500 miljonów Begumy/02

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział I 500 miljonów Begumy • Rozdział II • written by Juliusz Verne Rozdział III
Rozdział I 500 miljonów Begumy
Rozdział II
written by Juliusz Verne
Rozdział III
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział II
Dwaj koledzy.

Oktawjusz Sarrasin nie był właściwie leniwym. Nie był też ani głupcem, ani nie odznaczał się specjalnym rozumem; nie był pięknym, ale nie był brzydkim, ani małym, ani wielkim, ani brunetem, ani blondynem. Był szatynem i pod każdym względem zaliczał się do ludzi przeciętnych. W gimnazjum dostał drugą nagrodę i dwie czy trzy pochwały. Maturę zdał bez odznaczenia. Za pierwszym razem został odrzucony na konkursie Szkoły Sztuk Pięknych; za drugim razem przyjęto go ze 127 lokatą. Posiadał chwiejny charakter; był to jeden z tych umysłów, co zadawalniają się niezupełną pewnością, którym zawsze wystarcza prawdopodobieństwo i którzy przechodzą przez życie jak światło księżycowe. Ten rodzaj ludzi jest w ręku przeznaczenia tem, czem jest korek rzucony na falę. Pędzą do równika lub do bieguna, stosownie do tego, jak wiatr wieje, z północy czy z południa. Przypadek tylko stanowi o ich losie. Gdyby doktór Sarrasin nie łudził się trochę co do charakteru swego syna, możeby się zawahał przed napisaniem do niego listu, który czytaliśmy przed chwilą, ale najzdrowsze nawet umysły zdolne są do rodzicielskiego zaślepienia.

Szczęśliwym trafem, na samym początku swego wychowania Oktawjusz dostał się pod władzę natury energicznej, której wpływ trochę tyrański ale dobroczynny ujarzmił go przemocą. W liceum Charlemagne, gdzie go ojciec umieścił dla dokończenia nauk, Oktawjusz zawarł ścisłą przyjaźń z jednym ze swych kolegów, alzatczykiem, Marcelim Bruckman’em, który chociaż młodszy od niego o rok, przewyższył go wkrótce nietylko siłą fizyczną, ale też umysłową i moralną.

Marceli Bruckman został sierotą mając lat dwanaście i odziedziczył małą sumkę, która wystarczała zaledwie na opłacenie kolegjum. Gdyby nie Oktawjusz, który zabierał go z sobą na wakacje do rodziców, Marceli nie mógłby nigdy wyjść poza mury kolegjum. Wskutek tego rodzina doktora Sarrasin’a stała się rodziną młodego alzatczyka. Mimo chłodnej powierzchowności Marceli miał tkliwy charakter i osądził, że odtąd całe jego życie powinno należeć do tych poczciwych ludzi, którzy zastąpili mu ojca i matkę. To naturalnie doprowadziło do tego, że uwielbiał doktora Sarrasin’a, jego żonę i śliczną i poważną ich córeczkę i serce jego otworzyło się dla nich na nowo, jak gdyby wrócił do lat dziecinnych. Wdzięczności swej nie dowodził słowami. Wziął sobie za obowiązek odpłacać dzieciom to, co winien był rodzicom; w Joannie, która lubiła naukę, starał się wyrobić zdrowy rozsądek, umysł silny i stały: z Oktawjusza usiłował zrobić człowieka, godnego następcę tego, który był jego ojcem. Trzeba wyznać, że ostatnie zadanie było o wiele trudniejsze, Joanna, jak na swój wiek, przewyższała brata tak pod względem umysłu jak charakteru. Ale Marceli postanowił dopiąć podwójnego celu.

Marceli Bruckman był jednym z owych walecznych i roztropnych wojowników, których Alzacja corocznie wysyła na plac wielkiego paryskiego boju. Dzieckiem jeszcze będąc, odznaczał się giętkością i siłą muskułów, tak jak żywością umysłu. Moralnie był cały odwagą. i wolą; fizyczna zaś budowa jego składała się z samych kątów prostych. Już w kolegjum dręczyła go żądza celowania we wszystkiem, tak w piłce, jak w obozie, tak w sali gimnastycznej, jak w laboratorjum chemicznem. Zdawało mu się, że stracił rok, jeżeli zabrakło mu jednej z rocznych nagród. Mając lat dwadzieścia, był ogromnej budowy, silny rozwinięty, pełen życia i ruchu, stanowił obraz prawdziwej maszyny organicznej o maksimum natężenia i czynności. Inteligentna głowa jego zwracała już wówczas uwagę poważnych umysłów. Do szkoły Głównej wstąpił w tym samym roku, co i Oktawjusz, wszedł do niej z drugą lokatą, ale postanowił ukończyć już z pierwszą.

Zresztą przyjęcie swe do szkoły Oktawjusz zawdzięczał także wytrwałej i wystarczającej dla dwóch energji Marcelego. Ten przez cały rok napędzał go do pracy i zmuszał niejako do powodzenia. Miał on dla tej natury słabej i chwiejnej uczucie przyjaznej litości, podobnej do tego, jakie mógłby odczuwać lew względem szczeniaka. Przyjemnie mu było wzmacniać swą siłą tę anemiczną roślinę, doprowadzać ją przy sobie do kwitnienia i owocowania.

Wojna 1870 roku zastała obu przyjaciół w chwili, kiedy składali egzaminy. Zaraz nazajutrz po zamknięciu konkursu, przejęty patrjotyczną boleścią i doprowadzony do rozpaczy niebezpieczeństwem, które groziło Strasburgowi i Alzacji, Marceli zaciągnął się do 31 bataljonu strzelców pieszych. Oktawjusz poszedł zaraz za jego przykładem.

Obydwaj razem odbyli na forpocztach Paryża kampanję oblężenia. Marceli dostał kulę w prawę ramię i pod Buzenwol awansował na oficera. Oktawjusz nie zdobył dla siebie ani rany ani szlify. Prawdę mówiąc, nie jego w tem była wina, bo zawsze szedł w ogień za przyjacielem, co prawda o sześć metrów z tyłu, ale szedł. Ale właśnie te sześć metrów stanowiły wszystko.

Od czasu, gdy nastał pokój, a z nim wrócono do zwykłych prac, dwaj przyjaciele mieszkali razem w dwóch przyległych sobie pokojach skromnego domu, znajdującego się nieopodal od szkoły. Nieszczęście Francji, odpadnięcie Alzacji i Lotaryngji, wycisnęły na charakterze Marcelego piętno przedwczesnej męskiej dojrzałości.

– Obowiązkiem młodzieży francuskiej, – mawiał, – jest, naprawić błędy ojców swoich, a dokonać tego można jedynie zapomocą pracy.

Wstawał o godzinie piątej i zmuszał do tego również Oktawjusza. Ciągnął go na kursy; wyszedłszy z nich, nie opuszczał go ani na chwilę. Wracali do siebie i zasiadali do pracy, przeplatając ją tylko czasem fajeczką, czasem filiżanką kawy. Kładli się o godzinie dziesiątej, zadowoleni z dobrze spędzonego dnia.

Od czasu do czasu partja bilardu, dobrze wybrane widowisko teatralne, niekiedy koncert w konserwatorjum, konna przejażdżka, aż do lasu Verriéres, przechadzka po lesie, dwa razy na tydzień ćwiczenia w boksowaniu lub fechtunku, oto były ich rozrywki. Chwilami Oktawjusz okazywał chętkę do buntu i z zazdrością patrzał na przyjemności mniej godne pochwały. Mówił, że trzeba odwiedzić Arystyda Lerense, który „uczył się prawa” w piwiarni Saint-Michel. Ale Marceli tak ostro szydził z owych zachcianek, że najczęściej same przez się mijały.

Dnia 29 października 1871 r., około godziny siódmej wieczór, dwaj przyjaciele siedzieli obok siebie przy jednym stole i przy jednej wspólnej lampie. Marceli duszą i ciałem pogrążył się w niezmiernie ciekawem zadaniu geometrji wykreślnej. Oktawjusz, z religijnym namaszczeniem zajmował się robieniem kawy, co w jego oczach było rzeczą o wiele ważniejszą. Był to jeden z niewielu przedmiotów, w których celował, jak sobie pochlebiał, może dlatego, iż dawało mu to codziennie możność przerwania na kilka chwil niemiłej pracy rozwiązywania równań, której jak mu się zdawało, Marceli trochę nadużywał. Kropla za kroplą spuszczał wrzącą wodę na grubą warstwę sproszkowanej mokki i spokojne zadowolenie, jakie przytem odczuwał, wystarczało mu zupełnie. Ale widok pracującego Marcelego, budził w nim wyrzuty sumienia, więc usiłował przeszkadzać mu swoim paplaniem.

– Dobrzebyśmy zrobili, gdybyśmy kupili ulepszoną maszynkę do kawy, – rzekł nagle. – Ten starożytny filtr nie licuje z współczesną cywilizacją.

– Kup maszynkę! Może nie będziesz wtedy tracił co wieczór godziny na przygotowanie kawy.

I Marceli wrócił do swego zadania.

– Wnętrze sklepienia tworzy elipsoida o trzech nierównych osiach. Niech A B D E będzie elipsą dajacą początek, której oś największa o A = a, oś średnia o B = b, oś najmniejsza o, o’ c’ jest poziomą i równą c’, co czyni sklepienie zniżonem ku środkowi…

Wtem zastukano do drzwi

– List do pana Oktawjusza Sarrasin’a, – rzekł służący.

Można sobie wyobrazić, z jaką radością młody student powitał tę rozrywkę.

– Od mego ojca, – rzekł. – Poznaję pismo… To przynajmniej jest list – dodał, ważąc w ręku paczkę papierów.

Marceli wiedział, że doktór bawi w Anglji, bo przed tygodniem, będąc przejazdem w Paryżu, ugościł obu przyjaciół w restauracji Palais-Royal, słynnej niegdyś, ale teraz wyszłej już z mody!

Doktór Sarrasin uważał ją jednak zawsze za szczyt wykwintnego smaku paryskiego.

– Powiesz mi, czy ojciec pisze co o kongresie hygieny, – rzekł Marceli. – Dobra to była myśl, że pojechał do Brigthon. Uczeni francuscy są zanadto skłonni do odosobnienia się.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 05.jpg

I Marceli znów wrócił do swego zadania.

– Wewnętrzną wypukłość utworzy elipsoida podobna do pierwszej, mająca środek poniżej o’ na poziomej o. Oznaczywszy ogniska F 1, F 2, F 3, trzech głównych elips, wykreślamy elipsę i hiperbolę pomocniczą, których wspólne osie…

Tu na wykrzyknik Oktawjusza, podniósł głowę.

– Co takiego? – spytał trochę zaniepokojony, widząc, że przyjaciel jego zbladł.

– Czytaj – odpowiedział Oktawjusz.

Marceli wziął list, przeczytał go do końca raz, i drugi, spojrzał na załączone dokumenty i rzekł:

– To ciekawe!

Potem nałożył sobie fajkę i spokojnie zapalił ją. Oktawjusz nie spuszczał z niego oka.

– Myślisz, że to prawda? – rzekł niepewnym głosem.

– Czy prawda?… Widocznie, że tak. Twój ojciec ma za wiele zdrowego rozsądku, by miał mówić coś podobnego, nie mając zupełnej pewności. Zresztą dowody są tutaj, a przytem rzecz jest w istocie zupełnie prosta.

Fajka paliła się doskonale. Marceli zabrał się znowu do pracy.

Oktawjusz stał z opuszczonemi rękami, nie mogąc nawet dokończyć swojej kawy, a tembardziej logicznie powiązać dwóch myśli.

Ale musiał mówić, by upewnić się, że nie marzy.

– Jeśli to prawda, to rzecz niesłychana!… Pół miljarda jest ogromną fortuną!

Marceli podniósł głowę i powiedział:

– Ogromną w istocie. Nie ma drugiej podobnej we Francji; w Stanach Zjednoczonych, jest ich tylko kilka, w Anglji zaledwie pięć lub sześć, a naogół piętnaście lub dwadzieścia na całym świecie.

– A w dodatku tytuł! – dodał Oktawjusz, – tytuł baroneta! Nie dlatego, żebym kiedy pragnął czegoś podobnego, ale ponieważ teraz trafia się, więc przyznaję, że zawsze to wspanialej, niż nazywać się poprostu Sarrasin’em.

Marceli wypuścił kłąb dymu i nie wyrzekł ani słowa. Ten kłąb dymu wyraźnie mówił: – A ja gwiżdżę na to.

– Pewno, iże nie dodałbym do swego nazwiska nieistniejącego przydomku lub urojonej korony. Ale posiadać prawdziwy tytuł autentyczny, wyraźnie wpisany do „Księgi parów” Wielkiej Brytanji i Irlandji, tytuł niepodlegający żadnej wątpliwości, żadnemu zaprzeczeniu, jak się to często zdarza…

Fajka wciąż powtarzała swoje: – gwiżdżę na to, mój kochany!

– Mów sobie, co chcesz, – odparł Oktawjusz z przekonaniem, – ale błękitna krew coś znaczy, jak powiadają Anglicy.

Widząc, że Marceli rzuca na niego szydercze spojrzenie, zatrzymał się i zwrócił się do miljonów.

– Czy pamiętasz, – mówił – jak Binôme, nasz profesor matematyki, rok rocznie powtarzał w czasie swego pierwszego wykładu numeracji, że pół miljarda jest zanadto wielką sumą, by umysł ludzki mógł wyrobić sobie o niej chociażby przybliżone pojęcie, gdyby nie miał do pomocy liczb? Czy pojmujesz, że gdyby jeden człowiek rachował po jednym franku na minutę, zużyłby więcej niż tysiąc lat na wypłacenie takiej sumy! Doprawdy jakie to dziwne uczucie, móc powiedzieć, że się jest dziedzicem pół miljarda franków!

– Pół miljarda franków! – zawołał Marceli, więcej poruszony nazwą rzeczy, niż samą rzeczą, – A wiesz, cobyście z tem mogli zrobić najlepszego? Oto oddać je Francji na zapłacenie okupu! W takim razie zostałoby jej tylko dziewięć razy tyle do zapłacenia!…

– Tylko zmiłuj się, nie podawaj ojcu tej myśli!… – zawołał Oktawjusz. – Gotów byłby zgodzić się na nią, widzę już i bez tego, że układa po swojemu jakiś tam projekt!… Dosyć będzie, jeżeli kapitał umieści się w banku; niech przynajmniej procent zostanie dla nas!

– Urodziłeś się na kapitalistę, a do dzisiejszego dnia nie domyślałem się tego. Tak zdaje mi się, że jeżeli nie dla twojego ojca, który ma umysł zdrowy, to dla ciebie lepiej byłoby, gdyby spadek był cokolwiek mniejszych rozmiarów. Wolałbym, żebyś mógł podzielić się z twoją siostrzyczką dwudziestu pięciu tysiącami ludwików dochodu, niż tą górą złota!

I wrócił do pracy.

Co do Oktawjusza, ten nie był w stanie robić cokolwiek; tak się rzucał i kręcił po pokoju, że Marceli zniecierpliwiony – rzekł do niego:

– Zrobiłbyś lepiej, gdybyś poszedł przejść się. Widocznie do niczego już dzisiaj nie jesteś zdolny.

– Masz słuszność, – odpowiedział Oktawjusz, chwytając z radością to pozwolenie zaniechania wszelkiej pracy.

I porwawszy kapelusz, szybko zbiegł ze schodów i znalazł się na ulicy. Zaledwie uszedł dziesięć kroków, zatrzymał się przy gazowej latarni i odczytał list ojca. Chciał się upewnić, że nie marzy.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 06.jpg

– Pół miljarda!… pół miljarda!… – powtarzał. – To znaczy przynajmniej dwadzieścia miljonów dochodu!… Gdyby ojciec dał mi tylko jeden miljon, jako pensję, tylko pół miljona, tylko ćwierć, to jeszcze będę bardzo szczęśliwy! Tak wiele zrobić można, mając pieniądze! Jestem pewien, że potrafię ich dobrze użyć. Nie jestem głupcem. Kto był przyjęty do Politechniki!… W dodatku tytuł… Potrafię go nosić!

Przechodząc koło magazynów, przypatrywał się sobie, w zwierciadlanych szybach wystawowych.

– Będę miał pałac, konie! – Marceli będzie miał także konie. Oczywiście, jeżeli ja jestem bogaty, to tak, jakby on sam miał pieniądze. A jak to w porę przyszło!… Pół miljarda!… Baronet!… To zabawne; teraz kiedy się stało, zdaje mi się, że spodziewałem się tego. Przeczuwałem, że nie będę wiecznie ślęczał nad książkami i rysunkami. Bądź co bądź świetny sen!

Snując słodkie projekty, Oktawjusz posuwał się ulicą Rivoli. Przeszedł pola Elizejskie, minął ulicę Royal i wkroczył na bulwar. Na piękne wystawy patrzał kiedyś z obojętnością, jako na rzeczy błahe i nie mające znaczenia dla niego. Teraz zatrzymał się przed niemi i z uczuciem żywej radości pomyślał, że wszystkie te skarby należałyby do niego, gdyby tego zapragnął.

– Dla mnie, – mówił sobie, – prządki Holandji kręcą swoje wrzeciona; fabryki Ellboeuf tkają najmiększe sukna; zegarmistrze robią swoje chronometry; dla mnie żyrandole w operze snują kaskady świateł, dla mnie gra muzyka i śpiewają soliści! Dla mnie w maneżach ujeżdżają wierzchowce czystej krwi, dla mnie oświetlają Kawiarnię Angielską. Paryż należy do mnie!… Wszystko dla mnie!… Może będę podróżował? Może zwiedzę swoje posiadłości w Indjach?… Może kiedyś, kiedyś zechce mi się pagody, z bonzami i bóżkami z kości słoniowej. Będę polował na tygrysy!… A piękna broń!… A śliczna łódź!… Łódź? nie! piękny i dobry parowy jacht, który zawiezie mnie, gdzie zechcę i będzie zatrzymywał się lub płynął, gdzie mi się podoba!… A propos, mam zawiadomić o tem wszystkiem matkę. Może pojechać do Douai!… Ale Politechnika! Och! Politechnika może się obejdzie bez niej!… Ale Marceli! trzeba go zawiadomić. Poszlę mu depeszę. Zrozumiałe, że w takiej okoliczności pilno mi zobaczyć się z matką i siostrą.

Oktawjusz wszedł do biura pocztowego i zawiadomił swego przyjaciela, że wyjeżdża i że wróci za dwa dni. Potem zawołał dorożkę i kazał się zawieźć na dworzec północny.

Gdy tylko znalazł się w wagonie, znowu zaczął snuć swoje marzenia.

O drugiej po północy dzwonił już z całej siły do ojcowskiego domu i poruszył tem całą spokojną dzielnicę Aubettes.

– Kto zachorował? – pytały się kumoszki, rozmawiając z sobą przez okna.

– Niema doktora w domu! – zawołała stara sługa z okienka na ostatniem piętrze.

– To ja Oktawjusz!… Otwórz mi Franciszko!

W dziesięć minut potem Oktawjusz wszedł wreszcie do domu. Matka i siostra jego, Joanna, włożywszy naprędce szlafroczki zbiegły do jadalni pytając niespokojnie, co znaczą te niespodziewane odwiedziny.

List doktora, głośno odczytany, wyjaśnił tajemnicę.

Pani Sarrasin, olśniona na chwilę, uściskała, płacząc z radości, syna i córkę. Zdawało jej się, że świat do nich należeć będzie i że nieszczęście nigdy nie dotknie ludzi, posiadających kilka miljonów. Jednakże kobiety łatwiej, niż mężczyźni oswajają się z wielkiemi zmianami losu. Pani Sarrasin odczytała list męża, pomyślała sobie, że właściwie do niego należy kierowanie, tak jej własnym życiem, jak i życiem dzieci i spokój wrócił do jej serca. Co do Joanny, ta cieszyła się radością matki i brata; ale wyobraźnia trzynastolatki nie roiła większego szczęścia nad posiadanie małego, skromnego domku, w którym pędziłoby się beztroski żywot wśród zabaw i pieszczot rodzicielskich. Nie bardzo rozumiała jakim sposobem kilka paczek banknotów, może zmienić życie i przypuszczenie to nie niepokoiło jej, ani na chwilę.

Pani Sarrasin, młodo poślubiona człowiekowi całkowicie oddanemu nauce, szanowała zapatrywania męża, którego bardzo kochała, niezbyt go jednak rozumiejąc. Nie mogąc dzielić szczęścia, jakie umiłowana nauka dawała doktorowi Sarrasinowi, czuła się niekiedy osamotnioną i wszystkie wolne chwile poświęcała dzieciom. Marzyła o świetnej przyszłości dla nich. Sądziła, że Oktawjusz zrobi olśniewającą karjerę.

Od czasu, gdy wstąpił do Politechniki, skromna ta uczelnia urosła w jej oczach do rozmiarów prawdziwej potęgi naukowej, produkującej nadludzi. Niepokoiła ją jedynie myśl, że niewielkie fundusze, któremi rozporządzał doktór Sarrasin, mogą jeśli nie przeszkodzić, to w każdym razie utrudnić świetną karjerę syna i zaszkodzić dobremu zamążpójściu córki. Z listu męża wywnioskowała, że obawy te zostały raz na zawsze usunięte. Czuła się więc zupełnie zadowoloną i nieomal szczęśliwą z tego obrotu rzeczy.

Matka i syn spędzili część nocy na rozmowie i tworzeniu projektów; tymczasem Joanna, zadowolona z teraźniejszości, spokojna o przyszłość zasnęła w fotelu.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 07.jpg

W chwili, gdy i oni mieli się już udać na spoczynek, pani Sarrasin rzekła do syna:

– Nie mówisz o Marcelim. Czy nie zawiadomiłeś go o liście ojca? Co on na to?

– Och, – odparł Oktawjusz, – zna mama Marcelego! To więcej niż filozof, to prawdziwy stoik! Zdaje się, że myśl o olbrzymim spadku przeraża go trochę. O ojca jest spokojny, gdyż wierzy w jego zdrowy rozsądek i wiedzę, ale obawia się, żeby nam nie pomieszało się w głowie. Nie taił zupełnie, że wolałby, żebyśmy dostali mniejszą fortunę, taką naprzykład, która mogłaby przynieść jakie dwadzieścia pięć tysięcy ludwików rocznego dochodu…

– Może Marceli ma słuszność, – powiedziała pani Sarrasin, patrząc na syna. – Nagła fortuna może być bardzo niebezpieczną dla pewnych charakterów.

W tej właśnie chwili obudziła się Joanna. Słysząc ostatnie słowa matki, odezwała się przecierając oczy:

– Pamięta mama, co to mama mówiła kiedyś, że Marceli ma zawsze rację? Ja tam wierzę Marcelemu.

I pocałowawszy matkę odeszła do swego pokoju.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top