500 miljonów Begumy/15

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XIV 500 miljonów Begumy • Rozdział XV • written by Juliusz Verne Rozdział XVI
Rozdział XIV 500 miljonów Begumy
Rozdział XV
written by Juliusz Verne
Rozdział XVI
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XV
Giełda w San Francisco.

Giełda w San Francisco, odznaczająca się ogromnym ruchem przemysłowym i handlowym, była jedną z najbardziej ożywionych i najdziwniejszych giełd na świecie. Dzięki geograficznemu położeniu stolicy Kalifornji, giełda miała charakter kosmopolityczny, co było jedną z głównych jej cech. W przysionkach z pięknego czerwonego granitu, sas wysokiego wzrostu, o jasnych włosach, spotyka się z celtem o ciemnych włosach, matowej cerze i kształtnych i giętkich włosach. Murzyn kroczy obok finlanczyka i hindusa. Polinezyjczyk ze zdziwieniem patrzy na grenlandczyka. Chińczyk o skośnych oczach, ze starannie splecionym warkoczem, ociera się o historycznego swego nieprzyjaciela, japończyka. Wszystkie języki, wszystkie djalekty, wszystkie żargony mieszają tam ze sobą, jak w nowoczesnym Babelu.

Rozpoczęcie obrotów na tej giełdzie, jedynej w swoim rodzaju na świecie, nie stanowiło w dniu 12 października 18… r. nic nadzwyczajnego. Z nadejściem godziny jedenastej maklerzy i ajenci zbliżali się do siebie wesoło lub poważnie, stosownie do swych osobistych temperamentów, ściskali za ręce, szli do bufetu i rozpoczynali dzienne czynności od obfitych libacyj. Potem jeden po drugim otwierali małe mosiężne drzwiczki numerowanych przegródek, znajdujących się w sieni, a przeznaczonych na korespondencję abonentów; wyjmowali z nich ogromne paki listów, które przeglądali z roztargnieniem.

Wkrótce rozpoczęły się pierwsze targi, a jednocześnie tłum powiększył się nieznacznie. Lekki hałas powstawał w odzielnych, coraz liczniejszych grupach.

Depesze zaczęły zlatywać się ze wszystkich stron świata. Co chwilę zjawiał się kawał niebieskiego papieru; odczytywano go, wrzeszcząc z całych sił wśród burzy głosów, poczem służba giełdowa przylepiała go na północnej stronie gmachu, gdzie znajdowała się już cała kolekcja telegramów.

Ruch wzmagał się wciąż. Posługacze wbiegali, wybiegali, latali do biura telegraficznego, przynosili odpowiedzi. Wszystkie książeczki z notatkami były otwarte, zapisywano w nich, wykreślano, wydzierano. Zdawało się że jakiś rodzaj zaraźliwego szału opanował tłumem, kiedy wtem około godziny pierwszej coś tajemniczego, jak dreszcz, przeszło po ożywionych grupach maklerów.

Jeden ze wspólników Banku „Far-West” przywiózł wiadomość dziwną, niespodzianą, niemożebną, i ona to z szybkością błyskawicy obiegła dokoła cały gmach.

Jedni mówili:

– Co za żart!… To intryga! Jak można wymyślić podobne kłamstwo?

– Ho! Ho! – mówili inni – niema dymu bez ognia!

– Kto stoi tak mocno, nie może upaść.

– Upaść można zawsze!

– Ale, panie, same nieruchomości i narzędzia stanowią kapitał osiemdziesięciu miljonów dolarów! – wołał jeden.

– Nie licząc surowca i stali, materjałów surowych i przerobionych! – odpowiadał drugi.

– I ja to właśnie mówię! Schultze wart jest dziewięćdziesiąt miljonów i gotów jestem zapłacić je w każdej chwili.

– Ale jak wytłomaczysz to zawieszenie wypłat?

– Wcale sobie tego nie tłomaczę! Nie wierzę temu!

– Jakgdyby takie rzeczy nie przytrafiały się codziennie, nawet z domami handlowemi o mocnych podstawach!

– Stahlstadt nie jest zwykłem przedsiębiorstwem – to całe miasto!

– Zresztą niemożliwe, żeby się tak miało skończyć! Zostanie zapewne utworzone towarzystwo, które weźmie w swe ręce jego interesy.

– Ale dlaczego, u djabła, Schultze nie utworzył tego towarzystwa, zanim dopuścił do protestu zobowiązań.

– To właśnie, panie, jest tak niedorzeczne, że niema o czem mówić! Jest to poprostu fałszywa wiadomość, rzucona prawdopodobnie przez Nash’a, któremu nagwałt potrzeba podwyższenia ceny stali!

– Nie jest to wcale fałszywa wiadomość! Schultze nietylko zbankrutował, ale nawet uciekł!

– Co znowu!

– Uciekł, powiadam panu. W tej chwili przylepiono telegram, który zwiastuje tę wiadomość!

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 39.jpg

Olbrzymia fala ludzi potoczyła się w stronę depesz. Ostatni kawał niebieskiego papieru zawierał te słowa:

– Nowy Jork, godzina 12, minut 10. – Bank Centralny, Fabryka Stahlstadt. Wypłaty zawieszone. Wiadomy dług – czterdzieści siedem miljonów dolarów. Schultze znikł.”

Niesposób już było wątpić, że wiadomość, chociaż zadziwiająca, była tem nie mniej prawdziwą; hypotezy posypały się ze wszystkich stron.

O godzinie drugiej lista drugorzędnych bankructw, spowodowanych upadkiem Herr Schultze’a, zaczęła zalewać rynek. Mining Bank z Nowego Jorku stracił najwięcej; dom Westerley i Synowie z Chicago został wmięszany na siedem miljonów; dom Milwaukee z Bufallo, na pięć miljonów; Bank Przemysłowy w San Francisco na półtora miljona; wreszcie domy trzeciorzędne kończyły długi ten szereg.

Zanim nawet rozeszły się te wiadomości, bankructwo Schultze’a wywołało istną burzę na giełdzie w San Francisco.

Rynek giełdowy tak ociężały zrana, jak utrzymywali znawcy, inaczej zupełnie wyglądał o drugiej po południu! Jakie podskoki! Jakie podwyżki, jaki szalony wybuch spekulacji!

Podwyżka na stal, której cena rośnie co chwilę! Podwyżka na węgiel kamienny! Podwyżka na akcje wszystkich odlewni Związku Amerykańskiego! Podwyżka na wszystkie wyroby przemysłu żelaznego! Podwyżka na grunta Frankopolis. Od czasu ogłoszenia wojny, akcje Frankopolis spadły do zera, znikły nawet z cenników papierów publicznych, a teraz nagle podskoczyły w górę; żądano sto osiemdziesiąt dolarów za morgę.

Tegoż wieczora do kantorów redakcyjnych przypuszczano szturm. Ale napróżno Herald, Tribune, Alta, Guardian, Echo i Globe olbrzymiemi literami wypisywały to, o czem się mogły dowiedzieć; wiadomości ich redukowały się prawie do zera.

Wiedziano tylko, że 25-go września, weksel na osiem miljonów dolarów, akceptowany przez Herr Schultze’a i wystawiony przez Jacksona Eldera et Comp. Bufallo, został okazany Straussowi Sehring’owi et Co., bankierom Stalowego Króla w Nowym Jorku, i że panowie ci, obliczywszy, że otwarty u nich kredyt klienta nie wystarczał na zapłacenie tej ogromnej sumy, zadepeszowali natychmiast do niego, ale nie otrzymali żadnej odpowiedzi. Przejrzawszy księgi, przekonali się ze zdziwieniem, iż od trzynastu dni nie otrzymali ze Stahlstadt’u ani żadnego listu, ani papierów wartościowych; że od dnia tego, weksle i czeki, wystawione przez Herr Schultze’a na ich kasę nagromadzały się codziennie i ulegały jednemu losowi, wracając tam, skąd przyszły, ze słowami: no effects (brak pokrycia).

Przez cztery dni żądano wyjaśnień, niespokojne depesze, gniewne pytania sypały się od domu bankowego do Stahlstadt’u.

Wreszcie nadeszła stanowcza odpowiedź: „Herr Schultze znikł 17 września” – powiadamiał telegram. – Nikt nie może dać żadnych wyjaśnień. Nie pozostawił rozkazów i kasy oddziałowe są puste.

Niepodobna już było ukrywać prawdy. Główni wierzyciele ulękli się i złożyli swoje obligi w sądzie handlowym. W kilka godzin potem bankructwo rozeszło się z szybkością piorunu, pociągając za sobą orszak drugorzędnych upadków. W południe, 13 października, ogół znanych długów wynosił czterdzieści siedem miljonów dolarów. Ze wszystkiego jednak można było przewidywać, że podniesie się jeszcze do sumy sześćdziesięciu miljonów.

Oto co wiedziano i co z małemi odmianami opowiadano we wszystkich dziennikach. Naturalnie, że każdy z nich, obiecywał na dzień następny wiadomości zupełnie świeże i jak najszczegółowsze.

W istocie, wszystkie bez wyjątku, wysłały zaraz swych korespondentów do Stahlstadt’u.

Od 14 października wieczór, Stalowe Miasto zostało oblężone przez prawdziwą armję reporterów z notatnikami i ołówkiem w ręku. Ale armja ta odbiła się jak fala o zewnętrzny obwód Stahlstadt’u. Trzymano się jeszcze dawnych rozkazów i nadaremnie reporterzy rozmaitymi środkami usiłowali przełamać opór straży; nie wpuszczono ich poza mury.

Przekonali się tylko, że robotnicy nie wiedzieli o niczem, i że nic się nie zmieniło w rutynie rządzącej ich oddziałami. W wilję tego dnia nadzorcy zapowiedzieli z wyższego rozkazu, że nie było pieniędzy w kasach oddziałowych i że z centralnej dzielnicy nie nadesłano żadnych rozkazów, więc w następną sobotę, jeżeli nie zajdzie żadna zmiana, roboty zostaną zawieszone.

Wszystko to nietylko nie wyjaśniło kwestji, a więcej jeszcze ją gmatwało. Że Herr Schultze znikł prawie od miesiąca – o tem nikt nie wątpił. Ale jaka była przyczyna i doniosłość tego zniknięcia, nikt nie wiedział. Nieokreślona myśl, że tajemnicza osobistość ukaże się lada chwilę, górowała nad niepokojem.

W pierwszych dniach roboty szły w fabryce, jak zwykle. Każdy robotnik spełniał zadanie w ograniczonym zakresie swojego oddziału. Kasy wypłacały wszystkim należność co sobotę. Ale centralizacja była w Stahlstadt’cie posunięta do stopnia doskonałości. Schultze zachował dla siebie tak całkowity kierunek nad wszystkimi interesami, że nieobecność jego musiała pociągnąć za sobą w bardzo krótkim czasie przymusowe zatrzymanie się maszynerji. I tak, od 17 września, w którym Stalowy Król po raz ostatni podpisał swe rozkazy aż do 13 października, kiedy wiadomość o zawieszeniu wypłat wybuchła, jak uderzenie piorunu, tysiące listów (wiele z nich musiało zawierać znaczne sumy), przesłanych pocztą Stahlstadt’u zostało wrzuconych do puszki Dzielnicy Centralnej i stamtąd bez żadnej wątpliwości dostało się do gabinetu Herr Schultze’a. Ale on tylko miał je prawo otwierać, znaczyć czerwonym ołówkiem i zawartość ich przesyłać głównemu kasjerowi.

Najwyższym urzędnikom fabryki nie przyszło nawet do głowy wystąpić poza zakres zwykłych swych praw. Nad podwładnymi swymi mieli władzę prawie absolutną, wobec zaś Herr Schultze’a, a nawet wobec wspomnienia jego, pełnili rolę narzędzi, nie mających ani władzy, ani powagi, ani żadnego głosu. Każdy z nich obwarował się ciasną odpowiedzialnością swego mandatu, wyczekiwał, wyglądał wypadków.

Wreszcie wypadki nadeszły. Dziwne położenie przeciągnęło się aż do chwili, kiedy domy, głównie zainteresowane, zdjęte nagłym strachem, zaczęły telegrafować, domagać się odpowiedzi, upominać się, protestować, wreszcie chwyciły się prawnych środków. Trzeba było sporo czasu, zanim doszło do tego. Nie łatwo było przypuścić, że taka finansowa potęga miała nogi z gliny. Ale teraz rzecz stała się jasna: Herr Schultze uciekł przed wierzycielami.

Oto wszystko, co reporterzy potrafili wydobyć. Nawet znakomity Meiklejohn, który wsławił się tem, że potrafił wyciągnąć polityczne zeznania od prezydenta Granta, człowieka najbardziej milczącego w tej epoce, niestrudzony Blunderbuss, który, będąc prostym korepondentem World’a pierwszy oznajmił Cesarzowi wielką nowinę o kapitulacji Plewny; tym wielkim ludziom reporterki nie powiodło się lepiej, niż innym. Musieli wyznać przed samymi sobą, że Tribune i World nie będą mogły wyjaśnić tajemnicy bankructwa Schultze’a.

Ponury ten wypadek był jedyny w swoim rodzaju, a to z powodu dziwacznego położenia Stahlstadt’u; niezależny i odrębny stan tego miasta nie pozwalał na prawidłowe i prawne śledztwo. Podpis Herr Schultze’a został wprawdzie zaprotestowany w Nowym Jorku i wierzyciele słusznie przypuszczali, że wartość fabryki może w pewnej mierze spłacić ich należność. Ale do jakiego trybunału udać się i zażądać, by zajął fabrykę lub nałożył na nią sekwestr? Stahlstadt zajmowało wyłączne stanowisko, wszystko w niem należało do Herr Schultze’a. Gdyby postawił jakiego przedstawiciela, radę administracyjną, zastępcę! Ale nic, ani sądu, ani nawet rady sądowej! On sam był królem, najwyższym sędzią, głównodowodzącym, notarjuszem, patronem sądem handlowym swego miasta. W osobie swojej urzeczywistnił ideał centralizacji. To też jego nieobecność wytworzyła zupełną próżnię i cały ten straszny gmach runął, jak domek z kart.

W innym wypadku wierzyciele mogliby utworzyć syndykat, zastąpić miejsce Herr Schultze’a, ująć w ręce jego fundusze, objąć kierunek interesów. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, doszliby do przekonania, że dla wprawienia maszyny w ruch trzebaby może trochę pieniędzy i siły kierującej.

Ale tutaj nie mogło nastąpić nic podobnego. Do przeprowadzenia zastępstwa brak było podstawy prawnej. Zapora moralna była jeszcze trudniejszą do przebycia, niż okopy wzniesione dookoła Stalowego Miasta. Nieszczęśliwi wierzyciele patrzeli własnemi oczami na ruinę swoich wierzytelności i nie mogli jej zapobiec.

Tyle tylko zrobili, ze zeszli się na ogólne zebranie, naradzili między sobą i wnieśli prośbę do kongresu, by wziął w swe ręce ich interesy, by zajął się sprawą swych obywateli, wydał rozkaz przyłączenia Stahlstadt’u do ziemi amerykańskiej i w ten sposób podporządkował ten monstrualny twór pod ogólne prawo cywilizacji. Kilku członków kongresu było osobiście zainteresowanych w tej sprawie; z wielu względów prośba przemawiała do charakteru amerykańskiego i należało przypuszczać, że będzie miała zupełne powodzenie. Na nieszczęście, kongres nie obradował wówczas i obawiano się, że zajdzie niejedna przeszkoda, zanim prośba zostanie mu przedstawioną.

Tymczasem w Stahlstadt’cie wszystko zatrzymało się w miejscu i piece gasły jeden po drugim.

Wielki popłoch zrodził się wśród ludności, złożonej z dziesięciu tysięcy rodzin, które żyły z fabryki. Ale co robić? Pracować dalej na rzecz zapłaty, która może i za pół roku nie nastąpi, a może nigdy nie nadejdzie? Nikt nie był tego zdania. A zresztą, jak pracować? Źródło obstalunków wyschło wraz z innemi źródłami. Wszyscy klienci Herr Schultze’a czekali prawnego rozwiązani sprawy, zanim odnowią dawne stosunki z fabryką. Naczelnicy oddziałów, inżynierowie i nadzorcy nie mogli działać, nie mając rozkazów.

Były zebrania, meetingi, mowy, projekty, ale planu nie zrobiono żadnego, bo niepodobna go było zrobić. Przerwa w pracy wiodła za sobą orszak nędzy, rozpaczy i występków. Pracownie wypróżniały się, oberże napełniały. Na każdy komin, z którego dym się snuć przestawał, przybywał nowy szynk w okolicznych wioskach.

Najrozsądniejsi z robotników, najprzezorniejsi, ci, którzy umieli przewidzieć ciężkie czasy i zaoszczędzili trochę grosza, pośpiesznie umknęli z manatkami, z narzędziami, z pościelą, drogą sercu każdej gospodyni, i z pucułowatemi dziećmi, których uszczęśliwił widok świata, który ukazywał im się z poza okien wagonu. Ci odjechali, rozlecieli się na cztery strony świata i odnaleźli wkrótce, jeden na wschodzie, drugi na południu, ten na północy, inną fabrykę, inne kowadło, inne ognisko…

Ale na jednego, na dziesięciu, którzy mogli urzeczywistnić to marzenie, iluż było takich, których nędza przykuwała do miejsca! Ci pozostali, z zapadłem okiem i rozdartem sercem!

Pozostali, sprzedając nędzne swe rupiecie chmarze drapieżnych ptaków, które zlatują się zwykle instynktownie tam, gdzie stanie się wielkie nieszczęście, w krótkim czasie utracili kredyt tak, jak poprzednio zapłatę i bez pracy, bez nadziei, ujrzeli przed sobą całą przyszłość nędzy, smutnej, jak ta zima, która się zbliżała!

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top