500 miljonów Begumy/03

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział II 500 miljonów Begumy • Rozdział III • written by Juliusz Verne Rozdział IV
Rozdział II 500 miljonów Begumy
Rozdział III
written by Juliusz Verne
Rozdział IV
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział III
Kronika.

Doktór Sarrasin przybył na czwarte posiedzenie Kongresu Hygieny. Już w przejściu zauważył, że wszyscy koledzy przyjmują go z oznakami niezwykłego szacunku. Szlachetny lord Glandover, kawaler orderu Podwiązki, przewodniczący zgromadzenia, zaledwie dostrzegał dotąd obecność francuskiego doktora.

Lord ten, była to wspaniała postać, której rola polegała na otwieraniu i zamykaniu posiedzeń i na mechanicznem udzielaniu głosu mówcom. Listę mówców kładł przed nim usłużny sekretarz. Prawą rękę trzymał zwykle za klapą zapiętej marynarki – nie dlatego, że kiedyś spadł z konia – lecz jedynie dlatego, że widział w podobnej postawie kilka posągów zasłużonych mężów stanu.

Blada i starannie wygolona twarz, upstrzona czerwonemi plamami, oraz peruka, ułożona w pretensjonalny czub nad pustem najwidoczniej czołem, uzupełniały tę nadętą i niezmiernie sztywną postać. Poruszał się lord Glandover tylko całą figurą, jakby był z drzewa lub kartonu. Oczy jego obracały się w oczodołach ruchem urywanym, jak u lalki lub manekina.

Gdy doktór Sarrasin został mu przedstawiony po raz pierwszy, przewodniczący Kongresu Hygieny, ukłonił mu się protekcjonalnie, jakby chciał powiedzieć:

– Dzień dobrym, panie Zero! A więc to dobrodziej, pragnąc zarobić na swe mizerne życie, wyrabia i opisuje maszynki do …hm!… liczenia krwi? Muszę mieć doprawdy dobry wzrok, jeśli spostrzegam istotę stojącą na tak niskim szczeblu towarzyskim… Usiądź waćpan w cieniu mojej jaśnie pańskiej osoby; udzielam łaskawego zezwolenia.

Tym razem lord Glandover powitał doktora najmilszym uśmiechem i posunął swą grzeczność do tego stopnia, że wskazał mu próżne krzesło, stojące po jego prawicy. Jednocześnie, wszyscy członkowie Kongresu powstali przed doktorem.

Zdziwiony tem wyjątkowo pochlebnem przyjęciem doktór Sarrasin zajął wskazane sobie miejsce. Początkowo przypuszczał, że koledzy, po dłuższem zastanowieniu, uznali epokowość tego wynalazku.

Ale wszystkie te zdziwienia wynalazcy pierzchły, gdy lord Glandover, zginając się we dwoje, tak że gwałtowne skrzywienie pleców groziło Jego Excelencji, zwichnięciem kręgosłupa, rzekł pochylając się do ucha doktora:

– Dowiaduję się, że odziedziczył pan znaczną posiadłość? Mówiono mi, że wart pan jest dwadzieścia jeden miljonów funtów szterlingów? Czy to prawda?

Lord Glandover, był, jak się zdaje, mocno zmartwiony, że tak lekko traktował domniemanego właściciela tej okrągłej sumy. Cała jego postawa mówiła:

– Czemu pan mnie nie uprzedził o tem? Doprawdy, to bardzo nieładnie z pańskiej strony! Narażać ludzi na podobne omyłki!

Doktór Sarrasin, któremu się zdawało, że jego skromna osoba, nie podniosła się w cenie, ani o grosz od czasu poprzednich posiedzeń, zadawał sobie pytanie, jakim sposobem wiadomość o spadku zdążała się roznieść lotem błyskawicy, gdy sąsiad jego z prawej strony, doktór Ovidius z Berlina, rzekł uśmiechając się płasko i fałszywie:

– Słyszałem, że kolega zdystansował Morgana, Daily Telegraph pisze o tem cuda. Winszuję z całego serca!

I podał mu numer dziennika z datą tegoż dnia. W kronice ogólnej znajdował się ustęp, po którego stylu, łatwo się można było domyśleć autora.

Monstrualny spadek.

Dzięki umiejętnym poszukiwaniom p. p. Billows Green i Sharp, solicitors, Southampton row 93, London, został wreszcie odnaleziony prawny spadkobierca wakującej sukcesji po Begumie Gokoool. Szczęśliwym właścicielem dwudziestu miljonów funtów szterlingów, złożonych obecnie w depozycie Banku Angielskiego, jest pewien doktór francuski, nazwiskiem Sarrasin, którego piękny memorjał, odczytany na Kongresie Hygieny, oceniliśmy na tem miejscu przed trzema dniami. Poszukiwania spadkobiercy pochłonęły moc trudów, a mr. Sharp, który podjął się tego trudnego zadania, doznał tylu przygód, że możnaby z nich stworzyć sensacyjną powieść. Lecz koniec wieńczy dzieło. I oto panu Sharpowi udaje się, gdy zwątpił już prawie o powodzeniu, dowieść z największą pewnością, że jedynym żyjącym potomkiem Jana Jakóba Langévola, baroneta drugiego małżonka Begumy Gokool, jest doktór Sarrasin, rodem, jak się zdaje, z małego miasteczka francuskiego Bar-le-Duc. Pozostają do spełnienia tylko proste formalności. Podanie o wprowadzenie w posiadanie zostało już złożone do sądu. Dziwnym zbiegiem okoliczności skarby gromadzone przez drugi szereg radżów indyjskich, stały się, wraz z tytułem baroneta, udziałem skromnego uczonego francuskiego. Fortuna mogła się okazać mniej inteligentną; możemy sobie powinszować, że tak znaczny kapitał dostaje się do rąk, które potrafią z niego zrobić dobry użytek.

Doktór Sarrasin odczuł szczególną przykrość, dowiadując się, że nowina o spadku została już rozgłoszoną. Mając doświadczenie w tych sprawach przewidywał, że nie dają mu teraz spokoju różni natręci i jałmużnicy, a pozatem upokarzało go znaczenie, jakie nadawano spadkowi. Zdawało mu się, że wielka cyfra tego kapitału uczyniła jego własną osobę mniejszą i mniej znaczącą. Jego prace, jego zasługi osobiste – czuł to głęboko – tonęły w oceanie złota i srebra nawet w oczach kolegów. Nie widzieli w nim już niestrudzonego badacza, o wybitnej inteligencji, ani bystrego wynalazcy, ale poprostu pół miljarda. Gdyby był dzikim hotentotem, jednym z najnikczemniejszych okazów ludzkości, nie zaś jednym z wyższych ich przedstawicieli, wartość jego byłaby ta sama. Lord Glandover dobrze powiedział; miał odtąd wartość dwudziestu miljonów, ni mniej ni więcej.

Myśl ta wzbudzała w nim wstręt i kongres, który przypatrywał się z ciekawością jak wygląda właściciel pół miljarda, ze zdziwieniem zauważył, że twarz jego pokryła się smutkiem.

Było to jednak przemijające zjawisko. Natychmiast prawie wypogodził się; przypomniał sobie wielki cel, któremu postanowił poświęcić tę niespodzianą fortunę. Czekał zanim doktór Stevenson z Glaskowa dokończy czytania memorjału o Wychowaniu młodych idjotów, poczem poprosił o głos.

Lord Glandover dał mu go natychmiast, nawet przed doktorem Ovidiusem. Dałby mu go nawet, gdyby cały kongres oparł się temu, gdyby wszyscy uczeni Europy wystąpili razem przeciwko temu dowodowi łaski. Brzmiało to wyraźnie w tonie głosu prezesa.

– Panowie! – rzekł doktór Sarrasin – chciałem zaczekać jeszcze kilka dni, zanim was zawiadomię, o dziwnym losie, który mię spotkał i o szczęśliwych następstwach, jakie może to mieć dla nauki. Ale, ponieważ wypadek rozgłosił się już, nie widzę potrzeby ukrywania prawdy. Tak panowie, suma kilkuset miljonów, złożona obecnie w Banku Angielskim, prawnie spada na mnie. Czyż potrzebuję wam mówić, że fortunę tę uważam za powierzoną sobie tylko na korzyść nauki!… (Głębokie wrażenie). Nie do mnie z prawa należy ten kapitał, jest on własnością ludzkości, postępu!… (Wykrzykniki, żywiołowe oklaski. Zelektryzowany temi słowami kongres powstaje). Nie chwalcie mnie panowie. Nie znam ani jednego uczonego, godnego tej nazwy, który na mojem miejscu nie zrobiłby tego samego. Może niektórzy z panów pomyślą, że tak jak w wielu innych aktach woli ludzkiej i tutaj jest więcej miłości własnej niż poświęcenia. (Nie! nie!). Ale mniejsza o to! Patrzmy tylko na skutki. Oświadczam więc stanowczo i bez żadnego zastrzeżenia, że owe pół miljarda, które przypadek składa w moje ręce, stanowi własność nauki. Czy chcecie na wzór parlamentu uchwalić, na co ma być użyta ta suma? Nie ufam własnym siłom, nie chciałbym rozporządzać nią despotycznie. Czynię was sędziami w tej sprawie; wskażecie sami jaki najlepszy użytek mamy zrobić z tego skarbu!… (Brawo! Radosne okrzyki. Ogólny szał.)

Cały Kongres powstał. Niektórzy członkowie, uniesieni zapałem, powłazili na stoły. Profesor Turnbull z Glaskowa był bliski apopleksji. Doktór Cigogna z Neapolu poczerwieniał jak burak i brakło mu tchu. Jeden tylko lord Glandover zachował, jak przystało na wielkiego męża, spokój i rezerwę. Pozatem był przekonany, że doktór Sarrasin żartuje i że nie ma zamiaru wykonywania tego szalonego projektu.

– Jeśli pozwolicie mi, panowie – mówił dalej Sarrasin, gdy uciszono się trochę – jeśli pozwolicie mi, panowie, podać plan, który łatwo można rozwinąć i wydoskonalić, to powiem panom co mam na myśli.

Kongres, odzyskawszy wreszcie zimną krew, przysłuchiwał się z wielką uwagą.

– Panowie, wśród przyczyn powodujących choroby, nędzę i śmierć, jest jedna, mająca, jak sądzę, bardzo wielkie znaczenie; chcę mówić o opłakanych warunkach hygienicznych, w jakich większa część ludzi, spędza swe życie. Postępujący proces urbanizacji powoduje napływ do miast tłumów, które zajmują w nich mieszkania, pozbawione częstokroć powietrza i światła, tych dwóch niezbędnych czynników życia. To nagromadzenie ludności staje się niekiedy prawdziwem ogniskiem zarazy. Ci których śmierć tam ominie, ponoszą szkodę na zdrowiu; w ten sposób zmniejsza się zdolność do pracy wielu jednostek, na czem traci społeczeństwo. Dlaczego nie mielibyśmy spróbować przekonać ludzkości przy pomocy przykładu, eksperymentu, co znaczy hygiena w życiu codziennem? Dlaczego nie mielibyśmy, połączywszy wszystkie siły naszej wyobraźni, nakreślić planu wzorowego miasta, trzymając się przytem ściśle naukowych danych?… (Tak, tak! To prawda!) Dlaczego nie mielibyśmy poświęcić kapitału, który posiadamy, na budowę miasta, które stanowiłoby dla świata, praktyczną naukę… (Tak, tak! – żywiołowe oklaski).

Członkowie kongresu, jakgdyby dotknięci zaraźliwym szałem, ściskali się wzajemnie za ręce, chwycili doktora Sarrsina, podnieśli go wgórę i w tryumfie obnieśli dokoła sali.

– Panowie, – rzekł doktór, powróciwszy na katedrę, – miasto zdrowia i dobrobytu, może za kilka miesięcy stać się rzeczywistością; gdy plan nasz zostanie zrealizowany, wezwiemy wszystkie ludy by przyszły obejrzeć gotowe już dzieło; rozpowszechnimy we wszystkich językach plan jego i opis i zaprosimy do niego wszystkie uczciwe rodziny, które ubóstwo i brak pracy wygnały z przeludnionych krajów. Przygarniemy również rodziny – nie dziwcie się, że myślę o tem, – które musiały opuścić ojczyznę, wskutek przewrotów politycznych lub okupacji cudzoziemskiej. Ludzie ci, zmuszeni do okrutnej konieczności tułactwa, znajdą u nas możność zużytkowania swych sił i zastosowania zdolności umysłowych; przyniosą one nam z sobą bogactwa moralne tysiąc razy cenniejsze od kopalni złota i djamentów. Wybudujemy w naszem mieście obszerne szkoły, gdzie młodzież wychowana podług zasad rozwijających i równoważących wszystkie władze moralne, fizyczne i umysłowe, przygotuje dla ludzkości silne pokolenia na przyszłość! –

Niepodobna opisać szalonego wrzasku, jaki nastąpił po tych słowach. Oklaski, brawa, wykrzykniki, trwały więcej niż kwadrans.

Zaledwie doktór Sarrasin usiadł, gdy lord Glandover, pochylając się ku niemu, szepnął mu na ucho, mrugając oczyma:

– Dobra spekulacja!… Liczy pan na dochody z monopolu, hę?… Interes pewny, byle tylko był dobrze administrowany i byle na jego czele stali doświadczeni ludzie. Wszyscy słabi i rekowalescenci będą chcieli mieszkać we wzorowem mieście. Spodziewam się, że zachowa pan dla mnie jaki ładny plac, prawda?

Biedny doktór, dotknięty do głębi serca tem uporczywem przypisywaniem mu chciwości, chciał wkońcu odpowiedzieć szlachetnemu lordowi, gdy usłyszał, że wiceprezes stawia wniosek, o wyrażenie przez aklamację podziękowania dla autora projektu, wniesionego właśnie na zgromadzenie.

– Będzie to – mówi wiceprezes – wieczny honor dla kongresu w Brighton, że tak szczytna myśl powstała w jego łonie. Do powzięcia jej trzeba było wielkiego rozumu, wielkiego serca i wielkiej hojności. A jednak teraz gdy myśl powstała, wydaje się niemal dziwne, że nie wprowadzono jej dotychczas w czyn. Ile miljonów bezmyślnie wyrzuconych na wojnę, ile kapitałów użytych na śmieszne spekulacje, można było poświęcić na podobną próbę!

Kończąc swe przemówienie mówca zaproponował, by jako hołd oddany założycielowi nowego miasta uczczono je nazwą „Sarrasina”.

Wniosek jego przyjęto przez aklamację, ale musiano go cofnąć na żądanie samego doktora Sarrasin’a.

– Nie rzekł doktór – nazwisko moje nie ma z tem żadnego związku. Nie powinniśmy również przystrajać przyszłego miasta w jedną z owych nazw, które pod pozorem greckiego lub łacińskiego pochodzenia, nadają rzeczy lub istocie, co je nosi, cechę pedanterji. Będzie to miasto Dobrobytu, ale ja proszę, by imię jego było imieniem mojej ojczyzny, byśmy je nazwali Frankopolis.

Frankopolis było już założone w słowach; dzięki protokółowi, który miał zamknąć posiedzenie, miało też istnieć na papierze. Niezwłocznie przystąpiono do dyskusji nad głównymi artykułami projektu.

Pozostawmy kongres przy tem praktycznem zajęciu, tak różniącem się od czynności zaprzątających zwykle podobne zgromadzenia i podążmy krok w krok za losem kroniki, ogłoszonej przez Daily Telegraph.

Od 29 października wieczór, kronika ta dosłownie powtórzona przez dzienniki angielskie, zaczęła się pokazywać we wszystkich prowincjach Zjednoczonego Królestwa.

Pojawiwszy się w Gazette Hull, zajmowała górną część drugiej stronicy w jednym z numerów tego skromnego dzienniczka, który Mary Queen, trzymasztowiec obładowany węglem, przywiózł 1 listopada do Rotterdamu.

Natychmiast wycięta zręcznemi nożyczkami głównego redaktora i jedynego sekretarza dziennika Echo nederlandois, i przetłumaczona na język Cuyp’a i Polter’a, kronika przybyła 2 listopada na skrzydłach pary do Bremer Nachrichten. Tam przebrana tylko w nowe odzienie, ale w gruncie rzeczy wcale niezmieniona ukazała się w języku niemieckim. Musimy jednak zaznaczyć, że teutoński dziennikarz, zatytułowawszy tłumaczenie wyrazami: Eine übergrosse Erbschaft, nie bał się użyć zręcznego wybiegu i nadużywając łatwowierności swoich czytelników, dodał w nawiasie: Specjalna korespondencja z Brighton.

Bądź co bądź, anegdota prawem przywłaszczenia zamieniona w niemiecką, przybyła do redakcji okazałej Nord-Zeitung, która umieściła ją w drugiej kolumnie trzeciej stronicy, opuściwszy tylko tytuł, nadto szarlatański, dla tak poważnego organu.

I tak przeszedłszy wszystkie koleje kronika dostała się wreszcie 3 listopada wieczorem w ogromne ręce grubego saskiego kamerdynera, a z nim wstąpiła do gabinetu pana Schultze, profesora Uniwersytetu w Jenie.

Osobistość ta mimo wysokiego stanowiska, jakie zajmowała, nie miała w sobie, przynajmniej na pierwszy rzut oka nic nadzwyczajnego.

Był to mężczyzna czterdziestopięcio lub sześcioletni, dosyć wysokiego wzrostu, miał szerokie ramiona, silną budowę ciała, czoło było łyse, a trochę włosów które pozostały na tyle głowy i skroniach, przypominały barwę lniano-blond. Blado niebieskie oczy patrzyły nieruchomo i nigdy nie zdradzały powziętej myśli. Z oczu tych nie promieniowało najmniejsze światełko, a jednak spojrzenie ich niepokoiło; przejmowało obawą. Z poza wąskich ust, których głównem zajęciem musiało być liczenie słów, jakie przez nie przejść mogły, ukazywał się podwójny szereg straszliwych zębów, z tych co nigdy nie wypuszczają raz pochwyconej zdobyczy. Wszystko to składało się na całość, dosyć niepokojącą i nieprzyjemną dla innych; profesor był jednak zadowolony ze swego wyglądu.

Słysząc kroki służącego, podniósł oczy na kominek, popatrzył na bardzo ładny zegar stojący na nim, który zdawał się nie na swoim miejscu, między otaczającemi meblami i rzekł głosem raczej sztywnym, niż ostrym:

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 09.jpg

– Siódma za pięć minut! Gazeta przychodzi o pół do siódmej. Przynosisz mi ją dzisiaj o dwadzieścia minut później niż należało. Jeśli jeszcze raz położysz gazetę na moim stole po pół do siódmej, wyrzucę cię z miejsca.

– Czy będzie pan teraz jadł obiad? – spytał służący odchodząc.

– Mamy teraz siódmą za pięć, a ja jadam o siódmej! Powinieneś o tem wiedzieć, skoro służysz u mnie od trzech tygodni. Zapamiętaj sobie, że nigdy nie zmieniam raz postanowionych godzin i że nigdy nie powtarzam rozkazów.

Profesor położył dziennik na stole i zabrał się do pisania memorjału, który miał się ukazać nazajutrz w Annalen für Physiologie. Nie popełnimy żadnej niedelikatności, wymieniając tytuł tego memorjału:

Dlaczego wszyscy francuzi dotknięci są dziedzicznym zwyrodnieniem?

Podczas gdy profesor zajmował się pracą swoją, służący wniósł do pokoju obiad, złożony z ogromnego półmiska kiełbasy z kapustą i olbrzymiego kufla piwa; pocichu ustawił go na stoliku koło kominka i wymknął się z pokoju. Profesor położył pióro i zabrał się do jedzenia, które robiło mu widocznie wielką przyjemność, większą, niżby się można było spodziewać po tak poważnym człowieku. Potem zadzwonił i zażądał kawy, wreszcie zapalił wielką porcelanową fajkę i wrócił do pracy.

Było blisko północy, kiedy profesor zapisał ostatnią kartkę i przeszedł do sypialnego pokoju, zamierzając udać się na dobrze zasłużony spoczynek. Dopiero znalazłszy się w łóżku, rozerwał opaskę dziennika i zabrał się do czytania. W chwili, kiedy już sen zaczął morzyć profesora, uwagę jego ściągnęło imię cudzoziemskie „Langévol”, wymienione w kronice opisującej olbrzymi spadek. Ale napróżno usiłował przypomnieć sobie, gdzie i kiedy słyszał to nazwisko. Straciwszy kilka minut na daremne odgrzebywanie dawnych wspomnień, rzucił dziennik i zadmuchnął świecę. Wkrótce rozległo się chrapanie.

Dzięki zjawisku fizjologicznemu, które doktór Schulze sam badał już kiedyś, i szczegółowo opisał, imię Langévol prześladowało go nawet we śnie. Tak, że nazajutrz zrana budząc się powtarzał je jeszcze machinalnie.

Nagle, w chwili kiedy miał spojrzeć na zegarek, odnalezione wspomnienie oświeciło go niespodzianie nakształt błyskawicy. Porwawszy dziennik leżący u stóp łóżka, odczytał kilka razy z rzędu ustęp którego dnia wczorajszego omało nie ominął; przesuwał ręką po czole, jakgdyby chcąc skupić myśli. Widocznie rozjaśniło mu się w głowie, bo nie włożywszy nawet szlafroka w wielkie bukiety, pobiegł do kominka, zdjął mały portret w miniaturze zawieszony obok zwierciadła i odwróciwszy go otarł rękawem zakurzony papier, znajdujący się po drugiej stronie fotografji.

Nie omylił się. Tuż za portretem znajdowało się nazwisko, wypisane żółtawym atramentem; pół wieku czasu zatarło prawie napis:

Therese Schultze, geborene Langévol.

Tegoż wieczora profesor wyruszył pociągiem, idącym wprost do Londynu.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top