500 miljonów Begumy/08

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział VII 500 miljonów Begumy • Rozdział VIII • written by Juliusz Verne Rozdział IX
Rozdział VII 500 miljonów Begumy
Rozdział VIII
written by Juliusz Verne
Rozdział IX
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział VIII
Jaskinia smoka.

Przy zwiększającem się ciągle powodzeniu, jakiego doznawał młody alzatczyk, czytelnik nie będzie się zapewne dziwił, że po kilku tygodniach zastanie go żyjącego w największej poufałości z Herr Schultze’m. Nie rozłączali się prawie ze sobą. Praca, posiłek, przechadzka do parku, długie fajki, palone obok musującego piwa – wszystko to było im wspólne.

Nigdy jeszcze ex-profesor z Jeny nie miał współpracownika, któryby go tak rozumiał półsłówkami, rzec można, któryby umiał tak zużytkować jego teoretyczne pomysły.

Marceli nietylko w najwyższym stopniu posiadał znajomość swego rzemiosła we wszystkich jego gałęziach, był to zarazem najprzyjemniejszy towarzysz, pracownik niezmordowany, wynalazca płodny, a pomimo to skromny niesłychanie.

Herr Schultze był nim zachwycony. Dziesięć razy na dzień mówił do siebie samego:

– Co za skarb! Co za perła ten chłopiec!

W istocie zaś Marceli od pierwszego rzutu oka poznał charakter strasznego swego patrona. Dojrzał, że główną cechą jego charakteru był egoizm, potężny, wszystkożerny, objawiający się na zewnątrz bezmierną próżnością i do tego dostosował całe swoje postępowanie.

W ciągu kilku dni młody Alzatczyk tak doskonale poznał mechanizm tej klawiatury, że grał na Herr Schultze’u, jak na fortepianie. Taktyka jego polegała na tem, że starał się o ile mógł wykazać swoją własną zasługę, ale czynił to w taki sposób, by dać zarazem tamtemu możność wykazania jego wyższości nad sobą.

Naprzykład, gdy chodziło o rysunek, wykonywał go bez zarzutu, zostawiając jednakże jakiś błąd, łatwy do poprawienia; tak, że ex-profesor zwracał nań natychmiast uwagę.

Jeżeli miał jakąś teoretyczną myśl, starał się dać ją poznać w rozmowie, a to w taki sposób, by Herr Schultze mógł sądzić, że sam trafił na nią. Czasami nawet posuwał się dalej, mówiąc naprzykład.

– Zrobiłem plan tego statku o zdejmującej się ostrodze, o którym mówił pan ostatnio.

– Ja? – odpowiadał Herr Schultze, który nigdy nie myślał o niczem podobnem.

– No, tak! Zapomniał pan o tem?… Ostroga odejmuje się i zostawia w nieprzyjacielskim statku torpedę, wybuchającą dopiero po upływie trzech minut!

– Nic już nie pamiętam. Tyle mam pomysłów w głowie!

I Herr Schultze spokojnie przywłaszczał sobie ojcostwo nowego wynalazku.

Może tylko nawpół dawał się oszukiwać. Prawdopodobnie czuł w duszy wyższość Marcelego nad sobą. Ale egoizm i niezwalczona duma kazały mu kłamać przed samym sobą. Był genjalny; chciał, by podwładny miał takie złudzenie!…

– A to głupiec, z całym swoim rozumem! – mówił do siebie niekiedy, śmiejąc się zcicha i ukazując swoje trzydzieści dwa zęby.

Zresztą, próżność jego umiała to sobie wynagrodzić. On tylko jeden na świecie mógł urzeczywistnić tego rodzaju marzenia przemysłowe!… Marzenia te miały wartość tylko przez niego i dla niego!… Marceli jest niczem więcej, jak jednem z kółek organizmu, który on, Schultze, umiał stworzyć i t. d. i t. d.

Mimo to, nie wygadał się, jak powiadają. Po pięciu miesiącach pobytu w Wieży Byka, Marceli nie wiele wiedział o tajemnicach Dzielnicy Środkowej. Wprawdzie, podejrzenia jego stały się prawie pewnikami. Coraz mocniej był przekonany, że w Stahlstadzie ukrywała się tajemnica, że i Herr Schultze oprócz zysku, miał jeszcze coś innego na celu. Wyłączny kierunek myśli jego, a nawet rodzaj przemysłu, któremu się oddał, nasuwał prawdopodobną hipotezę, że chodziło o wynalazek jakiejś nowej maszyny wojennej.

Ale co i jak? Zagadka zawsze jeszcze była ciemną i nieodgadniętą.

Marceli doszedł wreszcie do przekonania, że nie dowie się o niej bez jakiegoś przesilenia. Widząc, że to nie nastąpi samo, postanowił doprowadzić do niego.

Było to wieczorem 5 września, pod koniec obiadu. Rok temu, w ten sam dzień, Marceli odnalazł w studni Albrechta zwłoki swego małego przyjaciela, Karla.

Długa, surowa zima tej Szwajcarji amerykańskiej pokrywała jeszcze swoim białym płaszczem wszystkie pola dokoła. Ale w parku Stahlstadt’u temperatura była tak ciepła, jak w czerwcu i śnieg, topniejąc, zanim dotknął ziemi, opadał w postaci rosy, nie zaś białych płatków.

– Prawda, jaka doskonała kiełbasa z kapustą? – odezwał się Herr Schultze, który mimo miljonów nie stracił upodobania do ulubionej potrawy.

– Doskonała, – odrzekł Marceli, który jadł ją po bohatersku, chociaż czuł już do niej prawie wstręt, tak mu obrzydła.

Buntujący się żołądek skłonił go wreszcie do kroku, nad którym przemyśliwał oddawna.

– Nie rozumiem, jak mogą żyć narody, które nie mają ani kiełbasy, ani kapusty, ani piwa! – dodał z westchnieniem Herr Schultze.

– Życie musi być dla nich długą męczarnią, – odpowiedział Marceli. – Będzie to prawdziwy humanitarny uczynek, kiedy się je przyłączy do „Vaterlandu”.

– Ho, ho!… nastąpi to… nastąpi!… – zawołał król stalowy. – Usadowiliśmy się już w samym środku Ameryki. Niechno zdobędziemy jedną lub dwie wyspy w okolicach Japonji, a zobaczysz, jakimi krokami pójdziemy naprzód.

Lokaj wniósł fajki. Herr Schultze nałożył swoją i zapalił. Marceli rozmyślnie obrał tę chwilę błogiego usposobienia.

– Muszę wyznać, – rzekł po chwilowem milczeniu, – że nie bardzo wierzę w ten podbój!

– Jaki podbój? – zapytał Herr Schultze, który zapomniał już o przedmiocie rozmowy.

– Podbój świata przez Niemców.

Eksprofesor sądził, że źle usłyszał.

– Nie wierzysz w podbój świata przez Niemców?

– Nie…

– A to dobre, to mi się podoba!… – Chciałbym wiedzieć, jaka jest przyczyna tego powątpiewania?

– Ta poprostu, że artylerzyści francuscy prześcigną was i pobiją… Szwajcarzy, moi rodacy, którzy znają ich dobrze, utrzymują, że u Francuza nauka nie idzie w las. Rok 1870 był dla nich smutną nauką, która na złe wyjdzie nauczycielom. Nikt o tem nie wątpi w naszym małym kraju, a jeżeli mam panu powiedzieć wszystko, – takie też jest zdanie najwytrawniejszych ludzi w Anglji.

Marceli wymówił te słowa tonem zimnym, suchym stanowczym, co zwiększyło jeszcze, jeżeli podobna, wrażenie, jakie to bluźnierstwo, tak wręcz wypowiedziane, musiało sprawić na królu stalowym.

Herr Schultze oniemiał, osłupiał. Krew tak gwałtownie uderzyła mu do twarzy, że młodzieniec przestraszył się, czy nie za daleko zaszedł. Spostrzegłszy jednak, że ofiara wytrzymała cios, chociaż o mało nie udusiła się z wściekłości, mówił dalej:

– Przykro mi o tem mówić, ale tak jest. Nasi współzawodnicy nie zdradzają się żadnym ruchem, ale tem zawzięciej pracują. Myśli pan, że niczego się nie nauczyli od czasu ostatniej wojny? Podczas gdy my niezdarnie powiększamy ciężar naszych dział, bądź pan pewien, że oni przygotowują coś nowego, o czem dowiemy się przy pierwszej sposobności.

– Nowego! nowego! – wyjąkał Herr Schultze. – My też robimy coś nowego!

– A tak, jest o czem mówić! Robimy ze stali to, co poprzednicy nasi robili z bronzu, ot i wszystko! Podwajamy rozmiary i doniosłość naszych dział!

– Podwajamy?… – odrzekł Herr Schultze tonem, który znaczył: – Naprawdę, więcej niż podwajamy!

– Ale w gruncie rzeczy jesteśmy tylko naśladowcami. Chce pan, żebym powiedział prawdę? Brak nam zdolności do wynalazku. Nie możemy nic wynaleźć, a Francuzi? Z pewnością nie zasypiają gruszek w popiele, bądź pan tego pewien!

Herr Schultze odzyskał zimną krew. Jednakże drżenie jego warg i bladość, która nastąpiła po apoplektycznej czerwoności twarzy, wskazywały, że wulkan nie uspokoił się jeszcze po wybuchu. Dojść do takiego stopnia upokorzenia? Nazywać się Schultzem, być absolutnym panem największej fabryki i najlepszej na świecie odlewni dział, widzieć u stóp swoich parlamenty i królów, i słyszeć od lichego szwajcarskiego rysownika, że braknie ci zdolności wynalazczych, że stoisz niżej francuskiego artylerzysty!… I to wówczas, kiedy tuż za murem, masz coś, czem mógłbyś wprawić w zdumienie tego zuchwalca, zamknąć mu usta i zniweczyć jego głupie dowodzenie. Nie, trudno znieść taką męczarnię.

Herr Schultze zerwał się tak nagle, że stłukł fajkę. Potem, patrząc na Marcelego z ironją, i zaciskając zęby, rzekł, a raczej syknął:

– Chodź pan ze mną, pokażę panu, czy ja, Herr Schultze, nie mam zdolności do wynalazku!

Marceli postawił wiele na stawkę, ale wygrał, dzięki zdziwieniu, jaki wywołał jego nagły i niespodziewany atak i dzięki gwałtownemu gniewowi, który ogarnął ex-profesora. Próżność była silniejsza, niż ostrożność. Teraz już pilno było Schultze’mu wyjaśnić tajemnicę, i jak gdyby pchnięty jakąś siłą, wszedł do swego gabinetu, starannie zamykając drzwi. Skierował się prosto do szafy z książkami i dotknął jednej z jej ścian. Rozległ się zgrzyt i ukazał się murze otwór, zakryty rzędami tomów. Było to wejście do wąskiego przejścia, którego kamienne schody prowadziły aż do samych stóp Wieży Byka.

Tam dębowe drzwi otworzyły się za pomocą małego kluczyka, z którym się nigdy nie rozstawał. Następne drzwi zamknięte były na sylabiczną kłódkę, w rodzaju tych, jakich się używa do okutych skrzyń. Herr Schultze ułożył słowo i otworzył ciężkie żelazne podwoje, z wewnętrznej strony uzbrojone w skomplikowany przyrząd samowybuchający, któremu Marceli, zapewne przez zawodową ciekawość, chciał się bliżej przypatrzyć. Ale przewodnik nie dał na to czasu.

Obydwaj znaleźli się przed trzeciemi drzwiami, bez widocznego zamku, które otworzyły się za prostem pchnięciem, wykonanem, ma się rozumieć, podług określonych prawideł.

Przebywszy te trzy szańce, Herr Schultze i towarzysz jego musieli wejść na dwieście stopni żelaznych schodów i dostali się na szczyt Wieży Byka, która panowała nad Stalowem Miastem.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 24.jpg

Na tej wieży z granitu, której moc była niepokonana, znajdował się rodzaj zaokrąglonej kazematy, a w niej kilka strzelnic. Na środku kazematy stała armata ze stali.

– Proszę, – rzekł profesor, który przez całą drogę milczał.

Była to największa z oblężniczych armat, jakie Marceli widział kiedykolwiek. Musiała ważyć przynajmniej trzysta tysięcy kilogramów i nabijała się od tyłu. Otwór jej miał półtora metra średnicy. Osadzona na lawecie ze stali, toczyła się po pasach z tegoż metalu; dzięki systemowi zębatych kół, ruchy jej były tak ułatwione, że dziecko mogłoby nią kierować. W tyle lawety znajdowała się sprężyna, która miała zapobiegać cofaniu się działa, a przynajmniej ściśle równoważyć je i po każdym strzale automatycznie ustawiać na dawnem miejscu.

– Jaka jest siła tego działa? – zapytał Marceli.

– O dwadzieścia tysięcy metrów pełnym pociskiem przebijamy blachę grubą na czterdzieści cali z taką łatwością, jak gdyby to była kartka papieru.

– Jaka jest jego donośność?

– Donośność jego! – zawołał Herr Schultze, unosząc się. – Mówiłeś przed chwilą, że nasz naśladowczy genjusz zdobył się tylko na zwiększenie donośności teraźniejszych dział… Otóż ja podejmuję się wyrzucić z tego działa pocisk na dziesięć mil odległości.

– Dziesięć mil? – zawołał Marceli. – Dziesięć mil! Jakiego nowego prochu używa pan, na Boga?

– Teraz już mogę wszystko powiedzieć: – powiedział Herr Schultze szczególnym tonem. – Nic już teraz nie stoi na przeszkodzie. Mogę ci odsłonić wszystkie moje tajemnice! Gruboziarnisty proch zrobił już swoje. Ja używam bawełny strzelniczej, której siła rozsadzania jest cztery razy większa od zwykłego prochu, siłę tę powiększam pięciokrotnie, dodając saletry w ilości ośmiu dziesiątych wagi bawełny.

– Ale, – zrobił uwagę Marceli, – żadna armata, chociażby była z najlepszej stali nie potrafi oprzeć się ciśnieniu tych gazów. Działo pańskie po trzech, czterech, pięciu wystrzałach będzie zepsute i nie do użytku.

– Chociażby wystrzeliło jeden raz, tylko jeden, to wystarczy.

– Ten raz kosztowałby drogo!

– Miljon, ponieważ armata tyle kosztuje!

– Strzał jednomiljonowy!…

– Mniejsza o to, jeżeli ten strzał może zniszczyć miljard…

– Miljard! – zawołał Marceli.

Powstrzymał się jednak od wybuchu zgrozy, pomieszanej z uczuciem podziwu, który budził w nim ten nadzwyczajny człowiek. Potem dodał:

– Działo to jest niewątpliwie doskonałe, ale pomimo wszystkich jego zalet, widzę, że usprawiedliwia moje poprzednie zdanie: udoskonalenia, naśladownictwo, brak myśli twórczej.

– Brak myśli twórczej? – odpowiedział Herr Schultze, wzruszając ramionami. – Powtarzam, że nie mam już tajemnic przed panem. Proszę za mną!

Stalowy król i towarzysz jego opuścili kazematę i zeszli na niższe piętro, które łączyło się z platformą za pomocą hydraulicznych wind. Znajdowała się tam pewna ilość przedmiotów podłużnego kształtu, formy cylindrycznej; zdaleka wyglądały, jak armaty, zdjęte z lawet.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 25.jpg

– Oto nasze granaty, – rzekł Herr Schultze.

Tym razem Marceli musiał wyznać, że narzędzia, na które patrzał, w niczem nie były podobne do tych, jakie znał dawniej.

Były to ogromne rury, długie na dwa metry, mające w średnicy jeden metr i dziesięć centymetrów, wewnątrz pokryte ołowiem, na którym mogły się odcisnąć gwinty lufy działowej, zamknięte ztyłu stalową nitowaną blachą, a zprzodu zakończone kojcem ze stali, zaopatrzonym w perkusyjny, czyli pistonowy guzik.

Jak była szczególna własność tych granatów? Z powierzchowności ich trudno się było tego domyśleć. Można było chyba tylko przeczuwać, że zawierały w swojem wnętrzu jakiś materjał straszliwie wybuchający, straszliwiej od wszystkiego, co dotąd zrobiono w tym rodzaju.

– Nie odgadujesz? – zapytał Herr Schultze, widząc, że Marceli milczy.

– Na honor, nie! Poco granat tak długi i ciężki, przynajmniej z pozoru?

– Pozór myli, – odpowiedział Herr Schultze, – ciężar jego nie bardzo się różni od zwykłego granatu tegoż kalibru… No, trzeba ci wszystko powiedzieć!… Granat-raca jest zrobiony ze szkła, pokrytego drzewem dębowem i naładowany płynnym dwutlenkiem węgla, przy wewnętrznem ciśnieniu siedemdziesięciu dwóch atmosfer. Spadając, granat pęka, i płyn zamienia się w gaz. Następstwa tego są takie: na dosyć znacznej przestrzeni w tem miejscu, gdzie pękł granat, powstaje zimno około stu stopni poniżej zera, a jednocześnie ogromna ilość dwutlenku węgla zmiesza się z otaczającem powietrzem. Wszystkie żywe istoty, znajdujące się w promieniu trzydziestu metrów od miejsca wybuchu, ulegają zmarznięciu, a zarazem uduszeniu. Mówiąc trzydzieści metrów, biorę tylko tę liczbę, jako podstawę rachunku, bo prawdopodobnie działanie rozciągnie się bez porównania dalej. Zachodzi przytem bardzo korzystna okoliczność: ponieważ dwutlenek węgla wskutek swego ciężaru, większego od powietrza, przez długi czas trzyma się niższych warstw atmosfery, przeto niebezpieczny ten pas zachowuje niszczące swe własności przez kilka godzin po wybuchu, tak, że kto tylko zechce przez ten czas przekroczyć go, musi nieodwołalnie zginąć. Skutek strzału armatniego jest zatem natychmiastowy i trwały… To też wówczas niema już rannych, sami tylko umarli!

Herr Schultze doznawał widocznej przyjemności, kiedy tak rozwijał zalety swojego wynalazku. Wrócił mu dobry humor, twarz okryła się rumieńcem dumy i wszystkie zęby wyszczerzył w uśmiechu.

– Wyobraź sobie, – dodał, – pewną ilość moich dział, skierowanych na oblegane miasto! Licząc po jednej armacie na hektar przestrzeni, trzeba będzie sto bateryj po dziesięć dobrze ustawionych dział na miasto o powierzchni tysiąca hektarów. Wyobraźmy sobie, że wszystkie te działa znajdują się na przeznaczonem miejscu i każde z nich ma swój cel, że powietrze jest spokojne i przyjazne, wreszcie, że w danej chwili drut elektryczny daje ogólny sygnał… W jednej chwili nie pozostanie przy życiu ani jedna istota na przestrzeni tysiąca hektarów. Prawdziwy ocean dwutlenku węgla zaleje miasto! Myśl ta powstała mi w głowie w zeszłym roku, kiedy czytałem sprawozdanie lekarskie o przypadkowej śmierci małego górnika w studni Albrechta! Powziąłem ją najprzód w Neapolu, kiedym zwiedzał Psią Grotę[1]. Ale dopiero ten ostatni wypadek rozwinął ją i ustalił całkowicie. Rozumiesz dobrze zasadę, prawda? Sztuczny ocean czystego dwutlenku! Otóż jedna piąta proporcja tego gazu wystarcza, by zatruć powietrze i uczynić je niemożebnem do oddychania.

Marceli nie mówił ani słowa. Zamknięto mu usta. Herr Schultze tak żywo odczuł swój triumf, że nie chciał go nadużywać.

– Jeden tylko szczegół niepokoi mnie, – rzekł.

– Jaki? – zapytał Marceli.

– Nie udało mi się wynaleźć sposobu usunięcia towarzyszącego wybuchowi łoskotu, skutkiem czego mój strzał armatni wiele będzie miał podobieństwa z pospolitym strzałem. Pomyśl sobie, coby to było, gdybym wynalazł cichy strzał! Ta nagła śmierć, spadająca bez najmniejszego hałasu na sto tysięcy ludzi odrazu w noc spokojną i pogodną!

Herr Schultze pogrążył się w marzeniach o uroczym ideale i marzenie to, które było właściwie tylko głębokiem zanurzaniem się w uczuciu miłości własnej, pociągnęłoby się zapewne długo, gdyby Marceli nie przerwał go następującą uwagą:

– Bardzo dobrze, panie, bardzo dobrze, ale tysiące dział tego rodzaju, toż to olbrzymia suma pieniędzy i czasu.

– Pieniędzy? mam je na zawołanie! Czasu? Czas do nas należy!

Herr Schultze wierzył naprawdę, w to co mówił.

– Niech i tak będzie, – odpowiedział Marceli. – Granat pański, naładowany dwutlenkiem węgla, niekoniecznie jest nowością, pochodzi bowiem od dawna znanych trujących pocisków; ale nie przeczę, że jest potężnie niszczącym. Tylko…

– Tylko?…

– Względnie do swych rozmiarów jest za lekki i jeśli pójdzie o dziesięć mil?

– Jego przeznaczeniem jest pójść tylko o dwie mile, – odpowiedział z uśmiechem Herr Schultze. – Ale, – dodał, pokazując inny granat, – oto pocisk z lanego żelaza. Ten jest pełny i zawiera w sobie sto małych dział symetrycznie ułożonych, osadzonych jedne w drugich tak, jak rury w perspektywie, i które, wyrzucone jako pociski stają się działami i z kolei wyrzucają małe granaty, naładowane palnymi materjałami. To tak, jakgdybym wyrzucił w powietrze baterję; zaniesie ona pożar i śmierć na całe miasto, zasypując je gradem nieugaszonych ogni! Ten pocisk ma ciężar potrzebny do przebycia dziesięciu mil, o których mówiłem! I wkrótce zrobimy z nim takie doświadczenie, że niedowiarki będą mogli dotknąć palcem stu tysięcy trupów, które legną od niego na ziemi.

Zęby świeciły się w tej chwili tak nieznośnym blaskiem w ustach Herr Schultze’a, że Marceli miał gwałtowną ochotę wybić mu ich z tuzin. Ale miał siłę powstrzymać się. Nie było to bowiem jeszcze wszystko, co miał usłyszeć od Stalowego Króla.

W istocie Herr Schultze przemówił dalej:

– Powiedziałem już, że niezadługo odbędzie się stanowcza próba.

– Jak? gdzie? – zawołał Marceli.

– Jak? Jednym z tych granatów, który, wyrzucony przez moją armatę przebędzie łańcuch Cascade- Mounts!… Gdzie? Na miasto, odległe od nas conajmniej o dziesięć mil, miasto, które nie może spodziewać się tego gromu; a chociażby się nawet spodziewało, nie mogłoby się uchronić od piorunujących następstw jego. Mamy dziś piąty września… A zatem 13-go, trzy kwadranse przed północą Frankopolis zniknie z powierzchni ziemi! Będzie to nowy pożar Sodomy! Profesor Schultze ciśnie wszystkie ognie niebios na ziemię!

Na tę niespodzianą wiadomość wszystka krew Marcelego zbiegła mu do serca. Na szczęście Herr Schultze nie spostrzegł, co się z nim działo.

– Tak, – mówił dalej swobodnym tonem. – My tutaj robimy rzeczy wprost przeciwne temu, co czynią wynalazcy Frankopolis. My szukamy tajemnicy skrócenia życia ludzkiego, podczas kiedy oni szukają sposobu przedłużenia go. Ale dzieło ich skazane jest na zagubę, a ze śmierci, którą zasiejemy, ma powstać życie.

Jednakże wszystko w przyrodzie ma swój cel, i doktór Sarrasin, zakładając odosobnione miasto, dostarczył mi, nie domyślając się tego, najwspanialszego pola do moich doświadczeń.

Marceli nie chciał wierzyć temu, co słyszał.

– Ale, – rzekł głosem, którego mimowolne drżenie zwróciło uwagę Herr Schultze’go, – mieszkańcy Frankopolis nie zrobili panu nic złego! O ile wiem, nie ma pan żadnego powodu do wojny z nimi?

– Mój drogi, – odpowiedział Herr Schultze – w mózgu twoim, dobrze zorganizowanym pod innymi względami, jest zasób idei celtyckich, które szkodziłyby ci bardzo, gdybyś miał długo żyć. Prawo, dobro, zło, to są rzeczy względne i zależne od sposobu zapatrywania. Jedynie wielkie prawa natury są bezwzględne. Prawo współzawodnictwa bytu jest absolutne, jak prawo ciążenia. Byłoby szaleństwem nie uznawać praw walki o byt. Zastosowanie się do tego prawa i działanie w jego duchu jest rzeczą rozsądną i mądrą, i dlatego zniszczę miasto doktora Sarrasin’a. Dzięki mojej armacie, pięćdziesiąt tysięcy Niemców łatwo pokona sto tysięcy marzycieli, skazanych na zagładę.

Marceli, pojmując, że dyskusja z Herr Schultze’m byłaby równoznaczna z przysłowiowem rzucaniem grochu o ścianę, nie starał się go odwieść od jego zamiaru.

Obydwaj opuścili pokój granatów i wrócili do pokoju jadalnego.

Z najnaturalniejszą miną w świecie Herr Schultze podniósł do ust swój kufel piwa i zadzwoniwszy na służącego, kazał sobie podać inną fajkę na miejsce tej, którą stłukł, poczem rzekł do lokaja:

– Czy Arminjus i Sigimer są na podorędziu?

– Tak, panie.

– Powiedz im, że mają być na moje zawołanie.

Kiedy służący opuścił jadalnię, król stalowy, obróciwszy się do Marcelego, spojrzał mu prosto w twarz.

Alzatczyk nie spuścił oczu przed tym ostrym, jak metal, wzrokiem.

– Wykona pan ten projekt?

– Wykonam. Znam doskonale położenie Frankopolis, wiem, na jakiej leży szerokości geograficznej i 13-go września trzy kwadranse przed północą miasto Sarrasina zakończy swój byt.

– Należałoby plan ten utrzymać w zupełnej tajemnicy!

– Mój drogi, – odpowiedział Herr Schultze, – widzę, że nigdy nie będziesz logiczny. Z tego powodu mniej już żałuję, że masz tak młodo umrzeć.

Marceli powstał.

– Jakto, – zimno dodał Herr Schultze, – czyś nie zrozumiał, że o moich zamiarach mówię tylko tym, którzy nigdy ich nie będą mogli powtórzyć?

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 26.jpg

Zadzwonił znowu. Dwaj olbrzymi, Arminjus i Sigimer, ukazali się we drzwiach sali.

– Chciałeś poznać moją tajemnicę, poznałeś ją, – rzekł Herr Schultze… – Teraz musisz umrzeć.

Marceli nic nie odpowiedział.

– Za wiele masz rozumu, – mówił dalej Herr Schultze, – byś mógł sądzić, że pozwolę ci żyć teraz, kiedy wiesz o moich zamiarach. Byłaby to lekkomyślność nie do darowania, byłaby to nielogiczność. Wielkość celu nie pozwala mi narażać jego powodzenia dla względu tak małej stosunkowo wartości, jak życie człowieka – nawet takiego człowieka, jak ty, mój kochany, którego dobrą organizację mózgową wysoko cenię. To też żałuję, że miłość własna pociągnęła mię za daleko i że teraz muszę cię zgładzić. Ale musisz zrozumieć, iż wobec sprawy, której się poświęciłem, nie może być mowy o uczuciu. Mogę ci wyznać, że twój poprzednik Sohne umarł dlatego tylko, że odkrył moją tajemnicę, a nie z powodu wybuchu dynamitu. Prawidło jest bezwzględne i musi być niezłomne. Nic na to poradzić nie mogę.

Marceli patrzał na Herr Schultze’a. Z dźwięku jego głosu, ze zwierzęcego uporu tej łysej głowy, zrozumiał, że jest zgubiony. To też nie myślał się sprzeciwiać.

– Kiedy umrę i jaką śmiercią?

– Nie troszcz się o te szczegóły, – odrzekł spokojnie Herr Schultze. – Umrzesz, ale nie będziesz cierpiał. Pewnego rana nie obudzisz się wcale. Nic więcej.

Na znak dany przez stalowego króla, Marceli został wyprowadzony i zamknięty w swoim pokoju, przy którego drzwiach zostali na straży dwaj olbrzymi.

Pozostawszy sam, młody człowiek z gniewem i strasznym niepokojem zaczął myśleć o doktorze i jego rodzinie, o swoich rodakach, o wszystkich tych, których kochał.

– Niczem jest śmierć, która mię czeka, – mówił do siebie, – ale to niebezpieczeństwo, które im grozi. Jak temu zapobiec!…


Przypis

  1. Psia Grota, znajdująca się w okolicach Neapolu, zawdzięcza swą nazwę szczególnej własności atmosfery, od której dusi się pies lub każde inne czworonożne zwierzę o nizkich nogach, a która nie szkodzi stojącemu człowiekowi. Własność ta pochodzi od warstwy dwutlenku węgla, grubej na sześćdziesiąt centymetrów; ten bowiem jako cięższy od powietrza trzyma się przy ziemi.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top