500 miljonów Begumy/05

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział IV 500 miljonów Begumy • Rozdział V • written by Juliusz Verne Rozdział VI
Rozdział IV 500 miljonów Begumy
Rozdział V
written by Juliusz Verne
Rozdział VI
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział V
Miasto Stali.

Miejsce i czasy zmieniły się. Od pięciu lat spadek Begumy dostał się w ręce dziedziców; scena zaś została przeniesiona do Stanów Zjednoczonych, na południe Oregonu, o dziesięć mil od wybrzeża Oceanu Spokojnego. Znajduje się tam ziemia o granicach niewyraźnie określonych przez dwa sąsiednie mocarstwa; tworzy ona rodzaj Szwajcarji Amerykańskiej.

Szwajcarja, to w istocie, ale tylko z pozoru. I tam, jak w Europie, ostre szczyty wzbijają się ku niebu, głębokie doliny przerzynają długie łańcuchy i oko wszędzie napotyka wspaniały a dziki widok.

Ale fałszywa ta Szwajcarja nie oddaje się, jak Szwajcarja europejska, spokojnemu przemysłowi pasterza, przewodnika lub oberżysty. Jest to tylko alpejska powierzchowność, skorupa ze skał, i stuletnich sosen, pokrywająca bryłę z żelaza i węgla kamiennego.

Jeżeli samotny turysta zechce tu posłuchać głosy otaczającej go natury, o ucho jego nie odbije się, jak na wyżynach Oberlandu, harmonijny szmer życia, tonący w wielkiej ciszy gór. Usłyszy dochodzący zdaleka odgłos bijącego młota, a pod nogami poczuje przytłumione wybuchy dynamitu. Wydaje się, że ten krajobraz składa się rekwizytów teatralnych, że skały wydają dźwięk, jakby były puste, i że lada chwila zapadną się w tajemnicze jakieś otchłanie.

Drogi, pokryte popiołem i koksem, wiją się dokoła gór. Z pod żółtawych kępek traw wyglądają małe kupki żużli, mieniących się kolorami tęczy, jak oczy bazyliszka. Tu i ówdzie stara sztolnia opuszczonej kopalni, zryta przez erozję, zarośnięta chwastami, ukazuje swą otwartą paszczę, niby otchłań bez dna, niby krater wygasłego wulkanu. Powietrze, przesycone dymem, wisi nad ziemią, jak ponury płaszcz. Nie ujrzysz tu ptaka, nawet owady zdają się stąd uciekać; nikt jeszcze nie widział tu motyla.

Fałszywa Szwajcarja. Na północnej granicy jej, w miejscu, gdzie pasmo poprzecznych wzgórz zlewa się z płaszczyzną pól między dwoma pasmami małych pagórków, znajdowała się aż do r. 1871 t. zw. Czerwona Pustynia, nazwana tak dla barwy ziemi, przesyconej tlenkiem żelaza. Kraj ten nazywa się obecnie: Steelfieldem, Polem Stalowem.

Wyobraźcie sobie płaszczyznę o pięciu lub sześciu milach kwadratowych, z gruntem piaszczystym, pełnym kamyków, suchym i martwym, jak łożysko jakiegoś dawnego jeziora. Natura nic nie zrobiła, by nadać tej pustyni pozór życia i ruchu, ale człowiek rozwinął niesłychaną moc charakteru i energji.

W przeciągu pięciu lat na nagiej, skalistej płaszczyźnie, powstało osiemnaście wsi, złożonych z małych drewnianych domków, szarych i jednostajnych, które przywieziono już gotowe z Chicago; mieszkała w nich liczna ludność złożona z silnych robotników.

Po środku tych wsi, u stóp Coals-Butts, gór posiadających niewyczerpane zasoby węgla, wznosi się ciemna, olbrzymia masa, złożona z regularnych budynków o symetrycznych oknach, czerwonych dachach, ponad którymi wznosi się las cylindrycznych kominów, buchających kłębami dymu. Dym ten zawisa na niebie czarną firanką, którą od czasu do czasu przeszywają czerwone błyskawice.

Wiatr roznosi daleko huk podobny do grzmotu lub kołysania morza, lecz huk to równiejszy i głębszy.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 12.jpg

Masa ta to Stahlstadt – Gród Stalowy – miasto stanowiące osobistą własność profesora Schultze’go ex-profesora chemji w Jenie, który przy pomocy miljonów Begumy, stworzył ogromną fabrykę wyrobów żelaznych, największą na kuli ziemskiej odlewnię dział.

Wyrabiał ich wiele rozmaitego kształtu i kalibru, o lufie gładkiej lub gwintowanej, o tyle ruchomym lub stałym, dla Rosji i Turcji, dla Rumunji i Japonji, dla Włoch i Chin, a zwłaszcza dla Niemiec.

Dzięki potędze kapitału olbrzymi zakład, prawdziwe miasto, stanowiące zarazem wzorową fabrykę, powstało z łona ziemi, jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej. Trzydzieści tysięcy robotników, przeważnie niemców z pochodzenia, zaludniło warsztaty i przedmieścia. Wyroby fabryki, dzięki swej doskonałości zyskały w ciągu kilku miesięcy powszechną sławę.

Profesor Schultze wydobywał rudę żelazną i węgiel kamienny z własnych kopalni. Na miejscu tworzono z nich płynną stal, a ze stali odlewano działa.

Sprytny niemiec pokonał wszystkich swych współzawodników. We Francji produkują sztaby stali, ważące czterdzieści tysięcy kilogramów. W Anglji zrobiono działo ze stu tonn kutego żelaza. Krupp w Essen topi bryły stali, ważące sto tysięcy kilogramów. Schultze nie znał granic: wyrabiał działa każdego kalibru i każdej mocy i dostarczał je świecące, jak srebro na umówiony termin.

Kazał sobie jednak słono płacić. Zdaje się, że owe dwieście pięćdziesiąt miljonów z r. 1871 zaostrzyły tylko jego apetyt.

W przemyśle odlewu dział, jak i w każdym innym ten tylko mógł przezwyciężyć konkurencję, kto mógł to, czego inni nie mogą. Trzeba przyznać, że działa Herr Schultze’go nie tylko odznaczały się niespotykanemi dotąd rozmiarami, lecz ponadto nigdy nie pękały; mogły zepsuć się od zużycia, lecz nic więcej. Stal wytworzona w Stahlstad’cie posiadała szczególne właściwości. W kołach fachowców obiegały na ten temat legendy o tajemniczych mieszankach i sekretach chemicznych. Nikt jednak nie wiedział jak jest wistocie.

Mury Stahlstadtu pilnie strzegły swej tajemnicy.

Daleki ten zakątek Ameryki Północnej, otoczony pustyniami, odosobniony wałem gór od świata, był o setki mil odległy od najbliższej ludzkiej osady; napróżno szukalibyśmy tu śladu osławionej wolności, która była podwaliną Rzeczypospolitej Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.

Stanąwszy pod murami Stahlstadtu nadaremnie usiłowałbyś przekroczyć jedną z potężnych bram, przecinających w pewnych odstępach linję fos i szańców. Straż nie przepuści cię dalej. Trzeba zatrzymać się na przedmieściu. Wejście do grodu stalowego wolne jest tylko dla wtajemniczonych, znających hasło lub ludzi zaopatrzonych w formalną ostemplowaną i podpisaną przepustkę.

Młody robotnik, który przybył do Stahlstadtu pewnego listopadowego wieczoru, posiadał niewątpliwie taką przepustkę; pozostawiwszy bowiem w oberży małą, zużytą walizkę skórzaną udał się pieszo ku bramie, znajdującej się opodal wioski.

Był to tęgi, silnie zbudowany chłopak, ubrany niedbale jak zwykle pionierowie amerykańscy; miał na sobie luźny, krótki płaszcz, wełnianą koszulę bez kołnierza i aksamitne spodnie, wepchnięte za cholewy butów. Na oczy, jakby dla osłonięcia pokrytej pyłem węglowym twarzy, nasunął wielki, pilśniowy kapelusz i szedł pewnym krokiem, pogwizdując sobie zcicha.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 14.jpg

Stanąwszy u bramy, młodzieniec pokazał naczelnikowi warty drukowany papier i został natychmiast wpuszczony.

– Na karcie swojej masz adres nadzorcy Seligmana, oddział K, ulica Dziewiąta, pracownia 743 – rzekł podoficer – pójdziesz tą drogą na prawo, aż do słupa K. i okażesz swe dokumenty odźwiernemu. Znasz regulamin? Zostaniesz wypędzony, jeśli pójdziesz do innego oddziału, – dodał po chwili.

Młodzieniec oddalił się. Udał się we wskazanym kierunku i szedł drogą, wijącą się dokoła miasta. Na prawo kopano fosę, ponad którą przechadzały się straże. Na lewo między szeroką aleją, a masą zabudowań, biegła podwójna linja obwodowej kolei żelaznej; dalej wznosił się długi mur, podobny do muru zewnętrznego i okalał śródmieście Stahlstadtu.

Gród Stalowy miał kształt koła, którego wycinki, niby promienie, odgraniczane linją fortyfikacyjną były od siebie zupełnie niezależne, chociaż wspólna fosa i wspólny mur opasywały je wszystkie dokoła.

Młody robotnik zatrzymał się wkrótce u słupa K, stojącego na brzegu drogi, naprzeciw wielkiej bramy, nad którą wyryta była na kamieniu taka sama litera i zawołał odźwiernego.

Tym razem zamiast żołnierza miał przed sobą inwalidę o drewnianej nodze z medalami na piersiach.

Inwalida popatrzał na papier, położył na nim nową pieczęć i rzekł:

– Prosto przed siebie. Dziewiąta ulica na lewo.

Młodzieniec przebył drugą oszańcowaną linję i znalazł się wreszcie w oddziale K. Droga biegnącą od bramy, stanowiła oś tego oddziału. Po obu stronach ciągnęły się pod prostym kątem szeregi jednostajnych budynków.

Łoskot maszyn ogłuszał tu formalnie. Szare budowle, podziurawione tysiącami okien, podobne były raczej do żywych potworów, niż do martwych rzeczy. Ale nowoprzybyły musiał być oswojony z podobnym widokiem, gdyż nie zwrócił nań najmniejszej uwagi.

W ciągu krótkiego czasu odnalazł Dziewiątą ulicę, 743 pracownię, wszedł do biura pełnego tek i rejestrów i stanął przed nadzorcą Seligmanem.

Ten wziął papier, zaopatrzony w potrzebne podpisy, sprawdził je i podnosząc oczy na młodego robotnika, spytał:

– Został pan zakontraktowany jako giser? Zdaje się, że pan jest bardzo młody?

– Wiek nic nie znaczy, – odpowiedział robotnik. – Będę miał wkrótce dwadzieścia sześć lat i pracowałem jako giser przez siedem miesięcy. Jeżeli pan sobie życzy, mogę pokazać świadectwa, na mocy których zostałem umówiony w Nowym Yorku przez dyrektora zakładu.

Młody człowiek mówił dość biegle po niemiecku, ale z akcentem, który zdawał się budzić nieufność u nadzorcy.

– Czy nie jesteś pan czasem Alzatczykiem? – spytał.

– Nie, jestem szwajcarem… z Schaffuzy. Oto moje papiery; wszystkie w porządku.

Wydobył ze skórzanego pugilaresu paszport, książeczkę i świadectwa.

– Dobrze. Zresztą jesteś umówiony i pozostaje mi tylko wskazać ci miejsce, – rzekł Seligman, uspokojony widokiem dokumentów.

Zapisał nazwisko: Johann Schwartz, najprzód w rejestrze, potem na kontrakcie robotnika; wręczył młodemu człowiekowi niebieską kartkę z jego nazwiskiem i numerem 57,938 i dodał:

– Co rano o godzinie siódmej musi pan być u bramy K; pokaże pan tę kartkę, przepuszczą cię przez zewnętrzny obwód, weźmiesz w izdebce odźwiernego znaczek obecności z twoim numerem i pokażesz mi go po przybyciu do pracy. O siódmej wieczór, wychodząc, wrzucisz ten znaczek do puszki, znajdującej się koło drzwi pracowni; tylko o tej godzinie puszka ta jest otwarta.

– Znam system… Czy można mieszkać wewnątrz obwodu? – spytał Schwartz.

– Nie. Musisz wystarać się o mieszkanie poza obrębem miasta, ale będziesz się mógł stołować za tanią cenę w jadłodajni przy pracowni. Będziesz pobierał jednego dolara dziennie na początek. Co trzy miesiące płaca ta podwyższa się o jedną dwudziestą część. Znamy tylko jeden rodzaj kary: odprawę. Za wszelkie naruszenie regulaminu, karę tę nakładam ja sam, jako pierwsza instancja; apelować można do inżyniera… Czy pracę rozpoczniesz dzisiaj?

– Dlaczego nie?

– Policzę panu tylko za pół dnia – zauważył nadzorca, prowadząc Schwartza do wewnętrznej galerji.

Obaj minęli szeroki korytarz, przeszli dziedziniec i znaleźli się w obszernej galerji, która ze względu na swój rozmiar i lekką budowę przypominała ładownię jakiegoś pierwszorzędnego dworca. Mierząc ją okiem, Schwartz nie mógł się wstrzymać od podziwu.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 13.jpg

Po obu stronach tej długiej galerii ciągnęły się dwa szeregi ogromnych walcowatych komór, tak szerokich i tak wysokich jak kolumny Świętego Piotra w Rzymie; kolumny te wznosiły się aż do szklanego sklepienia, które przebijały na wylot. Były to kominy murowanych pieców giserni. Było ich pięćdziesiąt w każdym szeregu.

W jednym końcu galerji, lokomotywy przywoziły wagony, pełne sztab surowca, który zasilał piece; z drugiej strony próżne wagony zabierały i odwoziły tenże surowiec, zamieniony na stal.

Hartowanie dopełniało tej zamiany. Zajmowali się tem, nawpół nadzy cyklopi, uzbrojeni w długie żelazne haki.

Sztaby surowca wrzucano do pieców, wysłanych żuzlem i poddawano je bardzo wysokiej temperaturze. Gdyby chodziło o wyrób żelaza możnaby przystąpić do fabrykacji z chwilą gdy surowiec stanie się ciastowatym.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 15.jpg

Chcąc jednak otrzymać stal, czekano aż surowiec stanie się płynnym i wówczas podwyższano temperaturę w piecach. Równocześnie hutnik zaczynał poruszać hakiem i wyrabiać wśród płomieni płynny metal; potem w chwili, gdy roztopione żelazo, pomieszawszy się z żuzlem, nabywało określonej gęstości, dzielił je na cztery bryły i podawał pomocnikom kowalskim.

Następna czynność odbywała się na samej osi galerji. Naprzeciw każdego ogniska, znajdował się młot automatyczny, poruszany parą, wydobywającą się z kotła, umieszczonego pionowo w samym kominie. Przy młocie stał tęgi kowal. Uzbrojony od stóp do głowy, w butach i naramiennikach z blachy stalowej, w grubym, skórzanym fartuchu i masce z siatki metalowej na twarzy, ten kirasjer przemysłu chwytał końcami długich obcęgów, rozpaloną bryłę i kładł ją pod młot. Ten całym swoim ogromnym ciężarem spadał na nią, podnosił się i znowu opadał, wyciskając z bryły, jak z gąbki wszystkie nieczyste pierwiastki, które wchłonęła w siebie w piecu; deszcz iskier sypał się i bryzgał na wszystkie strony.

Kowal oddawał wreszcie bryłę pomocnikom; wracała do pieca i ogrzana znowu szła pod młot.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 16.jpg

W olbrzymiej potwornej kuźni panował bezustanny ruch; kaskady transmisji wiły się bez końca, głuche ciosy młota łączyły się w jeden przeciągły huk; czerwone iskry wiązały się w snopy ogni sztucznych; rozpalone do białości piece ślepiły oczy. Wśród tego pasowania się i ryku ujarzmionej materji, człowiek wyglądał prawie jak dziecko.

A jednak mocne to były chłopy, ci hutnicy! Rozrabiać w podzwrotnikowej temperaturze metaliczne ciasto wagi dwóchset kilogramów, trzymać kilka godzin wzrok utkwiony w rozpalonem żelazie, które oślepia swym blaskiem, to rzecz straszna, zużywająca człowieka w ciągu dziesięciu lat conajwyżej.

Schwartz, chcąc okazać nadzorcy, że umie robić to samo, zrzucił swój płaszcz i wełnianą koszulę i ukazawszy atletyczną budowę swego ciała, wziął hak od jednego z hutników i zaczął pracować.

Widząc, że bardzo dobrze spełnia swe zadanie, nadzorca odszedł wkrótce i wrócił do swego biura.

Młody robotnik obrabiał bryły surowca, aż do obiadu. Ale czy, że zawiele zapału przykładał do roboty, czy też, że tego dnia nie spożył dostatecznie pożywnego pokarmu, jakiego wymaga podobne zużycie siły fizycznej, dość, że wkrótce był już zmęczony do tego stopnia, że zauważył to nadzorca robotników.

– Niezdolny jesteś do hartowania, mój chłopcze, – rzekł do niego – i lepiej zrobisz, jeśli poprosisz, by cię przeniesiono do innego oddziału, na co później byłoby już zapóźno.

Schwartz zaprzeczył temu. Było to tylko chwilowe zmęczenie. Mógł hartować tak jak inni.

Mimo to, dozorca zawiadomił o tem kogo należało i młodzieniec został natychmiast wezwany do naczelnego inżyniera.

Ten przejrzał jego papiery, pokiwał głową i zapytał:

– Czy byłeś giserem w Brooklyn?

Schwartz spuścił oczy z miną pomieszaną.

– Widzę, że muszę się przyznać, – rzekł. – Pracowałem jako formiarz, a teraz dla powiększenia płacy chciałem spróbować hartowania.

– Wszyscy jesteście jednacy! – odpowiedział inżynier, wzruszając ramionami. – Mając lat dwadzieścia pięć, chcecie umieć to, co rzadko może umieć człowiek trzydziestoletni. Czy znasz się przynajmniej dobrze na odlewaniu?

– Od dwóch miesięcy pracowałem w pierwszej klasie.

– W takim razie zrobiłbyś lepiej, gdybyś pozostał na miejscu. Tutaj rozpoczniesz od tego, że wejdziesz do trzeciej klasy. I to jeszcze możesz się uważać za szczęśliwego, że pozwalam ci zmienić oddział.

Inżynier napisał kilka słów na przepustce, wyprawił depeszę i rzekł:

– Oddaj swój znaczek, wyjdź stąd i udaj się do oddziału O, do biura naczelnego inżyniera, który jest już o wszystkiem uprzedzony.

Te same formalności, jakie zatrzymały Schwartza przed bramą K, powtórzyły się przed oddziałem O. Tam go również badano, potem przyjęto, wreszcie odesłano do sali odlewów. Tutaj praca odbywała się znacznie ciszej.

– Jest to tylko mała galerja do odlewania sztuk Nr. 42 – rzekł do niego nadzorca. – Tylko robotnicy pierwszej klasy mają wstęp do sal, gdzie odlewają się wielkie działa.

Mała galerja miała jednak sto pięćdziesiąt metrów długości, a sześćdziesiąt pięć szerokości. Musiało w niej być, jak się zdawało Schwartz’owi, przynajmniej sześćset tyglów, umieszczonych po cztery, po osiem i po dwanaście, stosownie do swej wielkości, w pobocznych piecach.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 17.jpg

Formy, do których miano wlewać roztopioną stal, ułożone w głębi rowu idącego środkiem, spoczywały na osi galerji. Z każdej strony rowu, po linji szyn, przesuwał się ruchowy dźwig, który dźwigał z miejsca na miejsce, ogromne ciężary. Tak jak w hartowni z jednej strony pociągi przywoziły bryły stopione stali, z drugiej, wywoziły działa wyjęte z form.

Przy każdej formie człowiek z prętem pilnował w tyglach temperatury roztopionego metalu.

To co Schwartz widział gdzieindziej, powtarzało się tutaj, ale doprowadzone było do wysokiego stopnia doskonałości.

Kiedy nadeszła chwila odlewania, oznajmił o tem dzwonek dający sygnał wszystkim tym, co doglądali topiącego się metalu. Zaraz potem robotnicy równego wzrostu, idący parami i niosący pionowo na ramieniach żelazne drągi, krokiem równym i ściśle mierzonym, zbliżali się do pieców i po dwóch stawali pod każdym z nich.

Majster uzbrojony w świstawkę, z chronometrem, oznaczającym sekundy, w ręku, stawał przy formie, umieszczonej w pobliżu wszystkich palących się pieców. Z każdej stronny znajdowały się rynny z ogniotrwałej cegły pokrytej żelazną blachą; szły one po łagodnej pochyłości aż do miednicy, mającej kształt lejka, umieszczonej ponad samą formą. Komenderujący dawał sygnał świstawką. Natychmiast obcęgami wyciągano z ognia tygiel; dwóch robotników, stojących przed pierwszym piecem zawieszało go na żelaznym drągu. Świstawka zaczynała przygrywać i dwaj robotnicy pod takt tej muzyki wylewali metal z tygla do odpowiedniej rynny. Potem wrzucali do kadzi próżne i rozpalone naczynie.

Praca trwała bez przerwy w odstępach ściśle wymierzonych, ażeby wylew odbył się jak najrówniej i jaknajregularniej; robotnicy stojący przy innych piecach, postępowali tak samo.

Dokładność ruchów była przytem tak nadzwyczajna, że w dziesiątej sekundzie, przeznaczonej na ostatni ruch, ostatni tygiel został wypróżniony i wrzucony do kadzi. Cała ta czynność zdawała się raczej rezultatem ślepego mechanizmu, aniżeli następstwem połączonych stu ludzkich usiłowań.

Ścisła karność, siła przyzwyczajenia i potęga muzycznego rytmu dokonały jednak tego cudu.

Schwartz zdawał się być oswojony z tym widokiem. Postawiono go do pracy z robotnikiem jego wzrostu, wypróbowano umiejętności w wylewie mniejszego znaczenia i uznano za doskonałego robotnika. W końcu dnia, dozorca obiecał mu nawet szybki awans.

Wyszedłszy o godzinie siódmej wieczór z oddziału O, i z zewnętrznego obwodu, Schwartz udał się po swoją walizę do oberży. Potem zwrócił się w stronę, gdzie zrana zauważył grupę domów i z łatwością wynalazł kawalerskie mieszkanie u pewnej poczciwej kobiety, która „trzymała lokatorów”.

Ale młody robotnik nie poszedł, jak inni po wieczerzy do piwiarni. Zamknął się w swoim pokoju, wyjął z kieszeni kawałek stali, którą zapewne podniósł w hartowni i odłamek gliny od tygla, znaleziony w oddziale O; potem przypatrywał się im ze szczególną pilnością, przy świetle kopcącej lampy.

Następnie wziął z walizy gruby oprawny zeszyt i napisał co następuje w dobrej francusczyźnie, ale dla największej ostrożności tajemnem pismem, do którego klucz sam tylko posiadał:

„10 listopada. – Stahlstadt. – Niema nic szczególnego w sposobie hartowania z wyjątkiem – ma się rozumieć – kombinacji dwóch różnych temperatur, stosunkowo niskich do pierwszego pieca i dla powtórnego rozpalania, podług prawideł wskazanych przez Chernoffa. Odlewanie odbywa się podług systemu Kruppa, ale z godną podziwu dokładnością i równością ruchów. Dokładność ruchów jest wielką siłą niemców. Pochodzi ona z wrodzonego rasie germańskiej poczucia rytmu. Anglicy nigdy nie dojdą do tej doskonałości; braknie im słuchu, jeśli nie karności. Francuzi będąc dobrymi tancerzami mogą łatwiej przyswoić sobie tę sztukę.

Jak dotąd nie widzę nic tajemniczego w wielkim powodzeniu wyrobów Stahlstadtu. Kawałki rudy, które znalazłem w górach, są zupełnie podobne do naszej dobrej rudy żelaznej. Próbki węgla kamiennego są w istocie bardzo piękne i gatunek ich jest w wysokim stopniu metalurgiczny, ale i tu nie dostrzegam nic niezwykłego. Nie ulega wątpliwości, że fabryka Schultza dokłada szczególnych starań, by oczyścić surowiec z wszelkich obcych domieszek i używa ich w stanie doskonałej czystości.

Ale i do tego rezultatu dojść łatwo. A zatem chcąc poznać wszystkie pierwiastki zagadnienia, pozostaje mi tylko określić skład glinki ogniotrwałej, z której zrobione są tygle i rynny. Kiedy się to wyjaśni i nasi giserzy wykształcą się i wprawią, nie widzę dlaczego nie mielibyśmy robić tego, co się robi tutaj.

Ale bądź co bądź, poznałem dotąd tylko dwa oddziały, a jest ich przynajmniej dwadzieścia cztery! Co oni tam knują w tej jaskini? Jakże przyjaciele nasi nie mają się obawiać gróźb, które wyrzekł Herr Schultze, odziedziczywszy połowę spadku.

Dumając tak, Schwartz dosyć zmęczony przebytym dniem, rozebrał się, wsunął do małego łóżeczka, niewygodnego o tyle, o ile tylko mogą być niewygodne łóżka niemieckie – zapalił fajkę i zaczął czytać starą książkę. Ale myśl jego była gdzieindziej. Małe kłęby pachnącego dymu wymykały się z ust w równych odstępach czasu z odgłosem:

„Pach!… Pach!… Pach!… Pach!…”

Położył wreszcie książkę i zamyślił się, jakgdyby pracując nad rozwiązaniem jakiegoś trudnego zadania.

– Ach! – zawołał. – Choćby sam szatan wmieszał się w to, odkryję tajemnicę Herr Schultzego, dowiem się, co knuje przeciw Frankopolis.

Schwartz usnął, wymawiając imię doktora Sarrasin’a; ale we śnie imię Joanny wróciło mu na usta. Wspomnienie dziewczynki pozostało niezmienionem, chociaż Joanna od chwili, kiedy ją pożegnał, stała się już młodą panną. Prawa asocjacji myśli łatwo tłómaczą to zjawisko; myśl o doktorze zawierała w sobie myśl o jego córce, była to zatem asocjacja myśli bliskich sobie. To też kiedy Schwartz, a raczej Marceli Bruckman obudził się z imieniem Joanny na ustach, nie dziwił się wcale, upatrując w tem nowy tylko dowód doskonałości psychologicznych zasad Stuarta Milla.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top