500 miljonów Begumy/17

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XVI 500 miljonów Begumy • Rozdział XVII • written by Juliusz Verne Rozdział XVIII
Rozdział XVI 500 miljonów Begumy
Rozdział XVII
written by Juliusz Verne
Rozdział XVIII
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XVII
Rozmowa wystrzałami.

Młodzieńcy nie spodziewali się podobnego pytania. Więcej może zdziwiło ich ono, niż wystrzał z pistoletu, gdyby go byli usłyszeli.

Ze wszystkich przypuszczeń, jakie Marceli robił co do tego miasta, pogrążonego w letargu, jedno tylko nie przyszło mu do głowy, by żyjąca istota spytała go, poco tu przyszedł? Jego wdarcie się do fortecy Schultze’a, godziwe prawie, gdyby przypuścić, że Stahlstadt był zupełnie pusty, wyglądało zgoła inaczej, jeżeli miasto posiadało jeszcze mieszkańców. To, co w pierwszym wypadku wyglądało, jak archeologiczna ciekawość nieledwie, w drugim stawało się zbrojną napaścią i gwałtem.

Wszystkie te myśli nasunęły się Marcelemu z taką siłą, że narazie nie mógł przemówić ani słowa.

– „Wer da”? – powtórzył ów głos z pewną już niecierpliwością.

Niecierpliwość była dosyć naturalną. Przezwyciężyć tyle rozmaitych przeszkód, stojących na drodze do tych drzwi, wdzierać się na mury, wysadzać w powietrze budynki i po tem wszystkiem nie móc odpowiedzieć na proste pytanie: kto tam? Było to w istocie dosyć dziwne.

Marceli pojął natychmiast, w jak fałszywem znajduje się położeniu i odpowiedział po niemiecku:

– Przyjaciel czy nieprzyjaciel, jak chcesz. Chcę mówić z Herr Schultze’m.

Zaledwie wyrzekł te słowa, usłyszał przez uchylone drzwi wypowiedziane ze zdziwieniem:

– Ach!…

Tu Marceli ujrzał przez otwór kawałek czerwonych faworytów, najeżony wąs, ogłupiałe oko i poznał je natychmiast. Wszystko to należało do Sigimera, dawnego jego strażnika.

– Johann Schwartz! – zawołał olbrzym ze zdumieniem, połączonem z radością. – Johann Schwartz!

Niespodziewany powrót więźnia zdawał się go na tyle dziwić, na ile dziwiło go zapewne tajemnicze jego zniknięcie.

– Czy mogę pomówić z Herr Schultze’m? – powtórzył Marceli, nie mogąc się doczekać innej, niż ten wykrzyknik, odpowiedzi.

Sigimer potrząsnął głową.

– Niema rozkazu! – rzekł. – Nie wolno tu wejść bez rozkazu!

– Czy możesz przynajmniej zawiadomić Herr Schultze’a, że jestem tutaj i chcę z nim pomówić?

– Herr Schultze’a tutaj niema! Herr Schultze odjechał! – odrzekł olbrzym z odcieniem smutku.

– Ale gdzie jest? Kiedy wróci?

– Nie wiem. Rozkazu nie zmienię! Nikogo nie wpuszczę bez rozkazu!

Marceli nic więcej nie mógł wydobyć z Sigimera, który na wszystkie jego pytania odpowiadał temi przerywanemi słowami ze zwierzęcym uporem. Oktawjusz zniecierpliwił się wreszcie.

– Poco prosić o pozwolenie wejścia? – rzekł. – Daleko prościej wziąć je gwałtem!

I pchnął drzwi, próbując je wysadzić. Ale łańcuch stawił opór; z większą siłą niż Oktawjusza, przyciśnięto drzwi z drugiej strony i zamknięto je, zasuwając rygle.

– Musi ich być kilku za tą deską! – zawołał Oktawjusz, upokorzony trochę tym rezultatem.

Przyłożył oko do dziury, zrobionej świdrem i wydał okrzyk zdziwienia:

– Jest tam drugi olbrzym!

– Arminius, – odpowiedział Marceli.

I z kolei popatrzał przez otwór

– Tak! To Arminius, kolega Sigimera!

Nagle głos, który zdawał się spadać z nieba, odezwał się ponad głową Marcelego.

– „Wer da?”

Był to Arminius.

Głowa olbrzyma wystawała ponad murem, na który dostał się zapewne za pomocą drabiny.

– No! Arminius, widzisz przecież kto, – odpowiedział Marceli. – Otworzysz, czy nie?

Nie dokończył tych słów, kiedy lufa fuzji pokazała się na szczycie muru i kula gwizdnęła koło kapelusza Oktawjusza.

– Kiedy tak, to masz odpowiedź na to! – zawołał Marceli, i podłożywszy kiszkę dynamitową pod drzwi, rozsadził je z trzaskiem.

Marceli i Oktawjusz z karabinem ręku i nożem w zębach rzucili się przez zrobiony wyłom do parku.

Koło ściany muru, porysowanego wybuchem, stała jeszcze drabina, a u stóp jej widać było ślady krwi. Ale nikt nie bronił już przejścia; olbrzymów nie było.

Przed dwoma napastnikami rozwijała się wspaniała roślinność ogrodów. Oktawjusz był zachwycony.

– Przepyszne!… – mówił. – Ale baczność!… Rozsypmy się w tyraljery!… Ci zjadacze kapusty mogli się pochować za krzakami!

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 42.jpg

Oktawjusz i Marceli rozdzielili się i idąc każdy osobno bokiem drogi, która otwierała się przed nimi, posuwali się z ostrożnością, od drzewa do drzewa, od przeszkody do przeszkody, podług zasad najpierwotniejszej strategji osobistej.

Ostrożność ta bardzo się przydała. Nie uszli nawet stu kroków, kiedy rozległ się drugi wystrzał. Kula zerwała korę z drzewa, które Marceli zaledwie opuścił.

– Bez głupstw!… Na ziemię! – rzekł Oktawjusz półgłosem.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 43.jpg

I łącząc przykład z rozkazem, na kolanach i łokciach podpełzł do ciernistego krzaku, rosnącego koło placu, na środku którego wznosiła się Wieża Byka. Trzeci wystrzał skierowany był przeciw Marcelemu, który nie dosyć prędko poszedł za radą przyjaciela i zaledwie miał czas ukryć się za pniem palmy, kiedy padł strzał czwarty.

– Szczęście, że bydlęta strzelają, jak rekruci! – zawołał Oktawjusz do towarzysza, od którego dzieliło go ze trzydzieści kroków.

– Cyt! – odpowiedział Marceli. – Czy widzisz dym, który wychodzi z tego okna, na dole?… Tam się zaczaili zbóje!… Ale ja z nimi zagram po mojemu!

W mgnieniu oka Marceli urznął u krzaka tyczkę stosownej długości; potem zdjąwszy swój kaftan, zarzucił go na kij, na wierzchołek kija wsadził kapelusz i tak sporządziwszy niezłego manekina, ustawił go na swojem miejscu, by kapelusz i rękawy były widoczne i przypełzszy do Oktawjusza, szepnął mu na ucho:

– Zabaw ich tutaj, strzelając do okna, raz z twego miejsca, drugi raz z mego! Ja zajdę ich z tyłu!

I pozostawiwszy Oktawjusza strzelającego, ostrożnie wśliznął się w gąszcz drzew, okalających plac.

Minął kwadrans, w ciągu którego przesłano sobie ze dwadzieścia strzałów bez żadnego rezultatu.

Kaftan Marcelego był literalnie podziurawiony kulami; ale osoba jego nic na tem nie ucierpiała. Karabin Oktawjusza potrzaskał na drobne kawałki żaluzje dolnego piętra.

Naraz ogień ustał i Oktawjusz usłyszał wyraźnie przytłumiony krzyk:

– Do mnie!… Trzymam go!…

W jednej chwili Oktawjusz wyskoczył ze swego schronienia, przeleciał plac, rzucił się do okna gmachu i wpadł do salonu.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 44.jpg

Na dywanie Marceli i Sigimer, trzymając się w objęciach, jak dwa węże, walczyli z sobą na śmierć i życie. Zaskoczony przez nieprzyjaciela, który niespodzianie otworzył drzwi, olbrzym nie mógł użyć swej broni. Ale herkulesowa jego siła czyniła zeń strasznego przeciwnika, który chociaż obalony na ziemię, nie tracił jednak nadziei zwycięstwa. Marceli, ze swej strony, okazywał siłę i giętkość niezwykłą.

Walka musiałaby się skończyć śmiercią jednego z walczących, gdyby przybycie Oktawjusza nie sprowadziło mniej tragicznych następstw. Sigimer, pochwycony za ręce i rozbrojony, został związany tak, że nie mógł się ruszyć.

– A drugi? – zapytał Oktawjusz.

Marceli wskazał na sofę w końcu pokoju, gdzie Arminius leżał cały zakrwawiony.

– Czy kula trafiła go? – spytał Oktawjusz.

– Tak, – odrzekł Marceli.

I zbliżył się do Arminiusa.

– Nie żyje! – rzekł.

– Na honor, dostało się łotrowi to tylko, na co zasłużył! – zawołał Oktawjusz.

– Jesteśmy panami twierdzy! – odrzekł Marceli. – Przystąpimy teraz do starannej rewizji. Najprzód gabinet Herr Schultze’a!

Młodzi ludzie wyszli z salonu, w którym odbywała się ostatnia scena oblężenia, i udali się szeregiem pokojów, prowadzących do przybytku Stalowego Króla. Oktawjusz zachwycał się przepychem, który widział dokoła.

Marceli uśmiechał się, patrząc na niego i otwierał drzwi jedne po drugich, aż do salonu zielono-złotego.

Spodziewał się wprawdzie, że znajdzie w nim coś nowego, ale nie wyobrażał sobie nic podobnego do tego, co miał w tej chwili przed swojemi oczami. Możnaby pomyśleć, że centralne biuro poczt w Nowym Jorku albo w Paryżu zostało nagle rozbite i bezładnie przeniesione do tego salonu. Listy i pakiety odpieczętowane leżały wszędzie; na biurze, na meblach, na dywanie. Nogi grzęzły w tej zaspie. Cała korespondencja finansowa, przemysłowa i osobista Herr Schultze’a, codziennie wyjmowana z zewnętrznej puszki i znoszona przez Arminiusa i Sigimera, znajdowała się w gabinecie.

Ile zapytań, ile cierpień, niespokojnego wyczekiwania, trosk, łez, zamykało się w tych niemych kopertach pod adresem Herr Schultze’a. Ile tam było miljonów, w papierach, czekach, mandatach, skryptach różnego rodzaju!…

Wszystko to spało unieruchomione nieobecnością jedynej ręki, która miała prawo rozedrzeć koperty tak wątłe, a jednak nienaruszalne.

– Teraz, – rzekł Marceli, – trzeba odnaleźć skryte drzwi laboratorjum!

I zaczął wyjmować wszystkie książki z bibljoteki. Napróżno. Nie mógł znaleźć ukrytego przejścia, którem szedł kiedyś w towarzystwie Herr Schultze’a. Nadaremnie wstrząsał wszystkie ścianki szafy po kolei, wreszcie wziąwszy pręt z komina, powysadzał je jedną po drugiej! Napróżno pukał w mur, szukając poza nim próżni! Widocznie Herr Schultze, zaniepokojony tem, że nie on sam tylko posiadał tajemnicę ukrytych drzwi laboratorjum, zniósł je zupełnie.

Ale naturalnie, musiał zrobić inne na ich miejsce.

– Gdzie?… – pytał sam siebie Marceli. – Nie gdzieindziej, jak tutaj, bo Arminius i Sigimer tu znosili listy! W tej zatem sali Herr Schultze po moim wyjeździe przesiadywał, jak dawniej! Znam dobrze jego zwyczaje i wiem, że kazawszy zamurować jedno przejście, chciał mieć pod ręką inne, nieznane ciekawym!… Może spust znajduje się pod dywanem?…

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 45.jpg

Dywan był równo i gładko obciągnięty. Nie zważając na to, powyjmowano gwoździe i podniesiono go. Na posadzce, pomimo najściślejszego badania, nie znaleziono nic podejrzanego.

– Któż ci mówi, że drzwi znajdują się w tym pokoju? – spytał Oktawjusz.

– Jestem o tem moralnie przekonany, – rzekł Marceli, stojąc na krześle.

Miał zamiar dostać się do pająka i stamtąd kolbą fuzji zbadać środkową rozetę.

Ale zaledwie uczepił się złoconego kandelabra, kiedy ten ku jego wielkiemu zdziwieniu zaczął się opuszczać na dół. W suficie ukazał się otwór, przez który osunęła się aż do samej posadzki lekka stalowa drabinka.

Było to jakgdyby zaproszenie do wejścia.

– Chodźmy! Jesteśmy u celu! – rzekł spokojnie Marceli i wskoczył na drabinkę a za nim jego przyjaciel.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top