł nieoczekiwanie.

Z rąk zdumionego Hipolita Matwiejewicza wziął Ostap marynarkę, cisnął ją na ziemię i zaczął deptać zakurzonemi butami.

— Co wy robicie? — zawył Worobjaninow. — Od piętnastu już lat noszę tę marynarkę i wciąż jeszcze wygląda, jak nowa!

— Nie denerwujcie się! Za chwilę nie będzie już wyglądała, jak nowa. Dajcie kapelusz! A teraz posypcie spodnie piaskiem i zwilżyjcie je narzanem. Marsz!

W ciągu paru minut stał się Hipolit Matwiejewicz obrzydliwie i brudny.

— Teraz dopiero dojrzeliście do tego, by zarabiać w uczciwy sposób.

— Cóż mam robić? — spytał płaczliwie Worobjaninow.

— Spodziewam się, że znacie francuski?

— Bardzo kiepsko. W ramach kursu gimnazjalnego.

— Hm... Trzeba będzie działać w tych ramach. Czy potraficie powiedzieć po francusku takie naprzykład zdanie: „Panie, sześć dni nie jadłem”?

— Monsieur — zaczął, jąkając się Hipolit Matwiejewicz, — monsieur, hm... hm... że no, do licha, że ne manż pas... sześć, do licha, en, de, trua, katre, sank, sjis... żur. A więc — że ne manż pa sjis żur!

— Okropny macie akcent, Kisa! A zresztą czego można wymagać od żebraka. Oczywista, żebrak w Rosji europejskiej mówi po francusku gorzej, niż Millerand. No, Kiciu, a w jakich granicach mieści się wasza znajomość niemieckiego?

— Na co mi to wszystko? — krzyknął Hipolit Matwiejewicz.

— Na to — rzekł Ostap znacząco, — że wy pójdziecie zaraz na Kwietnik, staniecie sobie w cieniu i będziecie po francusku, po rosyjsku prosić o jałmużnę, zaznaczając przytem, że jesteście dawnym członkiem Dumy. Czysty dochód otrzyma w całości monter Mieczników. Rozumiecie?

Hipolit Matwiejewicz zmienił się w okamgnieniu. Wypięta pierś jego przypominała Most Pałacowy w Leningradzie, z oczu sypały się iskry, a z nozdrzy, zdawało się, buchnęły kłęby dymu. Wąsy zaczęły się zwolna podnosić.

— Aj,-aj-aj, — rzekł wielki kombinator bynajmniej tem wszytkiem nie przestraszony, — spojrzyjcie tylko na niego. Istny burczymucha.

— Nigdy, — rozpoczął nagle Hipolit Matwiejewicz popis brzuchomówczy, — nigdy jeszcze Worobjaninow nie wyciągał ręki.

— No, to wyciągniecie kopyta, stara fujaro! — wrzasnął Ostap. — Wyciągaliście rękę?

— Nie wyciągałem.

— Jak wam się podoba ten ananas! Trzy miesiące żyje na mój koszt. Trzy miesiące daję mu jeść, pić i wychowuję go, a ten alfons staje teraz w trzeciej pozycji i oświadcza, że on...

— Hola! Dość tego, towarzyszu! Jedno z dwojga: albo natychmiast udacie się do Kwietnika parkowego i wieczorem przyniesiecie mi dziesięć rubli, albo automatycznie wykluczam was z liczby spólników udziałowców. Liczę do pięciu. Tak czy nie? Raz!

— Tak, wymamrotał prezes.

— A więc powtórzcie zaklęcie.

— Mesje, że ne manż pa sjis żur. Geben zji mir bitte etwas Kopek auf dem sztik brod. Dajcie co łaska byłemu posłowi do Dumy.

— Jeszcze raz. Bardziej żałośnie.

Hipolit Matwiejewicz powtórzył.

— No, dobrze. Talent do żebraniny zaszczepiono w was najwidoczniej już w latach dziecinnych. Idźcie już. Spotkanie o północy koło źródła. Zauważcie sobie, że nie względy romantyczne grają tu rolę, lecz poprostu wieczorami więcej dają.

— A wy, — spytał Hipolit Matwiejewicz, — dokąd pójdziecie?

— Nie martwcie się o mnie. Działam, jak zwykle, w najniebezpieczniejszym punkcie.

Przyjaciele rozeszli się.

Ostap pobiegł do sklepiku z materjałami piśmiennemi, za ostatnią dziesiątkę kupił tam kwitariusz i około godziny przesiedział na kamiennym słupku numerując pilnie kartki kwitarjusza i podpisując się na każdej z nich.

— Przedewszystkiem — system, — mamrotał, — każdy grosz społeczny musi być dokładnie zanotowany.

Wielki kombinator ruszył żołnierskim krokiem górską ścieżką na miejsce pojedynku Lermontowa z Martynowem; Ostap, którego wymijały wciąż autobusy i dwukonne powozy, pozostawił wreszcie za sobą sanatorja i domy wypoczynkowe i zbliżył się do Groty.

Niewielka, wykuta w skale, galerja wiodła do stożkowatej groty. Na końcu galeryjki znajdował się balkonik, z którego można było dojrzeć na dnie groty małą kałużę śmierdzącego malachitowego płynu. Grotę tę uważają za osobliwość Piatigorską i dlatego w ciągu dnia zwiedza ją znaczna liczba wycieczek i samotnych turystów.

Ostap odrazu wykombinował, że dla człowieka, pozbawionego przesądów Grota może stanowić wcale pokaźną pozycję budżetową.

— Zdumiewające poprostu, dumał Ostap, — miasto dotychczas może nie wpadło na pomysł sprzedawania biletów wstępu do groty? Jest to bodaj jedyne miejsce, do którego puszczają turystów darmo. Położę kres tej plamie, hańbiącej reputację miasta i naprawię karygodne zaiste niedbalstwo.

I Ostap postąpił tak, jak nakazywał mu rozum, zdrowy instynkt i wytworzona sytuacja.

Stanął przy wejściu do Groty i, wymachując kwitarjuszem, raz po raz wykrzykiwał:

— Obywatele, proszę kupować bilety. Dziesięć kopiejek. Dzieci i czerwonogwardziści darmo. Akademicy pięć kopiejek. Nie należący do związków zawodowych — trzydzieści kopiejek.

Ostap działał napewniaka. Piatigorcy nie uczęszczali do Groty, a z sowieckiego turysty zedrzeć dziesięć kopiejek za wstęp nie było rzeczą trudną. Do godziny piątej uzbierało się już sześć rubli. Było to zasługą nienależących do związku, których było mnóstwo w Piatigorsku. Wszyscy z największem zaufaniem składali swe dziesiątki a nawet jeden rumiany turysta, ujrzawszy Ostapa, rzekł z triumfem do żony:

— Widzisz, Taniu, mówiłem ci przecież wczoraj? A tyś upierała się, że za wstęp do groty nic się nie płaci. To niemożliwe przecież, towarzyszu, prawda?

— Święta prawda, — zgodził się Ostap, — to niemożliwe, by nie brać za wstęp. Członkowie związku dziesięć kopiejek. Dzieci i czerwonogwardziści darmo. Akademicy pięć kopiejek a nienależący do związków zawodowych — trzydzieści kopiejek.

Przed wieczorem na dwóch drabiniastych wozach przyjechała wycieczka charkowskich milicjantów. Ostap przestraszył się i chciał nawet udać Bogu ducha winnego turystę, lecz milicjanci tak nieśmiało otoczyli wielkiego kombinatora, że nie miał on drogi odwrotu. Wobec tego krzyknął dość pewnym głosem:

— Członkowie związków płacą dziesięć kopiejek, lecz ponieważ milicjantów można traktować, jak akademików i dzieci, więc płacą oni po pięć kopiejek.

Milicjanci zapłacili, zapytawszy tylko skromnie, na jaki cel przeznaczone są ich piątki.

— Na dokumentny remont tych zwalisk, odrzekł zuchwale Ostap, żeby się zanadto nie rozwaliły.

Wówczas, gdy wielki kombinator handlował sprytnie widokami na malachitową kałużę, Hipolit Matwiejewicz, zgarbiony, przytłoczony wstydem, stał pod akacją i nie spoglądając nawet na spacerowiczów, przeżuwał trzy dane mu zdania:

— Mesje, że ne manż pa... Geben zji mir bitte... Dajcie, co łaska, byłemu posłowi do Dumy...

Nie można nawet skarżyć się, by dawano mało, lecz dawano jakoś niewesoło. Bądź co bądź, spekulując na czysto paryskiem wymawianiu wyrazu „manż” i budząc litość nędzą byłego posła do Dumy, zdołał Worobjaninow wyżebrać trzy ruble.

Pod nogami spacerowiczów trzeszczał żwir. Orkiestra z nieznacznemi pauzami grała Straussa, Brahmsa i Griega. Fala światowców przepływała z szumem obok starego marszałka. Cień Lermontowa unosił się niewidzialnie nad obywatelami, zajadającymi smakołyki na werandzie parkowej. Unosiła się tu woń wody kolońskiej i narzanu.

— Dajcie, co łaska, byłemu posłowi do Dumy! — mruczał marszałek.

— Niemożliwe! Doprawdy byliście posłem do Dumy? — rozległo się tuż koło ucha Hipolita Matwiejewicza. — Istotnie braliście udział w posiedzeniach ach! ach! Pierwsza klasa!

Hipolit Matwiejewicz uniósł twarz i zamarł. Jak wróbelek skakał przed nim tłuściutki Awessałom Władzimirowicz Iznurenkow. Bronzowawe łódzkie ubranie zmienił na białą marynarkę i szare spodnie. Był niezwykle podniecony i od czasu do czasu podskakiwał na jakie pięć wierszków w górę. Iznurenkow nie poznał Hipolita Matwiejewicza i w dalszym ciągu zasypywał go pytaniami.

— Słuchajcie, doprawdy widzieliście Rodziankę? A Puryszkiewicz doprawdy był łysy? Ach! Ach! Co za temat! Pierwsza klasa!

Wiercąc się wciąż jak fryga, wsunął zmieszanemu marszałkowi w łapę trzy ruble i uciekł. Lecz długo jeszcze migotała w parku jego tłuściutka figurka i z drzew nieomal sypało się:

— Ach! Ach! Pierwsza klasa!

Hipolit Matwiejewicz stał wciąż z oczyma wbitemi w ziemię.

A szkoda, że tak stał. Wielu rzeczy nie widział.

W mrokach cudownej nocy piatigorskiej przechadzała się po alejach parku Lalusia Szczukina, wlokąc za sobą pokornego, pogodzonego już z nią, Ernesta Pawłowicza. Wyjazd do wód był ostatnim akordem w ciężkiej walce z córką Vanderbildta: Dumna amerykanka wyjechała niedawno własnym jachtem na wyspy Sandwich.

— Ho-ho! — rozlegało się śród nocnej ciszy. — Doskonale, Ernestula! Pych-cha!

W bufecie, oświetlonym lampami, siedział niebieski ptaszek Alchen z małżonką swą Saschchen. Policzki jej, jak dawniej ozdobione były nikołajowskimi bokobrodami. Alchen zajadał nieśmiało karski szaszłyk, popijając go winem kachetyńskim Nr. 2, a Saschchen, gładząc bokobrody, czekała na przyniesienie zamówionego jesiotra.

Po likwidacji drugiego domu Sobjesu wyprzedano wszystko (włączając w to nawet samodziałowy czepiec kucharza i transparent: „Przeżuwając dokładnie pokarm, pomagamy społeczeństwu”). Alchen postanowił tedy wypocząć trochę i rozerwać się. Sam los oszczędzał tego sprytnego draniaszka. Tego dnia właśnie wybierał się do Groty, lecz nie zdążył. I to go ocaliło. Ostap wydoiłby niechybnie z nieśmiałego zawchoza conajmniej ze trzydzieści rubli.

Hipolit Matwiejewicz powlókł się w stronę źródła dopiero wtedy, gdy muzykanci składali już swe pulpity, publiczność świąteczna rozchodziła się i w suchotniczych alejach parku wzdychały jeno zakochane parki.

— Ileście uzbierali? — spytał Ostap, gdy zgarbiona figura prezesa zjawiła się koło źródła.

— Siedem rubli dwadzieścia dziewięć kopiejek. Trzyrublówka papierowa. Reszta — miedź i trochę srebra.

— Jak na pierwszy występ doskonale. Dniówka wykwalifikowanego robotnika! Serce me radujecie, Kiso! Lecz chciałbym wiedzieć, jaki to osioł dał wam trzyrublówkę? Może daliście mu reszty?

— Dał mi ją Iznurenkow.

— Niemożliwe! Awessałom ? Patrzajcie go — baryłka! Aż tu się potoczyła! Rozmawialiście z nim? Ach, on was nie poznał!

— Wypytywał mnie o Dumę! Śmiał się.

— Widzicie, marszałku, że to nie tak źle być żebrakiem, zwłaszcza przy kiepskiem wykształceniu i słabym głosie! A wyście tak grymasili, jakgdybyście byli conajmniej lordem — kanclerzem pieczęci! I ja, Kiciuniu, czasu nie zmarnowałem. Piętnaście rubli, jak drut. Starczy nam!

Nazajutrz zrana wręczono monterowi pieniądze. Wieczorem przyniósł on dwa krzesła; trzeciego, jak twierdził, niepodobna było w żaden sposób zabrać. Realizacja dźwiękowa rżnęła na nim w karty.

Dla większego bezpieczeństwa wgramolili się przyjaciele niemal na sam szczyt Maszuka.

W dole świeciły się solidne nieruchome ognie Piatigorska. Nieco niżej od Piatigorska mizerne ogienki wskazywały stanicę ciepłej wody. Dwiema równoległemi linjami świateł przypominał o sobie wysuwający się z za góry Kisłowodsk.

Ostap spojrzał w wygwieżdżone niebo i wyjął z kieszeni znane nam już obcęgi.



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY CZWARTY.
Zielony przylądek.

Inżynier Bruns siedział sobie na kamieniej werandzie pod dużą palmą, której nakrochmalone liście rzucały ostre i wąskie cienie na ogolony kark inżyniera, na jego białą koszulę i na krzesło z garnituru generałowej Popowej, na którem nudził się, oczekując obiadu.

Bruns wydął pełne soczyste usta i głosem rozkapryszonego bąka zawołał:

— Dzieci-i-i-inko!

Wieś milczała.

Podzwrotnikowa flora przymilała się do inżyniera. Kaktusy wyciągały doń swe kolczaste dłonie. Draceny szeleściły liśćmi. Banany i drzewa palmowe chroniły łysinę inżyniera przed muchami, róże, pnące się po werandzie, padały mu do obutych w sandały stóp.

Lecz wszystko było daremne. Bruns czekał na obiad. Ze zdenerwowaniem patrzał na portową zatokę, na daleki cypl Batumu i śpiewnie wołał:

— Dzieci-i-inko! Dzieci-inko!

W wilgotnym podzwrotnikowem powietrzu wszelki dźwięk nader szybko zamierał. Odpowiedzi nie było. Bruns oczami wyobraźni ujrzał dużą, dobrze przysmażoną gęś z syczącą tłustą skórą, nie mogąc powstrzymać się, zawołał:

— Dzieci-i-inko, a co z gęsinką?!

— Andrzeju Michałowiczu! — krzyknął z pokoju kobiecy głos. — Nie zawracaj mi głowy.

Inżynier, zwinąwszy znów nawykłe do tego usta w trąbkę, odrzekł niezwłocznie:

— Dziecinko! Nie masz ani trochę litości nad swym maleńkim mężulkiem!

— Wynoś się stąd, żarłoku! — odpowiedziano z pokoju.

Lecz inżynier nie złożył broni. Zamierzał w dalszym ciągu prowokować gęsinę, co czynił już bezskutecznie od dwuch godzin, gdy nagle nieoczekiwany szelest zmusił go do obejrzenia się.

Z czarno - zielonych bambusowych zarośli wyszedł człowiek w granatowej bluzie, przepasanej mocno przetartym o wielu już supłach sznurkiem oraz w wyszarzanych pasiastych spodniach. Dobroduszne oblicze nieznajomego zdobiła kudłata bródka. W rękach trzymał przybysz marynarkę.

Podszedł bliżej i spytał uprzejmie:

— Czy mógłbym się zobaczyć z inżynierem Brunsem?

— Służę wam, — odezwał się basem zaklinacz gęsiny, — inżynier Bruns jestem.

Przybysz padł bez słów na kolana. Był to ojciec Fiodor.

— Oszaleliście! — krzyknął, zrywając się z miejsca inżynier — proszę natychmiast wstać.

— Nie wstanę, — odrzekł ojciec Fiodor, patrząc na inżyniera jasnym wzrokiem.

— Wstańcie!

— Nie wstanę!

I ojciec Fiodor jął ostrożnie — by nie sprawiało to czasem bólu — tłuc głową o przydrożny żwir.

— Dziecinko! — Chodź tutaj! — krzyknął przestraszony inżynier. — Patrz, co się tu dzieje. Wstańcie, bardzo was proszę! No, błagam was!

— Nie wstanę! — powtórzył ojciec Fiodor.

Na werandę wbiegła „dziecinka”, orjentująca się doskonale w subtelnościach tonu swego męża.

Ujrzawszy niewiastę, ojciec Fiodor zręcznie, nie wstając z ziemi, doczołgał się do jej stóp, pokłonił głęboko i zaczął lamentować:

— Dobrodziejko kochana, w tobie cała moja otucha i nadzieja!

Inżynier Bruns zarumienił się przy tych słowach, ujął petenta pod ramię i z wysiłkiem podniósł go, pragnąc postawić na nogi, lecz ojciec Fiodor założył sprytnie nogi pod siebie. Poruszony do głębi Bruns zaciągnął dziwnego gościa do kąta i przemocą posadził go na krześle z fabryki Gambsa. Krzesło to nie pochodziło z worobjaninowskiei willi, lecz z salonu generałowej Popowej.

— Nie śmiem, — bąknął ojciec Fiodor, kładąc na kolanach kamizelkę piekarza mocno trącącą naftą, — nie mam śmiałości siedzieć w obecności tak wysoko postawionych osób.

I ojciec Fiodor próbował znów paść na kolana.

Inżynier powstrzymał go z żałosnym okrzykiem.

— Dziecinko! — rzekł, ciężko sapiąc. — Pomów z tym obywatelem. To chyba jakieś nieporozumienie.

Niewiasta oświadczyła z punktu urzędowym tonem.

— W moim domu, — rzekła groźnie, — wypraszam sobie wszelkie klękania!

— Duszo anielska! — roztkliwił się ojciec Fiodor. — Dobrodziejko!

— Nie jestem żadną dobrodziejką. Czem mogę służyć?

Klecha bełkotał coś niezrozumiałego, lecz najwidoczniej coś bardzo roztkliwiającego. Dopiero po wielu pytaniach udało się wydobyć z niego, że jako o szczególną łaskę prosi o sprzedanie mu garnituru krzeseł, na jednem z których właśnie teraz siedzi. Inżynier z wielkiego zdumienia puścił z rąk ramię ojca Fiodora, który natychmiast runął na kolana i zaczął jak żółw, czołgać się za inżynierem.

— A z jakiej racji, — krzyczał inżynier, unikając długich rąk ojca Fiodora, — z jakiej racji mam sprzedawać swe krzesła! Mimo, że raz po raz padacie na kolana, nie mogę nic a nic zrozumieć!

— Toż to przecie moje krzesła! — wystękał ojciec Fiodor.

— Jakto — wasze? Niby jakim cudem wasze? Zbziknęliście się! Dziecinko! Teraz dopiero rozumiem! To jest kompletny warjat!

— Moje, — twierdził pokornie ojciec Fiodor.

— A więc według was, ukradłem je? — zawołał z gniewem inżynier. Ukradłem ? Słyszysz dziecinko? Toż to szantaż!

— Uchowaj, Boże, — szepnął ojciec Fiodor.

— Jeśli ukradłem, to dochodźcie krzywdy swej na drodze sądowej i nie róbcie skandalu w naszym domu! Słyszysz, dziecinko! Co za bezczelność! Obiadu człowiekowi spokojnie zjeść nie dadzą!

Nie, ojciec Fiodor nie chciał o zwrot „swych” krzeseł skarżyć do sądu. Nic podobnego. Wiedział, że inżynier Bruns nie ukradł mu tych krzeseł. O, w myśli mu to nawet nie postało. Lecz jednak krzesła te przed rewolucją należały do niego, ojca Fiodora, i są one nader drogie konającej teraz w Woroneżu żonie jego. Jej to wolę spełniając (sam nigdyby nie śmiał), pozwolił sobie wyszperać, gdzie znajdują się krzesła i zjawić się u obywatela Brunsa. Ojciec Fiodor nie żąda jałmużny. O, nie! Ma dość środków po temu (niewielka fabryka świec w Samarze), by ostatnie chwile umierającej żony osłodzić nabyciem starych krzeseł. Gotów jest szarpnąć się i za cały garnitur zapłacić dwadzieścia rubli.

— Co? wrzasnął inżynier, ponsowiejąc. — Dwadzieścia rubli? Za wspaniały garnitur mebli? Dziecinko, słyszysz? Jednak to jest warjat! Jak mi Bóg miły, warjat!

— Nie jestem warjatem. Lecz wykonując jedynie wolę ślubnej mej małżonki.

— Do djaska, — przerwał inżynier, — znów zaczął czołgać się. Dziecinko! On znów pełza!

— Powiedzcie wreszcie cenę — jęczał ojciec Fiodor, tłukąc oględnie głową o pień araukarji.

— Nie niszczcie drzewa, dziwaku! Dziecinko, wydaje mi się, że to nie warjat. Poprostu przejął się tak najwidoczniej chorobą żony. Może mu sprzedać te krzesła? Co? Pozbędziemy się go? Co? Gotów tu łeb sobie rozbić!

— A na czem my będziemy siedzieć? — spytała „dziecinka”.

— Kupimy inne.

— Za te dwadzieścia rubli?

— Za dwadzieścia, dajmy na to, nie sprzedam, nie sprzedam nawet za dwieście... a za dwieście pięćdziesiąt sprzedam.

Odpowiedzią było straszliwe uderzenie głową o dracenę.

— O, dziecinko, mam już tego dość!

Inżynier podszedł stanowczym krokiem do ojca Fiodora i zaczął mu dyktować ultimatum.

— Po pierwsze, proszę się oddalić od palmy conajmniej o trzy kroki. Po drugie, proszę natychmiast wstać. Po trzecie, meble gotów jestem sprzedać za dwieście pięćdziesiąt rubli, ani o grosz mniej.

— Nie gwoli zysku, — jęknął ojciec Fiodor, — a gwoli spełnienia tyczenia chorej mej żony...

— Słuchaj, kochasiu, i moja żona jest chora. Prawda, dziecinko, nie jesteś w porządku z płucami. Lecz ja nie domagam się na tej podstawie, żebyście mi... no... sprzedali naprzykład waszą marynarkę za trzydzieści kopiejek!

— Oddam darmo, — zapiał ojciec Fiodor.

Inżynier z pasją machnął ręką i zimno wycedził:

— Skończcie już raz z temi żartami. W dalsze rozważania nie mam zamiaru wdawać się. Oszacowałem krzesła na dwieście pięćdziesiąt rubli i nie spuszczę z tego ani kopiejki.

— Pięćdziesiąt! — zaofiarował ojciec Fiodor.

— Dziecinko! — rzekł inżynier. — Zawołaj Bagratjona. Niech wyprowadzi tego obywatela!

— Nie gwoli zysku...

— Bagratjon!

Ojciec Fiodor uciekł ze strachu, a inżynier poszedł do stołowego i zabrał się do gęsinki. Ulubiony ptak wpłynął na Brunsa nader zbawiennie. Zaczął się on powoli uspakajać.

Owinął właśnie kosteczkę w bibułkę od papierosów i podniósł smakowity kąsek do różowych ust, gdy nagle ukazało się w oknie błagalne oblicze ojca Fiodora.

— Nie gwoli zysku, — rozległ się delikatny głos. — Pięćdziesiąt pięć rubli.

Inżynier nie oglądając się nawet, ryknął. Ojciec Fiodor znikł jak kamfora.

Przez calutki dzień potem postać ojca Fiodora migała się to tu to ówdzie. Wybiegała z pośród cienistych drzew palmowych, wyrastała nagle w gaju pomarańczowym albo też przebiegała przez dziedziniec i, trzęsąc się, zdążała w kierunku ogrodu Botanicznego.

Inżynier przez cały dzień wołał „dziecinkę”, uskarżał się na warjata i na ból głowy. W wieczornych ciemnościach od czasu do czasu rozlegał się głos ojca Fiodora:

— Sto trzydzieści osiem! krzyczał skądś, jak gdyby z nieba.

A po chwili głos jego donosił się od strony Dumbasowa.

— Sto czterdzieści jeden, — proponował, — nie gwoli zysku, panie Bruns, a gwoli...

W końcu inżynier nie wytrzymał, wyszedł na środek werandy i wpatrując się w nocne ciemności krzyknął donośnie:

— Pal was licho! Niech już będzie dwieście! Tylko odczepcie się!

Rozległ się szelest poruszonych bambusów, cichy jęk i oddalające się kroki. Potem wszystko ucichło.

W zatoce przeglądały się gwiazdy. Świętojańskie robaczki krążyły dokoła głowy ojca Fiodora, rzucając na twarz jego zielonawy chorobliwy odblask.

— A to ptaszek! — bąknął inżynier, wchodząc do pokoju.

Tymczasem ojciec Fiodor wzdłuż wybrzeża morskiego pędził ostatnim autobusem do Batum. Tuż obok wydając dźwięki podobne do szelestu przewracanych kartek książki uderzała fala, wicher smagał po twarzy, i syrenie samochodowej wtórowało wycie szakali.

Wieczora tego ojciec Fiodor wysłał do miasta N do żony swej, Katarzyny Aleksandrówny, depeszę treści następującej:

„Teraz znalazłem wyślij telegraficznie dwieście trzydzieści sprzedaj co chcesz Fiedia”.

Pełen emocji wałęsał się dwa dni koło wilii Brunsa, kłaniał się zdaleka „dziecince” a nawet od czasu do czasu podzwrotnikową ciszę przeszywał krzyk jego:

— Nie gwoli zysku, a gwoli spełnienia życzenia chorej mej żony...

Na trzeci dzień przyszły pieniądze wraz z rozpaczliwą depeszą:

„Wszystko wyprzedałam, zostałam bez grosza całuję i czekam Jewstigniejew nadal stołuje się Katja”.

Ojciec Fiodor przeliczył pieniądze, pobożnie przeżegnał się, wynajął wóz i pojechał na Zielony Przylądek.

Pogoda była okropna. Wicher gnał chmury od tureckiej granicy. Góry ginęły we mgłę. W szarym ołowiu stopił się błękit nieba. Nadchodziła burza. Zabroniono kąpania się i wypływania w łódkach na morze.

Huk i łoskot rozlegały się nad Batumem. Burza wstrząsała brzegi.

Ojciec Fiodor kazał woźnicy zatrzymać przed willą Brunsa i zaczekać, sam zaś poszedł po meble.

— Pieniądze przyniosłem, rzekł ojciec Fiodor, — moglibyście mi co spuścić.

— Dziecinko, — jęknął inżynier. — Już nie mogę.

— Już nic, nic, przyniosłem tylko pieniądze, — zrezygnował z targu ojciec Fiodor — dwieście rubli. Według umowy.

— Dziecinko! Weź od niego pieniądze! I niech się on z tem wynosi jaknajszybciej. Migreny dostałem!

Cel życia całego był osiągnięty. Fabryczkę świec w Samarze miał ojciec Fiodor w rękach. Brylanty sypały mu się same do kieszeni.

Dwanaście krzeseł jedno za drugiem załadowano na wóz. Były one bardzo podobne do worobjaninowskich z tą tylko różnicą, że nie były obite wzorzystym perkalem, lecz niebieskiem w różowe paski płótnem.

Ojca Fiodora rozsadzała poprostu niecierpliwość. Pod połą miał ukrytą siekierkę. Siadł ojciec Fiodor obok woźnicy i, oglądając się ustawicznie poza siebie, na krzesła, ruszył w stronę Batumu. Żwawe koniki zwiozły ojca Fiodora i skarb jego w dół na szosę. Przejechały obok knajpki „Feniks” w której wiatr hulał po trzcinowych stołach i altankach; obok tunelu, połykającego ostatnie cysterny transportu naftowego, obok fotografa, pozbawionego w tak ponury dzień zwykłej swej klijenteli, obok szyldu „Batumski ogród botaniczny” — i niezbyt szybko powlokły się tuż nad skalistym brzegiem. Krople słonej wody pryskały na ojca Fiodora. Fale, odparte przez skałę, biły w górę fontanną i zwolna opadały.

Pęd i huk fal podniecał strwożonego ojca Fiodora. Konie, walcząc z wiatrem, zbliżały się zwolna do Machindżanri. Kędy okiem sięgnąć wszędzie, świszcząc, wzdymały się mętne zielone bałwany wód. Aż do samego Batumu ciągnęła się piana przypływu niby rąbek halki widoczny z pod sukni nieporządnej damulki.

— Stój — krzyknął nagle do woźnicy ojciec Fiodor. — Stój, muzułmaninie!

Dygocąc i potykając się, zaczął wyładowywać krzesła na bezludnem wybrzeżu. Obojętny woźnica otrzymał umówioną pięciorublówkę, smagnął konie biczem i odjechał. A ojciec Fiodor, przekonawszy się, że nikogo dokoła niema, ściągnął krzesła z urwiska na maleńki suchy jeszcze skrawek plaży i wyjął siekierę.

Chwilę wahał się — nie wiedział od którego krzesła zacząć. Potem, jak lunatyk, podszedł do trzeciego krzesła i dziko chlastnął siekierą w poręcz. Krzesło przewróciło się, lecz nie doznało żadnego szwanku.

— Aha! — krzyknął ojciec Fiodor. — Ja ci pokażę!

I rzucił się na krzesło, jak na istotę żywą. W mgnieniu oka zostało ono posiekane, jak kapusta. Ojciec Fiodor nie słyszał uderzeń siekiery o drzewo, o płótno i o sprężyny. Burza potężnem swem wyciem zagłuszała wszystkie inne dźwięki.

— Aha! Aha! Aha! — dogadywał ojciec Fiodor, rąbiąc z rozmachem.

Krzesło za krzesłem ubywało z szeregu. Wściekłość ojca Fiodora wciąż się wzmagała. Wzmagała się również burza. Niektóre fale docierały aż do samych stóp ojca Fiodora.

Od Batumu aż do Synopy huk się rozlegał za hukiem. Morze wściekało się i wściekłość swą wyładowywało na każdym stateczku. Parowiec „Lenin”, kopcąc z dwóch kominów i przechylając się ociężale w tył, zbliżał się do Noworosyjska.

Na Czarnem morzu szerzyła się burza, wyrzucając spienione bałwany na brzeg Trebizondy, Jałty, Odessy i Konstancji. Za ciszą Bosforu i Dardanelli grzmiało morze Śródziemne. Za cieśniną Gibraltarską tłukł się o brzegi Europy — Atlantyk. Gniewne wody opasywały kulę ziemską.

A na wybrzeżu batumskiem stał sobie malutki człowieczek i, pocąc się, rąbał ostatnie krzesło. Po chwili wszystko było skończone. Ojca Fiodora ogarnęła rozpacz. Rzuciwszy osłupiałe spojrzenie na nagromadzony przez siebie stos nóg, poręczy i sprężyn — ojciec Fiodor cofnął się. Fala chwyciła go za nogi. Przemoczony zbiegł na szosę. Olbrzymia fala uderzyła o skałę i, cofając się, uniosła okaleczony garnitur generałowej Popowej. Ojciec Fiodor nie widział już tego. Wlókł się — zgarbiony — szosą, mokrą pięść przyciskając do piersi.

Wszedł do Batumu; niczego dokoła nie widząc. Sytuacja jego była rozpaczliwa. Pięćset kilometrów od domu z dwudziestu rublami w kieszeni — przedostanie się do rodzinnego miasta było stanowczo niemożliwe.

Ojciec Fiodor minął Bazar Turecki, gdzie mu idealnym szeptem proponowano kupno pudru Coti’ego, jedwabnych pończoch i przemycanego tytoniu, dowlókł się do dworca i tam zagubił się w tłumie tragarzy.



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIĄTY.
Żałosny demon.

W trzy dni po tranzakcji spólników z monterem Miecznikowem, teatr Kolumba wyjechał koleją na Baku. W ciągu tych trzech dni spólnicy, których apetytu nie zaspokoiła zawartość wypatroszonych na Maszuku dwóch krzeseł, spodziewali się wciąż, że Miecznikow przyniesie im trzecie krzesło. Lecz monter, znużony piciem narzanu, całe dwadzieścia rubli zużył na kupno zwykłej siwuchy i doszedł do tego stanu, że trzymano go pod kluczem.

— A to nas ubrał! — skonstatował Ostap, dowiedziawszy się o odjeździe teatru. — Skończony drań z tego montera. Trzeba się będzie na przyszłość wystrzegać tea-robotników!

Szanse odszukania skarbów niepomiernie jednak wzrosły.

— A więc — Tyflis! — rzekł Ostap, — nie ma co marudzić. Trzeba forsy na przejazd do Władykaukazu. Stamtąd wojenno-gruzińską drogą pojedziemy do Tyflisu autem. Czarujące widoki. Oszałamiający pejzaż. Cudowne powietrze górskie. A finał tego wszystkiego — okrągła sumka stu pięćdziesięciu tysięcy rubli. Warto nadal kontynuować posiedzenie.

Lecz nie tak łatwo było wyjechać z Mineralnych wód. Okazało się, iż Worobjaninow jest dziwnie niepojętym fajtłapą; wszelkie jego próby jazdy na gapę sromotnie zawiodły, toteż musiał raz jeszcze wystąpić w parku w roli byłego kuratora okręgu szkolnego. Niewielkie to dało rezultaty. Dwa ruble na dwanaście godzin ciężkiej i poniżającej pracy. Kwota wystarczająca jednakże na drogę do Władykaukazu.

Na jednej ze stacyj, Ostapa, jadącego bez biletu, wyproszono z pociągu, i wielki kombinator biegł uparcie za pociągiem na przeciągu trzech wiorst, wygrażając pięścią Bogu ducha winnemu Hipolitowi Matwiejewiczowi. Następnie udało się Ostapowi wskoczyć na stopień pociągu, zbliżającego się z wolna ku łańcuchowi gór kaukaskich. Z tej pozycji patrzał Ostap z ciekawością na odsłaniającą się przed nim panoramę gór.

Był godzina czwarta nad ranem. Na wierzchołki gór padały ciemno-różowe słoneczne refleksy. Góry nie przypadały Ostapowi do gustu.

— Zbyt dużo parady! — oświadczył. — Dzikie piękno. Idjotyczne urojenie. Marne widowisko.

Na władykaukaskim dworcu oczekiwał przyjezdnych otwarty autobus Zakawtopromtorga, i uprzejmi ludzie zapraszali:

— Tych, którzy pojadą potem wojenno-gruzińską drogą — wieziemy do miasta darmo.

— Wy dokąd, Kiso? — rzekł Ostap. — Siadamy do autobusu. Niech nas wiozą, kiedy powiadają, że darmo.

Gdy przybyli do biura Zakawtopromptorgu Ostap nie śpieszył bynajmniej zarezerwować miejsce w maszynie. Gawędząc żywo z Hipolitem Matwiejewiczem, zachwycał się opasaną chmurami Górą Stołową i, uczyniwszy głęboką uwagę, że góra istotnie przypomina stół, — szybko oddalił się.

We Władykaukazie trzeba było przesiedzieć kilka dni. Wszystkie próby zdobycia pieniędzy na jazdę wojenno-gruzińską drogą albo całkiem zawodziły, albo też przynosiły zysk, wystarczający zaledwie na jednodniowe wyżywienie. Próba ściągania od obywateli dziesiątek nie udała się. Kaukazkie pasmo górskie było tak wysokie i widoczne, że branie pieniędzy za pokazywanie ich było kompletnie niemożliwe. Widać je było niemal zewsząd. Żadnych zaś innych osobliwości nie było we Władykaukazie. Co się zaś tyczy Tereka, to przepływał on obok „Treka”, za wejście do którego miasto, obchodzące się bez pomocy Ostapa, pobierało na własną rękę pieniądze. Rezultat dwudniowej żebraniny Hipolita Matwiejewicza wyrażał się kwotą trzydziestu kopiejek.

—Dość tego, — rzekł Ostap.—pozostaje nam jedno tylko wyjście: pójść do Tyflisu na piechotę. W ciągu pięciu dni odwalimy dwieście wiorst. Nie martwcie się, ojczulku, czarujące widoki górskie, świeże powietrze... Potrzeba tylko pieniędzy na chleb i kiełbasę serdelową. Do repertuaru swego możecie dodać parę włoskich zdań, pozostawiam to do waszego uznania, lecz, zapowiadam wam, do wieczora musicie uzbierać co najmniej dwa ruble!... Na obiad nie zanosi się dziś, drogi towarzyszu. Psiakość! Marna perspektywa.

O świcie przeszli spólnicy przez mostek na Tereku, okrążyli koszary i weszli w zieloną dolinę, przez którą prowadziła wojenno-gruzińska droga.

— Mamy szczęście, Kiso, — rzekł Ostap, — w nocy padał deszcz, wobec czego uniknęliśmy łykania kurzu. Rozkoszujmy się, prezesie, świeżem powietrzem. Śpiewajcie. Wspominajcie kaukaskie wiersze. Zachowujcie się tak, jak przystoi turyście!

W tym miejscu brakuje tekstu z odcinka nr 119 powieści zamieszczonego w gazecie "Robotnik" z dnia 15 sierpnia 1929 roku.

Za ostatnie grosze dojechał ojciec Fiodor do Tyflisu i zdążał właśnie teraz pieszo w domowe pielesze, żywiąc się po drodze łaskawym chlebem. Przy przejściu przez przełęcz Krzyżową (2345 metrów nad poziomem morza) — ugryzł go orzeł. Ojciec Fiodor pogroził zuchwałemu ptakowi kosturem i poszedł dalej. Szedł, tonąc w obłokach, i mruczał:

— Nie gwoli zysku, a gwoli spełnienia woli żony mej!

Te same słowa powtarzał, wkraczając w Darjalski wąwóz. Odległość między wrogami zmniejszała się. Za jednym z zakrętów ojciec i Fiodor natknął się na starca w złotych binoklach.

Wąwóz rozpołowił się w oczach ojca Fiodora. Terek przerwał swój odwieczny krzyk. Ojciec Fiodor poznał Worobjaninowa. Po straszliwem niepowodzeniu w Batumie, gdy wszystkie nadzieje już runęły, ponowna możność zdobycia bogactw wpłynęła na ojca Fiodora w sposób zgoła niezwykły.

Złapał Hipolita Matwiejewicza za chudą grdykę i zaciskając palce, ryknął zachrypłym głosem:

— Gdzieś podział skarby wpędzonej przez ciebie do grobu teściowej?

Hipolit Matwiejewicz, niespodziewający się czegoś podobnego, milczał, wybałuszywszy ślepia tak, że stykały się one niemal ze szkłami binokli.

— Mów! — rozkazywał ojciec Fiodor. — Kaj się, grzeszniku!

Worobjaninow czuł, że dusi się.

Nagle tryumfujący już ojciec Fiodor ujrzał skaczącego po skale Bendera. Techniczny dyrektor schodził z gór, wrzeszcząc na całe gardło arję z „Demona”.

Niezmierne przerażenie ogarnęło serce ojca Fiodora. Machinalnie trzymał dalej prezesa za gardło, lecz kolana zaczęły mu dygotać.

— O, kogo ja widzę! — krzyknął przyjaźnie Ostap. — Konkurencyjna organizacja!

Ojciec Fiodor nie tracił czasu. Posłuszny zbawiennemu instynktowi, złapał kiełbasę i chleb i dał nura.

— Bijcie go, towarzyszu Bender! — krzyczał leżący jeszcze na ziemi, lecz zwolniony już z żelaznego uścisku, Hipolit Matwiejewicz.

— Łapaj go! Trzymaj!

Ostap zaczął gwizdać i pohukiwać.

— U-u-u! — krzyczał, rzucając się w pościg. — Bitwa pod piramidami, czyli Bender na polowaniu! Dokąd uciekacie, klijencie? Mogę wam zaofiarować dokładnie wypatroszone krzesło.

Ojciec Fiodor nie mógł znieść mąk pościgu i wlazł na zupełnie pionową skałę. Pchało go w górę serce, stające mu niemal w gardle i szczególne, znane tylko tchórzom, swędzenie w piętach. Nogi same skakały po granitach i unosiły swego pana i władcę w górę.

— U-u-u! — krzyczał Ostap z dołu. — Łapaj go!

— Porwał nam zapasy! — zawył Hipolit Matwiejewicz, podbiegając do Ostapa.

— Stój! — zagrzmiał Ostap. — Powiadam ci, stój!

Lecz dodało to tylko nowych sił osłabionemu już ojcu Fiodorowi. Zaczął się znów piąć w górę i po paru skokach znalazł się o dziesięć sążni wyżej, niż sięgał najwyższy napis.

— Oddaj kiełbasę! — wył Ostap. — Oddaj, durniu, kiełbasę! Wszystko ci przebaczę!

Ojciec Fiodor nic już nie słyszał. Znalazł się na szczycie, którego dotąd nikomu jeszcze nie udało się zdobyć.

Ojca Fiodora ogarnął blady strach. Zrozumiał, że w żaden sposób nie uda mu się zejść na dół. Skała opadała prostopadle i o zejściu z niej nie można było nawet marzyć. Spojrzał w dół. Wściekał się tam Ostap i na dnie wąwozu połyskiwały złote binokle marszałka.

— Oddam wam kiełbasę! — krzyknął ojciec Fiodor, — tylko zabierzcie mnie stąd!

Odpowiedział mu huk Tereka i namiętne krzyki z zamku Tamary. W ruinach gnieździły się sowy.

— Zabie-e-rzcie mnie! — krzyczał żałośnie ojciec Fiodor.

Widział on wszystkie manewry spólników. Biegali gorączkowo u podnóża skały i szpetnie klęli.

Po godzinie ojciec Fiodor, wyciągnąwszy się na ziemi i głowę w dół spuściwszy, ujrzał, że Bender i Worobjaninow odchodzą w kierunku Krzyżowej przełęczy.

Szybko zapadała noc. W egipskich ciemnościach i piekielnej wrzawie, tuż pod obłokami, dygotał i płakał ojciec Fiodor. Nie potrzeba mu już było skarbów. Jednego tylko pragnął — dostać się na dół, na ziemię.

W nocy ryczał tak, że zagłuszał chwilami Terek, a zrana pokrzepił się kiełbasą serdelową i chlebem i szatańsko śmiał się z mknących w dole samochodów. Resztę dnia spędził na przyglądaniu się górom i lampie niebios — słońcu. Następnej nocy ukazała mu się królowa Tamara. Królowa przyleciała doń ze swego zamku i zalotnie powiedziała:

— Będziemy sąsiadami.

— Dobrodziejko! — rzekł z przejęciem ojciec Fiodor. — Nie gwoli zysku...

— Wiem, wiem, — przerwała królowa, — a gwoli spełnienia woli twej żony?

— Skąd wiesz? — zdumiał się ojciec Fiodor.

— Ano wiem. Wstąpcie kiedy, sąsiedzie. Zagramy sobie w sześćdziesiąt sześć! Dobrze?

Roześmiała się błaźnica i zniknęła w mroku nocnym.

Na trzeci dzień zaczął ojciec Fiodor prawić kazanie ptakom. Nawracał je niewiadomo dlaczego na luteranizm.

— Ptaki, — mówił do nich dźwięcznym głosem, — czyńcie publiczną pokutę!

Na czwarty dzień pokazywano go już z dołu wycieczkowiczom.

— Po prawej stronie — zamek Tamary, — objaśniali doświadczeni przewodnicy, a po lewej stoi żywy człowiek, lecz czem się żywi i jak się tam dostał — nie wiemy.

— A to dziki lud! — dziwili się wycieczkowicze — Dzieci gór!

Przepływały obłoki. Nad ojcem Fiodorem krążyły orły. Najśmielszy z nich skradł mu resztkę kiełbasy serdelowej i trzepnięciem skrzydła rzucił do piętrzącego się Tereka półtora funta chleba.

Ojciec Fiodor pogroził orłowi palcem i, uśmiechając się promiennie, szepnął:

— Lata ptaszek po ulicy, szuka sobie ziarn pszenicy...

Orzeł spojrzał krzywo na ojca Fiodora, krzyknął „ku-ku-ryku” i pofrunął.

— Ej, orlisko, orlisko, duży z ciebie łotr!

Po dziesięciu dniach przyjechała z Władykaukazu straż ogniowa z odpowiednimi narzędziami i zdjęła ojca Fiodora ze skały.

Gdy go zdejmowano klasnął w dłonie i bardzo niemiłym głosem śpiewał.

— I będziesz ty królo-o-o-o-wą świata!

I surowy Kaukaz wielokrotnem echem powtórzył słowa M. J. Lermontowa i melodję A. Rubinsteina.

— Nie gwoli zysku — rzekł ojciec Fiodor komendantowi.

Chichocącego przewieziono wozem strażackim do kliniki psychjatrycznej.



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SZÓSTY.
Trzęsienie ziemi.

— Jak sądzicie, prezesie, — spytał Ostap, gdy spólnicy zbliżali się wsi Sioni, — w jaki sposób możnaby zarobić cokolwiek w tej zakazanej dziurze, znajdującej się dwie wiorsty nad poziomem morza?

Hipolit Matwiejewicz milczał. Jedynem zajęciem, dzięki któremu mógłby zdobyć środki utrzymania była żebranina, lecz tutaj na górskich serpentynach i szczytach nie było od kogo brać jałmużny.

Zresztą, i tutaj istniała żebranina, lecz żebranina zgoła inna — alpejska. Do każdego autobusu lub pasażerskiego auta podbiegały dzieciaki i przed jadącą widownią wykonywały parę pas lezginki. Potem biegły za maszyną, krzycząc:

— Daj pieniądze! Pieniądze daj!

Pasażerowie ciskali miedziaki i mknęli w górę ku Krzyżowej Przełęczy.

— Świetny wynalazek — rzekł Ostap, — nie wymaga kapitału, dochody wprawdzie niewielkie, lecz w naszej sytuacji nader cenne.

Nazajutrz o godzinie drugiej Hipolit Matwiejewicz pod okiem wielkiego kombinatora wykonał przed mknącymi w góry pasażerami pierwszy swój taniec. Taniec ten przypominał mazura, lecz pasażerowie, mający już dość dzikiego piękna Kaukazu, przyjęli go za lezginkę i nagrodzili trzema miedziakami. Przed następną maszyną — autobusem, dążącym z Tyflisu do Władykaukazu, tańczył już i skakał techniczny dyrektor we własnej osobie.

— Daj pieniądze! Pieniądze daj! — krzyknął gniewnie.

Roześmiani pasażerowie nagrodzili hojnie jego skoki. W kurzu przydrożnym zebrał Ostap trzydzieści kopiejek. Lecz dzieci sjońskie obsypały konkurentów gradem kamieni. Ratując się przed kanonadą, udali się wędrowcy szybkim krokiem do najbliższej osady, gdzie zarobione pieniądze wydali na ser i pieczywo.

Tak upływały spólnikom dni. Noce spędzali w górskich szałasach. Na czwarty dzień zeszli zygzakowatą szosą w Kajszaunską dolinę. Prażyło słońce, to też spólnicy, którzy przemarzli do cna na Krzyżowej Przełęczy, szybko teraz zagrzali się.

Darjalskie skały, urok i zimno przełęczy ustąpiły miejsca zieloności i przytulności głębokiej doliny. Wędrowcy szli nad Aragwą, schodzili do doliny zamieszkałej przez ludzi, obfitującej w bydło domowe i żywność. Można tu było coś nie coś wyżebrać, zarobić cokolwiek albo też poprostu ukraść.

Rozweseleni spólnicy przyspieszył kroku.

W Passanauri, bogatej osadzie o dwuch hotelach i paru karczmach, wyżebrali przyjaciele kawał chleba i położyli się w krzakach, naprzeciw hotelu „Francja” (z ogrodem i dwoma niedźwiadkami na łańcuchu). Wędrowcy lubowali się ciepłem, smakowitym chlebem i zasłużonym wypoczynkiem.

Zresztą, wypoczynek ten został wkrótce przerwany przez pisk syren samochodowych, turkot kół po żwirze i hałasy. Przyjaciele wyjrzeli z krzaków. Pod „Francję” zajechały jeden za drugim trzy nowiutkie tej samej marki samochody. Auta cichutko zatrzymały się. Z pierwszej maszyny wyskoczył Persicki. Za nim poprawiając zakurzone włosy, wyszła „sala sądowa”. Potem z wszystkich maszyn wysypali się członkowie klubu automobilistów gazety „Warsztat”.

— Lądujemy! — krzyknął Persicki. — Gospodarzu! Piętnaście szaszłyków!

We „Francji” zaczęły się ruszać zaspane postacie i rozległy się krzyki barana, którego za nogi wleczono do kuchni.

— Nie poznajecie tego młodzieńca? — spytał Ostap. — To reporter ze „Skrjabina”, jeden z tych, którym nie podobał się nasz transparent. Z jaką psiakość, paradą przyjechali tu. Co to może znaczyć?

Ostap zbliżył się do wcinaczy szaszłyka i w sposób jaknajbardziej elegancki ukłonił się Persickiemu.

— Bon jour! — powiedział reporter. — Gdzie też jak was, kochany towarzyszu, widziałem? A-a-a! Przypominam sobie. Malarz ze „Skrjabina”! Prawda?

Ostap przyłożył dłoń do serca i uprzejmie skłonił się.

— Zaraz, zaraz, — ciągnął dalej Persicki, posiadający jako reporter, doskonałą pamięć. — Czy to nie na was czasem w Moskwie na Placu Swierdłowa wpadł koń dorożkarski?

— Właśnie, właśnie! I według trafnej waszej uwagi skończyło się wtedy rzekomo wszystko na lekkim strachu.

— A wy tu paracie się malowaniem?

— Nie, jestem tu w celach wycieczkowych.

— Pieszo?

— Pieszo. Specjaliści twierdzą, że podróżowanie wojenno-gruzińską drogą w automobilu — to skończona głupota!

— Nie zawsze, kochanie, głupota, nie zawsze! My, naprzykład, nie jedziemy tak bardzo głupio. Maszyny, jak widzicie, własne, podkreślam to, — własne. Bezpośrednia komunikacja Moskwa. Benzyny zużywa się minimalna ilość. Wygoda, szybkość, miękkie resory. Europa!

— Skąd to wszystko macie? — spytał zazdrośnic Ostap. — Wygraliście sto tysięcy?

— Stu w prawdzie nie, lecz pięćdziesiąt wygraliśmy.

— W dziewiątkę?

— Na obligację, należącą do klubu automobilistów.

— Tak, — rzekł Ostap, — i za te pieniądze nabyliście automobile?

— Jak widzicie.

— Tak. Może potrzeba wam pomocnika? Znam pewnego młodego człowieka. Nie pije...

— Jakiego pomocnika?

— No takiego... ogólne kierownictwo, fachowe rady, poglądowa nauka metodą kompleksów pojęciowych. Co?

— Rozumiem was. Nie, nie trzeba.

— Nie trzeba?

— Nie. Niestety. I malarza także nie trzeba.

— W takim razie pożyczcie mi dziesięć rubli.

— Awdotjew, — rzekł Persicki. — Wypłać z łaski swej temu oto obywatelowi trzy ruble na mój rachunek. To jest osoba niewypłacalna.

— Jest to bardzo niewiele, — zauważył Ostap, — lecz przyjmę... Rozumiem całą trudność waszej sytuacji. Rozumie się, gdybyście wygrali sto tysięcy, to pożyczylibyście mi napewno całą pięciorublówkę. Lecz przecież wygraliście zaledwie pięćdziesiąt tysięcy! W każdym razie — dziękuję!

Bender uchylił grzecznie kapelusza. Persicki uchylił grzecznie kapelusza. Bender nader uprzejmie ukłonił się. Persicki odpowiedział najuprzejmiejszym ukłonem. Bender machnął na pożegnanie ręką. Persicki, siedząc przy kierownicy, odwzajemnił się. Lecz Persicki odjechał w cudowną dal wspaniałym autem w towarzystwie wesołych przyjaciół, a wielki kombinator został na pełnej kurzu drodze z kamratem swym — draniem.

— Widzieliście ten szyk? — spytał Ostap Hipolita Matwiejewicza.

— Zakawtopromtorg czy też prywatne towarzystwo „Motor”?— spytał rzeczowo Worobjaninow, który w ciągu tych paru dni drogi zapoznał się doskonale z wszelkiego rodzaju komunikacją samochodową. — Chciałem nawet zatańczyć przed nim.

— Wkrótce już do cna zgłupiejecie, biedny mój przyjacielu. Jakiż to Zakawtopromtorg? Ludzie ci, słyszycie, Kiso, wy-gra-li pięćdziesiąt tysiączków. Widzicie sami, Kiciuniu, w jak świetnych są humorach i ile nakupili wszelakiego mechanicznego świństwa! Gdy otrzymamy nasze pieniądze — wydamy je znacznie rozumniej. Prawda?

I przyjaciele, marząc o tem, co kupią wówczas, gdy staną się bogaczami, wyszli z Passanauri w imaginacji. Hipolita Matwiejewicza żywo rysowały się: nabycie nowych skarpetek i wyjazd zagranicę. Marzenia Ostapa sięgały dalej. Projekty jego były wspaniałe. Zbudowanie tamy na Niebieskim Nilu, a może otwarcie domu gry w Rydze z filjami we wszystkich portach świata.

Minąwszy nieciekawe i pełne kurzu miejscowości: Ananur, Duszet i Cyłkany zaszli wędrowcy na trzeci dzień przed południem do Mechetu — starożytnej stolicy Gruzji. Kuza skręcała w tem miejscu w stronę Tyflisu.

Wieczorem wędrowcy minęli Z. A. H. E. S. — Ziem - Aweralską hydro - elektrostację. Szkło, woda i elektryczność błyszczały rozmaitemi światłami. Wszystko to odbijało się i falowało w szybko płynącej Kurze.

Zawarli tutaj wspólnicy przyjaźń z kmiotkiem, który arbą[14] swa przywiózł ich do Tyflisu o godzinie jedenastej wieczorem, wtedy właśnie, gdy wieczorny chłód sprowadza na ulicę wymęczonych skwarem dziennym mieszkańców gruzińskiej stolicy.

— Miasteczko — owszem, owszem — rzekł Ostap, — wiecie Kisa...

Nagle Ostap, nie kończąc zdania, rzucił się w pogoń za jakimś obywatelem; po dziesięciu krokach dogonił go i zaczął z nim ożywioną rozmowę. Potem szybko wrócił i trącił Hipolita Matwiejewicza palcem w bok.

— Wiecie, kto to jest? — szepnął szybko. — Jest to „Odeska wytwórnia moskiewskich obwarzanków”, obywatel Kislarski. Idziemy do niego. Jesteście teraz znów — mimo całej paradoksalności tego — tytanem myśli i ojcem rosyjskiej demokracji. Pamiętajcie tylko nadymać się i ruszać wąsami. Do kroćset! A to heca! Los na loterji! Jeśli nie zoperuję go zaraz na pięćset rubli — pluńcie mi w gębę! Chodźmy! Chodźmy!

Istotnie, w pewnej odległości od aferzystów stał w ubraniu z czesuczy mleczno - błękitny ze strachu Kislarski.

— Znacie się panowie — rzekł Ostap szeptem, — oto osoba, stojąca blisko cara, tytan myśli i ojciec rosyjskiej demokracji. Nie zwracajcie uwagi na jego strój. To w celach konspiracyjnych. Zawieźcie nas zaraz dokądkolwiek. Musimy pomówić z sobą.

Kislarski, który przyjechał na Kaukaz, by odpocząć po starogradzkich emocjach, był kompletnie zgnębiony. Mrucząc jakieś brednie o stagnacji w obwarzankowym interesie, wsadził straszliwych swych znajomych do powozu o posrebrzanych szprychach i stopniach i zawiózł w kierunku góry Dawida. Na szczyt tej restauracyjnej góry dostali się zębatą kolejką górską. Tyflis, migocący tysiącem świateł, staczał się powoli w czeluści piekielne. Spiskowcy unosili się wprost ku gwiazdom.

Stoły restauracyjne stały wprost na trawnikach. Głucho bębniła orkiestra kaukaska i malutka dziewuszka pod uszczęśliwionem okiem rodziców, tańczyła z własnej inicjatywy lezginkę.

— Zamówcie coś! — nalegał Ostap.

Na zamówienie doświadczonego Kislarskiego podano wino, jarzyny i solone gruzińskie sery.

— I coś do zjedzenia — rzekł Ostap. — Gdyby pan wiedział, kochany panie Kislarski, co my z Hipolitem Matwiejewiczem musieliśmy dziś znieść, — zdumiałoby was nasze męstwo.

„Znów” — pomyślał z rozpaczą Kislarski. — „Znów zaczynają się moje męki. I dlaczego nie pojechałem na Krym? A radziła mi Henrietta!”

Lecz bez słowa sprzeciwu zamówił trzy szaszłyki i zwrócił w stronę Ostapa usłużną swą gębę.

— A więc — rzekł Ostap, rozglądając się na wszystkie strony i zniżając głos, — powiem wam w dwóch słowach: Śledzą nas już od dwóch miesięcy i zapewne jutro w konspiracyjnem mieszkaniu oczekiwać nas będzie zasadzka. Trzeba będzie we własnej obronie strzelać.

Policzki Kislarskiego posrebrzyły się.

— Radzi jesteśmy — ciągnął dalej Ostap, — że w takiej chwili spotykamy wiernego bojownika - patrjotę.

— Hm... tak! — wycedził dumnie Hipolit Matwiejewicz, wspominając, z jaką gorliwością tańczył naczczo lezginkę w pobliżu Sjeni.

Opychał sobie usta serem i jarzyną. Lubował się odbijaniem się wina, przedłużało to bowiem niejako rozkoszowanie się niem. Ostap rzucił gniewne spojrzenie i Hipolit Matwiejewicz zaczął się dławić zieloną cebulką.

— Tak!.. — szeptał Ostap. — Spodziewamy się, iż z waszą pomocą pokonamy wroga. Dam wam parabellum.

— Nie trzeba — odrzekł twardo Kislarski.

Po chwili okazało się, że prezes rady giełdowej nie może w żaden sposób wziąć udziału w jutrzejszej bitwie. Bardzo żałuje, ale nie może. Nie zna się na wojennem rzemiośle. Ta okoliczność właśnie zadecydowała o wybraniu go na prezesa rady giełdowej. Jest poprostu zrozpaczony, lecz dla ocalenia życia ojca rosyjskiej demokracji (sam wszak jest starym październikowcem), gotów służyć wszelką finansową pomocą.

— Jesteście wiernym synem ojczyzny! — rzekł uroczyście Ostap, pachnący rozkosznie szaszłyk popijając słodziutkiem winem. — Pięćset rubli może ocalić tytana myśli.

— Słuchajcie — spytał żałośnie Kislarski, — a dwieście rubli nie mogłoby ocalić tytana myśli?

Ostap nie wytrzymał i z zachwytu kopnął pod stołem Hipolita Matwiejewicza.

— Sądzę — rzekł Hipolit Matwiejewicz, — że targi są tu nie na miejscu!

Natychmiast otrzymał szturchańca w bok, co oznaczało: „Brawo, Kiciuniu, brawo, co to znaczy szkoła”!

Kislarski po raz pierwszy w życiu usłyszał głos ojca rosyjskiej demokracji. Tak go to zdumiało, że niezwłocznie wręczył Ostapowi pięćset rubli. Następnie zapłacił rachunek i, pozostawiwszy przyjaciół przy stoliku, pożegnał się, wymawiając się bólem głowy. Po upływie półgodziny wysłał do żony do Starogradu telegram:

„Jadę, twoja rada Krym, wszelki wypadek, szykuj koszyczek”.

Długi niedostatek, w jakim przebywał Ostap Bender, wymagał natychmiastowej kompensaty. Dlatego też tego samego wieczora na górze restauracyjnej upił się wielki kombinator na umór i po drodze do hotelu omal nie wypadł z autobusu. Nazajutrz zrealizował stare swe marzenie. Kupił cudny szary centkowany garnitur. W garniturze tym było bardzo gorąco, lecz nosił go, mimo to, straszliwie w nim się pocąc. W magazynie konfekcji męskiej Tyfkooperatywy zaopatrzono Worobjaninowa w białe pikowe ubranie i marynarską czapkę ze złotą odznaką niewiadomego jacht-klubu. W stroju tym wyglądał Hipolit Matwiejewicz jak handlowy admirał - amator. Postawa nabrała sprężystości. Chód — pewności.

— Ach! — mówił Bender. — Pierwsza klasa! Gdybym był kobietą, to takiemu wspaniałemu, przystojnemu mężczyźnie, jak wy, dawałbym od zwykłej ceny osiem procent rabatu. Ach! Ach! Przy takim wyglądzie możemy się obracać w wielkim świecie! Czy potraficie obracać się, Kisa?

— Towarzyszu Bender! — powtarzał Worobjaninow. A więc jak będzie z krzesłem ? Trzeba dowiedzieć się, co z teatrem!

— Ho-ho! — odparł Ostap, tańcząc z krzesłem w dużym maurytańskim pokoju hotelu „Orient”. — Nie dawajcie mi nauk, Kisa. Jestem teraz zły. Mam pieniądze. Lecz jestem wspaniałomyślny. Daję wam dwadzieścia rubli i trzy dni na splądrowanie miasta! Tak, jak Suworow!... Plądrujcie miasto, Kisa! Bawcie się!

I Ostap, kołysząc się w biodrach, zaśpiewał w szybkiem tempie:


Wieczorny dzwon, wieczorny dzwon,
Jak wiele wspomnień niesie on...


Przyjaciele hulali bez przerwy calutki tydzień. Admiralski strój Worobjaninowa upstrzyły różnobarwne plamy, a pstrokate centki na garniturze Ostapa rozlały się i utworzyły jedną wielką tęczową plamę.

— Bonżurek! — odezwał się ósmego dnia Ostap, który z racji kacenjameru wpadł na pomysł przeczytania „Zorzę wschodu”. — Słuchajcie, pijanico, co piszą w gazecie rozumni ludzi: Słuchajcie!


KRONIKA TEATRALNA.

Wczoraj, 3 września, po zakończeniu występów w Tyflisie, Moskiewski Teatr Kolumba wyjechał na występy gościnne do Jałty. Teatr zamierza pozostać na Krymie do chwili rozpoczęcia zimowego sezonu w Moskwie.


— Aha! A mówiłem! — rzekł Worobjaninow.

— Niby co mówiliście? — złościł się Ostap.

Był jednak zmieszany. Niedbalstwo to było dla niego bardzo przykre. Mogliby skończyć pościg za skarbami w Tyflisie, a tak musieli teraz przerzucać się jeszcze na Krymski półwysep. Ostap przystąpił od razu do rzeczy. Kupiono bilety do Batumu i zamówiono miejsca w drugiej klasie na parostatku „Pestel”, który odjeżdżał do Batumu na Odesę 7 września o godzinie 23 według moskiewskiego czasu.

W nocy z dziesiątego na jedenasty września, gdy „Pestel”, nie wstępując z powodu burzy do Anapy, wypłynął na pełne morze i skierował się wprost na Jałtę, Hipolitowi Matwiejewiczowi, który calutki dzień wymiotował żółcią i teraz dopiero zasnął — przyśnił się sen.

Śniło mu się, że stał w admiralskim stroju na balkonie swego starogrodzkiego domu, widząc, że hałasujący na dole tłum czegoś od niego oczekuje. Duży żóraw uniósł się w górę i u stóp jego złożył świnię o czarnych łatach. Przyszedł stróż Pichon w marynarkowym stroju i chwyciwszy świnię za tylne nogi, rzekł:

— Ech! A niechże to jasny piorun strzeli! Czy „Nimfa” daje towar?!

W rękach Hipolita Matwiejewicza znalazł się kindżał. Uderzył nim świnię w bok i z dużej szerokiej dziurki posypały się brylanty i zaczęły skakać po asfalcie. Skakały i stukały wciąż głośniej i głośniej. W końcu stuk ich stał się nieznośny i straszny.

Hipolita Matwiejewicza obudziło uderzenie fali o latarnię...

Do Jałty przybyli w okresie ciszy morskiej, w osłabiający słoneczny ranek. Marszałek szlachty przyszedł już do siebie po morskiej chorobie i w całej okazałości stał na przodzie okrętu, tuż koło ozdobionego girlandami dzwonu.

Wesoła Jałta uszeregowała wzdłuż wybrzeża maluśkie swe sklepiki i pływające restauracje. Na przystani stały powozy z aksamitnemi (w płóciennych pokrowcach) siedzeniami, auta i autobusy „Krymkurso” i towarzystwa „Krymski Szofer”. Ceglaste dziewczęta obracały na wszystkie strony swe parasolki i wymachiwały chusteczkami.

Pierwsi na rozżarzone wybrzeże wyszli nasi przyjaciele. Na widok wspólników z tłumu oczekujących i gapiów wyskoczył obywatel w kostjumie z czesuczy i zaczął szybko zdążać ku wyjściu z terytorjum portu. Lecz było już za późno. Wyostrzony wzrok wielkiego kombinatora rozpoznał szybko czesuczowego obywatela.

— Zaczekajcie, Worobjaninow, — krzyknął Ostap.

I rzucił się przed siebie tak szybko, że udało mu się o dziesięć kroków przed wyjściem dogonić czesuczowego mężczyznę. Ostap momentalnie wrócił ze stu rublami.

— Nie daje więcej. A zresztą nie nalegałem, bo gotów nie mieć na powrót do domu.

I rzeczywiście, Kislarski, nie zwlekając ani chwili, zwiał niezwłocznie autem do Sebastopola, a stamtąd trzecią klasą do domu, do Starogradu.

Cały dzień spędzili wspólnicy w hotelu, siedząc nago na podłodze i raz po raz biegnąc do łazienki pod prysznic. Lecz szła woda ciepła, jak niedobra herbata. Przed upałem nie było ratunku. Wydawało się, że Jałta roztopi się i spłynie do morza.

O godzinie ósmej wieczór wspólnicy, przeklinając wszystkie na świecie krzesła, wciągnęli gorące kamasze i poszli do teatru.

Dawano „Ożenek”. Znużony skwarem Stiepan, stojąc na rękach, padał niemal. Agafja Tichonowa biegła po drucie, trzymając w spoconych rękach parasol z napisem: „Chcę Podkolesina”. W owej chwili, tak samo zresztą, jak i we dnie, pragnęła tylko jednego — zimnej wody z lodem. Publiczności także chciało się pić. Dlatego też, a może i dlatego, że widok Stiepana, pochłaniającego gorącą jajecznicę, wywoływał obrzydzenie, — spektakl nie przypadł do gustu.

Wspólnicy byli zadowoleni, ponieważ krzesło ich w raz z trzema nowemi wspaniałemi fotelami w stylu rococo, było na miejscu.

Przyjaciele, ukryci w jednej z lóż, czekali cierpliwie ukończenia niewiarygodnie długo przeciągającego się widowiska.

Nareszcie publiczność rozeszła się i aktorzy pobiegli przewietrzyć się. W teatrze nie pozostał nikt, prócz członków udziałowców przedsiębiorstwa. Kto żyw, pobiegł na ulicę pod strugi świeżego deszczu.

— Za mną, Kisa! — zakomenderował Ostap. — W razie czego — jesteśmy prowincjonałami, którzy zabłądzili, szukając wyjścia z teatru.

Przedostali się na scenę i, oświetlając sobie drogę zapałkami, co nie uchroniło ich od trzaśnięcia się o prasę hydrauliczną, spenetrowali cała scenę. Wielki kombinator pobiegł na górę do rekwizytorni.

— Chodźcie! — krzyknął zgóry.

Worobjaninow, wymachując rękoma, skoczył na górę.

— Widzicie? — spytał Ostap, świecąc zapałką.

Z ciemności wyłonił się kant gambsowskiego krzesła i wycinek parasolki z napisem: „Chcę”...

— Patrzajcie! Oto nasza przyszłość, teraźniejszość i przeszłość! Zapalcie, Kisa, zapałki, a ja już wypatroszę krzesło.

I Ostap wpakował rękę do kieszeni po instrumenty.

— Tak, — rzekł, wyciągając rękę w stronę krzesła, — jeszcze jedną zapałeczkę, prezesie.

Zapłonęła zapałka i, o dziwo, krzesło samo skoczyło na bok i nagle w oczach zdumionych wspólników zapadło się pod podłogę.

— Mamo! — krzyknął Hipolit Matwiejewicz, lecąc pod ścianę, choć nie miał najmniejszego nawet zamiaru robić to.

Z brzękiem wypadły szyby, i parasolkę z napisem: „Chcę Podkolesina” porwał wiatr i cisnął przez okno do morza. Ostap leżał na podłodze, przygnieciony zlekka drewnianemi tarczami...

Była godzina dwunasta, minut czterdzieści. Był to pierwszy wstrząs wielkiego krymskiego trzęsienia ziemi w 1927 roku. Silny ten wstrząs, który wyrządził niezliczone szkody na całym półwyspie, wyrwał skarb z rąk aferzystów.

— Towarzyszu Bender! Co to? — wrzeszczał przerażony Hipolit Matwiejewicz.

Ostap był nieprzytomny. Trzęsienie ziemi stanęło na jego drodze! Był to jedyny wypadek w jego bogatej praktyce.

— Co to? — wył Worobjaninow.

Z ulicy dochodziły krzyki, dzwony i tętent.

— A to, że musimy czemprędzej wiać na ulicę, póki jeszcze nie zawaliły się ściany. Prędzej! Prędzej! Daj rękę, fujaro!

I rzucili do wyjścia. Ku ich zdumieniu, pode drzwiami, prowadzącemi z teatru na ulicę, leżało całe i nienaruszone krzesło. Z psim skowytem uczepił się go Hipolit Matwiejewicz kurczowym chwytem.

— Dajcie mi obcęgi! — krzyknął do Ostapa.

— A to bęcwał, idjota! — jęknął Ostap. — Zaraz runie sufit, a ten tu warjuje! Prędzej na ulicę!

— Obcęgi! — wył oszalały Hipolit Matwiejewicz.

— Do cholery. Gińcie tu z waszym krzesłem! A mnie życie drogie jest, jako wspomnienie!

Mówiąc to, rzucił się Ostap do drzwi. Hipolit Matwiejewicz szczeknął i chwyciwszy krzesło, pobiegł za Ostapem. Gdy tylko znaleźli się na środku ulicy, ziemia jakgdyby zakołysała się pod ich stopami, z dachu teatralnego zaczęły spadać dachówki i na tem miejscu, które przed chwilą dopiero opuścili, leżały już szczątki prasy hydraulicznej.

— No, a teraz dajcie to krzesło! — rzekł z zimną krwią Bender. — Widzę, że dość już macie tego trzymania.

— Nie dam! — zapiszczał Hipolit Matwiejewicz.

— A to co? Bunt na okręcie? Oddajcie krzesło! Słyszycie?

— To moje krzesło! — zaskrzeczał Worobjaninow poprzez rozlegające się wszędzie jęki, płacz i trzeszczenie.

— A więc płacę wam za nie, stary ośle!

I Ostap żelazną dłonią uderzył Worobjaninowa w kark.

Akurat przez tę ulicę pędziła straż ogniowa z pochodniami i Hipolit Matwiejewicz przy migotliwym blasku pochodni ujrzał tak straszny wyraz twarzy Bendera, że momentalnie poddał się i oddał krzesło.

— Dobrze, teraz już dobrze. — rzekł Ostap, sapiąc, — bunt został uśmierzony. Bierzcie krzesło i nieście je za mną. Odpowiadacie za jego całość. Jeśli nawet będzie jeszcze silniejszy wstrząs, krzesło musi ocaleć. Rozumiecie?

— Rozumiem.

Calutką noc wałęsali się wspólnicy razem z błądzącemi w panice tłumami, nie mogąc się zdecydować, jak wszyscy zresztą, na wejście do porzuconych domów i wciąż nowych oczekując wstrząsów.

O świcie, gdy strach zmniejszył się trochę wybrał Ostap miejsce, w pobliżu którego nie było ani ścian, które mogłyby się zawalić, ani ludzi, którzy mogliby przeszkodzić, i przystąpił do upragnionej operacji.

Wyniki zdumiały obu wspólników. W krześle nic nie było. Hipolit Matwiejewicz, nie mogąc znieść już dłużej takiego nawału wrażeń, zachichotał szczerym śmieszkiem . Bezpośrednio po tem rozległ się trzeci huk, ziemia rozstąpiła się i pochłonęła oszczędzone za pierwszym razem i wypatroszone przez ludzi krzesło, którego wzorzyste kwiatki uśmiechały się do wyłaniającego się z obłoków słońca.

Hipolit Matwiejewicz stanął na czworakach i, zwróciwszy wymiętą twarz ku brudnawo-szkarłatnej tarczy słonecznej — zawył. Słuchając go, wielki kombinator zemdlał. Gdy się ocknął, ujrzał tuż obok siebie liljową szczeciną porosły podbródek Worobjaninowa. Hipolit Matwiejewicz również stracił przytomność.

— Ostatecznie — skonstatował Ostap głosem rekonwalescenta po tyfusie, — mamy teraz sto szans na sto. Ostatnie krzesło (przy słowie „krzesło” Hipolit Matwiejewicz ocknął się) — zniknęło wprawdzie na Październikowym dworcu towarowym, lecz nie znaczy to wcale, że zapadło się pod ziemię. O co idzie? Posiedzenie trwa nadal!

Gdzieś tam padały z łoskotem cegły. Przeciągle wyła syrena okrętowa.

Kobieta z rozwianym włosem, nieubrana, biegła środkiem ulicy.



ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY SIÓDMY.
Skarb.

W dżdżysty dzień październikowy Hipolit Matwiejewicz bez marynarki, w księżycowej, drobniutkiemi gwiazdeczkami srebrnemi usianej kamizelce, krzątał się po pokoju Iwanopulo. Hipolit Matwiejewicz pracował przy oknie, ponieważ stołu dotąd jeszcze w pokoju nie było. Wielki kombinator dostał duży obstalunek z branży artystycznej — przygotowanie szyldzików dla związków lokatorskich. Wykonanie szyldzików według wzorków zlecił Ostap Worobjaninowi, a sam cały niemal miesiąc, od czasu przyjazdu do Moskwy, kręcił się w okolicy Październikowego dworca, z niepojętą wprost pasją szukając śladów ostatniego krzesła, bezwzględnie kryjącego w sobie brylanty madame Pietuchowej.

Hipolit Matwiejewicz, z czołem pooranem zmarszczkami, smarował zawzięcie żelazne tabliczki. W ciągu półrocznej brylantowej gonitwy wyzbył się wszystkich swych przyzwyczajeń. Budząc się zrana, nie piał już bconjour’ów i gutenmorgen’ów, hen w niepamiętnej przeszłości została matowa szklanka, z której pijał mleko, będąc jeszcze sekretarzem ZAGS-a w powiatowem mieście N. A i jaśnie pańskie kamasze o kwadratowych czubkach i niskich obcasach, porzucone podczas pogoni za teatrem Kolumba, gniły gdzieś na śmietniku tyfliskim.

Po nocach śniły się Hipolitowi Matwiejewiczowi szczyty górskie, ozdobione niesamowitemi transparentami; podrygując, biegał przed jego oczami bronzowy Iznurenkow, przewracały się łódki, tonęli ludzie, padały z nieba cegły i rozstępująca się ziemia wydychała dym siarkowy.

Ostap, przebywając codzień z Hipolitem Matwiejewiczem, nie dostrzegał w nim żadnych zmian. Gdyby Hipolit Matwiejewicz zjawił się teraz w swym rodzonym Z.A.G.S-ie, wziętoby go za petenta i dość niedbale odpowiedzianoby na powitanie. I chód Hipolita Matwiejewicza nie był już taki, jak dawniej, i wyraz oczu stał się dziki, i wąsy sterczały już nie równolegle do powierzchni, lecz prostopadle niemal, jak u starego kota.

Zmienił się Hipolit Matwiejewicz również wewnętrznie. Charakter jego nabrał obcych mu dotąd rysów stanowczości i okrucieństwa. Trzy epizody wykształciły w nim stopniowo te nowe uczucia. Cudowne ocalenie z żelaznych łap wasjukińskich amatorów, pierwszy debiut żebracki w parku Piatigorskim i trzęsienie ziemi, od czasu którego Hipolit Matwiejewicz trochę niedomagał i pałał do swego wspólnika tajoną nienawiścią.

W ostatnich czasach nękała Hipolita Matwiejewicza zmora podejrzeń. Bał się, że Ostap sam wypatroszy krzesło i wraz ze skarbami odjedzie, pozostawiając jego, Worobjaninowa, na łasce losu. Znając jednak ciężka łapę Ostapa i niezłomny jego charakter, nie śmiał zdradzić się ze swemi podejrzeniami. Codzień, siedząc przy oknie i starą, wyszczerbioną brzytwą czyszcząc wyschłe litery, trapił się podejrzeniami. Codzień lękał się, że Ostap więcej już nie przyjdzie i on, dawny marszałek szlachty, umrze z głodu pod moskiewskim płotem.

Lecz Ostap przychodził każdego wieczora, choć radosnych wieści nie przynosił z sobą. Energja i wesołość jego były wprost niespożyte. Nadzieja ani na chwilę nie opuszczała go.

W korytarzu rozległ się tupot nóg, ktoś z hałasem trzasnął się o kasę ogniotrwałą, i cienkie drzwi zawarły się tak lekko, jak kartki za podmuchem wiatru. Na progu stał wielki kombinator. Był cały mokry, policzki jego płonęły, jak jabłuszka. Ciężko sapał.

— Hipolicie Matwiejewiczu! — krzyknął. — Słuchajcie, Hipolicie Matwiejewiczu!

Worobjaninow zdziwił się. Nigdy jeszcze techniczny dyrektor nie zwracał się do niego w ten sposób. I nagle zrozumiał.

— Jest? — szepnął.

— O to właśnie idzie, że jest! Ach, Kisa, Kisa, niech nas porwą djabli!!!

— Nie krzyczcie, wszystko słychać.

— Racja, racja, mogą usłyszeć — szepnął prędko Ostap, — jest Kisa, jest i, jeśli chcecie, mogę je wam zaraz zademonstrować... Jest w Domu Kolejarzy... nowym domu... Wczoraj było otwarcie... Jak znalazłem? Bagatela! Djablo trudna rzecz! Genjalna kombinacja, doprowadzona cudownie do końca! Przygoda, jak z bajki! Jednem słowem, pierwsza klasa!...

Nie czekając, aż Hipolit Matwiejewicz wpakuje marynarkę, pobiegł Ostap na korytarz. Worobjaninow dogonił go na schodach. Wzburzeni, zasypując się wzajemnie pytaniami, pędzili mokremi ulicami na Kałanczewski plac. Nie wpadli nawet na to, że mogą wsiąść do tramwaju.,

— Wyglądacie w tem ubraniu, jak szewc! — paplał radośnie Ostap. Któż się tak ubiera, Kisa? Powinniście koniecznie mieć sztywną bieliznę, jedwabne skarpetki, no i, oczywista, cylinder. W twarzy waszej jest coś szlachetnego! Powiedzcie, doprawdy byliście marszałkiem szlachty?...

Ostap stał się zaczepny. Przedtem nigdy taki nie bywał. Z radości, że skarb tej nocy jeszcze może przejdzie w ich ręce, pozwalał sobie Ostap na głupie, wesołe kawały: trącał Hipolita Matwiejewicza, podbiegał do dziewcząt z Jermakówki i przyrzekał złote góry.

Ostap pokazał marszałkowi krzesło, które stało w pokoju sekcji szachistów i w łonie swem ukrywało niezliczone bogactwa, poczem wyciągnął Worobjaninowa na korytarz. Nie było tu ani żywej duszy. Ostap podszedł do niezaopatrzonego jeszcze na zimę okna i obluzował zawiasy, na których trzymały się futryny.

— Przez to okienko — rzekł — łatwo i bezpiecznie dostaniemy się dziś w nocy do klubu. Pamiętajcie, Kisa, trzecie okno od frontu.

Przyjaciele długo jeszcze wałęsali się po Domu kolejowym, udając przedstawicieli UONO i nie mogli się dość nadziwić prześlicznym salom i pokojom. Dom nie był duży, lecz dobrze zbudowany. Wspólnicy parę razy wstępowali do sekcji szachowej z widocznem zainteresowaniem. Obserwowali parę partyj.

— Gdybym podczas gry w Wasjukach — rzekł Ostap siedział na takiem krześle, nie przegrałbym ani jednej partji. Entuzjazm nie pozwoliłby mi na to. Pójdziemy jednak, staruszku. Musimy napić się piwa i odpocząć przed nocną wizytą. Czy odpowiada wam piwo, marszałku? Głupstwo! Jutro będziecie się opijać szampanem w dowolnych ilościach.

Idąc z piwiarni za Siwcew Wrażek, strasznie się Bender cieszył i zaczepiał przechodniów. Obejmował trochę wstawionego Hipolita Matwiejewicza i mówił do niego czule:

— Jesteście, Kisa, bardzo zacnym staruszkiem, lecz mimo to, nie dam wam więcej, niż dziesięć procent. Dalibóg — nie dam. Powiedzcież, po co wam, po co tyle pieniędzy?

— Jakto — po co? Jakto — po co? — gorączkował się Hipolit Matwiejewicz.

Ostap śmiał się przytem serdecznie i tulił policzek do mokrego rękawa towarzysza afery.

— Cóż wy kupicie, Kisa? No, co? Przecież nie macie ani za grosz fantazji. Dalibóg, piętnaście tysiączków to dla was aż nadto... Umrzecie przecież wkrótce, starzy już jesteście. W ogóle, nie potrzeba wam przecież pieniędzy... Wiecie, Kisa, nic wam chyba nie dam. To rozpusta. A wezmę was, Kiciuniu, do siebie na sekretarza. Co? Czterdzieści rubli pensji. Oprócz tego wikt. Cztery dni wolne od zajęć. Co? Specjalne ubranie, napiwki, kasa chorych... Co? Odpowiada wam ta propozycja?...

Hipolit Matwiejewicz wyrwał rękę i szybko poszedł naprzód. Żarty te doprowadzały go do szału.

Ostap dopędził Worobjaninowa przy wejściu do różowej willi.

— Doprawdy, obraziliście się na mnie? — spytał Ostap. — Zażartowałem przecież. Swoje trzy procenty macie murowane. Dalibóg, Kisa, wystarczy wam trzy procenty.

Hipolit Matwiejewicz zasępiony wszedł do pokoju.

— No i jakże, Kisa? — kpił sobie Ostap. — Zgodzicie się na trzy procenty? Dalibóg, zgódźcie się. Inny na waszem miejscu zgodziłby się. Pokoju kupować nie musicie, ponieważ Iwanopulo wyjechał do Tweru na calutki rok. Radzę wam jednak, wstąpcie do mnie na służbę., jako kamerdyner... Intratna posadka.

Ostap spostrzegłszy, że niczem nie podobna rozruszać Hipolita Matwiejewicza, ziewnął rozkosznie, wyprostował się aż do sufitu, westchnął głęboko i rzekł:

— Szykuj, druhu, kieszenie. Pójdziemy do tego klubu przed świtem. To najlepsza pora. Dozorcy śpią i śnią słodkie sny, za co często zwalniają ich bez odprawy. A tymczasem, kochasiu, radzę wam odpocząć.

Ostap położył się na trzech krzesłach, pochodzących z rozmaitych krańców Moskwy i, zasypiając, mówił:

— Albo kamerdynerem!... Przyzwoita pensja... Wikt, napiwki... No, no, zażartowałem... Posiedzenie trwa nadal! Lody ruszyły, panowie przysięgli!

Były to ostatnie słowa wielkiego kombinatora. Zasnął beztroskim, głębokim, rzeźwiącym i wolnym od mar sennych snem.

Hipolit Matwiejewicz wyszedł na ulicę. Złość go porywała i pasja.

Księżyc skakał po kępkach obłoków. Błyszczały mokre sztachety willi, spowite w girlandy mgieł, słabo migotały latarnie gazowe. Z szynku „Orzeł” wypchnięto pijaka. Pijak zaczął wrzeszczeć. Hipolit Matwiejewicz zmarszczył się i pewnym krokiem zawrócił. Jedno tylko miał pragnienie — jaknajszybciej wszystko to skończyć.

Wszedł do pokoju, surowo spojrzał na śpiącego Ostapa, przetarł binokle i wziął z okna brzytwę. Na szczerbach jej były jeszcze widome ślady farby olejnej. Włożył brzytwę do kieszeni, raz jeszcze przeszedł obok Ostapa, nie patrząc na niego, lecz słysząc jego oddech, i znalazł się na korytarzu. Było tu cicho i sennie. Najwidoczniej wszyscy już udali się na spoczynek. W egipskich ciemnościach, panujących na korytarzu, uśmiechnął się nagle Hipolit Matwiejewicz w najbardziej zjadliwy sposób i poczuł, że na czole jego zaczęła się ruszać skóra. By sprawdzić to wrażenie, znów się uśmiechnął. Przypomniał sobie nagle, że w gimnazjum uczeń Pychtiejew - Kakujew potrafił ruszać uszami. Hipolit Matwiejewicz doszedł do schodów i zaczął uważnie nasłuchiwać. Na schodach nikogo nie było. Z ulicy dobiegł stuk kopyt dorożkarskiej szkapy, szczególnie głośny i wyraźny, jakgdyby liczył kto na liczydle. Marszałek cicho, jak kot wszedł do pokoju, wyjął z wiszącej na krześle marynarki Ostapa dwadzieścia rubli i obcęgi, włożył brudną admiralską czapkę i znów zaczął nasłuchiwać. Ostap spał cicho, nie chrapał. Nos i płuca pracowały idealnie, sprawnie wdychając i wydychając powietrze. Krzepka ręka zwisała, dotykając podłogi. Hipolit Matwiejewicz, czując uderzenie tętna skroni, nie spiesząc się odwinął prawy rękaw powyżej łokcia, okręcił obnażoną rękę wzorzystym ręcznikiem, cofnął się pod drzwi, wyjął z kieszeni brzytwę i wymierzywszy wzrokiem odległość, przekręcił wyłącznik. Światło zgasło, lecz pokój nadal był zlekka oświetlony niebieskawem światłem ulicznej latarni.

— Tem lepiej, — szepnął Hipolit Matwiejewicz.

Zbliżył się do wezgłowia, wyciągnąwszy jaknajdalej od siebie rękę z brzytwą, z sił całych wpakował odrazu całe ostrze w gardło Ostapa, wyrwał natychmiast brzytwę i odskoczył do ściany. Wielki kombinator wydał dźwięk podobny do tego, który sprawia zlew kuchenny, wsysający resztki wody. Hipolitowi Matwiejewiczowi udało się nie zababrać krwią. Worobjaninow, ocierając się marynarką o kamienną ścianę przekradł się do niebieskich drzwi i na chwilę znów spojrzał na Ostapa. Ciało jego dwukrotnie wygięło się i spadło ku poręczom. Światło uliczne płynęło po czarnej kałuży, która powstała na podłodze.

„Co to za kałuża?” — pomyślał Hipolit Matwiejewicz. — „Tak, tak, to krew... Towarzysz Bender umarł...”

Worobjaninow odwinął zakrwawiony trochę ręcznik, cisnął go, potem ostrożnie położył brzytwę na podłogę i oddalił się, cichutko zamknąwszy drzwi.

Wielki kombinator umarł na progu szczęścia, które sobie wyimaginował.

Hipolit Matwiejewicz, znalazłszy się na ulicy, zasępił się i mrucząc: „Wszystkie brylanty są moje, a wcale nie sześć procent”, poszedł na plac Kaławczewski.

Przy trzecim oknie od frontowej bramy Domu Kolejarzy zatrzymał się Hipolit Matwiejewicz. Lustrzane okna nowego gmachu perliły się w brzasku wschodzącego dnia. W wilgotnem powietrzu słychać było przytłumione dźwięki manewrujących parowozów. Hipolit Matwiejewicz wdrapał się zgrabnie na gzyms, pchnął framugę okienną i bez hałasu skoczył na korytarz.

Łatwo orjentując się w szarzejących już zwolna salach klubowych, przedostał się Hipolit Matwiejewicz do gabinetu szachowego i, zahaczywszy o wiszący na ścianie portret Emanuela Laskera, podszedł do krzesła. Nie spieszył się. Nie miał się dokąd spieszyć. Nikt go nie ścigał. Grossmeister O. Bender spał snem wieczystym w różowym domku na Siwcewym Wrażku.

Hipolit Matwiejewicz usiadł na podłodze, objął żylastemi nogami krzesło i z zimną krwią, jak dentysta, zaczął po kolei wyrywać z krzesła miedziane gwoździki. Na sześćdziesiątym drugim gwoździu skończyła się praca. Angielski kreton i rogoża leżały sobie całkiem swobodnie na krześle. Wystarczyło podnieść je tylko, by ujrzeć futerały, futeraliki i skrzyneczki pełne drogocennych kamieni.

„Zaraz na auto”, — pomyślał Hipolit Matwiejewicz, który mądrości życiowej uczył się w szkole wielkiego kombinatora, — „na dworzec i do polskiej granicy. Za bylejaki kamuszek przeszwarcują mnie na tamtą stronę, a tam...”.

I Hipolit Matwiejewicz, pragnąc jaknajszybciej zobaczyć, co będzie „tam”, zerwał z krzesła kreton i rogożę.

Oczom jego ukazały się sprężyny, wspaniałe angielskie sprężyny i włosie, bajeczne włosie w przedwojennym gatunku, jakiego teraz nigdzieby się nie dostało. Lecz nic więcej w krześle nie było.

Hipolit Matwiejewicz porozrzucał machinalnie włosie i całe pół godziny przesiedział, nie wypuszczając krzesła z kurczowego uścisku nóg, bezbarwnie przy tem powtarzał:

— Dlaczego nic tu niema? To niemożliwe! To niemożliwe.

Było już prawie jasno, gdy Worobjaninow, cisnąwszy wszystko tak, jak stało, zapomniawszy obcęgów i czapki ze złotą odznaką nieistniejąceg o jacht-klubu, wylazł oknem niezauważony przez nikogo, na ulicę.

— To niemożliwe! — powtarzał, opuściwszy Dom Kolejarzy. — To niemożliwe! Pokrzykiwał zrzadka i chwytał się za mokrą od rannej rosy głowę.

Rozpamiętując wszystkie zdarzenia tej nocy, potrząsał siwemi kosmykami włosów.

Brylantowe podniecenie okazało się zbyt silnym środkiem. Postarzał się nagle w ciągu pięciu minut.

— Chodzą tu ano, chodzą rozmaici — usłyszał Worobjaninow nad uchem.

Ujrzał stróża nocnego w ubraniu z żaglowego płótna i w wysokich butach. Stróż był już wiekowy i jak widać, wielce dobroduszny.

— Ano chodzą i chodzą — gawędził życzliwie stary, któremu uprzykrzyła się najpewniej nocna samotność — i wy, towarzyszu, także interesujecie się. I słusznie. Klub mamy prawdziwie niezwykły.

Hipolit Matwiejewicz patrzył boleśnie na rumianą twarz staruszka.

— Tak — rzekł stary — niezwykły jest ten klub. Drugiego takiego nigdzie niema.

— A cóż w nim takiego niezwykłego? — spytał z namysłem Hipolit Matwiejewicz.

— Ano — zaczął stary — będzie już dziesięć lat, jak jestem tu stróżem, a takiego zdarzenia jeszcze nie było. Posłuchaj tylko, żołnierzyku. Ano był tu zawdy klub, wiadomo jaki, pierwszej sekcji służby ruchu, ja go, uważacie, pilnowałem. Do niczego był ten klub... opalali go, opalali i — nie mogli poradzić. A towarzysz Krasilnikow podchodzi do mnie — „gdzie, peda, podziewasz drzewo?”. A cóż to — jem je, czy co? Krzątał się towarzysz Krasilnikow koło klubu — tam wilgoć, tu zimno, dla orkiestry dętej miejsca niema, z teatrem też krucho — marzną i marzną panowie artyści. Pięć lat starano się o kredyty na nowy klub, ale nie wiem, co z tem było. Dor-prof-soz nie zatwierdził kredytów. Dopiero na wiosnę kupił uważacie, towarzysz Krasilnikow krzesła do sceny, ładne, mięciutkie krzesło...

Hipolit Matwiejewicz słuchał całem ciałem niemal kładąc się na stróża. Był nawpół przytomny. A stary radośnie śmiejąc się, opowiadał, jak kiedyś wgramolił się na to właśnie krzesło, by wykręcić żarówkę i stoczył się z niego.

— Z krzesła tego ześlizgnąłem się, pękło przytem obicie. I patrzę — a tu z pod obicia szkiełka sypią się, i perły białe na nitkę nanizane.

— Perły, — pisnął stary z zachwytem — patrzę żołnierzyku mój, dalej, a tam pudełka jeszcze rozmaite. Pudełek tych ani nawet nie ruchałem. Poszedłem, uważacie, zaraz wprost do towarzysza Krasilnikowa i zameldowałem. To samo zameldowałem potem komisji. Nie ruchałem ja tych pudełków, całkiem nie ruchałem. I dobrze, żołnierzyku, zrobiłem, bo znaleziono tam kosztowności, ukryte przez burżuazję.

— Gdzież te kosztowności? — wrzasnął marszałek.

— Gdzie, gdzie — przedrzeźniał stary — trzeba ano, żołnierzyku, mieć głowę na karku. Tu są!

— Gdzie? Gdzie?

— Toż tutaj są! — krzyknął zarumieniony stróż, ciesząc się z osiągniętego efektu — Tutaj są. Przetrzyj okulary! Klub za nie zbudowano, żołnierzyku! Widzisz? Tu jest ten klub! Centralne ogrzewanie, szachy z zegarem, bufet, teatr, w kaloszach nie wpuszczają!...

Hipolit Matwiejewicz zlodowaciał i nie ruszając się z miejsca, wodził wzrokiem po gzymsach.

A więc tu jest skarb madame Pietuchowej!

Oto jest tu taj calutkie sto pięćdziesiąt tysięcy rubli, piękna sumka, jak zwykł mawiać zabity Ostap - Sulejman – Berta – Marja Bender!

Brylanty przekształciły się w ogromne frontowe tafle szklane i płaty żelazo - betonu, chłodne sale gimnastyczne powstały z pereł.

Djamentowy djadem przekształcił się w salę teatralną ze sceną obrotową, rubinowe wisiorki rozrosły się w wysadzane szmaragdami żyrandole, złote żmije bransolet zamieniły się na wspaniałą bibljotekę, a kolja przerodziła się w żłobek dla dzieci, klub szachistów i bilard.

Skarb został, był zachowany, powiększył się nawet. Można go było dotknąć rękoma, lecz nie można go było zabrać. Przeszedł na służbę do innych ludzi.

Hipolit Matwiejewicz dotknął ręką granitowej fasady. Zimno kamienia przeniknęło aż do serca. Krzyknął.

I krzyk jego — wściekły, namiętny i dziki, krzyk postrzelonej śmiertelnie wilczycy — wybiegł na środek placu, rzucił się na most i wtłoczony w rozgwar budzącego się miasta, zaczął milknąć i po chwili skonał...

Wspaniały ranek jesienny stoczył się z mokrych dachów na ulice Moskwy. Miasto ruszyło w codzienną swą drogę...


KONIEC.





Przypisy

  1. Miest - Kom komitet miejscowy.
  2. Urząd stanu cywilnego.
  3. Przyrząd do mierzenia kątów używany do pomiarów astronomicznych i geodezyjnych.
  4. Kierownik działu gospodarczego.
  5. Korekta błędu w druku: brak tekstu oryginalnego.
  6. d. arystokratyczna dzielnica Moskwy.
  7. Korekta błędu w druku: brak tekstu oryginalnego.
  8. Kelner.
  9. korespondentów robotniczych.
  10. gra słów: grib (grzyb) i gripp (gryppa).
  11. Strój wieśniaczek — długa suknia bez rękawów, zapinana z przodu na guziki.
  12. Zaw-choz — kierownik gospodarczy.
  13. woda mineralna.
  14. Arba — wóz góralski.