500 miljonów Begumy/07

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział VI 500 miljonów Begumy • Rozdział VII • written by Juliusz Verne Rozdział VIII
Rozdział VI 500 miljonów Begumy
Rozdział VII
written by Juliusz Verne
Rozdział VIII
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział VII
Centralny oddział.

W raporcie swoim doktór Echternach, główny lekarz oddziału studni Albrechta, zawyrokował, że trzynastoletni Karl Bauer, nr. 41.902, pełniący obowiązki wartownika u drzwi, prowadzących do 228 galerji, umarł wskutek uduszenia, które nastąpiło dzięki wchłonięciu wielkiej ilości dwutlenku węgla przez organy oddechowe.

Inny raport inżyniera Maulmühle, niemniej jasny od pierwszego, przedstawiał władzy konieczność zaprowadzenia systemu wentylacji w strefie B., planu XIV, którego galerje wydzielały trujący gaz, sposobem powolnym i nieznacznym, ale niewątpliwie szkodliwym.

Wreszcie ten sam urzędnik w osobnem piśmie donosił władzy o poświęceniu się nadzorcy Rayer’a i gisera pierwszej klasy, Johanna Schwartz’a.

W tydzień lub dziesięć dni potem, młody robotnik, wszedłszy do pokoju odźwiernego dla wzięcia swego znaczku obecności, znalazł na gwoździu drukowany rozkaz pod swoim adresem:

„Giser Schwartz stawi się dzisiaj o godzinie dziesiątej w biurze głównego dyrektora. Dzielnica centralnej bramy i droga A. Ubranie świąteczne.

– Nareszcie!… – pomyślał Marceli. – Długo się namyślali, ale mam ich wkońcu!

W rozmowach z kolegami i w niedzielnych swych przechadzkach dokoła Stahlstadtu, poznał już na tyle ogólną organizację miasta, że wiedział, iż pozwolenia wejścia do środkowej dzielnicy nie otrzymywał byle kto. Prawdziwe legendy krążyły na ten temat. Mówiono, że ciekawi, którzy podstępem wdarli się do tego warownego obwodu, nie pokazali się więcej; że robotnicy i urzędnicy, zanim zostali przyjęci tam, musieli się poddać pewnym obrządkom wolnomularskim i pod najuroczystszą przysięgą zobowiązać się, że nie wydadzą nic z tego, co ujrzą; że tajemny trybunał karał śmiercią tych, którzy nie dotrzymywali przysięgi. Podziemna kolej żelazna łączyła tę świątynię z linją obwodową… Nieznani goście przybywali tam nocnymi pociągami… Odbywały się tam niekiedy najwyższe sądy, w których tajemnicze osoby zasiadały i brały udział w naradach…

Nie przykładając zbytniej wiary do tych opowiadań, Marceli rozumiał jednak dobrze, że były one wyrazem rzeczywistego faktu; nadzwyczajnej trudności dostania się do oddziału środkowego. Ze wszystkich robotników, jakich znał, a miał przyjaciół między górnikami z kopalń żelaza i węgla, między robotnikami, obsługującymi wielkie piece, między cieślami i kowalami, żaden z nich nigdy nie przekroczył bramy A.

Z uczuciem ciekawości i przyjemności stanął sam u tej bramy. Przekonał się wkrótce, że ostrożności, jakie tam przedsiębrano były bardzo surowe.

Spostrzegł najpierw, że go oczekiwano. Dwóch ludzi w szarych mundurach, z szablą u boku i rewolwerem u pasa, znajdowało się w loży odźwiernego. Loża ta, jak izdebka siostry zakonnej, pilnującej klasztornej furty, miała dwoje drzwi, jedne wychodzące na zewnątrz a drugie na wewnątrz; drzwi te nigdy nie otwierały się jednocześnie.

Przejrzano i poświadczono przepustkę Marcelego, następnie podano mu białą chustkę; młodzieniec nie okazał najmniejszego zdziwienia i dał sobie starannie zawiązać oczy dwóm figurom w mundurach.

Ci wzięli go pod ręce i nie mówiąc ani słowa, poprowadzili ze sobą. Uszedłszy dwa lub trzy tysiące kroków, weszli na schody; potem otwarto i zamknięto jakieś drzwi, wreszcie pozwolono Marcelemu zdjąć przepaskę z oczu.

Był w zwykłej sali, zawierającej kilka krzeseł, czarną tablicę i szeroką deskę, a przy niej przybory do kreślenia. Wysokie okna o matowych szybach oświecały tę salę.

Prawie jednocześnie weszły do niej dwie osoby, mające powierzchowność profesorów uniwersytetu.

– Powiedziano nam, że odznaczacie się niezwykłą inteligencją, – rzekł jeden z nich. – Chcemy wyegzaminować was i przekonać się, czy można was przyjąć do oddziału wzorów. Czy możecie odpowiadać na nasze pytania?

Marceli skromnie oświadczył, że gotów jest poddać się próbie.

Dwaj egzaminatorowie zadali mu wówczas kolejne pytania z chemji, geometrji i algebry. Młody robotnik zadowolnił ich całkowicie, tak jasnością, jak dokładnością swoich odpowiedzi. Figury, które kreślił kredą na tablicy, były wyraźne, kształtne i swobodne. Równania algebraiczne szły jedne za drugiemi w równych, ścieśnionych szeregach, jak linje wyborowego pułku. Jedno z dowodzeń było tak znakomite a zarazem nowe dla sędziów, że ci zapytali go ze zdziwieniem, gdzie się tego wyuczył.

– W Szaffuzie, w moim kraju, w szkole powszechnej.

– Zdaje się, że jesteś dobrym rysownikiem.

– Był to mój ulubiony przedmiot.

– Dobrze uczą w tej Szwajcarji, – rzekł jeden z egzaminatorów. Zostawimy cię samego na dwie godziny dla wykonania tego rysunku, – mówił dalej, podając kandydatowi wizerunek dosyć skomplikowanej maszyny parowej w przecięciu. – Jeśli wykreślisz go, zostaniesz przyjęty z notą: dobrze.

Zostawszy sam, Marceli wziął się z zapałem do roboty.

Kiedy sędziowie wrócili o oznaczonej godzinie, byli tak zachwyceni jego rysunkiem, że do obiecanej noty dodali: Nie mamy rysownika z równym talentem.

Szaro ubrani jegomoście pochwycili go znowu i z taką samą ceremonją, to jest z oczyma zawiązanemi, zaprowadzili do biura głównego dyrektora.

– Zostałeś wyznaczony do jednej z pracowni kreślarskich w oddziale wzorów, – rzekł dyrektor. – Czy chcesz poddać się warunkom regulaminu?

– Nie znam ich, – rzekł Marceli, – ale przypuszczam, że są możebne do spełnienia.

– Otóż te warunki: 1) Przez cały czas trwania zobowiązania musisz mieszkać w samym wydziale. Za szczególnem i zupełnie wyjątkowem pozwoleniem będziesz mógł wyjść poza obręb wydziału. 2) Musisz się poddać rygorowi wojskowemu i pod groźbą kar wojskowych być ślepo posłuszny swoim naczelnikom. Wzamian za to zostaniesz zaliczonym do podoficerów czynnej armji i, stopniowo awansując, możesz dojść do najwyższych stopni. 3) Zobowiążesz się pod przysięgą, że nigdy nikomu nie wyjawisz nic z tego, co będziesz widział w oddziale, do którego zostaniesz przyjęty. 4) Listy twoje, tak do ciebie, jak od ciebie, będą przechodziły przez ręce i cenzurę twoich naczelników i korespondencja musi się ograniczyć do twojej rodziny.

– Krótko mówiąc, jestem w więzieniu, – pomyślał Marceli.

Poczem odpowiedział poprostu:

– Warunki te wydają mi się sprawiedliwe, i gotów jestem przyjąć je.

– Dobrze. Podnieś rękę… Przysięgaj… Jesteś mianowany rysownikiem w 4 pracowni. Mieszkanie zostanie ci wyznaczone , a co do pożywienia, to będziesz je otrzymywać w bardzo dobrej jadłodajni… Nie masz rzeczy z sobą?

– Nie, panie. Nie wiedząc, czego chciano odemnie, zostawiłem je u mojej gospodyni.

– Poszle się po nie, bo nie możesz już wyjść z oddziału.

– Dobrze zrobiłem, – pomyślał Marceli, – że notatki moje pisałem tajemnem pismem! Pięknie byłoby teraz, gdyby je znaleziono!…

Przed wieczorem Marceli został umieszczony w ładnym pokoiku na czwartem piętrze, w budynku o wielkiem podwórzu, i powziął już pewne wyobrażenie o życiu, jakie miał tam prowadzić.

Sądził, że nie będzie tak smutne, jak mu się zdawało zpoczątku. Koledzy, poznał się z nimi w restauracji, byli spokojni i łagodni, jak wszyscy ludzie pracy. Chcąc rozerwać się trochę, bo temu automatycznemu życiu brakło wesołości, kilku z nich utworzyło orkiestrę, i co wieczór zabawiali się dosyć dobrze muzyką. Podczas rzadkich swobodnych godzin, umysł mógł dowoli czerpać w bibljotece, w czytelni. Pod względem naukowym, nie brakło tu niczego. Specjalne kursa, na których wykładali znakomici profesorowie, były obowiązkowe dla wszystkich pracowników; prócz tego odbywały się często egzamina i konkursy. Ale brakowało powietrza, swobody w tym ciasnym obrębie fabryki. Było to niby kolegjum, ale z regulaminem bardziej obostrzonym, – i dla ludzi dorosłych. Otaczająca atmosfera ciążyła na wszystkich umysłach, nawet najwięcej oswojonych z żelazną karnością.

Zima ukończyła się wśród prac, którym Marceli oddał się duszą i ciałem. Jego pilność, doskonałość rysunków, nadzwyczajne postępy w nauce, zyskały mu w krótkim czasie uznanie wszystkich nauczycieli i wszystkich egzaminatorów, i wyrobiły mu pewną sławę w kółku tych pracowitych ludzi. Wszyscy się zgadzali, że był najzdolniejszym, najlepszym i najbogatszym w pomysły rysownikiem. Jeżeli zachodziła jaka trudność udawano się natychmiast do niego. Sami naczelnicy uciekali się do jego doświadczenia z owem poważaniem, jakie prawdziwa zasługa zawsze sobie potrafi zdobyć, nawet u najzawistniejszych ludzi.

Ale jeśli Marceli liczył, że dostawszy się do oddziału wzorów, przeniknie tajemnicę to się grubo omylił.

Życie jego upływało w obrębie żelaznej kraty, mającej trzysta metrów średnicy, która otaczała dzielnicę środkową. Działalność jego mogła i musiała sięgnąć najdalszych gałęzi przemysłu metalurgicznego.

W praktyce ograniczała się do rysunków maszyn parowych. Były one rozmaitych rozmiarów i różnych sił, dla rozmaitych użytków i przemysłów, dla okrętów wojennych i pras drukarskich. Taką była jego specjalność. Podział pracy posunięty do ostatecznych granic, ściskał go w swoich kleszczach.

Po czterech miesiącach pobytu w odziale A, wiedział nie więcej niż przedtem o całości tego, co się robiło w Stalowem Mieście. Conajwyżej, zebrał trochę ogólnych wiadomości o organizacji, w której sam, mimo zasług i zdolności był tylko nic nieznaczącem kółkiem. Wiedział, że środkiem pajęczyny, którą stanowiło Stahlstadt, była wieża Byka, rodzaj olbrzymiego gmachu, panującego nad wszystkiemi sąsiedniemi zabudowaniami, Dowiedział się także, z opowiadań kucharzy i kamerdynerów, że osobiste mieszkanie Herr Schultze’a znajdowało się u podnóża owej wieży i że słynny tajemny gabinet mieści się w jej wnętrzu. Dodawano również, że sala ta była sklepiona, zabezpieczona od pożaru i ufortyfikowana od wewnątrz, tak jak krążownik, lub pancernik, że zamykała się drzwiami ze stali, zaopatrzonemi w strzelające zamki, godne Federal Reserve Banku. Wreszcie ogólnie mówiono, że Herr Schultze pracował nad ukończeniem maszyn wojennych o sile i doskonałości nieznanej współczesnej technice. Maszyny te miały zapewnić Niemcom panowanie nad całym światem.

Marceli tworzył z początku zuchwałe plany wdarcia się lub dostania jakimkolwiek sposobem do zaczarowanej fortecy, której tajemnicę chciał koniecznie posiąść. Nie mógł wynaleźć nic praktycznego. Grube ponure mury, oświetlone w nocy potokami światła, strzeżone przez pewną wartę, stały przed nim jak nieprzezwyciężona przeszkoda. Gdyby nawet udało mu się przedrzeć przez łańcuch straży, co mógłby zobaczyć? Szczegóły, szczegóły, nigdy całości.

Mniejsza o to. – Przysiągł sobie, że nie ustąpi i dotrzyma tej przysięgi. Choćby miał czekać dziesięć lat nie opuści stanowiska. Musi wreszcie wybić godzina, w której tajemnica stanie się jego własnością! Musi tak być. Frankopolis rozwijał się pomyślnie; jego dobroczynne instytucje sprzyjały wszystkim i każdemu, wskazując zniechęconym ludom nowe widnokręgi. Marceli nie wątpił, że wobec takiego powodzenia rasy łacińskiej Schultze więcej niż kiedykolwiek zechce wykonać swe pogróżki. Sam Stahlstadt i rodzaj pracy, która się w niem wykonywała, były dostatecznym tego dowodem.

Tak upłynęło kilka miesięcy.

Pewnego dnia, w marcu, Marceli po raz tysiączny może powtórzył sobie samemu tę przysięgę Hannibala, gdy dano mu znać, że główny dyrektor, ma mu coś powiedzieć.

– Otrzymałem od Herr Schultze’a – rzekł dygnitarz – rozkaz przysłania najlepszego naszego rysownika. Proszę złożyć swoje rzeczy; przejdzie pan do wewnętrznego obwodu. Został pan awansowany na porucznika.

A zatem, w tej właśnie chwili, kiedy tracił już prawie nadzieję, logiczne i naturalne następstwo heroicznej pracy, zjednało mu ów upragniony przystęp! Marceli tak był przejęty radością, że uczucie to, mimowoli odbiło mu się na twarzy.

– Bardzo mi przyjemnie, że mogłem zwiastować tak dobrą wiadomość, – mówił dalej dyrektor – i radzę wytrwać na drodze, którą pan idzie tak odważnie. Najświetniejsza przyszłość czeka pana. Może pan odejść.

Wreszcie po długiej próbie, Marceli ujrzał cel, do którego wytrwale dążył.

W kilka minut złożył swoje odzienie do walizki i w towarzystwie żołnierzy w szarych mundurach dostał się do ostatniego muru, do którego jedyna brama, wychodząca na drogę A., mogła być tak długo jeszcze zamknięta przed nim.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 22.jpg

Znalazł się u stóp niedostępnej wieży Byka, której nasrożoną głowę widział zdala niknącą w obłokach.

Widok, jaki zobaczył, należał z pewnością do najbardziej niespodzianych. Wyobraźcie sobie człowieka, nagle, odrazu przeniesionego z pracowni europejskiej, hałaśliwej, pospolitej, w głąb dziewiczego lasu podzwrotnikowej sfery. Taka to niespodzianka czekała Marcelego w środku Stahlstadtu.

Znalazł się we wspaniałym parku Herr Schultze’a. Wysmukłe palmy, gęste banany, tworzyły ciemny nieprzebyty gąszcz. Cudaczne liany, pnąc się z wdziękiem, zwieszały się zielonymi wieńcami lub opadały w bogatych warkoczach. Najdziwaczniej wyglądające rośliny kwitły tu i dojrzewały. Ananasy dojrzewały obok pomarańcz. Kolibry i ptaki rajskie roztaczały na wolnem powietrzu przepych swego pierza, wreszcie sama temperatura była tak zwrotnikową, jak cała roślinność.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 21.jpg

Marceli wodził oczami, szukając kaloryferów i szklanego dachu, które dokonywały tego cudu, i osłupiał na chwilę, widząc tylko błękit nieba.

Później przypomniał sobie, że niedaleko stamtąd była kopalnia węgla, paląca się ciągłem ogniem, zrozumiał, że Herr Schultze dowcipnie zużytkował te skarby podziemnego ciepła i sprowadzając je metalicznemi rurami, urządził u siebie stałą temperaturę cieplarni.

Ale chociaż rozum młodego Alzatczyka wytłumaczył mu zagadkę, oczy jego były oczarowane zielonością trawników, a nozdrza z zachwytem wchłaniały zapach, napełniający atmosferę. Wynagradzał sobie teraz sześć miesięcy czasu, które spędził, nie widząc ani jednego źdźbła trawy. Ulicą wysypaną piaskiem doszedł po nieznacznej pochyłości do marmurowych schodów, ponad któremi panowała wspaniała kolumnada. Wtyle wznosiła się olbrzymia masa wielkiego czworokątnego gmachu, który był jakby podstawą Wieży Byka. W przedsionku Marceli spostrzegł siedmiu czy ośmiu lokajów w czerwonej liberji i szwajcara z kapeluszem o trzech rogach i halabardą; zauważył bogate kandelabry z bronzu między kolumnami, a kiedy wstępował na stopnie, usłyszał lekki huk, z którego domyślił się, że pod stopami jego przechodziła podziemna kolej żelazna.

Marceli wymienił swoje nazwisko i został wprowadzony do przedpokoju, który był prawdziwem muzeum rzeźby. Nie zatrzymując się w nim, przeszedł czerwono-żółty salon, potem salon czarno-żółty i przybył do salonu żółto-złotego, gdzie lokaj zostawił go samego na pięć minut. Wreszcie został wprowadzony do przepysznego zielono-złotego gabinetu.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 23.jpg

Herr Schultze we własnej osobie, palący długą, glinianą fajkę i popijający piwo ze sporego kufla, wśród całego tego przepychu, robił wrażenie plamy z błota na lakierowanym bucie.

Nie podniósłszy się, nie odwróciwszy nawet głowy, stalowy król rzekł zimno i obojętnie:

– Jesteś rysownikiem?

– Tak, panie.

– Widziałem twoje rysunki. Są bardzo dobre. Ale czy nie znasz nic więcej oprócz maszyn parowych?

– Nigdy mię nie pytano o nic więcej.

– Czy znasz trochę balistykę?

– Studjowałem ją w swobodnych chwilach dla własnej przyjemności.

Odpowiedź ta przemówiła do serca Herr Schultze’a. Raczył spojrzeć na swego podwładnego.

– A zatem podejmujesz się wyrysować razem ze mną armatę!… Zobaczymy, jak się z tego wywiążesz!… Trudno ci będzie zastąpić tego głupca Sohne’a, który zabił się dziś rano, obracając w ręku woreczek z dynamitem!… Bydlę! mógł nas wszystkich wysadzić w powietrze!

Trzeba wyznać, że ten brak wszelkiego uczucia nie wydawał się oburzającym w ustach Herr Schultze’a.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top