500 miljonów Begumy/18

Free texts and images.
Jump to: navigation, search

Rozdział XVII 500 miljonów Begumy • Rozdział XVIII • written by Juliusz Verne Rozdział XIX
Rozdział XVII 500 miljonów Begumy
Rozdział XVIII
written by Juliusz Verne
Rozdział XIX
Uwaga! Tekst wydano w 1931 r. i jego słownictwo pochodzi z tamtej epoki. Proszę nie nanosić poprawek!

Rozdział XVIII
Jądro pestki.

Ostatni stopień drabinki dotykał posadzki okrągłej i obszernej sali, nie mającej żadnego wyjścia. Sala ta byłaby pogrążona w najzupełniejszej ciemności, gdyby olśniewające białawe światło nie przedzierało się przez szybę okrągłego okna, wprawionego pośrodku dębowej posadzki. Okno to przypominało zupełnie tarczę księżyca, w chwili, kiedy ten ukazuje się na niebie w całym swym czystym, pogodnym majestacie.

Cisza zupełna panowała między murami głuchymi i ślepymi, które nie mogły ani widzieć ani słyszeć. Dwum młodym ludziom zdawało się, że znajdują się w przysionku grobowego pomnika.

Marceli zawahał się chwilę, zanim się pochylił nad błyszczącą szybą. Dosięgnął celu! Nie wątpił, że stamtąd wyjdzie owa nieprzenikniona tajemnica, po którą przyszedł do Stahlstadt’u!

Ale wahanie trwało jedną chwilę. Oktawjusz i Marceli uklękli przy szybie tak, by mogli objąć okiem wszystkie części pokoju, znajdującego się pod nimi.

Widok niespodziany a straszny uderzył ich oczy.

Szklana szyba, wypukła po obu stronach, w kształcie soczewki, ogromnie powiększała przedmioty, na które patrzano z poza niej.

Tam było tajemne laboratorjum Herr Schultze’a. Silne światło, które przedzierało się przez szybę, jakgdyby przez dioptryczny przyrząd latarni morskiej, pochodziło z podwójnej lampy elektrycznej, palącej się jeszcze pod dzwonem opróżnionym z powietrza; potężny stos Wolty nie przestał dotąd zasilać swoim prądem tego płomienia. Na środku pokoju, przy olśniewającem świetle, widać było siedzącą jak posąg nieruchomo ludzką postać, którą łamanie się soczewki powiększało do rozmiarów olbrzymich – był to niby sfinks na libijskiej pustyni

Odłamy granatu zaścielały podłogę dokoła tego widma.

Nie ma wątpliwości! Był to Herr Schultze, którego łatwo było poznać po ogromnej szczęce, po błyszczących zębach; potężny Herr Schultze zabity jedną z tych strasznych maszyn, która wybuchając, zadusiła go, a jednocześnie zmroziła strasznym chłodem.

'The Begum's Fortune' by Léon Benett 46.jpg

Stalowy Król siedział przed stołem, trzymał olbrzymie pióro, wielkie, jak lanca i zdawał się pisać jeszcze! Gdyby nie osłupiałe spojrzenie rozszerzonych źrenic i nieruchome usta, możnaby sądzić, że żyje. Jak te mamuty, znajdywane w lodach stref północnych, trup ten od miesiąca był tu ukryty przed wzrokiem ludzkim. Wszystko dokoła niego było zmarzłe; odczynniki zawarte w słojach, woda w odbieralnikach, rtęć w kubku!

Marceli mimo całej okropności widoku nie mógł powstrzymać się od uczucia zadowolenia, że patrzał z zewnętrznej strony laboratorjum, bo z pewnością tak on, jak Oktawjusz zginęliby, gdyby dostali się do jego wnętrza.

Jakim sposobem nastąpił ten straszny wypadek? Marceli domyślił się tego łatwo, kiedy przypatrzywszy się szczątkom granatu, rozrzuconym po podłodze, przekonał się, że były to kawałeczki szkła. Otóż, owe zabójcze pociski Herr Schultze’a naładowane płynnym dwutlenkiem węgla, miały z powodu strasznego ciśnienia, jakie na nie gaz wywierał, wewnętrzną powłokę z owego szkła hartownego, które jest o dziesięć lub dwanaście razy mocniejsze od zwykłego szkła; wyrób ten, nowy jeszcze wówczas, ma jedną wadę; wskutek tajemniczego działania drobinkowego, pęka nagle, czasami bez widocznej przyczyny. I to właśnie musiało tutaj nastąpić. Może nawet wewnętrzne ciśnienie samo wywołało pęknięcie granatu, który był przyniesiony do laboratorjum. Dwutlenek węgla nagle uwolniony z więzów ściskających go, zamienił się w stan lotny i tem samem wywołał straszne obniżenie otaczającej temperatury.

Bądź co bądź skutek musiał być piorunujący. Herr Schultze, zaskoczony śmiercią w takiej postawie, w jakiej znajdował się w chwili wybuchu, działaniem mrozu, mającego sto stopni poniżej zera, zesztywniał natychmiast.

Jedna okoliczność zwróciła szczególną uwagę Marcelego: stalowy król ugodzony został w chwili, kiedy pisał.

Co on pisał na tym papierze, tem piórem, które trzymał jeszcze w ręku? Ciekawe byłoby poznać ostatnią myśl, ostatnie słowa, takiego człowieka.

Ale jakim sposobem dostać ten papier? Niepodobna było myśleć o stłuczeniu tej świecącej tarczy i o zejściu do laboratorjum. Dwutlenek węgla, nagromadzony pod strasznem ciśnieniem, wydostałby się na zewnątrz i udusiłby wszelką istotę żywą, którą owionąłby śmiertelny jego wyziew. Byłoby to narazić się na śmierć niechybną; niebezpieczeństwo nie odpowiadało korzyściom, jakie dałyby się osiągnąć z tego papieru.

Jednakże, chociaż niepodobna było odebrać trupowi Herr Schultze’a tych ostatnich wierszy, jakie skreśliła jego ręka można je jednak było przeczytać przy powiększeniu, jakie sprowadziło łamanie się soczewki. Potężne promienie jej skupiały się na wszystkich przedmiotach, zawartych w laboratorjum, które silnie oświecała podwójna lampa elektryczna.

Marceli znał pismo Herr Schultze’a i po chwilowym wysiłku udało mu się przeczytać następujące dziesięć wierszy.

Jak wszystko, co pisał Herr Schultze, był to raczej rozkaz, niż instrukcja:

„Rozkaz do B. K. R. Z. przyspieszyć o dwa tygodnie wyprawę przygotowaną na Frankopolis. Natychmiast po otrzymaniu rozkazu, poczynić wskazane przezemnie kroki. Trzeba, żeby tym razem doświadczenie było zupełne i piorunujące. Nie zmienić ani na jotę tego, co postanowiłem. Chcę, żeby za dwa tygodnie Frankopolis było martwem miastem, i żeby żaden z jego mieszkańców nie pozostał przy życiu. Trzeba mi nowoczesnej Pompei. Niech to będzie zarazem postrachem dla całego świata. Nastąpi to niechybnie, jeżeli rozkazy moje będą dokładnie spełnione.

„Przyślesz mi trupy doktora Sarrasin’a i Marcelego Bruckmann’a. Chcę je widzieć i mieć.

Schultz…”

Podpis był niedokończony i brakowało mu zwykłego cyfrowego znaku.

Marceli i Oktawjusz niemi i nieruchomi stali wobec tego dziwnego widoku, jakgdyby wywołanego siłą złośliwego genjuszu; rzeczywistość, którą mieli przed sobą, zdawała się należeć do świata fantazji.

Trzeba było wreszcie porzucić tę ponurą scenę. Dwaj przyjaciele bardzo wzruszeni, opuścili salę, położoną nad laboratorjum.

Tam, w tym grobie, gdzie zapanuje najzupełniejsza ciemność, gdy tylko zgaśnie lampa dla braku prądu elektrycznego, trup Stalowego Króla pozostanie sam, wysuszony, jak jedna z tych mumij Faraonów, które po dwudziestu wiekach nie rozsypały się jeszcze w proch!…

W godzinę potem Marceli i Oktawjusz, rozwiązawszy Sigimera, który nie wiedział, co począć z odzyskaną wolnością, opuścili Stahlstadt i udali się z powrotem do Frankopolis, gdzie stanęli tegoż wieczora.

Doktór Sarrasin pracował w swoim gabinecie, kiedy dano mu znać o powrocie młodych ludzi.

– Niech wejdą, – zawołał, – niech wejdą!

Pierwsze jego słowo, wyrzeczone do nich, brzmiało:

– No i cóż?

– Doktorze, – odpowiedział Marceli, – wiadomości, jakie przynosimy ze Stahlstadt’u uspokoją cię zupełnie, uspokoją na długo. Niema już Herr Schultze’a! Herr Schultze nie żyje!

– Nie żyje! – zawołał doktór Sarrasin.

Poczciwy doktór zamyślił się na chwilę i milcząc, stał przed Marcelim.

– Moje kochane dziecko –rzekł, uspokoiwszy się, – czy uwierzysz temu, że ta wiadomość, która powinna mnie ucieszyć, bo oddala od nas wojnę, i to wojnę najniesprawiedliwszą, wojnę bez żadnego powodu! Czy uwierzysz, że wiadomość ta ścisnęła mi serce! Dlaczego ten człowiek, o tak potężnych zdolnościach, stał się naszym nieprzyjacielem? Dlaczego rzadkich umysłowych przymiotów nie poświęcił na usługi cnoty? Ile straconych sił, które stałyby się użytecznemi, gdyby można je było połączyć z naszemi siłami i dać im wspólny cel! Oto co mi przyszło na myśl, kiedyś mi powiedział „Herr Schultze nie żyje!” Ale teraz, przyjacielu, opowiedz mi, co wiesz o tym niespodzianym zgonie.

– Herr Schultze – odpowiedział Marceli – znalazł śmierć w tajemniczem swem laboratorjum, do którego przystęp był za życia jego niemożliwy. Nikt oprócz niego jednego nie wiedział o istnieniu tego laboratorjum, a zatem nikt nie mógłby dostać się doń, nawet gdyby chodziło o udzielenie mu pomocy. Padł zatem ofiarą tego niesłychanego scentralizowania wszystkich sił, które ujął w dłonie, na które nierozważnie rachował, chcąc być jedyną sprężyną całego swego dzieła. W chwili wyznaczonej przez Boga, centralizacja obróciła się przeciw niemu samemu i przeciw jego dziełu!

– Nie mogło być inaczej! – odpowiedział doktór Sarrasin. – Herr Schultze opierał się na całkiem błędnej zasadzie. W istocie, czyż nie najlepszym rządem jest ten, którego naczelnika, w razie śmierci, można najłatwiej zastąpić innym i który nie zawiesza swoich czynności właśnie dlatego, że w maszynerji jego niema nic tajemniczego.

– Zobaczysz zaraz, doktorze – odpowiedział Marceli, – że to, co się stało w Stahlstadt’cie dowodzi ipse facto tego, coś teraz powiedział.

– Zastałem Herr Schultze’a siedzącego przed biurkiem, owym centralnym punktem, z którego wychodziły wszystkie rozkazy. Miasto Stalowe spełniało je, nie ważąc się roztrząsać żadnego z nich. Śmierć pozostawiła mu postawę i wszystkie pozory życia do takiego stopnia, że na chwilę zdawało mi się, iż widmo to przemówi do mnie. Ale stał się męczennikiem swego wynalazku. Jeden z tych granatów, który miał zniszczyć nasze miasto, zabił jego samego! Broń jego pękła mu w ręku, w chwili, kiedy kreślił ostatni list, dający rozkaz zagłady! Posłuchaj!

Tu Marceli przeczytał nagłos przepisane dosłownie owe straszne słowa, skreślone ręką Herr Schultze’a.

Potem dodał:

– Gdybym nawet chciał wątpić w śmierć Herr Schultze’a, toby mi najlepiej dowiodła tego okoliczność, że wszystko koło niego przestało żyć. Wszystko przestało żyć w Stahlstadt’cie! Jak w pałacu zaczarowanej księżniczki sen skleił wszystkie powieki, zawiesił życie i ruch! Paraliż pana za jednym ciosem sparaliżował sługi i rozciągnął się aż do narzędzi!

– Tak, – rzekł doktór Sarrasin, – widać w tem sprawiedliwość Bożą! Chcąc się rzucić na nas bez żadnego miłosierdzia, nadto nacisnął sprężynę i sam padł!

– Tak jest, doktorze; ale teraz nie myślmy już o przeszłości, a zajmijmy się teraźniejszością. Herr Schultze umarł; dla nas to pokój, ale jednocześnie ruina dla tego wspaniałego zakładu, który utworzył, tymczasowo zaś jest to bankructwo. Nieprzezorność, jak wszystko, co robił Stalowy król, zgotowała dziesięć przepaści pod jego krokami. Zaślepiony z jednej strony powodzeniem, z drugiej nienawiścią swą przeciw Frankopolis i tobie, doktorze, nie ubezpieczywszy się dostatecznie, przyjmował olbrzymie zamówienia od wszystkich tych którzy byli nam nieprzyjaźni. Mimo to i chociażby wypłata większej części wierzytelności nie prędko nastąpiła, sądzę, że silna dłoń może postawić Stahlstadt na nogi i obrócić ku dobremu siły, które nagromadzono w niem na złe. Herr Schultze może mieć tylko jednego spadkobiercę a tym spadkobiercą jesteś ty. Nie powinieneś dać zginąć jego dziełu. W świecie zanadto rozpowszechniła się wiara że ze zniweczenia współzawodniczącej siły odnosi się bezwarunkową korzyść. Jest to wielki błąd i zgodzisz się ze mną, jak sądzę, że z wielkiej ruiny trzeba uratować wszystko, co może posłużyć dla dobra ludzkości.

– Marceli ma słuszność – odpowiedział Oktawjusz, ściskając rękę przyjaciela, – gotów jestem służyć pod jego rozkazami, jeżeli ojciec pozwoli na to.

– Macie słuszność, moje dzieci, – odrzekł doktór Sarrasin. – Tak, Marceli, nie zabraknie nam kapitałów i dzięki tobie, znajdziemy w odrodzonym Stahlstadt’cie taki arsenał narzędzi, że nikomu odtąd nie przyjdzie na myśl zaczepiać nas! A że mając w ręku największą siłę, będziemy zarazem starali się o największą sprawiedliwość, wszystko zatem co nas otacza, musi pokochać dobrodziejstwa pokoju i sprawiedliwości. Ach! Marceli, ile pięknych marzeń! I kiedy pomyślę, że przez ciebie i z tobą będę mógł jakąś część ich dokonać, zapytuję ciebie, dlaczego… tak! dlaczego nie mam dwóch synów!… dlaczego nie jesteś bratem Oktawjusza!… Zdaje mi się, że nic nie byłoby wstanie oprzeć się nam wówczas.

I-white.on.blue.png Flag of Canada.png This work, or works of this author or translator, are in the Canadian public domain by virtue only of the rule of the shorter term. The application of other rules in the Copyright Act alone would not be sufficient to put it in the public domain. See also: Shorter term: Poland cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh

SemiPD-icon.png Works by this author are in the public domain in countries where the copyright term is the author's life plus 48 years or less. cs | de | en | eo | es | fr | he | pl | ru | zh
  ▲ top