500 miljonów Begumy/11

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział X 500 miljonów Begumy • Rozdział XI • written by Juliusz Verne Rozdział XII
Rozdział X 500 miljonów Begumy
Rozdział XI
written by Juliusz Verne
Rozdział XII
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XI
Obiad u doktora Sarrasin’a.

Trzynastego września na kilka godzin przed chwilą, którą Herr Schultze wyznaczył na zniszczenie Frankopolis – ani gubernator, ani żaden z mieszkańców nie domyślali się jeszcze strasznego niebezpieczeństwa, które im groziło.

Była godzina siódma wieczór.

Ukryte w gęstwinie oleandrów i tamaryszków, miasto rozciągało się z wdziękiem u stóp Cascade-Mounts; fale oceanu cicho pieściły jego wybrzeża, otoczone marmurem. Ulice starannie polane, przedstawiały wesoły i ożywiony widok. Lekki wietrzyk łagodnie poruszał wierzchołkami drzew. Trawniki jaśniały świeżą zielonością. Różnobarwne kwiaty rozlewały woń swą dokoła. Domy ciche, spokojne, zdawały się powabnie uśmiechać z pod swojej bieli. Powietrze było łagodne, niebo lazurowe, jak morze, które połyskiwało na krańcach alei.

Podróżnik, przybywszy do miasta, byłby się zdziwił wyrazem widocznego zdrowia na twarzach wszystkich mieszkańców i ruchem, panującym na ulicach. Zamykano właśnie akademje malarstwa, muzyki, rzeźby, bibljotekę, znajdujące się wszystkie w jednej dzielnicy. Odbywały się w nich doskonałe kursy publiczne, podzielone na małe sekcje, co pozwalało każdemu odnosić istotną korzyść z lekcji. Tłum, wychodzący z tych zakładów, spowodował pewien natłok; ale nie rozległ się żaden wykrzyknik niecierpliwości, żaden głos nieukontentowania. Na wszystkich twarzach był wyraz spokoju i zadowolenia.

Rodzina Sarrasin’ów zbudowała sobie mieszkanie nie w środku miasta, ale na brzegu oceanu. Tam, zaraz na początku, – bo dom ten stanął jeden z pierwszych – doktór osiedlił się z żoną swoją i córką Joanną.

Oktawiusz, Zaimprowizowany miljoner, pragnął zostać w Paryżu, ale nie miał już teraz przy sobie mentora swego, Marcelego.

Dwaj przyjaciele stracili siebie z oczu prawie od tego czasu, gdy przestali mieszkać razem przy ulicy Roi-de-Sicile. Kiedy doktór wyemigrował z żoną i córką nad brzegi Oregonu, Oktawiusz został panem samego siebie. Zaniedbał wkrótce szkołę, gdzie według życzenia ojca miał pracować dalej i nie zdał ostatniego egzaminu, który Marceli złożył celująco.

Dotychczas Marceli służył za busolę biednemu Oktawiuszowi, który nie był w stanie postępować samoistnie. Kiedy młody Alzatczyk wyjechał, jego towarzysz dzieciństwa zaczął powoli prowadzić w Paryżu życie na wielką skalę. Większą część dnia spędzał na wysokim koźle ogromnego powozu, zaprzężonego w cztery konie, w ciągłej podróży między aleją Marigny, gdzie wziął mieszkanie i polami wyścigów za rogatką. Oktawiusz Sarrasin, który na trzy miesiące przedtem, zaledwie umiał utrzymać się na siodle maneżowych koni, najmowanych na godziny, stał się nagle człowiekiem bardzo biegłym we wszystkich tajemnicach hippologji. Źródłem jego erudycji był groom angielski, którego miał u siebie na służbie i który opanował go zapomocą swych specjalnych wiadomości.

Krawcy, siodlarze i szewcy zajmowali całe jego poranki. Wieczory należały do małych teatrów i do salonów pewnego kasyna, które właśnie w tym czasie założono na rogu ulicy Trouchet. Oktawjusz wybrał je dlatego, że uczęszczający w nim ludzie składali hołd jego pieniądzom i otaczali szacunkiem, z jakim zasługi młodego człowieka nigdzie indziej się nie spotykały. Ludzie ci wydawali się idealnie dystyngowanymi. Rzecz szczególna, w pysznie oprawionej i zawieszonej w pierwszej sali liście osób, figurowały same cudzoziemskie nazwiska. Tytułów było takie mnóstwo, że czytając je, możnaby sądzić, że się jest w przedsionku kolegjum heraldyki. Idąc zaś dalej, można było przypuszczać, że jest to raczej żywa wystawa etnologiczna. Wszystkie wielkie nosy i wszystkie żółte cery dwóch światów zeszły się tutaj. Kosmopolityczne te indywidua ubrane były zresztą z wielkim wykwintem, chociaż okazując wyraźnie upodobanie do białawych materyj, zdradzały tem wieczny pociąg żółtej i czarnej rasy, pociąg do koloru „bladych twarzy”.

Oktawjusz wydawał się młodym bogiem wśród tych wszystkich dwurękich. Powtarzano jego słowa, naśladowano krawatki, zdania uważano za artykuły wiary. A on upojony tem kadzidłem, nie spostrzegł, że na każdych wyścigach regularnie tracił wszystkie swe pieniądze. Może być, że niektórzy członkowie klubu, jako pochodzący ze wschodu, sądzili, że mają prawo do dziedzictwa po Bégumie. W każdym razie umieli je przyciągać do swoich kieszeni powolnym wprawdzie ruchem, ale ciągłym.

W takiem nowem życiu, węzły, łączące Oktawjusza z Marcelim, prędko się zerwały. Od czasu do czasu pisywali jeszcze do siebie; ale cóż wspólnego mogło być między twardym pracownikiem, wyłącznie oddanym tej myśli, by inteligencja jego doszła do wyższego stopnia rozwoju i siły, a ładnym chłopcem, pyszniącym się ze swego bogactwa i zajętym tylko historjami klubu i stajni.

Wiadomo już, że Marceli opuścił Paryż; najprzód śledził kroki Herr Schultze’a, który właśnie założył Stahlstadt, rywalkę Frankopolis na tym samym niezależnym gruncie Stanów Zjednoczonych; potem przyjął służbę u tegoż Stalowego Króla.

Przez dwa lata Oktawjusz prowadził życie bezużyteczne i marnotrawne. Wreszcie zniechęcony i i znudzony jego próżnią, straciwszy kilka miljonów, rzucił pewnego pięknego dnia Paryż i pojechał do ojca – co go uratowało od groźnej ruiny, więcej moralnej nawet, niż materjalnej. W tym czasie mieszkał w Frankopolis w domu doktora.

Siostra jego, Joanna, była śliczną dziewczyną lat dziewiętnastu; czteroletni pobyt w nowej ojczyźnie nadał jej wszystkie przymioty amerykanki, do przymiotów tych łączył się wdzięk francuski. Matka jej mówiła niekiedy, że zanim ją dostała na towarzyszkę wszystkich chwil dnia, nie domyślała się nawet uroku, jaki się może mieścić w tak ścisłym stosunku.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 32.jpg

Co do pani Sarrasin, ta od powrotu swego syna marnotrawnego, swego infanta, dziecięcia nadziei swoich, była o tyle szczęśliwą, o ile nią być mogła, brała bowiem udział we wszystkich dobrych czynach, które mąż jej mógł robić i robił, dzięki swej ogromnej fortunie.

Tego wieczora doktór miał u siebie na obiedzie dwóch swych najlepszych przyjaciół, pułkownika Hendon’a, starego wiarusa, który utracił ramię pod Pittsburgiem, a ucho pod Serren-Oaks, co mu wcale jednak nie przeszkadzało grać w szachy – i pana Lentz’a, głównego dyrektora wychowania w nowem mieście.

Rozmowa toczyła się o projektach administracji miasta, o rezultatach, jakie już otrzymano w rozmaitych zakładach publicznych, w instytutach, szpitalach, kasach wzajemnej pomocy.

Pan Lentz, stosownie do programu doktora, w którym nie ominięto nauki religji, założył kilka szkół elementarnych, gdzie nauczyciele starali się rozwinąć umysł dziecka, używając do tego pewnej metody, która była ściśle dostosowaną do naturalnego rozwoju jego zdolności. Zamiast pakować w niego naukę, starano się, by ją naprzód pokochał, unikając starannie owej wiedzy, która jak powiada Montaigne „pływa po wierzchu mózgu”, nie przenika do umysłu, nie czyni człowieka ani mędrszym ani lepszym. Umysł, dobrze przygotowany, sam potrafi wybrać drogę i iść po niej z korzyścią dla siebie i innych.

W tak porządnym wychowaniu starania o higjenę, musiały być wysunięte na plan pierwszy. Człowiek złożony z ducha i ciała, musi być pewny tych swoich dwóch sług; jeżeli jeden z nich zawiedzie, wówczas pan cierpi.

W tym czasie Frankopolis stało na najwyższym szczeblu pomyślności, nietylko materjalnej, ale i umysłowej. Najznakomitsi uczeni obu światów przyjeżdżali tam na kongresy. Artyści, malarze, rzeźbiarze, muzycy, zwabieni sławą miasta, napływali do niego ze wszystkich stron. Należało się spodziewać, że przy takich nauczycielach pracująca młodzież wsławi kiedyś ten zakątek amerykańskiej ziemi.

Można było przewidywać, że nowe te Ateny, pochodzenia francuskiego, staną się wkrótce pierwszem z miast na świecie.

Trzeba dodać, że wojskowe wychowanie młodzieży szło w liceach równolegle z wychowaniem cywilnem. Wychodząc ze szkół, młodzi ludzie, oprócz obchodzenia się z bronią, znali główne zasady strategji i taktyki.

To też, kiedy rozmowa zeszła na ten temat, pułkownik Hendon oświadczył, że zadowolony jest ze wszystkich swoich nowozaciężnych żołnierzy.

– Przyzwyczajeni są do forsownych marszów, do zmęczenia, do wszystkich ćwiczeń ciała. Nasze wojsko składa się ze wszystkich obywateli, i wszyscy, gdy zajdzie tego potrzeba, staną do broni, jako żołnierze zahartowani i karni.

Frankopolis było wprawdzie w najlepszych stosunkach ze wszystkimi sąsiednimi stanami, bo starało się zobowiązać je sobie przy każdej sposobności, ale niewdzięczność gra tak wielką rolę w kwestjach interesu, że doktór i przyjaciele jego nie zapomnieli o maksymie: pracuj, a Bóg ci dopomoże i rachowali tylko na siebie.

Było już pod koniec obiadu; sprzątnięto deser i stosownie do anglo-saskiego zwyczaju, który przyjęto w rodzinie doktora, panie wstały właśnie od stołu.

Doktór Sarrasin, Oktawjusz, pułkownik Hendon i pan Lentz prowadzili dalej rozpoczętą rozmowę i prowadzili ją teraz na temat najważniejszych kwestyj ekonomji politycznej, kiedy wszedł służący i podał doktorowi dziennik.

Był to New-York Herald. Szanowny ten organ był zawsze przychylny najpierw założeniu, następnie rozwojowi Frankopolis, znakomitsi obywatele miasta szukali zwykle w kolumnach jego rozmaitych zdań, jakie opinja publiczna Stanów Zjednoczonych głosiła o nich. Gromada ludzi szczęśliwych, wolnych, niezależnych na małym, neutralnym kawałku ziemi, wzbudziła zazdrość u wielu i jeżeli mieszkańcy Frankopolis mieli wielu stronników, z drugiej strony mieli też nieprzyjaciół gotowych na wszystko. W każdym razie, New-York Herald był za nimi i nie przestawał darzyć ich oznakami szacunku i uwielbienia.

Doktór Sarrasin, nie przerywając rozmowy, zerwał opaskę dziennika i machinalnie rzucił wzrokiem na pierwszy artykuł.

Jakież było jego zdziwienie, kiedy ujrzał kilka następujących wierszy, które przeczytał najprzód po cichu, potem głośno, wśród oznak najwyższego zdziwienia i głębokiego oburzenia swoich przyjaciół.

„New York, 8 września. Dowiadujemy się, że wkrótce ma być dokonany zamach na prawo ludzkości. Donoszą nam z pewnego źródła, że w Stahlstadzie zbroją się celem uderzenia na Frankopolis i zniszczenia tego miasta pochodzenia francuskiego. Nie wiemy, czy Stany Zjednoczone będą mogły i chciały wdać się w tę walkę, która będzie wznowieniem poprzednich zapasów rasy łacińskiej i germańskiej, ale zawiadamiamy uczciwych ludzi o tem haniebnem nadużyciu siły. Niech Frankopolis nie traci ani chwili czasu i przygotuje się do obrony… i t. d.”

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top