500 miljonów Begumy/16

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XV 500 miljonów Begumy • Rozdział XVI • written by Juliusz Verne Rozdział XVII
Rozdział XV 500 miljonów Begumy
Rozdział XVI
written by Juliusz Verne
Rozdział XVII
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XVI
Dwaj Francuzi przeciw jednemu miastu.

Kiedy wiadomość o zniknięciu Schultze’go doszła do Frankopolis, Marceli powiedział:

– A może to podstęp wojenny?

Naturalnie, zastanowiwszy się, musiał przyznać, że skutki podobnego podstępu byłyby niebezpieczne dla Stahlstadt’u, że logicznie trudno było zrobić podobne przypuszczenie. Ale wiedział również, że nienawiść nie rozumuje i że może uczynić takiego człowieka, jak Herr Schultze zdolnym do poświęcenia wszystkiego dla dogodzenia swej namiętności. Bądź co bądź należało mieć się na ostrożności.

Na jego prośbę rada obrony wydała proklamację, wzywając mieszkańców, by nie wierzyli fałszywym wiadomościom, które rozsiewa nieprzyjaciel, chcąc uśpić ich czujność.

Roboty i ćwiczenia wojskowe, wykonywane z większym, niż kiedykolwiek zapałem, były odpowiedzią, którą Frankopolis słało rzekomemu podstępowi Herr Schultze’a. Ale szczegóły prawdziwe, czy fałszywe, podawane przez dzienniki z San Francisko, Chicago i Nowego Jorku; finansowe i handlowe następstwa katastrofy, zaszłej w Stahlstadt’cie; wszystkie te nieuchwytne małoznaczące dowody, potężne, gdy skupią się w jedną całość, nie pozostawiały żadnej wątpliwości.

Pewnego pięknego poranku miasto doktora obudziło się ocalone, jak śpiący, który budząc się, uwalnia się od koszmarnego snu. Tak! Frankopolis wyszło obronną ręką z opresji, nie wydobywszy nawet oręża; doszedłszy do tej zupełnej pewności, Marceli ogłosił wreszcie tę wiadomość w prasie i zapomocą obwieszczeń rozwieszonych na rogach ulic.

Wywołało to ogólne uczucie radości i ulgi. Ściskano się za ręce, winszowano sobie, zapraszano na obiady. Kobiety ukazały się w świeżych strojach, mężczyźni zaniechali chwilowo ćwiczeń, manewrów i robót. Wszyscy byli uspokojeni, zadowoleni, promieniejący. Było to niby miasto ludzi, przychodzących do zdrowia.

Ale najbardziej zadowolony ze wszystkich był niewątpliwie doktór Sarrasin. Zacny ten człowiek czuł się odpowiedzialny za los wszystkich obywateli, którzy osiedlili się z ufnością na jego gruncie i oddali się pod jego opiekę. Od miesiąca nie dawała mu spokoju obawa, że ich przyprowadził do zguby, on, który miał na celu tylko ich szczęście. Teraz uwolniony od strasznego niepokoju, swobodnie odetchnął.

Wspólne niebezpieczeństwo ściślej zjednoczyło wszystkich obywateli. Wszystkie klasy zbliżyły się więcej do siebie, uznano się za braci, których ożywiały jedne uczucia, łączyły jedne interesa. Wszyscy czuli, że serca ich zaczęły bić, dla nowej myśli, nowego wrażenia. Dla mieszkańców Frankopolis powstała ojczyzna. Obawiano się o nią, cierpiano dla niej i lepiej zrozumiano tę miłość, którą budziła w ich sercu.

Przygotowania do obrony okazały się bardzo korzystne w swych skutkach. Poznano własne siły. W danym wypadku nie potrzebowano już ich tworzyć. Znalazła się pewność siebie. Na przyszłość, na wszelki wypadek, przygotowano się do wszystkiego.

Dzieło doktora Sarrasin’a zdawało się mieć świetniejszą niż kiedykolwiek przyszłość przed sobą. I rzecz dziwna, niewdzięczność nie spotkała Marcelego. Chociaż nie on był przyczyną ocalenia, złożono mu jednak publiczne podziękowanie, jako organizatorowi obrony, temu, którego poświęceniu miasto byłoby zawdzięczało swój ratunek, gdyby zamiary Herr Schultze’a przyszły do skutku.

Lecz Marceli sądził, że rola jego nie skończyła się jeszcze.

Tajemnica, otaczająca Stahlstadt, mogła jeszcze ukrywać jakie niebezpieczeństwo, myślał sobie. I nie mógłby się uspokoić, dopóki nie rozjaśniłyby się ciemności, które otaczały jeszcze Stalowe Miasto.

Postanowił zatem wrócić do Stahlstadt’u i nie cofnąć się przed niczem, dopóki nie dojdzie ostatniego słowa zagadki.

Napróżno doktór Sarrasin przedstawia mu, że to jest rzecz trudną, może nawet bardzo niebezpieczną: że wejdzie do piekła i niewiadomo, jaka przepaść może się otworzyć pod jego stopami… Herr Schultze, tak jak on sam mu opisywał, nie był człowiekiem, mogącym bezkarnie zginąć przed światem i zakopać się pod gruzami swoich nadziei. Można się było obawiać wszystkiego do ostatniego tchnienia i ostatniej myśli takiego człowieka. Myśl ta mogła przypominać straszny zgon rekina!

– Właśnie dlatego, kochany doktorze, że to wszystko, co sobie wyobrażasz, jest możebne – odpowiedział Marceli – uważam, za mój obowiązek, udać się do Stahlstadt’u. Wyrwę lont, zanim bomba pęknie, a nawet będę prosił o pozwolenie zabrania ze sobą Oktawjusza.

– Oktawjusza! – zawołał doktór.

– Tak! Zrobił się z niego dzielny chłopiec, na którego można liczyć, i zapewniam pana, że przechadzka ta pójdzie mu na zdrowie!

– Niech was obu Bóg ma w swojej opiece! – odpowiedział wzruszony starzec, całując go.

Nazajutrz zrana, Marceli i Oktawjusz, przejechawszy opuszczone wioski, wysiedli z powozu przed bramą Stahlstadt’u. Obydwaj byli dobrze zaopatrzeni, dobrze uzbrojeni, obydwaj mieli mocne postanowienie, nie wrócić do domu, zanim nie wyjaśnią tajemnicy.

Szli jeden obok drugiego, drogą, która biegła nazewnątrz dokoła szańców; prawda, której Marceli nie chciał dotąd uwierzyć, ukazywała mu się teraz w całej swej grozie.

Fabryka stanęła, było to nadto widoczne.

Gdyby dawniej, tak jak teraz, szedł w ciemną noc bez żadnej gwiazdki na niebie, byłby zdaleka ujrzał światło gazu, połysk bagnetu stojącej warty, tysiące oznak życia, których teraz brakło zupełnie. Oświecone okna budynków migotały tysiącem świateł. Teraz wszystko było ciemne i głuche. Śmierć zdawała się krążyć nad miastem, którego wysokie kominy sterczały, jak szkielety na widnokręgu. Kroki Marcelego i jego towarzysza wydawały odgłos, jak na pustyni. Wrażenie samotności i spustoszenia było tak silne i dojmujące, że Oktawjusz zawołał:

– Dziwna rzecz, nigdy jeszcze nie spotkałem się z podobną ciszą! Możnaby pomyśleć, że jesteśmy na cmentarzu!

Była siódma, kiedy Marceli i Oktawjusz stanęli nad fosą, naprzeciw głównej bramy Stahlstadt’u. Ani jednej istoty nie było widać na szczycie murów, najmniejszego śladu warty, która stała dawniej w pewnych odstępach, jak słupy ludzkie. Zwodzony most był podniesiony, a przed bramą widniała przepaść szeroka na pięć lub sześć metrów.

Młodzi ludzie strawili całą godzinę, zanim umocowali kawałek liny, zarzucając ją z całej siły na jedną z belek. Kiedy po wielu trudach udało się to wreszcie Marcelemu, Oktawjusz, zawiesiwszy się na linie, czepiając się jej rękami, dostał się na dach bramy. Poczem Marceli podawał mu zkolei broń i zapasy, wreszcie sam udał się tą samą drogą.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 40.jpg

Trzeba było następnie przerzucić linę na drugą stronę muru i wszystkie impedimenta spuścić w taki sposób, w jaki je poprzednio podniesiono do góry i wreszcie zsunąć się samym na ziemię.

Młodzi ludzie znaleźli się w ten sposób na drodze, którą Marceli przebywał pierwszego dnia, wchodząc do Stahlstadt’u. Cisza i milczenie panowały tu teraz. Przed nimi wznosiła się czarna i niema masa zabudowań, których oszklone okna zdawały się patrzeć na natrętów, jakgdyby mówiąc:

– Wynoście się!… Poco wam nasze tajemnice, poco staracie się je przeniknąć.”

Marceli i Oktawjusz naradzili się chwilę.

– Najlepiej udać się do bramy O., którą znam już, – rzekł Marceli.

Skierowali się w zachodnią stronę i wkrótce stanęli przed wielką arkadą, na froncie której wyryta była wielka litera O. Obie połowy ciężkich dębowych drzwi, z wielkimi stalowymi gwoździami były zamknięte. Marceli zbliżył się i uderzył w nie kilka razy kamieniem, który podniósł na drodze.

Odpowiedziało mu tylko echo.

– No! Do roboty! – zawołał do Oktawjusza.

Trzeba było powtórzyć ciężką robotę z rzucaniem liny poza bramę, szukając o co dałoby się ją uczepić. Trudności były przytem niemałe, lecz wreszcie Marceli i Oktawjusz przebyli i ten mur i znaleźli się w oddziale O.

– Tak, – zauważył Oktawjusz, – nie rozumiem poco to wszystko! Daleko zaszliśmy! Przebywszy jeden mur, znajdziemy przed sobą drugi.

– Cicho w szeregach! – odparł Marceli. – Oto i moja dawna pracownia. Miło mi będzie zajrzeć do niej i wziąć ztamtąd kilka narzędzi, których będziemy zapewne potrzebować, nie zapominając również o dynamicie.

Była to wielka sala odlewów, w której młody alzatczyk był zatrudniony po wstąpieniu swojem do fabryki. Jakże ponuro było tu teraz; wygasłe piece, zardzewiałe szyny, pokryte kurzem windy, wznoszące ku górze wielkie swe ramiona, jakgdyby szubienice! Widok ten mroził serca i Marceli odczuł potrzebę jakiejś zmiany.

– Oto pracownia, która cię więcej zajmie, – rzekł do Oktawjusza, prowadząc go do szynku.

Oktawjusz spostrzegł z zadowoleniem na drewnianej półce cały szereg czerwonych, żółtych i zielonych flaszek. Kilka puszek z konserwami połyskiwało białą swą blachą. Było z czego urządzić śniadanie, którego potrzeba dawała się zresztą odczuć. Młodzieńcy zasiedli zatem przy bufecie i posiliwszy się, nabrali świeżych sił do dalszej wyprawy.

Marceli, jedząc, myślał, co miał dalej robić. Niepodobna było marzyć o wdarciu się na mur Centralnej Dzielnicy. Mur ten był bardzo wysoki, odosobniony od wszystkich innych zabudowań i tak gładki, że nie było o co zaczepić na nim liny. Żeby znaleźć jego bramę – prawdopodobnie miał tylko jedną – trzeba było zwiedzić wszystkie oddziały, a to było niełatwe. Wypadało używać dynamitu, rzeczy ryzykownej, bo zdawało się niepodobieństwem, by Herr Schultze zginął, nie pozostawiwszy za sobą żadnej zasadzki, nie przygotowawszy kontrminy, przeciwko tym, którzy po jego oddaleniu się, zechcą opanować Stahlstadt’em. Wszystko to nie mogło odstraszyć Marcelego.

Widząc, że Oktawjusz posilił się i odpoczął, Marceli udał się z nim na koniec ulicy, aż do stóp wielkiego muru z kamienia ciosowego.

– Co powiedziałbyś o zrobieniu tutaj podkopu? – zapytał.

– Ciężko to będzie, ale nie jesteśmy leniuchami! – odpowiedział Oktawjusz, gotów do wszystkiego.

Zaczęła się robota. Trzeba było odrzucić ziemię z pod muru, wprowadzić drąg w szparę między dwa kamienie, wyrwać z nich jeden i wreszcie zapomocą świdra, wybić kilka małych równoległych otworów. O dziesiątej wszystko już było gotowe, kiszki z dynamitem umieszczone i lont zapalony.

Marceli wiedział, że lont będzie palić się pięć minut, a że zauważył poprzednio, iż szynk, umieszczony w suterynach, tworzy sklepioną piwnicę, schronił się tam z Oktawjuszem.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 41.jpg

Nagle budynek i piwnica zadrżały, jak wskutek trzęsienia ziemi. Zaraz potem nastąpił straszny huk, jakgdyby wystrzał z trzech lub czterech dział odrazu. Potem, po dwóch lub trzech sekundach grad gruzów posypał się na ziemię ze wszystkich stron.

Przez kilka następnych minut słychać było tylko przeciągły grzmot zapadających się dachów, trzask belek, huk walących się murów i brzęczącą kaskadę stłuczonych szyb.

Wreszcie straszny ten hałas przycichł. Oktawjusz i Marceli wyszli ze swego schronienia.

Marceli chociaż oswojony z nadzwyczajnymi skutkami ciał wybuchających, zdziwił się jednak, ujrzawszy teraz ich rezultat. Zburzone mury wszystkich pracowni w pobliżu Centralnego Oddziału podobne były do zbombardowanego miasta. Gruzy, odłamy szkła, szczątki gipsu zaścielały ziemię dokoła; chmury kurzu, wyrzucone w górę, opadały powoli, pokrywając jakby śniegiem te ruiny.

Marceli i Oktawjusz pobiegli do wewnętrznego muru. Ten był także zniszczony na szerokość piętnastu do dwudziestu metrów; po drugiej stronie wyłomu alzatczyk ujrzał dziedziniec znany mu dobrze, dziedziniec, na którym przepędził niegdyś tyle monotonnych godzin.

Na dziedzińcu nie było również żadnej straży, a zatem łatwo było przebyć kratę, która go opasywała… Młodzi ludzie znaleźli się wkrótce po drugiej stronie kraty.

Wszędzie panowała ta sama cisza.

Marceli przejrzał pracownię, w której koledzy podziwiali niegdyś jego rysunki. W jednym z jej kątów znalazł na desce rysunek maszyny parowej, który rozpoczął, kiedy z rozkazu Herr Schultze’a został przywołany do parku. W czytelni znalazł znajome książki i dzienniki.

Na wszystkiem widniała cecha wstrzymanych prac i nagle przerwanego życia.

Dwaj młodzieńcy doszli do wewnętrznej granicy Centralnej Dzielnicy i znaleźli się wkrótce u stóp muru, który, jak Marceli sądził, oddzielał ich od parku.

– Czy i tym kamieniom trzeba będzie kazać skakać? – zapytał Oktawjusz.

– Może być… ale chcąc wejść, moglibyśmy najprzód poszukać furtki, którą prosta raca wysadzi w powietrze.

Obydwaj zaczęli iść wzdłuż muru, otaczającego park. Od czasu do czasu musieli zbaczać, obchodzić dokoła budynki, które jak ostrogi przytykały do muru, albo przełazić przez kraty. Nigdy jednak nie tracili z oka swego celu i wkrótce trudy ich zostały wynagrodzone. Mała furtka, niska i ciemna, ukazała się w murze.

W dwie minuty, Oktawjusz zrobił świdrem dziurę w dębowych deskach. Marceli przyłożył natychmiast oko do tego otworu i z wielkiem zadowoleniem ujrzał po drugiej stronie zwrotnikowy park z wieczną zielonością i wiosenną temperaturą.

– Wysadzimy jeszcze te drzwi i dostaniemy się wreszcie do fortecy, – rzekł do swego towarzysza.

– Raca dla tych paru desek, – odparł Oktawjusz, – toby było za wiele honoru.

I zaczął drągiem silnie podważać drzwi.

Zaledwie wstrząsnął niemi, kiedy od wewnętrznej strony zazgrzytał w zamku klucz i odsunęły się dwa rygle.

Drzwi nawpół się otwarły, od wewnątrz przytrzymywał je bowiem gruby łańcuch.

– „Wer da”? (Kto tam?) – spytał chrapliwy głos.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top