500 miljonów Begumy/10

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział IX 500 miljonów Begumy • Rozdział X • written by Juliusz Verne Rozdział XI
Rozdział IX 500 miljonów Begumy
Rozdział X
written by Juliusz Verne
Rozdział XI
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział X
Artykuł z niemieckiego przeglądu „Unser-Jahrhundert”.

Na miesiąc przed czasem, w którym zaszły opowiedziane wypadki, pewien przegląd, noszący czerwoną okładkę i zatytułowany „Unser-Jahrhundert” (Nasze stulecie), ogłosił następujący artykuł, dotyczący Frankopolis; artykuł ten podobał się bardzo wybrednym gustom niemieckiego cesarstwa, może dlatego, że roztrząsał wszystko, co odnosiło się do tego miasta z punktu widzenia wyłącznie ekonomicznego.

„Opowiadaliśmy już naszym czytelnikom o nadzwyczajnem mieście, które ukazało się na zachodniem wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Wielka Rzeczpospolita Amerykańska, dzięki znacznej liczbie emigrantów, wchodzących w skład jej ludności, oddawna już przyzwyczaiła świat do niespodzianek, które tam następują jedna po drugiej. Ostatnią z nich i najdziwniejszą jest ukazanie się Frankopolis, o którem nikomu nie śniło się nawet przed pięciu laty, a które tak nagle dosięgło szczytów powodzenia i znajduje się obecnie w kwitnącym stanie”.

„Cudowne to miasto powstało, jakby czarem na pachnącem wybrzeżu Oceanu Spokojnego. Nie będziemy badali, czy tak jest wistocie, jak utrzymują, że pierwotny plan i pierwsza myśl tego przedsięwzięcia pochodzi od Francuza, doktora Sarrasin’a. Może to być, zwłaszcza, że doktór ów szczyci się pokrewieństwem z naszym słynnym królem stalowym. A nawet mówiąc nawiasem, zagarnięcie znacznego spadku, prawnie należącego do Herr Schultze’a, przyczyniło się do założenia Frankopolis. Gdzie tylko robi się coś dobrego na świecie, można być pewnym, że staje się to zawsze ze współudziałem niemieckim; z prawdziwą dumą stwierdzamy tę prawdę przy tej sposobności. Ale bądź co bądź musimy udzielić naszym czytelnikom dokładnych i autentycznych szczegółów o tym nagłym wzroście wzorowego miasta”.

„Nazwy jego brak na mapie. Nawet wielki atlas, składający się z trzystu siedemdziesięciu tomów in folio naszego znakomitego Tüchtigmanna, gdzie ze ścisłą dokładnością wskazane są wszystkie krzaki i drzewa starego i nowego świata, nawet w tym szlachetnym pomniku nauki geografji, przystosowanej do walki piechoty, nie ma żadnego śladu Frankopolis. Tam, gdzie się teraz wznosi nowe miasto, przed pięciu laty był pusty step. Miejsce to wskazane jest na karcie pod 4 stopniem 11,3 szerokości północnej i 124 stopniem 41,17 długości na zachód od Greenwich. Leży zatem nad brzegiem Oceanu Spokojnego, u stóp drugorzędnego łańcucha gór Skalistych, noszącego nazwę Cascade-Mounts, o dwadzieścia mil od przylądku Białego, w stanie Oregon, w Ameryce Północnej.

Z największem staraniem wyszukano i między wielu innemi dogodnemi miejscami wybrano to, które zdawało się najodpowiedniejsze. Do przyczyn, które wpłynęły na ten wybór, zaliczyć należy szczególnie: stref umiarkowaną, w której się znajduje, a która zawsze wpływała na rozwój cywilizacji; położenie miasta w rzeczypospolitej federacyjnej i państwie jeszcze nowem, które czasowo zapewniło mu niezależność i prawa podobne do tych, jakie w Europie posiada księstwo Monaco, z warunkiem przyłączenia się po pewnej liczbie lat do Związku; sąsiedztwo oceanu, który coraz bardziej staje się drogą świata; grunt żyzny, przepuszczalny i szczególnie sprzyjający zdrowiu; bliskość łańcucha gór, które zatrzymują wiatr z północy, z południa i ze wschodu, tak, że tylko lekki wietrzyk od morza odświeża atmosferę miasta; mała rzeczka, której woda świeża, lekka utleniona wskutek częstych spadów i szybkości biegu przybywa do morza zupełnie czysta; wreszcie naturalny port, bardzo łatwy do rozszerzenia, a utworzony przez długi przylądek, zakrzywiony w kształcie haka.

Wspomnieć jeszcze należy o drugorzędnych korzyściach: bliskość pięknych kopalni marmuru i kamieni, pokłady karlinu, a nawet ślady ziarn złota. Wprawdzie, dla tej ostatniej okoliczności, o mało nie odstąpiono od wybranej miejscowości, albowiem założyciele miasta bali się, by gorączka złota nie stanęła na przeszkodzie ich zamiarom. Ale na szczęście ziarnka były rzadkie i małe.

„Wybór okolicy nastąpił wprawdzie po głębokich i poważnych badaniach, zajął jednak niewiele czasu i nie wymagał osobnej podróży; nauka o ziemi na tyle jest już posunięta, że nie wychodząc z gabinetu, można powziąć dokładną i pewną wiadomość o najdalszych okolicach”.

„Kiedy kwestja ta została rozstrzygniętą, dwaj delegowani komitetu organizacyjnego wyruszyli z Liwerpoolu, w jedenaście dni potem przybyli do Nowego-Jorku, a za tydzień stanęli w San-Francisko; tu najęli parostatek, który w dziesięć godzin dostawił ich na wskazane miejsce”.

„W niespełna miesiąc porozumieli się z władzą istniejącą w Oregonie; otrzymali koncesję na pas ziemi ciągnący się od morza do grzbietu Cascade-Mounts, a szeroki na cztery mile i za pomocą kilku tysięcy dolarów, skłonili pół tuzina plantatorów do zrzeczenia się praw rzeczywistych czy urojonych, jakie rościli sobie do tej ziemi”.

„W styczniu r. 1872 terytorjum było już zbadane, wymierzone, główne punkta wytknięte i armja dwudziestu tysięcy kulisów chińskich, pod kierunkiem pięciuset nadzorców i inżynierów europejskich stanęła do dzieła. Plakaty przylepiane w całym stanie Kalifornji, oddzielny wagon, stale dodawany do expresu wychodzącego codziennie z San-Francisko i obiegającego ląd amerykański i codzienna odezwa w dwudziestu czterech dziennikach tego miasta, dostarczyły potrzebnej liczby robotników. Obeszło się nawet bez sposobu, który proponowało pewne towarzystwo, ofiarując się, za małą stosunkowo cenę, ogłosić wezwanie do robotników olbrzymiemi literami wyciętemi na szczytach gór Skalistych. Trzeba wiedzieć, że napływ chińskich kulisów do Ameryki Zachodniej, sprawił wielki spadek płac robotniczych. Z tego powodu kilka stanów dla zapewnienia środków utrzymania własnym mieszkańcom i dla zapobieżenia krwawym zajściom, musiały tłumy tych nieszczęśliwych wyrzucać z swoich granic. Założenie Frankopolis w samą porę uratowało ich od zguby. Wyznaczono im płacę jednego dolara dziennie i pieniądze miano im dać dopiero po ukończeniu robót, a prócz tego dawano żywność w naturze, którą administracja miejska rozdawała codziennie. W ten sposób uniknięto nieporządków i haniebnych spekulacji, które bardzo często towarzyszą wielkim migracjom ludności”.

„Każdego tygodnia, w obecności osób delegowanych, składano do banku w San-Francisko zarobek pracowników, i każdy z nich odbierając go, musiał się zobowiązać, że nie wróci więcej do miasta. Była to konieczna ostrożność, umożliwiająca pozbycie się ludności żółtej, która niewątpliwie wpłynęłaby bardzo niekorzystnie na zmianę typu i charakteru nowego miasta. Zresztą założyciele zachowali dla siebie prawo zezwolenia na pobyt lub odmawiania go, co czyniło względnie łatwem zastosowanie tego sposobu.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 30.jpg

„Pierwszem wielkiem przedsiębiorstwem było przeprowadzenie gałęzi kolei żelaznej, która połączyła nowe miasto z Pacific-Railroad i dotarła do miasta Sacramento. Unikano przytem starannie wszelkich wstrząśnień ziemi i głębokich przekopów, które mogłyby wpłynąć źle na warunki zdrowia. Prace te, jakoteż roboty koło portu, przeprowadzono z nadzwyczajną szybkością. Już w miesiącu kwietniu pierwszy pociąg, idący bezpośrednio z Nowego-Yorku, przywiózł do dworca Frankopolis członków komitetu, którzy dotychczas bawili w Europie”.

„W tym czasie zatwierdzono główne plany miasta i szczegółowe kosztorysy, dotyczące mieszkań i gmachów publicznych”.

„Nie brakło materjałów: bowiem, gdy rozeszła się wieść o budowie miasta, natychmiast przemysłowcy amerykańscy zasypali wybrzeża Frankopolis rozmaitymi, jakie tylko można sobie wyobrazić materjałami budowlanymi. Założyciele mieli wszystko do wyboru. Postanowili użyć kamień ciosowy tylko do gmachów publicznych i do ozdoby, domy zaś miały być budowane z cegieł; naturalnie, że nie z owych zwykłych cegieł niezgrabnie ulepionych z lepiej lub gorzej wypalonej gliny, ale z lekkich, równych sobie zupełnie co do kształtu, ciężkości i gęstości i zaopatrzonych w szeregi dziur cylindrycznych, równolegle do siebie idących w kierunku długości cegieł. Otwory te, stykające się z sobą przy ustawianiu cegieł, tworzą we wnętrzu ścian otwarte na obu swoich końcach kanały i dają w ten sposób przystęp powietrzu, które może swobodnie krążyć tak w zewnętrznych, jak w wewnętrznych ścianach domu. Takie urządzenie ma jeszcze tę ważną dogodność, że tłumi dźwięk i każdemu mieszkaniu zapewnia zupełną niezależność.

„Zresztą komitet nie zamierzał narzucać budowniczym jednego typu domu. Był nawet przeciwny tej nużącej i nieznośnej jednostajności. Ustanowił tylko pewną ilość stałych przepisów, których architekci obowiązani byli się trzymać:

„1. Każdy dom będzie stał odosobniony na cząstce gruntu zasadzonego drzewami, trawnikiem i kwiatami. Należeć będzie do jednej tylko rodziny.

„2. Żaden dom nie będzie miał więcej niż dwa piętra; powietrze i światło nie powinny być przywłaszczone przez jednych ze szkodą drugich.

„3. Wszystkie domy będą o dziesięć metrów oddalone od ulicy, od której oddzielać je będzie krata wysoka po pas. Przestrzeń między kratą a fasadą domu będzie urządzona jak ogród kwiatowy.

„4. Mury mają być robione z rurkowatych patentowanych cegieł, zastosowanych do podanego wzoru. Co do ornamentyki pozostawia się zupełną swobodę architektom.

„5. Dachy mają być płaskie, zlekka pochyłe na cztery strony, pokryte asfaltem i otoczone galerją na tyle wysoką, by mogła zapobiec wypadkom; starannie urządzone ścieki mają ułatwiać natychmiastowy odpływ wody deszczowej.

„6. Wszystkie domy będą zbudowane na sklepionych fundamentach, otwartych ze wszystkich stron i tworzących pod mieszkaniami rodzaj przewietrzanych suteryn, które jednocześnie będą służyły za składy. Rury do wody i upusty, zgromadzone koło środkowego słupa sklepienia będą otwarte, by zawsze można było sprawdzić ich stan i w razie pożaru mieć na zawołanie potrzebną wodę. Hala ta czyli skład, podniesiony na pięć czy sześć centymetrów ponad poziom ulicy, będzie starannie wysypany piaskiem. Drzwi i osobne schody łączyć się będą bezpośrednio z kuchniami lub śpiżarniami, tak, że wszystkie gospodarskie czynności będą załatwiane, nie rażąc ani wzroku ani powonienia.

„7. Kuchnie, śpiżarnie i inne miejsca gospodarskie, wbrew powszechnemu zwyczajowi, będą umieszczone na górnem piętrze i połączone z dachem, który w ten sposób stanie się dodatkową ich częścią na wolnem powietrzu. Dla łatwego przenoszenia wszystkich ciężarów na to piętro, będzie urządzony kołowrót poruszany siłą mechaniczną, który za umiarkowaną cenę, tak jak sztuczne światło i woda, będzie służyć mieszkańcom.

„8. Plan mieszkań pozostawiony jest osobistej fantazji. Ale bezwarunkowo zakazane są w nich dwa niebezpieczne źródła chorób, prawdziwe gniazda miazmatów i laboratorja trucizny: dywany i papierowe obicia. Posadzki wykonane artystycznie z drogiego drzewa, ułożonego w mozajkę przez umiejętnych stolarzy, wieleby straciły na tem, gdyby je ukryto pod wątpliwej czystości wełniankami. Co do ścian, wyłożonych polewaną cegłą, blaskiem swym i rozmaitością przypominają wnętrze mieszkań w Pompei; trwałość ich i bogactwo kolorów o wiele przewyższa malowany papier, w którym jest tyle subtelnej trucizny. Ściany te myją się jak zwierciadła i szyby, tak, jak czyszczą się posadzki i sufity. Żaden zarodek choroby nie może się w nich przyczaić.

„9. Pokój sypialny nie powinien służyć za gabinet do ubierania się. Zaleca się jaknajusilniej, by pokój ten, gdzie upływa trzecia część życia, był jaknajobszerniejszym, jaknajprostszym i miał najwięcej świeżego powietrza. Służyć powinien tylko do spania; cztery krzesełka, żelazne łóżko ze sprężynowym spodnim materacem i wierzchnim wełnianym, często trzepanym, to są jedyne potrzebne w nim meble. Naturalnie, że pierzyny i pikowane kołdry, jako potężni sprzymierzeńcy zaraźliwych chorób, winny być bezwarunkowo usunięte. Dobre wełniane kołdry, lekkie i ciepłe, łatwo dające się prać, doskonale zastąpią ich miejsce. Firanki i draperje nie są wprawdzie zakazane, ale przynajmniej trzeba je robić z materjałów, dających się często prać.

„10. W każdym pokoju jest komin do palenia drzewem lub węglem kamiennym, jak kto zechce, ale każdy komin musi być połączony z otworem, dającym przystęp wolnemu powietrzu. Dym zamiast uchodzić dachem, udaje się podziemnymi kanałami do osobnych pieców, zbudowanych kosztem miasta w tyle domów, w stosunku jednego pieca na dwustu mieszkańców. Tam pozbywa się cząstek węgla, które uniósł ze sobą i w stanie bezbarwnym zostaje wyrzucony w atmosferę, do wysokości trzydziestu pięciu metrów.

„Takie są stałe prawidła, których trzymać się trzeba przy budowie każdego prywatnego mieszkania.

„Plany ogólne są równie starannie opracowane.

„Plan miasta jest nadzwyczaj prosty i regularny, tak, że może się dalej rozwijać. Ulice krzyżują się pod prostemi kątami, znajdują się w równych od siebie odległościach, mają jednostajną szerokość, wysadzane są drzewami i oznaczone porządkowymi numerami.

„Co pół kilometra ulica, o trzecią część szersza od innych, nazywa się bulwarem albo aleją, mającą z jednej strony odkryty przekop, którym idą tramwaje i drogi żelazne metropolji.

„Na wszystkich placach urządzone są ogrody publiczne, ozdobione tymczasowo pięknemi kopiami arcydzieł rzeźby, dopóki artyści Frankopolis nie wykonają oryginalnych utworów, mogących godnie je zastąpić.

„Wszystkie przemysły i wszystkie handle są wolne.

„Chcąc otrzymać prawo osiedlenia się w Frankopolis, trzeba mieć świadectwo moralności, które należy przedstawić w magistracie; trzeba być uzdolnionym do jakiegoś użytecznego zawodu w przemyśle, nauce, albo sztuce; trzeba się zobowiązać do przestrzegania praw miasta. Osoby próżnujące nie będą w niem cierpiane.

„Gmachów publicznych jest już wielka liczba. Najważniejsze z nich, to: katedra, kilka kościołów, muzea, bibljoteki, szkoły, gimnazja urządzone z przepychem i znajomością warunków hygienicznych, prawdziwie godnych wielkiego miasta.

„Dzieci od lat czterech muszą wprawiać się w ćwiczenia umysłowe i fizyczne, które mogą jedynie rozwinąć w nich siły umysłowe i muskuły. Przyzwyczaja się je do tak wielkiej czystości, że plamę na ubraniach uważają niemal za hańbę.

„Kwestja czystości osobistej i zbiorowej, jest zresztą przedmiotem głównej troski założyciela Frankopolis. Czyścić, czyścić bez końca, niszczyć miazmaty, stale tworzące się w miejscach, gdzie ludność się skupia, takie jest najważniejsze zadanie rządu. W tym celu wszystkie kanały koncentrują się za miastem; materjał przez nie sprowadzony, poddaje się działaniu pewnych środków chemicznych i zgęszczony wywozi się codziennie na pola.

„Woda leje się wszędzie strumieniami.

„Ulice wyłożone drzewem lub asfaltem i kamienne chodniki są tak czyste, jak posadzka holenderskiego podwórza. Rynki z żywnością są przedmiotem bezustannego nadzoru; surowe kary czekają kupców, którzy ośmielą się spekulować zdrowiem publicznem. Ten, kto sprzedaje nieświeże jaja, zepsute mięso, fałszowane mleko, jest uważany za truciciela, bo jest w nim w istocie. Policja sanitarna powierzona jest ludziom biegłym, prawdziwym specjalistom.

„Władza ich rozciąga się aż do pralni; te ostatnie zbudowane są na wielką skalę, zaopatrzone w maszyny parowe, sztuczne suszarnie i izby dezynfekcyjne. Bielizna wraca do właściciela gruntownie wyprana; przestrzega się starannie, by nie mieszać bielizny dwóch oddzielnych rodzin. Ta prosta ostrożność sprowadza nieobliczalne korzyści.

„Szpitalów jest mało, bo ogólnie zaprowadzony jest system udzielania pomocy w domu, szpitale zaś przeznaczone są tylko dla cudzoziemców, nie mających schronienia i tylko w niektórych wyjątkowych wypadkach. Nie trzeba chyba mówić, że myśl urządzenia szpitala w większym od innych gmachu i nagromadzenia siedmiuset lub ośmiuset chorych w jednym ognisku zarazy nie mogła powstać w głowie założyciela wzorowego miasta. Zamiast systematycznie łączyć chorych, przeciwnie, starają się odosobnić ich od siebie. Leży to nietylko w ich własnym interesie, ale też i w interesie publiczności. W każdym domu zaleca się, by o ile można trzymano chorego w osobnym pokoju. Szpitale są to budynki wyjątkowe i małych rozmiarów, potrzebne w nagłych wypadkach.

„Dwudziestu, trzydziestu chorych najwyżej, dla każdego z nich osobny pokój, może się znaleźć w takich lekkich barakach, zrobionych z sosnowego drzewa; co rok palą je regularnie i robią nowe. Ambulanse te, zbudowane podług jednego wzoru, są korzystne również pod tym względem, że można je przenosić podług woli w tę lub w ową stronę miasta, stosownie do potrzeb, i że można je przemieszczać.

„Do służby zdrowia wprowadzono jedną dobrą nowość, mianowicie dołączono do niej pewną ilość osób, przeznaczoną do pielęgnowania chorych; są one do tego obowiązku przyuczone i utrzymywane przez centralną administrację do użytku publiczności. Kobiety te, z przezornością wybierane, są dla doktorów nieocenioną pomocą. Wnoszą one do rodzin praktyczną umiejętność, tak potrzebną, a tak często zaniedbaną w chwili niebezpieczeństwa; zadaniem ich jest nietylko pielęgnować chorego, ale przeszkadzać rozszerzeniu się choroby.

„Nie skończylibyśmy, gdybyśmy chcieli wyliczyć wszystkie udoskonalenia hygjeniczne, wprowadzone przez założycieli miasta. Każdy obywatel otrzymuje za przybyciem swojem małą broszurę, gdzie są najważniejsze przepisy życia, wskazane przez naukę, wypowiedziane językiem prostym i jasnym.

„Widzimy z nich, że doskonała równowaga między wszystkiemi funkcjami człowieka jest koniecznością dla zdrowia, że tak praca, jak wypoczynek, są zarówno niezbędne dla organów, że zmęczenie jest potrzebne tak dla mózgu, jak dla muskułów, że dziewięć dziesiątych chorób pochodzi z zarazy udzielającej się przez powietrze lub przez pokarmy. Mieszkanie i osoba powinny przebyć niejedną dezynfekcję, nigdy ich za wiele być nie może. Unikać pobudzającej trucizny, używać ćwiczeń ciała, sumiennie spełniać obowiązki swego zawodu, pić czystą dobrą wodę, jeść mięso i zdrowe, poprostu przyrządzone jarzyny, spać w nocy regularnie od siedmiu do ośmiu godzin, takie jest abecadło zdrowia.

„Zaczęliśmy od pierwszych zasad założycieli, a nieznacznie doszliśmy do tego, że mówimy o tem dziwnem mieście, jako o rzeczy dokonanej. Bo też rzeczywiście, zaledwie stanęły pierwsze domy, następne jakby czarem wyszły z pod ziemi. Kto nie był w Ameryce, ten nie może wyobrazić sobie nagłego wzrostu miast tamtejszych. Puste jeszcze w styczniu 1872 r., liczyło sześć tysięcy domów w r. 1873. Miało ich dziesięć tysięcy i wszelkie swe gmachy gotowe w r. 1874.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 31.jpg

„Trzeba przyznać, że spekulacja też wzięła udział w tem niesłychanem przedsięwzięciu. Zbudowano wielką ilość domów na gruntach obszernych i nie mających z początku wartości i odsprzedawano je za cenę bardzo umiarkowaną lub odnajmowano pod bardzo skromnymi warunkami. Emigracja zwabiona zupełnym brakiem podatków, polityczną niezależnością tego małego odosobnionego zakątka, urokiem nowości, łagodnym klimatem, napełniła wkrótce miasto. Teraz już Frankopolis liczy około stu tysięcy mieszkańców.

„Ale co najważniejsze i co szczególnie może nas zajmować, że doświadczenia, tyczące się zdrowia, powiodły się jaknajzupełniej. W najszczęśliwszych pod tym względem miastach starej Europy lub Nowego Świata, śmiertelność roczna nigdy nie była mniejszą, niż trzy na sto; w Frankopolis śmiertelność w ciągu tych lat pięciu nie przekraczała półtora na sto. I do tej cyfry przyczyniła się jeszcze mała epidemja febry, która się ukazała w pierwszym roku. W tym zaś ostatnim, osobno wziętym, cyfra ta równa się tylko jednemu i ćwierć. Zachodzi przytem okoliczność jeszcze ważniejsza; z małym tylko wyjątkiem, wszystkie przypadki śmierci były następstwem chorób specyficznych, najczęściej dziedzicznych. Choroby przypadkowe były bez porównania rzadsze i mniej niż gdziekolwiek indziej niebezpieczne. Co do właściwych epidemij, tych wcale nie było.

„Dalsze rozwijanie się tej próby będzie bardzo zajmujące. Ciekawe będzie, mianowicie, czy sposób życia zastosowany do przepisów nauki, wpływem swoim na całe pokolenie a tembardziej na kilka pokoleń nie osłabi usposobienia do chorób dziedzicznych.

Bez żadnej zarozumiałości możemy się tego spodziewać – pisze jeden z założycieli tego dziwnego miasta, a wówczas jakże wielkim będzie rezultat! Ludzie żyjący do dziewięćdziesięciu, lub stu lat, umierający tylko ze starości, jak większa liczba zwierząt, jak rośliny!

„Jakże ponętnym jest taki ideał!

„Jeżeli jednak wolno nam objawić szczere nasze zdanie, musimy wyznać, że niebardzo wierzymy, by doświadczenie to udało się. Widzimy w niem wadę organiczną i prawdopodobnie zgubną; sprawa ta znajduje się w rękach komitetu, w którym łacińska rasa panuje i z którego niemiecki żywioł systematycznie był usuwany. Niebezpieczny to objaw! Od czasu jak świat istnieje, wszystko co trwałe robiło się przez Niemców i nic stanowczego nie zrobi się bez nich. Może być, że założyciele Frankopolis przygotowali grunt, wyjaśnili niektóre szczególne punkty, ale naprawdę wzorowe miasto ujrzymy dopiero na krańcach Syrji, nie zaś w owym zakątku Ameryki.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top