500 miljonów Begumy/06

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział V 500 miljonów Begumy • Rozdział VI • written by Juliusz Verne Rozdział VII
Rozdział V 500 miljonów Begumy
Rozdział VI
written by Juliusz Verne
Rozdział VII
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział VI
Studnia Albrechta.

Pani Bauer, poczciwa kobieta, u której zamieszkał Marceli Bruckman, szwajcarka rodem, była wdową po górniku, który przed czterema laty zginął w jednym z tych kataklizmów, zamieniających życie górnika w nieustanny bój.

Fabryka wypłacała jej małą pensję w wysokości trzydziestu talarów rocznie; dochodził do tego zarobek, jaki miała, wynajmując pokój umeblowany i płaca, którą mały jej syn Karl przynosił co niedzielę.

Karl, chociaż liczył dopiero lat trzynaście, miał w kopalni węgla obowiązek otwierania i zamykania drzwi, któremi przewożono wózki z węglem; był to jeden z otworów, koniecznie potrzebnych do wentylacji galerji; za ich pomocą zwracano przeciąg powietrza w pewną określoną stronę. Ponieważ dom, najmowany przez matkę Karla, zanadto był oddalony od studni Albrechta, tak, że chłopiec nie mógł wracać wieczorem do domu, powierzono mu przeto w dodatku mały obowiązek nocny w samej kopalni. Musiał pilnować i dopatrywać sześciu koni w podziemnej stajni, podczas kiedy woźnica wychodził nazewnątrz kopalni.

Całe zatem życie Karla upływało o pięćset metrów pod powierzchnią ziemi. We dnie stał na straży przy swoich drzwiach; w nocy spał na słomie przy koniach. Dopiero w niedzielę rano wracał do światła dziennego i mógł korzystać z tych darów wszystkich ludzi: ze słońca, błękitnego nieba i macierzyńskiego uśmiechu.

Łatwo się domyśleć, że po takim tygodniu, kiedy wychodził ze studni, powierzchowność jego niekoniecznie przypominała eleganta; podobny był raczej do jakiegoś gnoma w państwie czarów, do kominiarza, lub do murzyna papuasa. To też pani Bauer poświęcała zwykle całą godzinę na szorowanie go, zużywając przy tej czynności wiele wody i mydła. Potem wkładała na niego dobre ubranie z zielonego sukna, zrobione z ojcowskiego odzienia (wydobywała je z wielkiej sosnowej szafy) i od tej chwili aż do wieczora nie spuszczała oka z syna, który wydawał się jej najpiękniejszym chłopcem na świecie.

Oswobodzony od osadu węgla, który go pokrywał przez cały tydzień, Karl nie był brzydszy od innych. Włosy jasne, jedwabiste, oczy niebieskie, łagodne, dostrajały się do niezwykle białej cery; ale figurkę miał za szczupła na swój wiek.

Życie bez słońca czyniło z niego istotę anemiczną jak sałata; gdyby przyrząd do rachowania ciałek krwi wynalazku doktora Sarrasina zastosowano do krwi małego górnika, prawdopodobnie znalezionoby w niej zupełnie niedostateczną ilość czerwonych krwinek. Było to dziecię milczące, spokojne, flegmatyczne z odrobiną owej dumy, którą wyrabia uczucie ciągłego niebezpieczeństwa, przyzwyczajenie do regularnej pracy i zadowolenie z przezwyciężonych trudności.

Czuł się najszczęśliwszym, kiedy siedział koło matki, przy dużym stole, stojącym pośrodku sali i przykłówał do kartonu mnóstwo szkaradnych owadów, które przyniósł z wnętrza ziemi. Ciepła i równomierna temperatura kopalni ma właściwą faunę, mało znaną naturalistom, tak jak wilgotne ściany węgla kamiennego mają swą dziwną florę z zielonych mchów, nieznanych grzybów i bezkształtnych porostów. Inżynier Maulmühle, lubownik entomologii, zwrócił na to uwagę i obiecał pieniężną nagrodę za każdy nowy okaz, który mu Karl przyniesie. Nagroda ta zachęciła początkowo chłopca do pilnego zwiedzania wszystkich kątów kopalni, ale powoli zrobiła zeń prawdziwego zbieracza. Teraz już na swój własny rachunek wyszukiwał owady.

W dodatku zamiłowanie jego nie ograniczało się do pająków i stonóg. W samotności zawiązał ścisłe stosunki z dwoma nietoperzami i z wielkim szczurem leśnym. Co większa, utrzymywał, że te zwierzęta były najrozumniejszemi i najmilszemi stworzeniami na świecie, dowcipniejszemi nawet od koni, o jedwabistej sierści, o których mówił jednak z największem uwielbieniem.

Szczególną miłością otaczał Blair-Athola, dziekana stajni, starego filozofa, który przed sześciu laty zeszedł o pięćset metrów niżej poziomu morza i od tej chwili nie oglądał już więcej światła dziennego. Teraz był prawie ślepy. Ale jak dobrze znał swój podziemny labirynt! Jak umiał zwracać się na prawo, na lewo, ciągnąc swój wózek, i nigdy nie omylił się ani o jeden krok! Jak w porę zatrzymywał się przed drzwiami, zostawiając potrzebną przestrzeń do otworzenia ich! Jak przyjaźnie rżał, rano i wieczór, ściśle pilnując chwili, w której należał mu się obrok! A jak był dobry, jak łaskawy, jak czuły!

– Wierz mi, matko, że całuje mię, pocierając pysk o moją twarz, – mówił Karl. – A jak to wygodnie, że Blair-Athol ma zegar w głowie! Bez niego nie wiedzielibyśmy przez cały tydzień, czy jest dzień czy noc, rano czy wieczór!

Chłopak był rozmowny, a matka Bauer słuchała go z zachwytem. I ona kochała Blair-Athol’a, dzieląc uczucie syna i przez wdzięczność posyłała mu nieraz kawałek cukru. Cóżby dała za to, gdyby jej pozwolono odwiedzić tego starego sługę, którego mąż jej znał niegdyś, a zarazem obejrzeć nieszczęsne miejsce, gdzie po wybuchu znaleziono zwłoki biednego Bauera, czarne jak atrament, zwęglone przez ogień gazowy!… Ale kobiet nie wpuszczają do kopalni węgla, i trzeba było zadowolić się opisami, jakie syn jej roztaczał bezustannie.

Ach, znała dobrze tę kopalnię, tę wielką czarną dziurę, z której mąż jej nie wrócił więcej. Ileż razy oczekiwała przy tej rozdziawionej paszczy, mającej osiemnaście stóp średnicy, i zapuszczała wzrok wzdłuż obmurowania z kamienia ciosowego w opuszczającą się podwójną windę dębową, w której przesuwały się beny, umocowane do liny i zawieszone na stalowych blokach; ileż razy zwiedzała zewnętrzne budowle kopalni, budynek maszyny parowej i izdebkę markiera. Ile razy grzała się przy silnym zawsze ogniu owego ogromnego kosza żelaznego, przy którym górnicy suszą swoje odzienie, wyszedłszy z otchłani, lub niecierpliwie zapalają fajki. Jak bardzo oswojoną była z hałasem i ruchem, panującym przy tej piekielnej bramie! Ile razy widziała przy pracy robotników, mających różne zadania: jedni odczepiali wagony, naładowane węglem, drudzy gatunkowali węgiel; byli tam pomywacze, palacze i t. d. Nie mogła widzieć, a jednak widziała dobrze oczami serca to, co się działo, kiedy winda zniknęła, unosząc garstkę robotników, a między nimi męża jej, a teraz jedyne dziecię!

Słyszała ich głosy i śmiechy oddalające się, słabnące, wreszcie ginące w głębi. Myślą dążyła za windą, zanurzającą się w czeluść ciasną i prostopadłą, o pięćset, sześćset metrów, cztery razy tyle, co wysokość wielkiej piramidy!… Gdy stawała u celu, widziała ludzi śpiesznie wyskakujących na korytarz.

Rozsypywali się natychmiast w tem mieście podziemnem; jedni szli na prawo, inni na lewo; ci udawali się do swoich wagonów, tamci uzbrojeni w drągi okute żelazem, dążyli ku bryłom węgla, na które mieli natrzeć; niektórzy umacniali sklepienia w korytarzach, w których wydobyto skarby węgla; inni budowali z drzewa rusztowania, na których opierały się niemurowane galerje; naprawiono drogi, kładziono szyny i umacniano sklepienia.

Główna galerja wychodziła ze studni i nakształt szerokiego bulwaru sięgała innej studni, oddalonej o trzy lub cztery kilometry. Stamtąd rozchodziły się pod prostymi kątami galerje drugorzędne, a na równoległych linjach galerje trzeciorzędne. Między tymi drogami ciągnęły się mury, słupy utworzone z tego samego węgla albo ze skały. Wszystko to regularne, szerokie, mocne, czarne.

A w tym labiryncie ulic, równych tak pod względem długości jak szerokości, cała armja górników, nawpół nagich, poruszała się, rozmawiała, pracowała przy świetle lamp.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 18.jpg

Oto obraz, który powoływała do życia pani Bauer, samotnie dumając przy ogniu.

W tych krzyżujących się galerjach widziała jedną, – jedną, którą znała lepiej niż inne, tą, której drzwi jej mały Karl otwierał i zamykał.

Wieczorem ci, co pracowali we dnie, wracali na powierzchnię ziemi, a miejsca ich zajmowali inni. Ale jej chłopiec, jej syn, nie siadał z powrotem do windy. Szedł do stajni, do swego kochanego Blair-Athol’a, dawał mu jego wieczerzę złożoną z owsa i siana; potem zkolei sam jadł swój skromny zimny obiad, który mu spuszczano zgóry, bawił się chwilę ze swoim wielkim szczurem, siedzącym nieruchomo u nóg jego i ze swymi dwoma nietoperzami, które latały koło niego, wreszcie zasypiał na podściółce ze słomy.

Jak dobrze wiedziała o tem wszystkiem pani Bauer i jak doskonale z kilku słówek Karla domyślała się wszystkich szczegółów!

– Wiesz, matko, co mi wczoraj powiedział inżynier Maulmühle? Powiedział, że jeżeli dobrze odpowiem na wszystkie pytania z arytmetyki, które mi wkrótce zada, to weźmie mnie do trzymania sznura mierniczego, gdy będzie z busolą zdejmował plany kopalni. Mają podobno przebić galerję, celem połączenia studni Albrechta ze studnią Webera. Pan inżynier będzie miał niełatwą robotę, chcąc trafić, jak się należy!

– Nie może być! – zawołała pani Bauer. – pan inżynier Maulmühle tak powiedział?

I wyobrażała już sobie syna, jak trzyma łańcuch wzdłuż galerji, podczas kiedy inżynier, z książeczką notatek w ręku kreśli w niej cyfry i z okiem, utkwionem w busoli wskazuje, w jakim kierunku ma być przebita nowa droga.

– Na nieszczęście, nie mam nikogo, ktoby mi wytłumaczył niektóre teorje z arytmetyki i boję się, że odpowiem źle!

Marceli, który siedząc przy ogniu palił fajkę, do czego miał prawo jako lokator, wmieszał się do rozmowy, mówiąc do dziecka:

– Może będę ci mógł objaśnić to, czego nie rozumiesz?

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 19.jpg

– Wy? – zapytała pani Bauer z pewnem niedowierzaniem.

– Bez wątpienia, – odrzekł Marceli. – Myśli pani, że niczego się nie uczę na lekcjach wieczornych, na które chodzę codziennie po wieczerzy. Nauczyciel jest bardzo zadowolony ze mnie i mówi, że mógłbym być jego pomocnikiem!

– Mówiąc to, Marceli udał się do swego pokoju po zeszyt, potem usiadł przy chłopcu, zapytał, czego ten nie pojmuje, i objaśnił mu zadanie tak dokładnie, tak przystępnie, że Karl był zachwycony.

Od tego dnia pani Bauerowa miała większe poszanowanie dla swego lokatora, a Marceli polubił małego kolegę.

Zresztą on sam był przykładnym robotnikiem i wkrótce przeszedł najpierw do drugiej, a potem do pierwszej klasy. Co rano o godzinie siódmej był u bramy O. Co wieczór po wieczerzy uczęszczał na kursa, na których wykładowcą był pan inżynier Gruber. Z równym zapałem pracował nad geometrją, algebrą, rysunkiem figur i maszyn; postępy jego w naukach były tak szybkie, że wzbudziły żywy podziw w profesorze. W dwa miesiące po wstąpieniu do fabryki Schultze’go, uważany był za najzdolniejszego robotnika nietylko w wydziale O., ale w całem Mieście Stalowem. Bezpośredni naczelnik w kwartalnym raporcie taką o nim uczynił wzmiankę:

– Schwartz (Johann), 26 lat, robotnik-giser pierwszej klasy. Muszę zwrócić uwagę centralnej administracji na tego człowieka o wyższym pokroju, tak pod względem wiadomości teoretycznych, jak praktycznej biegłości, jakoteż wybitnej zdolności do wynalazków.

Trzeba było jednak szczególnego trafu, by główny zarząd zwrócił uwagę na Marcelego. Traf ten wydarzył się wkrótce, tak jak to zwykle bywa prędzej lub później, i na nieszczęście, stało się to z powodów szczególnie tragicznych.

Pewnej niedzieli Marceli zdziwiony, że mimo godziny dziesiątej, jego mały przyjaciel Karl nie pokazał się dotąd, zeszedł do pani Bauer, pytając, czy wiedziała jaka jest przyczyna opóźnienia. Ale i ona nie wiedziała i była bardzo niespokojna z tego powodu. Karl powinien był być od dwóch godzin. Widząc jej niepokój, Marceli oznajmił, że pójdzie dowiedzieć się co zaszło, i udał się w stronę studni Albrechta.

W drodze spotkał kilku górników i pytał ich, czy nie widzieli chłopca; otrzymawszy od nich przeczącą odpowiedź i zamieniwszy z nimi owe „Glück auf!” – szczęśliwego powrotu – którem górnicy niemieccy pozdrawiają się wzajemnie, Marceli szedł dalej.

Koło godziny jedenastej był w studni Albrechta. Nie było tu teraz ani tłumu ani zwykłego ruchu, panującego w ciągu tygodnia. Tylko jedna z młodych „modystek”, – przezwisko, którem górnicy mianowali robotnice, przeznaczone do gatunkowania węgla – gawędziła z markierem, bo ten, nawet w niedzielę, musiał z obowiązku czuwać przy paszczy studni.

– Czy widzieliście małego Karla Bauera, numer 41.902? – zapytał Marceli urzędnika.

Ten popatrzał na swoją listę i potrząsnął głową.

– Czy kopalnia ma inne wyjście?

– Nie, tylko to jedno, – odpowiedział markier. – Nowe, które mają zrobić po stronie północnej jest jeszcze niedokończone.

– A więc chłopiec jest na dole?

– Naturalnie; w istocie to rzecz dziwna, bo w niedzielę jedynie pięciu wartowników pozostaje pod ziemią.

– Czy mogę zejść, by się dowiedzieć?

– Owszem, ale za pozwoleniem.

– Może się stał jaki wypadek, – powiedziała modystka.

– W niedzielę nie może być wypadku.

– Ale przecie, rzekł Marceli, – muszę wiedzieć, co się dzieje z dzieckiem.

– Proszę udać się do nadzorcy maszyny, w tem biurze… jeżeli jest tam jeszcze…

Nadzorca, w świątecznem ubraniu, ze sztywnym jak róg kołnierzem u koszuli, spóźnił się, na szczęście, i ślęczał nad rachunkami. A że był człowiekiem inteligentnym i ludzkim, więc też natychmiast podzielił obawy Marcelego.

– Zobaczymy, co się stało, – rzekł.

I rozkazawszy dyżurnemu mechanikowi, by stanął u liny, miał już spuścić się do kopalni z młodym robotnikiem, gdy ten zapytał:

– Czy nie macie przyrządów Galiberta? Mogą być potrzebne…

– Masz słuszność. Nigdy nie wiadomo, co się dzieje w głębi dziury.

Nadzorca wyjął z szafy dwa rezerwoary z cynku, kształtem swoim przypominające owe naczynia, które kupcy coco noszą w Paryżu na plecach. Są to skrzynie do ścieśnionego powietrza; łączą się ustami za pośrednictwem dwóch rur kauczukowych, zakończonych rogową główką, którą wkłada się do ust. Napełniają się powietrzem za pomocą szczególnych miechów, tak zrobionych, że mogą się zupełnie opróżniać. Ścisnąwszy nos drewnianemi szczypcami i zaopatrzywszy się w pewną ilość powietrza, można bezpiecznie zapuszczać się w atmosferę najmniej stosowną do oddychania.

Skończywszy przygotowania, nadzorca i Marceli uczepili się windy, lina pomknęła, i zaczęli spuszczać się w głąb kopalni. Zstępując w głąb ziemi, rozmawiali ze sobą przy świetle dwóch małych lamp elektrycznych.

– Jak na człowieka, nie należącego do rzemiosła, można powiedzieć, że mi dmuchasz w palce, mówił nadzorca. – Widziałem takich, co nie mogli odważyć się spuścić, albo jak króliki siedzieli skuleni w windzie.

– Doprawdy? – odrzekł Marceli. – Mnie to jest zupełnie obojętne. Prawda, że dwa czy trzy razy spuszczałem się już do kopalni.

Dosięgnięto wkrótce dna studni. Wartownik, znajdujący się na placyku, gdzie stanęła winda, nie umiał nic powiedzieć o Karlu.

Udano się do stajni. Konie były same i wydawały się nawet bardzo znudzone. Należało tak wnosić z radosnego rżenia Blair-Athol’a, którem pozdrowił trzy ludzkie postacie. Na gwoździu wisiał worek Karla, a w kącie obok zgrzebła leżała jego książka arytmetyczna.

Marceli zwrócił zaraz uwagę na brak latarni chłopca, co było nowym dowodem, że dziecko musiało być w kopalni.

– Może spotkał go jaki wypadek przy obalaniu się ściany, rzekł nadzorca, ale to niebardzo prawdopodobne! Cóżby robił w niedzielę w galerjach, gdzie wydobywają węgiel?

– Och, może nim wyszedł, szukał tam owadów, – odpowiedział wartownik. – To jest prawdziwa jego namiętność.

Chłopiec stajenny, który w tej chwili nadszedł, potwierdził to przypuszczenie. Widział Karla, jak wychodził z latarnią w ręku przed siódmą.

Nie pozostało zatem nic więcej, jak rozpocząć prawidłowe poszukiwania.

Przy pomocy gwizdawki przywołano innych wartowników, na wielkim planie kopalni podzielono pracę i wszyscy, zaopatrzywszy się w lampy, rozpoczęli przegląd galerji drugo i trzeciorzędnych, stosownie do tego, jak co komu przeznaczono.

W ciągu dwóch godzin zwiedzono wszystkie części kopalni i wszyscy znów wrócili na placyk. Nigdzie nie znaleziono najmniejszego śladu zawalenia się ściany, ale też nigdzie żadnego śladu Karla. Nadzorca może pod wpływem wzmagającego się apetytu, przychylał się do mniemania, że chłopiec mógł przejść niepostrzeżony i znajdował się teraz poprostu w domu; ale Marceli przekonany, że tak nie było, nastawał, by szukać go jeszcze w kopalni.

– Co to jest? – zapytał, wskazując kropkowane miejsce na planie, które obok szczegółów wyraźnie określonych było podobne do owych „terrae ignotae”, które geografowie znaczą na krańcach lądów arktycznych.

– Jest to pas, który porzucono, dla zwężonego w nim pokładu węgla, odpowiedział nadzorca.

– Jest opuszczony pas?… To tam trzeba szukać! – rzekł Marceli ze stanowczością, której inni ulegli.

Dostali się wkrótce do otworu galerji, której lepkie i spleśniałe ściany okazywały, że opuszczono ją od kilku lat.

Przez jakiś czas szli po nich, nie spostrzegając nic podejrzanego, kiedy Marceli, zatrzymując idących, rzekł:

– Czy nie doznajecie pewnej ociężałości i bólu głowy?

– Tak! – odpowiedzieli prawie jednogłośnie.

– Co do mnie, czuję się nawpół odurzonym. Musi tu być z pewnością dwutlenek węgla!… Czy mogę zapalić zapałkę? – spytał nadzorcę.

– Możesz, mój chłopcze, rób, jak chcesz.

Marceli wyjął z kieszeni małe pudełko zapałek, potarł o nie zapałkę, i pochyliwszy się, zbliżył płomień ku ziemi. Zgasła natychmiast.

– Byłem tego pewny… – rzekł. – Gaz, cięższy od powietrza, trzyma się przy samej ziemi… Nie można tu pozostawać; mówię o tych, którzy nie mają przyrządu Galiberta. A my z panem nadzorcą, jeżeli się zgadza, będziemy szukali dalej.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 20.jpg

Kiedy przystano na to, Marceli i nadzorca, wziąwszy w zęby koniec rurki od skrzyni z powietrzem i zatknąwszy kleszczyki na nozdrza, zagłębili się w szereg starych galeryj. W kwadrans później wyszli dla odnowienia powietrza w rezerwuarach; uskuteczniwszy to, szli dalej.

Za trzecim razem, usiłowania ich zostały uwieńczone pomyślnym rezultatem. Zdala, w ciemności, dostrzegli małe niebieskawe światełko lampy elektrycznej. Pobiegli w tę stronę…

U stóp wilgotnego muru leżał nieruchomy i zimny już biedny mały Karl. Sine usta, nalana twarz i cała postawa wyraźnie mówiły, co się z nim stało.

Chciał podnieść coś z ziemi, nachylił się i dosłownie utonął w gazie dwutlenku węgla.

Nic nie zdołało przywołać go do życia. Śmierć zaskoczyła go cztery czy pięć godzin temu. Nazajutrz wieczorem, nowy cmentarz Stahlstadtu miał o jeden grób więcej, a biedna pani Bauer została wdową po dziecku, tak jak była już wdową po mężu.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top