500 miljonów Begumy/12

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XI 500 miljonów Begumy • Rozdział XII • written by Juliusz Verne Rozdział XIII
Rozdział XI 500 miljonów Begumy
Rozdział XII
written by Juliusz Verne
Rozdział XIII
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XII
Rada.

Nienawiść Stalowego Króla względem dzieła doktora Sarrasin’a nie była tajemnicą. Wiedziano, że wzniósł miasto przeciw miastu. Ale od tego faktu do rzucenia się na spokojne miasto i zniszczenia go, było jeszcze daleko. Jednakże artykuł New-York Heralda mówił o tem wyraźnie. Korespondenci potężnego dziennika przeniknęli zamiary Herr Schultze’a i – jak mówili – nie było chwili do stracenia.

Zacny doktór zmieszał się z początku. Tak jak wszystkie szlachetne dusze, jak mógł najdłużej nie chciał wierzyć w złe wieści. Zdawało mu się niepodobieństwem, by przewrotność mogła się posunąć do tego stopnia, iż bez żadnej przyczyny, przez prostą fanfaronadę, chciała zniszczyć miasto, które było niejako wspólną własnością całej ludzkości.

– Pomyślcie sobie, że średnia śmiertelność w tym roku nie wyniesie u nas nawet jednego i ćwierć na sto! – zawołał naiwnie, – że nie mamy ani jednego chłopca, któryby nie umiał czytać, że nie było ani jednego morderstwa, ani jednej kradzieży od założenia Frankopolis! I barbarzyńcy mieliby zniszczyć w zalążku tak szczęśliwą próbę! Nie! Nie mogę uwierzyć, by chemik, uczony, chociażby był sto razy Niemcem, był zdolny do tego!

Niepodobna było jednak nie wierzyć dziennikowi, który dla dzieła doktora okazywał tyle przychylności, i należało, nie zwlekając, obmyślić środki obrony. Kiedy minęła pierwsza chwila osłupienia, doktór Sarrasin, odzyskawszy przytomność umysłu, odezwał się do swoich przyjaciół:

– Panowie, jesteście członkami Rady Obywatelskiej, i do was, tak dobrze, jak do mnie, należy przedsięwziąć środki potrzebne do obrony miasta. Co mamy robić najpierw?

– Czy jest jaka możność porozumienia się z przeciwnikiem? – rzekł pan Lentz. – Czy można uniknąć wojny, nie narażając honoru?

– Nie, – odrzekł Oktawjusz. – Herr Schultze pragnie jej widocznie za wszelką cenę. Nienawiść jego nie pozwala na żadne układy!

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 33.jpg

– Niech i tak będzie! – zawołał doktór. – Postaramy się o to, byśmy mogli stosownie odpowiedzieć. Jak myślisz, pułkowniku, Czy jest jaki sposób obrony przeciw działom Stahlstadt’u?

– Siła ludzka może zawsze skutecznie walczyć z drugą podobną siłą, – odpowiedział pułkownik Hendon, – ale nie możemy myśleć o tem, byśmy się mogli bronić temi samemi środkami i tą samą bronią, jaką Herr Schultze uderzy na nas. Chcąc mieć maszyny wojenne, mogące walczyć z jego maszynami, potrzebowalibyśmy zbyt wiele czasu, a nawet, nie wiem, czy potrafimy je zrobić, nie posiadając potrzebnych warsztatów. Jeden więc tylko pozostaje środek ocalenia, nie dopuścić nieprzyjaciela do siebie i nie pozwolić, by opasał miasto.

– Natychmiast zwołam Radę, – rzekł doktór Sarrasin.

Mówiąc to, udał się wraz z gośćmi do gabinetu.

Był to pokój skromnie umeblowany; trzy ściany zajmowały półki z książkami, na czwartej było kilka obrazów i dzieł sztuki, a pod nimi szereg aparatów telefonicznych.

– Dzięki telefonowi, – rzekł doktór, – możemy w Frankopolis naradzać się, nie wychodząc z naszych mieszkań.

Dotknął dzwonka sygnałowego, który natychmiast przesłał jego wezwanie do mieszkania każdego z członków Rady. Nie upłynęło więcej niż trzy minuty, a każdy z drutów komunikacyjnych przyniósł wyraz „obecny”, co było hasłem, że posiedzenie Rady rozpoczyna się.

Doktór umieścił się przed tubą głównego aparatu, poruszył dzwonek i rzekł:

– Posiedzenie otwarte… Głos ma mój szanowny przyjaciel, pułkownik Hendon; zawiadamia on Radę Obywatelską o bardzo ważnej sprawie.

Z kolei pułkownik zajął miejsce przed telefonem, i przeczytawszy artykuł z New-York Herald’u, zaproponował przygotowanie pierwszych środków obrony.

Zaledwie skończył mówić, numer 6 postawił pytanie:

„Czy pułkownik uważa obronę za możebną, w razie gdyby środki, którymi zamierza przeszkodzić zbliżeniu się nieprzyjaciela, okazały się bezskuteczne?”

Pułkownik Hendon odpowiedział twierdząco. Pytanie i odpowiedź szły natychmiast do każdego z niewidzialnych członków Rady, tak, jak objaśnienia, które je poprzedzały.

Numer 7-my zapytał, ile czasu, zdaniem pułkownika, mieszkańcy miasta mieli do przygotowania się do obrony. Pułkownik nie mógł odpowiedzieć na to pytanie, ale sądził, że trzeba działać tak, jakgdyby miano uderzyć na nich zanim upłyną dwa tygodnie.

Numer 2-gi: „Czy należy czekać natarcia, czy też sądzi pan, że lepiej je uprzedzić?”

– Trzeba się je starać uprzedzić, – odpowiedział pułkownik, – a jeżeli nieprzyjaciel zagrozi nam wylądowaniem, musimy naszemi torpedami wysadzić w powietrze okręty Herr Schultze’a.

Doktór Sarrasin oświadczył, że weźmie na radę najznakomitszych chemików i poleci im zbadać plany, które pułkownik Hendon im przedłoży.

Pytanie numeru 1-go:

„Jaka suma potrzebna jest do natychmiastowego rozpoczęcia robót fortyfikacyjnych?”

– Kwota piętnastu do dwudziestu miljonów dolarów.

Numer 5-ty: „Stawiam wniosek, aby zaraz zwołać powszechne zgromadzenie obywateli.”

Prezydent Sarrasin: „Oddaję projekt pod głosowanie.”

Dwa uderzenia dzwonka w każdym telefonie oznajmiły, że projekt jednogłośnie przyjęto.

Było wpół do ósmej. Rada obywatelska nie trwała osiemnastu minut i nikogo nie poruszyła z miejsca.

Zgromadzenie ludowe zostało zwołane sposobem równie prostym i prawie tak szybkim. Zaledwie doktór Sarrasin, zawsze za pośrednictwem swego telefonu, przesłał do ratusza wiadomość o tem, co Rada uchwaliła przed chwilą, natychmiast odezwały się dzwonki elektryczne, umieszczone na wierzchołku kolumn, które stały dwustu osiemdziesięciu placach miasta. Na kolumnach znajdowały się zegary wieżowe, których wskazówki zatrzymały się na wpół do dziewiątej; oznaczało to godzinę zgromadzenia.

Donośny odgłos dzwonków trwał więcej niż kwadrans; mieszkańcy powychodzili z domów i podnieśli oczy na najbliższy zegar. Widząc, że obowiązek narodowy wzywa ich do sali ratuszowej, niezwłocznie pospieszyli na zgromadzenie.

Na umówioną godzinę, to jest w niespełna czterdzieści pięć minut, zgromadzenie było w komplecie. Doktór Sarrasin siedział na honorowem miejscu, a otaczała go cała Rada. U podnóża trybuny, pułkownik Hendon czekał, aż będzie mu udzielony głos.

Większa część obywateli wiedziała już, jaki był powód zgromadzenia. W istocie, dyskusja Rady Obywatelskiej, automatycznie powtórzona przez telefon ratuszowy, została niezwłocznie rozesłana do dzienników, które wydały ją osobno i w kształcie afiszów kazały rozlepić na ulicach.

Sala ratuszowa, była to ogromna nawa z dachem szklanym; powietrze krążyło tu swobodnie, a światło lało się strumieniami z szeregu lamp gazowych, które uwydatniały kąty sklepienia.

Tłum stał spokojny i cichy. Twarze były wesołe. Zdrowie, przyzwyczajenie do życia pełnego radości i regularnego; poczucie własnej siły, odstręczały od poddawania się zbytecznemu wzruszeniu, uczuciom przestrachu lub gniewu. Gdy tylko wybiło wpół do dziewiątej, prezydent zadzwonił i głęboka cisza zaległa w sali.

Pułkownik wszedł na trybunę.

W mowie silnej i zwięzłej, bez niepotrzebnych ozdób i oratorskich zwrotów, w języku ludzi, którzy wiedzą co mówią, jasno wypowiadają swe myśli, bo je dobrze rozumieją, pułkownik Hendon opowiedział o zastarzałej nienawiści Herr Schultze’a do Francji, do Sarrasina i jego dzieła i o strasznych przygotowaniach w celu zniszczenia Frankopolis i jej mieszkańców, o czem zawiadamiał dziennik New-York-Herald.

„Do obywateli miasta – mówił dalej – należy decyzja, co mają robić dalej. Ludzie bez odwagi i bez patrjotyzmu woleliby może ustąpić z placu i swoją nową ojczyznę odstąpić napastnikom. Ale pułkownik był pewien, że tak tchórzliwe usposobienie nie może być udziałem jego współobywateli. Ludzie, którzy potrafili zrozumieć wielkość celu, jaki postawili sobie założyciele wzorowego miasta, ludzie, którzy umieli pogodzić się z jego prawami, musieli być ludźmi wielkiej inteligencji i odważnych serc. Walcząc w imię postępu, którego są szczerymi przedstawicielami, zrobią zapewne wszystko, co tylko będzie w ich mocy, by uratować to niezrównane miasto, chlubny pomnik, wzniesiony sztuce polepszenia losu człowieka! Obowiązkiem ich zatem było poświęcić życie za sprawę, którą reprezentowali”.

Grzmot oklasków przyjął tę mowę.

Kilku mówców poparło wniosek pułkownika Hendon’a.

Doktór Sarrasin przedstawił konieczność, ustanowienia Rady Obronnej, któraby zapewniła niezbędne środki obrony, zachowując przytem tajemnicę konieczną w czynnościach wojskowych; propozycja ta została przyjętą.

Na tem samem posiedzeniu, jeden z członków Rady Obywatelskiej, podał myśl wyasygnowania tytułem tymczasowego kredytu pięciu miljonów dolarów, przeznaczonych na pierwsze roboty.

Wszystkie ręce podniosły się dla zatwierdzenia tego projektu.

Było wpół do jedenastej, kiedy zgromadzenie ukończono; mieszkańcy Frankopolis, wyznaczywszy naczelników, mieli się rozejść.

Wtem zaszedł niespodziewany wypadek.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 34.jpg

Trybuna wolna od chwili, została zajętą przez jakiegoś nieznajomego.

Człowiek ten zjawił się tam jakby cudem. Na energicznej jego twarzy były ślady strasznego wzburzenia, ale postawę miał spokojną i pewną. Ubranie jego nawpół przyklejone do ciała i powalane mułem, czoło jego zakrwawione wskazywało, że spotkały go jakieś straszne przygody.

Na jego widok wszyscy się zatrzymali. Rozkazującym ruchem nieznajomy nakazał spokój i milczenie.

Kto to był? Skąd się wziął? Nawet doktór Sarrasin, tak jak i inni, nie pomyślał zapytać go o to.

Zresztą, dowiedziano się wkrótce.

– Uciekłem ze Stahlstadt’u – rzekł – Herr Schultze skazał mię na śmierć. Bóg pozwolił mi trafić do was na czas jeszcze, na tyle przynajmniej, bym spróbował, czy nie potrafię was ocalić. Nie dla wszystkich tutaj jestem nieznajomym. Mój czcigodny mistrz, doktór Sarrasin, powie wam, spodziewam się, że mimo powierzchowności, pod którą sam siebie poznać nie mogę, można zaufać Marcelemu Bruckmannowi!

– Marceli! – zawołali jednocześnie doktór i Oktawiusz.

Obaj chcieli rzucić się ku niemu.

Nowy ruch ręki zatrzymał ich.

Był to w istocie Marceli, cudem uratowany. Wyłamawszy kratę kanału w chwili, kiedy brak powietrza miał go udusić, prądem wody został uniesiony, jak ciało bez życia. Na szczęście krata zamykała właśnie obwód Stahlstadt’u i w dwie minuty później Marceli został wyrzucony na brzeg rzeki, wolny nareszcie, jeżeli wróci do życia!

Kilka długich godzin odważny młodzieniec przeleżał nieruchomo, w ciemną noc, w pustem polu i zdala od wszelkiej pomocy.

Dzień już był, kiedy odzyskał zmysły. Przypomniał sobie wówczas wszystko… Dzięki Bogu, wydostał się z przeklętego Stahlstadt’u! Nie był już w niewoli. Cała myśl jego zwróciła się do doktora Sarrasin’a, jego przyjaciół, jego współobywateli!

– Oni! Oni! – zawołał.

Z nadzwyczajnym wysiłkiem dźwignął się na nogi.

Dziesięć mil dzieliło go od Frankopolis, miał zrobić dziesięć mil; bez kolei, bez woza, bez konia, przebyć te pola, które jak pustynia otaczały Stalowe Miasto. Te dziesięć mil przeszedł, nie odpoczywając ani na chwilkę i o kwadrans na jedenastą znalazł się wobec pierwszych domów miasta doktora Sarrasin’a.

Afisze, pokrywające mury, zawiadomiły go o wszystkiem. Zrozumiał, że mieszkańcy byli już uprzedzeni o niebezpieczeństwie, które im groziło; ale zrozumiał także, że nie wiedzieli oni jak bliskiem było to niebezpieczeństwo ani też jakiego było rodzaju.

Katastrofa obmyślona przez Herr Schultze’a, miała nastąpić tegoż wieczora, trzy kwadranse przed dwunastą. Było już kwadrans po dziesiątej.

Trzeba było zrobić ostatni wysiłek. Marceli jednym pędem przebiegł miasto i o wpół do jedenastej, w chwili, kiedy zgromadzenie miało się rozejść wdarł się na trybunę.

– Nie za miesiąc, moi przyjaciele – zawołał – ani za tydzień nawet zetkniecie się z pierwszem niebezpieczeństwem! Za godzinę, nieznana dotąd katastrofa, deszcz żelaza i ognia spadnie na wasze miasto. Maszyna godna piekieł, sięgająca o dziesięć, jest w tej chwili wymierzona przeciw niemu. Widziałem ją. Niech więc dzieci i kobiety schronią się do piwnic, dających pewną rękojmię wytrzymałości, albo niech natychmiast opuszczą miasto i udadzą się w góry! Mężczyźni niech się przygotują do gaszenia ognia wszelkimi możliwymi środkami! Ogień, to na teraz jedyny wasz nieprzyjaciel! Ani wojsko, ani żołnierze nie idą przeciwko wam. Przeciwnik, który wam grozi, pogardził tymi zwykłymi środkami wojny. Jeżeli plany, jeżeli rachunki człowieka, którego potęga w złem jest wam już znaną, spełnią się, jeżeli Herr Schultze nie omylił się po raz pierwszy, w takim razie pożar wybuchnie nagle i odrazu we wszystkich punktach Frankopolis! We wszystkich punktach trzeba będzie wkrótce walczyć z płomieniem. Cokolwiek ma nastąpić, trzeba najprzód ratować ludność, bo waszych domów i waszych pomników, niepodobna będzie ocalić, a chociażby nawet całe miasto miało być zniszczone, czas i pieniądze zdołają je odbudować.

W Europie wziętoby Marcelego za warjata. Ale w Ameryce nikomu nie przyszło do głowy zaprzeczać cudom nauki, i idąc za zdaniem doktora, uwierzono młodemu Alzatczykowi.

Tłum, na którym akcent mówcy zrobił jeszcze większe wrażenie niż słowa, usłuchał nie roztrząsając ich nawet. Doktór odpowiadał za Marcelego Bruckmanna. Tego było dosyć.

Rozkazy zostały natychmiast wydane i posłańcy rozlecieli się z nimi we wszystkie strony.

Co do mieszkańców miasta, jedni, wróciwszy, do swoich domów, postanowili z rezygnacją znieść okropności bombardowania i schronili się do piwnic; inni pieszo, konno, w powozach wyruszyli w pole i dotarli do pierwszych stoków Cascade-Mounts.

Tymczasem silni mężczyźni pospiesznie zgromadzali na wielkim placu i kilku innych punktach miasta, wskazanych przez doktora, wszystko co mogło służyć do gaszenia ognia, to jest wodę, ziemię, piasek.

Na sali posiedzeń narada ciągnęła się dalej w kształcie rozmowy.

Marceli tak był pochłonięty jakąś myślą, że nie mógł się niczem zająć. Przestał mówić i szeptał tylko:

– Trzy kwadranse na dwunastą! Czy podobna, żeby ten przeklęty Schultze, zwyciężył nas swoim okropnym wynalazkiem?…

Nagle wyciągnął z kieszeni notatki, zrobił ruch człowieka, który prosi o milczenie i z ołówkiem w ręku, gorączkowo nakreślił kilka cyfr na jednej ze stronic swojej książeczki. Powoli czoło jego rozchmurzyło się i twarz rozjaśniała:

– Ach, moi przyjaciele – zawołał – moi przyjaciele! Albo te cyfry kłamią, albo wszystko, czego obawiamy się, rozwieje się, jak przykry sen przed oczywistością problematu balistyki, którego rozwiązania szukałem dotąd daremnie! Niebezpieczeństwo, które nam grozi, jest tylko urojeniem! Tym razem nauka jego błądzi! Nic z tego, co nam zapowiedział, nie stanie się, nie może się stać! Jego straszny granat przejdzie ponad Frankopolis nie tknąwszy go i musimy się już teraz obawiać tylko o przyszłość!

Co chciał powiedzieć Marceli?! Nikt go nie rozumiał!

Wówczas młody Alzatczyk wyjaśnił rezultat rachunku, który udało mu się wreszcie zrobić! Głos jego czysty i donośny tak dobitnie przedstawił całą rzecz, że zrozumieli ją nawet ci, co nie posiadali nauki.

Jasność nastąpiła po ciemności, pokój po trwodze. Pocisk nietylko nie miał dotknąć miasta, ale nie miał doknąć wogóle „niczego”. Przeznaczeniem jego było zginąć w przestrzeni!

Doktór Sarrasin potwierdził gestami wywód Marcelego, kiedy nagle wskazując palcem na zegar zawołał:

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 35.jpg

– Za trzy minuty – dowiemy się kto, ma słuszność, Schultze czy Marceli Bruckman! Bądź co bądź, moi przyjaciele, nie żałujmy tych środków ostrożności, które powzięliśmy i nie zaniedbujmy niczego, co może odeprzeć wynalazki naszego nieprzyjaciela. Jeżeli cios ten ominie nas, jak Marceli każe nam się spodziewać, nie będzie on ostatni. Nienawiść Schultze’a nie może uznać się za zwyciężoną i cofnąć przed pierwszym niepowodzeniem.

– Chodźmy! – zawołał Marceli.

I wszyscy udali się za nim na wielki plac. Trzy minuty upłynęły. Trzy na dwunastą wybiło na zegarze!…

W cztery sekundy później, ciemna masa przemknęła wysoko po niebie i szybko jak myśl ze złowrogim świstem znikła daleko za miastem.

– Szczęśliwej drogi! – krzyknął Marceli, wybuchając śmiechem. – Z taką szybkością początkową granat Herr Schultze’a przekroczył już teraz granicę atmosfery i nie może spaść na ziemię.

W dwie sekundy później rozległ się huk przygłuszony, jakgdyby wychodzący z wnętrza ziemi.

Był to huk, pochodzący z działa Wieży Byka; huk ten doszedł o trzynaście sekund później niż pocisk który leciał z szybkością stu pięćdziesięciu mil na godzinę.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top